Trochę starsi czytelnicy pamiętają zapewne amerykański serial pt. "Szogun" - który w latach 80 - tych bił rekordy popuylarności w poslkiej telewizji, zresztą nie tylko polskiej? Otoż dziś na ekrany kin wchodzi film, który przy odrobinie wyobraźni można potraktować jako swoiste dopełnienie amerykańskiego serialu - jednakże na poziomie o szereg klas wyższym niż produkcja amerykańska. Równie dobrze można utrzymywać, iż nie jest to żadne dopełnienie jak wyżej tylko jaskrawe przeciwieństwo "Szoguna" - tak ze wzglęu na jakość produkcji jak i ciężar gatunkowy problemów, z którymi postanowił zmierzyć się reżyser. A owym reżyserem jest sam Martin Scorsese. Że wielkim reżyserem on jest nie ma sensu nikogo przekonywać. Warto tylko podkreślić, iż jest on wielkim wielbicielem polskiego kina, a polskie filmy uważa za jedne z najlepszych w historii kina ( "Rękopis znaleziony w Saragossie" - Wojciecha Hasa), w związku z czym z własnych środków wygospodarował fundusz z przeznaczeniem na ich cyfrową rewitalizację. Scorsese to takż etwórca który tworzy ambitne, wymagające, niekonwencjonalne, heretyckie, stawiające bolesne pytania kino religijne/kino teologiczne - mające walor przekazu rekolekcyjnego dla osób dojrzale religijnych. I właśnie jego ostatnia produkacja pt. "Miczenie" jest takim obrazem. Jest ona zarazem dziełem, które zamyka religijny tryptyk mistrza. Po lekturze recenzji podlinkowanej pojawiło się u mnie skojarzenie z "Misją". Jednakże - pomimo pewnych analogii - obraz Scorsesa jest zdecydowanie bardziej kompleksowy i - mimo wszystko - pesymistyczny. "Misja" była de facto pochwałą i promocją "Teologi Wyzwolenia" ( Robert de Niro z rapierem, Jeremy Irons z krucyfiksem), dzieło Scorsesa jest pozbawione jakichkolwiek konotacji ideologicznych - rozgrywa się na poziomie glęboko osobistych odczuć, pragnień i postaw. "W wieku XVII w Japonii panowała bezwzględna walka szogunatu z chrześcijaństwem. Dwaj młodzi portugalscy misjonarze (Andrew Garfield i Adam Driver) potajemnie się przedostają do Japonii, gdzie za wszelką cenę usiłują odszukać zaginionego jezuitę ks. Ferreirę (Liam Neeson). Dokonał on apostazji i porzucił misję nadaną mu przez Chrystusa. Dwójka misjonarzy chce zrozumieć przyczyny decyzji swojego duchowego mistrza. Ks. Cristóvão Ferreira (1580–1650) nie tylko wyrzekł się chrześcijaństwa, lecz został buddyjskim mnichem. Napisał też traktat teologiczny przeciwko chrześcijaństwu. Ks. Sebastião Rodrigues przybył do Japonii w 1638 r. wraz ze swym towarzyszem ks. Francisco Garrpem. Na własnej skórze doświadczyli prześladowań chrześcijan ze strony rodu Tokugawa. Uczniów Chrystusa zmuszano wówczas nie tylko do werbalnego wyparcia się Boga, lecz również wymagano od nich symbolicznego deptania wizerunku Chrystusa. „Milczenie” nie jest łatwym dziełem. To kino zimne, zdystansowane i ciężkie, co jest nietypowe dla kochającego stylistyczny eklektyzm wizjonera Scorsese. To kino intymne i klaustrofobiczne. Reżyser Scorsese był zawsze mistrzem wykorzystania ciszy w swoich filmach. Łamał nią szybką i głośną narrację w „Kasynie” i „Wilku z Wall Street”. W „Milczeniu” jest odwrotnie. Przeszywająca cisza jest łamana krzykiem męczenników. Tam, gdzie inni użyliby ścieżki dźwiękowej, Scorsese daje wybrzmieć dźwiękom fal rozbijających się o skały, liści trzepoczących na wietrze i przerażającego krzyku męczonych za wiarę chrześcijan. Ten film to subtelna religijna opowieść nie tylko o męczeństwie." wpolityce.(*)che-wyznanie-scorsese-recenzja |