A niech tam.
Kilka lat temu pisałam takie krótkie opowiadanka. Sytuacje opisane są prawdziwe. Na razie puszczam o wyprawie z Mecenasem w góry. Może kiedyś napiszę coś nowego. Na przykład o tym jak mnie orzeł gonił

--------------------------------------------------------------------------------------------------
-Że jak? - inteligentnie zapytałam Mecenasa Kolanko.
-Normalnie. Na narty pojedziemy. Na łikend. Do Szczyrku.
-Ale po co?
-Na nartach będziemy jeździli. I ubierz się jakoś.
Ubierz... fajnie. Ciekawe w co, skoro jeszcze nigdy w Szczyrku nie byłam.
Przygotowania pełna parą ruszyły w środę, bo wcześniej wiadomo jak to jest w poniedziałek i wtorek. Sprawdziwszy wcześniej jaka moda panuje na stoku, zakupiłam ogniście czerwony kombinezon z kurtką, czarną czapkę, szalik, rękawiczki z cielęcej skórki i tak przygotowana czekałam na Mecenasa. Przyjechał w czwartek na przegląd mojego sprzętu. Poradził żebym dokupiła jeszcze narty, kijki, gogle i takie tam.
W końcu w piątek wyruszyliśmy w drogę, która upływała nam bardzo przyjemnie, ja się przytulałam do Mecenasa i opowiadałam mu co mi ostatnio powiedziała o innych klientkach moja kosmetyczka, a on z uporem godnym lepszej sprawy szukał w radiu piosenek Krzysztofa Krawczyka.
Na miejsce dojechaliśmy wieczorem, hotel był pensjonatem czyli miał prywatne kwatery i pani Maria właścicielka powiedziała, że kolacji już nie dostaniemy bo się wcześniej przyjeżdża. Mecenas się zdenerwował, bo był głodny, więc zabrał mnie taksówką do centrum na dyskotekę. Nie pamiętam co jedliśmy, ale chyba nic. W drodze powrotnej Mecenas z taksówkarzem stwierdzili, że polska piłka to dno, a kasy fiskalne w taksówkach to głupota.
Rano po śniadaniu i jajecznicy oraz trzech grzańcach postanowiliśmy pójść na stok. Jako że Golgota mi się źle kojarzyła, wybraliśmy Skrzyczne. Ubrałam się w nowe ciuchy, makijaż zrobiłam zawodowy i gotowa czekałam przy drzwiach na Mecenasa. Torebkę kazał mi zostawić, a za to zabrać narty. Po drodze wypiliśmy jeszcze po grzańcu bo było zimno i ustawiliśmy się w kolejce do wyciągu. Narty miałam na nogach więc góral obsługujący wyciąg musiał go całkowicie zatrzymać żebym mogła usiąść w krzesełku. Mówił coś, że ma dość tej roboty...
Widoki były cudowne, Mecenas językiem próbował czy będzie tak jak na "Głupim i Głupszym" i w ogóle śmialiśmy się jak szaleni. Drugi raz wyciąg całkowicie stanął jak miałam zsiąść z krzesełka.
No, powiedział Mecenas, jedź! Ok. Zdjęłam narty i do pierwszej polanki jakoś dojechałam na tyłku. Mecenas właśnie po raz trzeci zjeżdżał w dół więc udzielił mi kilku cennych wskazówek. Pamiętaj, mówił, jak chcesz skręcić w prawo, to przechylasz się w lewo, a jak w lewo to w prawo. Pomyślałam, że to w sumie nie jest takie trudne i ubrałam narty z powrotem. Ten odcinek nie był stromy, muld nie było, pomyślałam, że do odważnych świat należy i zaczęłam zjeżdżać. Pługiem to ja jeździć nie umiem, więc narty naszły mi na siebie. W ostatnim odruchu, przed zderzeniem z choinką, złożyłam ręce jak do skoku na główkę, mocno przed siebie, i walnęłam, można powiedzieć klasycznie, w pień. Wygrzebawszy się z zaspy, która usypała się na mnie z drzewa, zobaczyłam, że prawie całkiem się ściemniło i śnieg przesłania widok. Pożałowałam, że nie zabrałam gogli, bo moich pomalowanych rzęs i tak teraz nikt nie widzi. Na polance było cicho i pusto. Krzyknęłam kilka razy HALO!!! Ale nikt nie odbierał.
Po godzinie byłam pewna, że to już mój koniec. Stanęłam na samym środku tej polanki i zaczęłam tak wrzeszczeć, że Pavarotti powinien brać u mnie lekcje. W oddali zamajaczył jakiś ciemniejszy punkt. Po chwili stanął przede mną chłopiec, może 10 letni. Czemu pani tak krzyczy? Zapytał uważnie mi się przypatrując.
Dobre pięć minut zajęło mi podanie mu odpowiedzi. Nie umiem zjechać. Powiedziałam w końcu. To niech pani tu poczeka. Pojadę po tatę.
Czekałam. Nie miałam chusteczki bo zgubiłam, błyszczyk też gdzieś wcięło, o Mecenasie nie wspominając.
Czapka pod wpływem wilgoci rozciągnęła się do takich rozmiarów, że widziałam cokolwiek dopiero po czterokrotnym jej zrolowaniu i "zaczesaniu" na czoło. Znowu zebrało mi się na płacz...
A! Tu jesteś. Dużo razy zjechałaś sobie? Zapytał Mecenas podjeżdżając pięknym slalomem wprost pod moje nogi...