 |
Religijność jako konwencja Ten wątek jest przedawniony Działy Forum » ABC Racjonalisty
| Napisano | Autor | Tytuł | | 26-04-2011 11:16 | Hodża (11172 punktów) | Religijność jako konwencja
1 na 1 | ...czyli dlaczego nawet ateiści austriaccy czasem mówią "Grüß Gott", a ateiści francuscy zawsze mówią "adieu". Kiedy wczoraj obserwowałem w niewielkich wioskach mężczyzn, "uczestniczących" we mszach świętych stojąc w bramie ogrodzenia wokół kościelnego czy pod murem, pomyślałem i nie tylko ja tak myślę, że to nawet nie jest spowodowane tym, by tylko "się pokazać" (o wierze nie wspominając) - jest to rodzaj takiej samej konwencji, umożliwiającej podtrzymywanie normalnych relacji w społeczności lokalnej, jak np. mówienie "dzień dobry". Pewne czynności wręcz odrywają się od pierwotnego znaczenia i pomimo swojej absurdalności nadal pełnią swoją rolę nadawania kształtu naszym relacjom społecznym, jak choćby peruki sędziów angielskich. | Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.
| cobranix (83 punktów) | Wielu osobom brakuje jakiejkolwiek refleksji, zastanowienia się nad sobą, nad tym co chce robić i kim być. Większość osób zdecydowanie woli kiedy się nimi kieruje, nadaje ich życiu, decyzją pewnego pędu, który są w stanie znosić i kościół im to zapewnia. Ale nie tylko kościół do marketów większość ludzi idzie nie po poradę tylko po wybranie sprzętu dla siebie przez sprzedawcę. Daje im to poczucie bezpieczeństwa jeśli będzie coś nie tak zwalę na sprzedawcę. W sprzedaży jest zasada sprzedajesz to co chcesz. Jeśli idąc do klienta wiesz co chcesz mu sprzedać on to kupi nawet jeśli tego nie potrzebuje albo nie spełnia jego wymagań. Dostaliśmy rozum ale niestety ludzie dobrowolnie zaczynają rezygnować z jego używania.
|
|
7 na 7 | Rigoletto (3891 punktów) | >...czyli dlaczego nawet ateiści austriaccy czasem mówią "Grüß Gott", a ateiści francuscy zawsze >mówią "adieu".
Z moich osobistych obserwacji wynika, że osoby niewierzące jak się przewrócą krzyczą zwykle - "O, Jezu!" natomiast wierzące zazwyczaj krzyczą - "O, K.... !". Takie przenikanie się sacrum i profanum...
|
|
 | 3 na 3 | Hodża (11172 punktów) | >Z moich osobistych obserwacji wynika, że osoby niewierzące jak się przewrócą krzyczą zwykle - "O, Jezu!" natomiast wierzące zazwyczaj krzyczą - "O, K.... !". Takie przenikanie się sacrum i profanum...
Ba, dodam, że słyszałem też : Jezu, k***a, jeden ci nie zaszkodzi. Po kościele a przed knajpą.
Bóg miłuje tych, którzy smurfują z radością.
|
|
2 na 2 | Świnka Flejka (553 punktów) | Znam mnóstwo osób, które nie chodzą do kościoła, nie modlą się, ale uważają się za katolików (oczywiście niepraktykujących, chociaż sam kościół wyklucza istnienie takiego tworu). Swojej religii bronią do upadłego, jak bardzo irracjonalne by to nie było. Najważniejsze są dla nich: chrzest, pierwsza komunia, ślub i pogrzeb przeprowadzone w tradycji katolickiej. I nie wyobrażają sobie, jak mogłoby być inaczej...
Miałem już kilka zabawnych sytuacji. Najbardziej rozbroiła mnie ta, gdy kuzyn zadzwonił do mnie z propozycją, abym był chrzestnym jego córki. Powiedziałem, że nie wierzę w żadnego boga i nie mogę uczestniczyć aktywnie w żadnym rytuale katolickim. Przecież nie będę obiecywał, że pomogę ją wychować w wierze katolickiej. Zadzwonił więc do swojej mamy, która z kolei zadzwoniła do mojej i jeszcze tego samego dnia dowiedziałem się, że nie miałem prawa odmawiać i że to się w głowie nie mieści. Po prostu skandal! Oczywiście moja mama przekazała mi to śmiejąc się co chwilę, gdyż jako jedna z niewielu katolików u mnie w rodzinie "akceptuje mój wybór, chociaż się z nim nie zgadza" i czasami delikatnie włącza jej się opcja nawracająca.
Wracając bezpośrednio do tematu... Wydaje mi się, że dla wielu jest to przyzwyczajenie tak silne, że nie wyobrażają sobie, że kogoś może to w ogóle nie interesować. Tym bardziej interesujące, że polega to w głównej mierze na uczestniczeniu w kilku rytuałach katolickich u rodziny i znajomych. I żeby być ich aktywnym uczestnikiem wystarczy powiedzieć, że się wierzy. A to tak niewielka cena za uniknięcie wykluczenia...
|
|
 | 1 na 1 | Hodża (11172 punktów) | >Wracając bezpośrednio do tematu... Wydaje mi się, że dla wielu jest to przyzwyczajenie tak silne, że nie wyobrażają sobie, że kogoś może to w ogóle nie interesować. Tym bardziej interesujące, że polega to w głównej mierze na uczestniczeniu w kilku rytuałach katolickich u rodziny i znajomych. I żeby być ich aktywnym uczestnikiem wystarczy powiedzieć, że się wierzy. A to tak niewielka cena za uniknięcie wykluczenia...
Coraz bardziej się upewniam w przeświadczeniu, że to, co obserwujemy pod postacią "masowego uczestnictwa w obrzędach" jest niczym innym, jak tylko manifestowaniem przywiązania do pewnej społeczności i namiastką utrzymywania kontaktów międzyludzkich. Ludzie w mniejszych miejscowościach często nie mają żadnej innej okazji, by powiedzieć "dzień dobry" znajomemu z drugiego końca wioski, niż tylko w kościele. A to ma znaczenie - nieuczestnictwo w takim przypadku rzeczywiście oznaczać może wykluczenie, bo ktoś taki od razu jest postrzegany jako "dziwny". Zresztą słusznie. Czyli że podczas gdy w znaczeniu religijnym obserwowane uczestnictwo w obrzędach kościelnych staje się coraz bardziej "pustą formą", o tyle w sensie towarzysko-kulturowym spełnia podobną rolę, jak w innych społeczeństwach pójście do klubu, restauracji czy na sztukę.
Bóg miłuje tych, którzy smurfują z radością.
|
|
|  | | Świnka Flejka (553 punktów) | >Czyli że podczas gdy w znaczeniu religijnym obserwowane uczestnictwo w obrzędach kościelnych staje się coraz bardziej "pustą formą", o tyle w sensie towarzysko-kulturowym spełnia podobną rolę, jak w innych społeczeństwach pójście do klubu, restauracji czy na sztukę.
Raczej porównałbym to do jakiegoś stowarzyszenia, do którego w danym środowisku "trzeba" należeć. Fakt, że osobnik przestaje chodzić do danego klubu czy restauracji nie wywołuje zazwyczaj żadnych reakcji wśród znajomych czy właścicieli tychże lokali. Z kościołem jest inaczej.
Ale przede wszystkim, nie ograniczałbym tego tylko do małych miejscowości...
|
|
| |  | | Hodża (11172 punktów) | > Raczej porównałbym to do jakiegoś stowarzyszenia, do którego w danym środowisku "trzeba" należeć. Fakt, że osobnik przestaje chodzić do danego klubu czy restauracji nie wywołuje zazwyczaj żadnych reakcji wśród znajomychNIE zgodzę się, choć bym może i mógł. Czytałem coś niecoś o różnych "stowarzyszeniach" i niewątpliwie nie jest łatwo przestać chodzić do klubu "Białej Gwiazdy". W Krakowie to nie żarty, przynależność klubowa to sprawa bardzo, bardzo ważna, od tego nie można ot tak sobie uciec. 
Bóg miłuje tych, którzy smurfują z radością.
|
|
1 na 1 | diogenes (42753 punktów) | >Religijność jako konwencja
Im więcej zachowań w ramach religii nabiera statusu bezrefleksyjnej rutyny - tym lepiej (analogia do wojska). Niektórzy grymaszą, ale to mniejszość. Gadka szmatka, ale w końcu pada sakramentalne Pomódlmy się! i rusza katarynka odwiecznego Ojcze nasz.
Okres ważności moich postów kończy się z chwilą ich opublikowania.
|
|
 | 1 na 1 | Hodża (11172 punktów) | > >Religijność jako konwencja> Im więcej zachowań w ramach religii nabiera statusu bezrefleksyjnej rutyny - tym lepiej (analogia do wojska). Niektórzy grymaszą, ale to mniejszość. Gadka szmatka, ale w końcu pada sakramentalne Pomódlmy się! i rusza katarynka odwiecznego Ojcze nasz.Tak, i to jest to. Szablon, który nadaje kształt czasowi życia, z trzema akcentami: chrzciny, śluby i pogrzeby. A co, jeśli człowiek musi sobie w taki sposób porządkować życie? Ja tego nie potrzebuję, ale być może dla większości, zdecydowanej większości, jest to potrzebne. Znajomy ksiądz powiedział mi, że dla ludzi prostych obowiązek uczestnictwa w życiu religijnym był przez wieki jednym z czynników najsilniej wpływających na zachowanie dyscypliny w życiu codziennym. Jest to słowo ostatnio bardzo niemodne, ale każdy, kto ukończył studia z dobrym wynikiem i pracuje, wie z pewnością, że cały czas ważne. Dla społeczności wiejskich księża rzeczywiście przez całe wieki byli "pasterzami", a pamiętajmy, że zazwyczaj pouczenia lokalnego proboszcza odnosiły się do spraw bardzo doczesnych, jak zachowanie porządku (również w obejściach), nakłanianie ludzi do szarwarku, zwalczanie pijaństwa, potępianie łazęgostwa i złodziejstwa itp. Nie tak dawno w pewnym kościele w małej mieścinie świętokrzyskiej (koniec lat 80-tych) pewien ksiądz powiedział był podczas kazania, że kupił specjalny chiński atrament, którym wpisze do księgi parafialnej nazwiska wszystkich meliniarzy, i nawet za trzysta lat (!) będą potomni wiedzieć, jak się nazywali ci bezbożnicy. O dziwo, podobno poskutkowało. Ale też ksiądz zaczął dostawać jakieś pogróżki. Zdaje się, że w końcu biskup go przeniósł na jeszcze większe zadupie. To jeszcze inny, ciekawy bardzo temat - przesuwania duchownych zaangażowanych w pracę duszpasterską na coraz to nowe parafie, by nie zyskali zbyt wielkiej sympatii miejscowych. Słyszałem już tyle podobnych historii, że zaczynam podejrzewać, że biskupi są po prostu zazdrośni o popularność swoich podkomendnych 
Bóg miłuje tych, którzy smurfują z radością.
|
|
2 na 2 | DEmonizer (4893 punktów) | Ja tam przykładowo na: - O Jezusie! Odpowiadam: - Tak, słucham ...  Pozdrawiam
|
|
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować
Zaloguj przez OpenID.. Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..
Szukaj na Forum Przewodnik Regulamin i instrukcja obsługi Forum Kolegium Moderatorów 
|
 |
|