Witam wszystkich. Zacznę może od mojego kontaktu z kościołem, a w zasadzie końcem tych kontaktów. Jak większość z naszego społeczeństwa wychowany byłem w duchu katolickim. W ramach tego wychowania uczestniczyłem w lekcjach religii odbywających się a dawnej kaplicy cmentarnej przerobionej na salę katechetyczną. Nie byłem aniołkiem, lecz w dniu w którym nabrałem dystansu do wiary katolickiej nie zrobiłem nic co by usprawiedliwiało zachowanie księdza. Zajęcia religii prowadził ówczesny proboszcz Wojciech B. zwany przez parafian Szeryfem. Zajęcia odbywały się po lekcjach, był to początek lat 70 ubiegłego wieku. W dniu tym spóźniłem się o kilka sekund - wszedłem za księdzem chwytając od zewnątrz za klamkę zamykanych przez niego drzwi. Fakt ten wywołał niebywałą wściekłość plebana, którą bez żadnych skrupułów wyładował na mnie szarpiąc mnie za włosy i powodując w ten sposób bezpośredni kontakt mojej twarzy z pobliską ławką. Przesiedziałem do końca nie dlatego, że mi się to podobało, ale dlatego, że obawiałem się o własne bezpieczeństwo. Posłuchałem jego pieprzenia o potrzebie wzajemnej miłości i poszanowania oraz o bezgranicznej miłości Boga, który nie uchronił mnie przed chamstwem klechy. Nie będę kłamał pisząc, że zebrało mi się na jakieś filozoficzne rozważania na temat Boga. Byłem wkurzony maksymalnie na instytucję kościoła i na tego konkretnego księdza będącego wówczas jego przedstawicielem. Jedno pamiętam, widziałem wówczas, że jest to ostatnia lekcja religii w której uczestniczę. I tak też się stało. Mój różnokolorowy zeszyt od religii lotem koszącym wylądował w rzece Czerna. W tym miejscu należą się słowa uznania moim nieżyjącym rodzicom, którzy moją decyzję zaakceptowali. Nie uważam się za geniusza, byłem i jestem normalnym przeciętnym obywatelem. I opisane wyżej zdarzenie, pomimo mojego wieku (10-11 lat) dostarczyło mi podstaw do zwątpienia w wiarygodność nauk głoszonych przez kościół katolicki jak i wiarygodność kościoła jako instytucji. A w jednym z ostatnich numerów czytywanych przeze mnie regularnie Faktów i Mitów, w felietonie Jonasza po ostatniej aferze pedofilskiej w Szczecinie przeczytałem, że jako ministrant był on molestowany przez księży, i już jako wyświęcony ksiądz znał takie przypadki wśród kleru, niejednokrotnie opisuje z własnego doświadczenia przypadki degrengolady moralnej wśród kleru, przypadku rui i porubstwa. Mimo tych faktów wstępuje do seminarium, 5 lat studiuje, podejmuje decyzję o przyjęciu święceń kapłańskich, funkcjonuje przez kilka lat jako ksiądz, i milczy !!? No nie. Żeby w to bagno brnąć trzeba być albo ślepym, albo ograniczonym umysłowo, albo... kochać pieniądze. Jakie motywy kierują Jonaszem tego chyba się nie dowiemy. A może ktoś z forumowiczów ma na ten temat ciekawe teorie lub konkretne informacje. |