Reklamówka Dla tych, którzy nie widzieli. Ale uwaga, bowiem "reklamówka sugeruje, że Polacy, zamiast stawiać czoła najeźdźcy, uciekali w popłochu."
Powyższe zdanie uderzyło mnie do tego stopnia, że oszalałem. Proszę mi powiedzieć, czy ja obrażam autora słów tych, mówiąc "idiota", czy dokonuję eufemizacji faktycznego stanu rzeczy? Po pierwsze reklamówka wyśmiewa Niemców. Informacja "Berlin to Warsaw on one tank" sugeruje bowiem, że Niemiec kupi samochód, ponieważ "30 gallon tank" skojarzy mu się z "Koenigs Tiger tank". Zaś i u nas są podobne dowcipy o Niemcach: znaczek Mercedesa wygląda jak wygląda, bo Niemiec nawet na samochodzie chce mieć celownik.
Interpretacja, wedle której reklamówka wyśmiewa Polaków jest dla mnie absolutnie nie do przyjęcia. Zwłaszcza, że znam sporo innych przykładów brytyjskiego humoru, który - co dodaje mu przecież kolorytu - jest miejscami drastyczny (np. Liga Dżentelmenów). Na forach internetowych pojawiają się wezwania do opamiętania z powodu pamięci o dywizjonie 303. Ale przecież Brytyjczycy potrafią wyśmiewać własne, rodzime siły obronne z tamtego okresu! Był taki serial - nie pomnę tytułu - którego bohaterami byli właśnie nieudaczni żołnierze obrony terytorialnej, złożonej z Anglików, Walijczyków i Szkotów. Wyobraźmy sobie taki serial o życiu w wojennej Warszawie. Ale wiadomo nie od dziś, że Anglicy przeżyli naloty Londynu dzięki poczuciu humoru i dystansowi do rzeczywistości.
Moim zdaniem, to właśnie nazywanie autora tego klipu "człowiekiem, dla którego nie ma świętości" jest oburzające.
W szerszym kontekście boli mnie to, że w Polsce dalej pokutuje szukanie wszędzie krzywdy Narodu Polskiego - właściwie to Krzywdy. Konkretnie to, że ludzie dalej łapią się na lep podobnej retoryki i czują się pokrzywdzeni przez wszystkich i wszystko. Pomija się natomiast dziwnym trafem takie incydenty jak zagarnięcie północno-wschodnich Czech przy okazji zaboru Niemieckiego w 1939 roku, albo ustanowienie marionetkowego rządu na Litwie.
Jeszcze szerzej rzecz ujmując, zastanawia mnie to, dlaczego śmiejemy się, czy wyśmiewamy tylko pokonanych - na amerykańską modłę. Podczas gdy znaczna podejrzewam część żołnierzy Niemieckich wykonywała "swoją robotę" nie patrząc na ideologię, kierowali się albo poczuciem obowiązku względem przełożonego, albo racją stanu, albo dobrem ojczyzny. Z tych samych powodów Polacy, Brytyjczycy, Francuzi, czy Włosi popełnili zapewne równie wiele "głupstw". Czasem chyba po prostu zapomina się, że poza mordami i zbrodniami, II Wojna Światowa była po prostu.. wojną. Z działaniami wojennymi oraz aktami bohaterstwa po obu stronach. Na poziom pułku nie dociera już żadna ideologia - chyba, że dowódca jest fanatykiem, albo oddział jest specjalnego przeznaczenia. Czemu panuje taka niechęć przed odarciem tego konfliktu z maski starcia dobra ze złem, w którym Polacy i spółka strzelają kwiatami, nie ma Polskich morderców i bestialskich pogromców, za to Niemcy zrzucają na Warszawę czyste zło i magmę z podziemia? Moim zdaniem, epizody takie, jak bombardowanie Drezna, czy Monte Cassino* pokazują, że II Wojna Światowa, była walką zła ze złem, jak każda zresztą wojna.
*Zbombardowano je, bowiem alianci uznali (albo "uznali" ze względów taktycznych), że Niemcy na pewno złamali konwencję genewską, która zabraniała wykorzystywania zabytków (najstarszy klasztor w Europie - ściśle w Świecie) do celów wojennych, podczas gdy oni się jej trzymali i weszli do zespołu klasztornego dopiero po bombardowaniu. Które,
nota bene, uczyniło zeń twierdzę.