Skusiła mnie wyjątkowo niska cena - 6.50 złotych, za sporej objętości książkę oraz częsta ostatnimi czasy opinia w mediach - o wyśmienitych skandynawskich kryminałach. Rozpocząłem lekturę w pociągu niezbyt ciągle przekonany, czy aby na pewno nie jest to marnowanie czasu. Jednakże gdy dojeżdżałem do celu podróży 3 godziny później, liczyłem się już w szeregi wielbicieli prozy Henninga Mankella i postaci komisarza Kurta Wallandera. Rzecz która skusiła mnie niska ceną miał tytuł "Niespokojny Człowiek". Wątek kryminalny w którym realizował się komisarz z Ystad, podrajcowany był intrygą polityczną (sowieckie okręty podwodne na szwedzkich wodach terytorialnych). Nie mam wielkiego doświadczenia jeżeli chodzi o kryminały. W przeszłości zdarzało mi się czytać, Agathę Christie, Joe Alexa (Maciej Słomczyński), Raymonda Chandlera - jednakże ów pierwszoplanowy wątek wydał mi się niezbyt rewelacyjny i w tej chwili nie pamiętam już wielu z jego szczegółów. Kryminał Mankella czytałem z innego powodu, ze względu na drugi plan - który w mojej osobistej recepcji stał się pierwszoplanowy, a wątek kryminalny stał się ledwie pretekstem do ukazywania owego "tła" w całym jego przygnębiającym wymiarze. Mankell prezentuje nam bowiem, bez żadnego znieczulenia, chciałoby się powiedzieć z sadystyczna satysfakcją - nędzę naszego losu i naszego żywota, na tym padole łez i wiecznego cierpienia. Robi to zarówno na przykładzie głównego bohatera jak i sięgając do innych postaci przewijających się na kartach jego książki. Koncentruje się na takich kluczowych zagadnieniach naszej egzystencji jak: śmierć, samotność, terminalna choroba, poczucie beznadziejności istnienia, poczucie bezsensu naszych działań i podejmowanych wysiłków, nieuchronna nicość i kres wszystkiego czego się tylko tkniemy. Musi być chyba jakiś specyficzny rodzaj szwedzkiej wrażliwości na tę całą "eschatologię", bo zagłębiając się w lekturę kryminału, odnajdywałem analogie do tropu którym podążałem w filmach Bergmana, zwłaszcza w "Siódmej pieczęci" gdzie jest znamienita i wstrząsająca scena gry w szachy między rycerzem a śmiercią. Drugim jednoznacznym skojarzeniem były opowiadania A. Camusa. Mankell osiąga ów efekt brania czytelnika za napletki i nurzania jego twarzy w egzystencjalnym szambie poprzez proste, krótkie, treściwe, weredycznie chropawe, do bólu rzeczowe, "drugoplanowe" informacje, które tylko z pozoru są subsydiarne względem głównego wątku. W formule tej istotną rolę mają do spełnienia suche, niemalże meteorologicznie precyzyjne opisy skandynawskiego klimatu i przyrody, które często pojawiają się w momencie zaistnienia jednego z "kluczowych zagadnień", dopełniając go (kropla przepełniając kielich) i powalając czytelnika na łopatki szybkim prostym między oczy. Wiatr, deszcz, mżawka, burza, sztorm, śnieg, lód, grad, zachmurzenie ( "drabiny jakubowe"), mgła, morze, las - wszystkie te elementy otaczającej bohaterów przyrody, Mankell rzuca do walki z czytelnikiem - i w tej konfrontacji odnosi niewątpliwie triumf. Książki Mankella (kończę już czwartą) nie są lekturą do zarekomendowania wrażliwcom łatwo poddającym się zmiennym nastrojom czy też mającym predylekcję do epizodów depresyjnych. Należy je raczej traktować jako rodzaj emocjonalnej i intelektualnej wyprawy survivalowej, do której należy się dobrze przyszykować. Ci którzy na nią wyruszą mogą mieć pewność, że zostaną brutalnie przeczołgani i niemiłosiernie skatowani przez jej organizatora. Jednakże jeżeli zdołają przetrwać, w przyszłości będą stawiać czoła przeciwnościom losu odrobinę lepiej zahartowani do stoickiego zmagania się z nimi. |