Do założenia wątku skłoniła mnie rozmowa z belvedere w temacie o poprawności politycznej.
Tradycyjnie - kłótnia zaczęła się od Niemców i IIWŚ (jak większość flejmów...), ale tutaj chciałbym spojrzeć na problem szerzej i serdecznie zachęcam do rozważań nad samą naturą problemu, a nie winach poszczególnych ludzi i narodów.
Zacznijmy może od tego czym jest demokracja wg. mnie i od filarów, na których uważam, że się opiera: jest to system, w którym wszyscy są równi wobec prawa, w którym wszyscy mają zapewniony taki sam wpływ na życie społeczności (oczywiście w prawnym tego aspekcie, bo nie chcę przeczyć takim zjawiskom jak np. charyzma, albo wpływy) przy zagwarantowaniu możliwości swobodnej wypowiedzi i myśli wewnątrz społecznie zaakceptowanego porządku prawnego.
Problemem jest jednak to, że niektóre jednostki nie chcą włączyć się w życie społeczeństwa i negatywnie wpływają na jego funkcjonowanie jako całości - przestępcy, różnego rodzaju ruchy anarchistyczne (chociaż tutaj można się zastanawiać na ile szkodzą one społeczeństwu, a na ile stanowią przeciwwagę dla nurtu skrajnie konserwatywnego) i wielu innych. Czy zasługują one na stosowanie wobec nich prawa, którego nie akceptują i z którym walczą?
Mówiąc obrazowo: czy można mordercy odmawiać prawa do sprawiedliwości, kiedy zostanie mu ukradziony portfel? W jakim stopniu przestępstwa jednostki wpływają na Wasze poczucie jego równości wobec prawa?
Tutaj wchodzę w zagadnienie, które mnie interesuje: jeśli słusznym jest odbieranie praw łamiącym je to gdzie jest granica i jak ustalić które prawa im odbierać? Czym byłby obiektywizm w tego typu decyzjach?
Dla celów dyskusji pomińmy fakt, że prawo jako takie jest subiektywne i jest zależne od poglądów jednostek, które sumują się w społeczne poczucie sprawiedliwości - uznajmy model idealny, w którym prawo jako takie 'tu i teraz' jest w pełni obiektywne.
Osobiście uważam, że najbardziej zbliżoną do obiektywizmu opcją jest startowanie każdego człowieka z równej stopy - niezależnie od przeszłości, złych i dobrych uczynków, koloru skóry, wieku i znajomości musi wszystkich obowiązywać to samo. W ten sposób unika się konieczności oceny przez jednego człowieka wagi czynów drugiego przed przystąpieniem do procesu sądowego. Morderca mimo strasznych czynów, których był sprawcą ma prawo do poczucia materialnego bezpieczeństwa, nie staje się człowiekiem drugiej kategorii. Uważam to za bardzo ważne, ponieważ to właśnie poczucie wyższości doprowadziło do największych tragedii w ludzkiej historii. Prawo musi być dla wszystkich równe i w żadnym aspekcie nie może dyskryminować jakiejkolwiek grupy ludzi.
Zdaję sobie sprawę z istnienia wyjątków, opiszę je poniżej. W dwóch aspektach, żeby i sobie utrudnić rozważania.

Jeśli przyjmiemy jednak model ograniczający dostęp do praw przestępcom: kto ustali 'taryfikator'? I w jaki sposób będziemy to rozliczać? Czy otrzymując mandat za picie w miejscu publicznym tracę prawo do np. domagania się, żeby ludzie wracający z imprezy nie zwracali zawartości żołądka na moje świeżo przystrzyżone różyczki? Morderca traci prawo do nietykalności osobistej?
Tego typu proceder stworzy armię ludzi niepożądanych, wyjętych spod prawa i doprowadzi do barbaryzacji całego społeczeństwa - skoro będzie można bez konsekwencji złamać bandycie rękę to kto się oprze pokusie? Rozpocznie się polowanie na czarownice i wprowadzanie 'uspołecznionej' zasady 'oko za oko'.
Takie działanie jest więc skrajnie nieobiektywne, ponieważ wszystko w nim zależy od decyzji pojedynczych ludzi, do tego jest bardzo szkodliwe społecznie, ponieważ tworzy grupę pariasów, którzy zdani są na łaskę osób cieszących się większą ilością praw. Ten model już wielokrotnie był wprowadzany i za każdym razem powodował nieskończone cierpienie i śmierć w niewyobrażalnej skali.
Teraz co do wspomnianych wyjątków, które w dużej mierze pokrywają się z poprzednim akapitem (co tylko podkreśla jak wiele zależne jest tylko i wyłącznie od akceptowanej przez ludzi moralności):
Pełnoletność - arbitralnie ustala się wiek, w którym człowiek staje się prawdziwym członkiem społeczeństwa.
Zjawisko 'pozytywnej dyskryminacji', które polega na sztucznym polepszaniu pozycji grupy, której nie udało się (z różnych powodów, nie wnikajmy w to) osiągnąć tego, czym cieszy się reszta społeczeństwa. Mogą to być kobiety, czarnoskórzy w krajach z rasistowskimi tradycjami, osoby z biednych rodzin, czy takie, które są fizycznie lub psychicznie upośledzone. Działania te (mimo, że czesto odnoszą odwrotne do zamierzonych skutki) mają jednak na celu usprawnienie życia społecznego, a nie jego zaburzenie.
Można piętnować ludzi, którzy popełnili pewnego rodzaju zbrodnie. Uznając pedofilię za okropne przestępstwo można odebrać pedofilowi prawo do prywatności poprzez ujawnianie szczegółów jego przewinienia społecznościom wśród których żyje.
Osobie, która popełniła przestępstwo przy pomocy jakiejkolwiek broni (palnej, białej) można całkowicie zabronić jej posiadania.
Przykłady można by mnożyć dalej...
Kolejna kwestia do zastanowienia: gdzie wyznaczyć granicę odbieranych praw? Uważam, że nie można w żadnym momencie stworzyć wrażenia, że jakiś człowiek jest gorszy od reszty - wszelkie odbieranie praw musi być dobrze przemyślane, żeby człowiek nie stał się persona non grata i dalej był podatny na resocjalizację, a otoczenie szanowało go i nie uważało za element, którego trzeba się pozbyć.
Idealną sytuacją byłaby taka, w której nigdy nikogo nie wyjmuje się w żadnej kwestii poza prawo i żeby niezależnie od swoich przewinień cieszył się wszystkimi prawami, które przysługują ludziom, ale utopia sobie, a świat sobie.
Zaznaczę tylko, że chodzi mi o sytuację przed skazaniem za przewinienia: to powinno być wykonane z całą surowością zgodnie z prawem. Wracając do pierwotnego przykładu: chodzi o to, żeby proces przeciwko mordercy nie wpływał na wynik procesu mordercy przeciwko złodziejowi.
Przepraszam za chaotyczny układ posta - po intensywnej dyskusji w głowie za dużo myśli