Kaddafi był jaki był. Dyktator, morderca, terrorysta, ale przynajmniej można było się z nim dogadać, no i co najważniejsze, trzymał pod swoim złotym buciorem fanatyków religijnych, Al-Kaidę, no i te wszystkie plemiona które składają się na Libię, a bez silnego przywódcy szybko zaczną się wyżynać. Jak już ktoś wspomniał, Kaddafi z mniejszym lub większym powodzeniem wprowadzał jakieś reformy, a Libia na tle Afryki stała się bogatym państwem.
Teraz zamiast starego i dobrze znanego Kaddafiego, zarówno Libijczycy, jak i cała reszta świata, ma kompletnie nieprzewidywalną hołotę, zbieraninę ludzi o najróżniejszych poglądach, którzy chcą dobrać się do władzy. Plemiona już zaczynają się ze sobą kłócić, poszczególni generałowie nie mają zamiaru składać broni, a najróżniejsi przywódcy religijni zwęszyli pięć minut dla siebie.
Właśnie przeczytałem na blogu Janusza Korwina-Mikke, bardzo ciekawe przemyślenia autora. Otóż stary, dobry JK-M, stwierdził, że tak długo jak Kaddafi był terrorystą, mordercą, chamem i wrogiem zachodu, utrzymywał się u władzy. Kiedy zaczął wypłacać odszkodowania, obściskiwać się z Sarkozym, Berlusconim i Obamą, ogólnie rzecz ujmując, kiedy pokazał bardziej ludzkie oblicze i z wroga zachodu stał się, może nie przyjacielem, ale przynajmniej kimś kto przestał zagrażać, a stał się partnerem, jego upadek stał się kwestią czasu. Włochy, Francja i USA, których przywódcy z uśmiechem na ustach pokazywali się jeszcze kilka lat temu u boku Kaddafiego, kosztem kilkuset milionów dolarów pomogli w obaleniu swojego "kolegi".
|