Evergreen - to angielskie słowo oznaczające wiecznie zielone drzewa i krzewy - bywa używane na określenie przebojów, które się nie starzeją. To, czy dany utwór muzyczny można zakwalifikować do tej ponadczasowej kategorii, można, jak myślę, ocenić dopiero po półwieczu, chociaż nawet po tym czasie niektóre piosenki powracające w nowych aranżacjach goszczą na listach przebojów czy w mediach jedynie na zasadzie przemijającej mody.
Są jednak takie tematy muzyczne, które rzeczywiście zdają się pochodzić nie z tego świata, z jakiejś idealnej krainy wiecznych, niezmiennych w swej pełni bytów, które jakieś anioły albo anielice łaskawie zaniosły ludziom, aby rozświetlały mroki ich ziemskiego padołu.
Jest jedna taka piosenka, która w swoich najlepszych wykonaniach wywołuje u mnie głębokie wzruszenie. Wiem, to ryzykowne w tak otwarty i emocjonalny sposób pisać o muzyce - ale też jest to sztuka, która do emocji się odwołuje i chwała jej za to, jeśli potrafi przeniknąć te skorupy, w których się zamykamy, broniąc się przed często przykrą, a czasami okrutną rzeczywistością. Bo po to z nami jest.
To "Greensleeves", utwór nieznanego kompozytora, chociaż tradycja (nie znajdująca potwierdzenia w badaniach, które w tym kierunku przeprowadzono) przypisuje jego autorstwo Henrykowi VIII. Odwołania do tej melodii kilkakrotnie pojawiają się w sztukach Szekspira, co dowodzi, że pod koniec wieku XVI była w Anglii bardzo popularna. Podejrzewa się, że mogła stanowić artystyczną przeróbkę znanej dużo wcześniej melodii ludowej z Walii.
Oto dwie, moim zdaniem jedne z najlepszych, jakie powstały, wersje tego nieśmiertelnego przeboju. Pierwsza w wykonaniu Celtic Ladies, druga - instrumentalna, wyrażona szlachetnym pięknem dźwięków gitary akustycznej, aczkolwiek nieco uwspółcześniona.
www.youtube.com/watch?v=kdjYlrvVFNowww.youtube.com/watch?v=wARiOb80Zr0