Chodzi mi o pewien temat, który poruszył także Nietzsche. Mianowicie, że ta sama czynność z nazwy może mieć zupełnie inne oblicze, jesli chodzi o wcielanie jej w życie - w zależności od praktykujących. Jeśli chodzi o samą nazwę, to oczywiście Nietzsche i ten wątek poruszył ("gdy mówisz o swojej cnocie - nie wstydź się mamrotać [...] Wszak trudno, abyś miał swą cnotę pospołu z maluczkimi"): pojęcia wymagają uściśleń i rozbudowań, bo słowa na określenie głębi człowieka nie starczają, a więc - jak mówił E.Cassirer - należy coraz bardziej "oblekać się w formy językowe" (tyle, że E.Cassirer użył tych słów w nieco innym kontekście). Zapytam wprost: czy nie ma według Państwa zagrożenia dla działalności rozwojowej poprzez plagę łatwych, fizycznych przyjemności? Czy nie odwiodą one ogółu, nagle wypuszczonego z fizycznej niewoli, od przyjemności tworzenia, budowania i nietuzinkowych poszukiwań? Libertyni otworzyli pewne okna na świat, lecz zdaje mi się, że ich dobrotliwy ogień dziś ktoś roznieca do niewyobrażalnych rozmiarów i ma w tym swój cel. Chodzi o nową formę zniewolenia. Sugeruję wprost, iż hierarchowie kościoła katolickiego upatrują w zawirusowaniu fizycznej wolności swą nową szansę. Pewne sposoby sprzyjają powstawaniu ludzi pustych jak bęben i każdy sposób jest dla niektórych dobry. Aby intelekt nie poległ w konfrontacji ze zboczonym hedonizmem. Młodzież ogląda MTV promujące programy z dziewczynami, które same siebie nazywają "bogatymi zdzirami", a w teledyskach mamy do czynienia przede wszystkim z dziewczynakmi wyzywającymi, lecz nie rozstającymi się ze swoimi krzyżykami (istny horror z tym symbolem z m a r n o w a n ia). Skoro fizycznosć ludzka została rzekomo uwolniona, to skąd te symbole? Skąd takie wydanie? Sama przyjemność nie jest wolna, co za niesmak...
|