Był sobie człowiek. Umarł i poszedł do nieba. Okazało się, że niebo to strasznie wysoki apartamentowiec, a ten człowiek dostał najlepszy apartament na najwyższym piętrze. Nawet Bóg takiego nie miał, bo cały czas siedział w biurze i przydzielał przydziały… Po dwóch dniach okazało się jednak, że zmarł kolejny święty i poszedł do apartamentu tego gościa, a temu gościowi przydzielono trochę słabszy apartament. Nic nie powiedział. Jak nic nie powiedział, to dostawał coraz słabszy i słabszy. Ostatecznie gościu się wkur…czybyczył i przyszedł do biura Boga, pierd…zielnął piąchą w stół i zaczął wyklinać. Bóg go bardzo przeprosił i dał mu na nowo apartament „najwyższej klasy”, ale prawie, bo ten pierwszy już był zarezerwowany. Proces się powtórzył kilkakrotnie, a za każdym razem gościu wracał do Boga bardziej wkur…czybyczony i dostawał super apartament, ale coraz to gorszej klasy. Na samym końcu postanowił, że weźmie AK-47… Wparowuje do biura i zaczyna niepier…dzielać. Powystrzelał wszystkich aniołów w biurze, wszystkich świętych, a Boga też kropnął, ale Bóg zmartwychwstał i odesłał go do piekła. Gdzie ten człowiek zrobił błąd? Według mnie powinien najpierw zastanowić się nad zarządzaniem nieba, pójść przebojem, wykorzystać element zaskoczenia i na samym początku zastrzelić prezesa i przydupasów, a potem tylko przypominać mu, że on tu jest ten groźny.
|