Racjonalista - Strona głównaDo treści
"Przemysł dysleksji"

Ten wątek jest przedawniony

Działy Forum » Społeczeństwo i kraj
NapisanoAutorTytuł
03-09-2009 22:31lontri (16088 punktów)"Przemysł dysleksji"
Ocena 7 na 7

W systemie społecznym, w którym diagnoza dysfunkcji będzie wiązała się z dostępem do specjalnych praw i przywilejów, często dochodzi do wypaczenia idei wyrównywania szans.
Dysleksja, rozumiana jako trudności w czytaniu i pisaniu, występujące przy prawidłowym rozwoju umysłowym, staje się coraz powszechniejsza, mimo że teoretycznie nie powinna występować u więcej niż 10-15% populacji( pl.wikipedia.org/wiki/Dysleksja. )
Wiążące się z problemem napięcia i konflikty interesów ilustruje m.in. niniejszy artykuł:

portalwied(*)1985,1528058,1,czasopisma.html

A na przykład w Polsce szczegółowe instrukcje dotyczące procedury organizowania i przeprowadzania sprawdzianu i egzaminu gimnazjalnego w roku szkolnym 2006/2007 dla uczniów z dysleksją zostały anulowane z uwagi na "naruszanie podstawowych praw dziecka" oraz "rażącą nierówność w traktowaniu osób przystępujących do egzaminu gimnazjalnego wynikającą ze stosowania instrukcji", stwierdzoną przez Rzecznika.

tekst ww. instrukcji można pobrać ze strony:
www.oke.kr(*)dex.php?page=20060630115113731

W którym momencie kończy się narracja o pomaganiu w imię wyrównywania szans, a zaczyna narracja walki o równość i sprawiedliwe traktowanie dla wszystkich?
Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.

marcus (876 punktów)
Moim zdaniem przywileje osób dyslektycznych są zdecydowanie zbyt duże, nie jest to przecież aż tak poważne zaburzenie... Czy ja, posiadając potwierdzenie w postaci testów psychologicznych na to, iż mój mózg jest zdecydowanie humanistyczny (na poziomie nie częstym u mężczyzn) powinienem był upominać się w szkołach o ułatwienia i więcej czasu przy rozwiązywaniu testów z matematyki?

Choć droga jest bez końca, pozornie bez znaczenia
Mniemam, że mam powody, by drogi swej nie zmieniać...
03-09-2009 22:59 
 Ocena 3 na 3
salek (4701 punktów)
>Czy ja, posiadając potwierdzenie w postaci testów psychologicznych na to, iż mój mózg jest zdecydowanie humanistyczny (na poziomie nie częstym u mężczyzn) powinienem był upominać się w szkołach o ułatwienia i więcej czasu przy rozwiązywaniu testów z matematyki?
Nie wywołuj wilka z lasu.. słyszałeś może o dyskalkulii?
04-09-2009 15:27 
 Ocena 1 na 1
liliac (147340 punktów)
>>Czy ja, posiadając potwierdzenie w postaci testów psychologicznych na to, iż mój mózg jest zdecydowanie humanistyczny (na poziomie nie częstym u mężczyzn) powinienem był upominać się w szkołach o ułatwienia i więcej czasu przy rozwiązywaniu testów z matematyki?
>Nie wywołuj wilka z lasu.. słyszałeś może o dyskalkulii?

Gdzieś ktoś na forum kiedyś powiedział:
"Dysleksja, dysortografia, dyskalkulia, dysencefalia..."
Celtyk (3337 punktów)
Jako taka ograniczona "zdolność" bezbłędnego pisania, czy liczenia jest faktem (jednak uważam, że faktycznie jest to niski procent populacji).
   Sam pisząc odręcznie potrafię trochę ortografów w tekście wcisnąć (pomimo iż za czasów szkoły podstawowej i średniej czytałem mnóstwo różnych książek). Nauczyciele, którzy mnie przez ileś lac oceniali powtarzali, że mam tzw. umysł ścisły i ponoć stąd moje problemy z polskim. Jednak wiem z własnego doświadczenia, że trochę więcej włożonej pracy w naukę ortografii i interpunkcji pozwoliło mi zdać kolejne egzaminy włącznie z maturą bez specjalnych problemów (trzeba się było tylko przyłożyć). Teraz pisząc teksty na PC korzystam z udogodnień techniki
   Kilka tygodni temu jak "rozgorzała" sprawa obowiązkowej matury z matematyki pojawiło się hasło " dyskalkulia". Na bazie informacji o obowiązkowej maturze z matematyki publicznej telewizji pojawił się wywiad z właścicielem firmy zajmującej się wyszukiwaniem pracowników.
   Człowiek powiedział (dla mnie) coś bardzo interesującego. W jego 25-letniej pracy zawodowej nie spotkał się z ani jednym kandydatem, który przedstawiłby mu zaświadczenie o dysleksji, czy dyskalkulii.
   W zderzeniu z danymi z rynku pracy i okresu edukacji śmiem twierdzić, że "ograniczenia" w umiejętnościach dzieci w okresie szkolnym wynikają głównie z lenistwa:
- Po co się uczyć jak można donieść świstek i będzie się traktowanym ulgowo.
Przyszło mi też na myśl, że takie zaświadczenie daje też pewne wymierne korzyści:
- Skoro mam takie zaświadczenie to moje wyniki będą ocenione wyżej niż bez niego.
W ten sposób jest "napędzana" koniunktura na dysleksję, czy dyskalkulię
Obserwując zjawisko z boku mam dziwne odczucie niesprawiedliwości już od pierwszych lad nauki.
Nigdzie nie jest powiedziane, że każdy z nas ma być Mickiewiczem, Kopernikiem, czy innym wybitnym Polakiem. Każdy ma określony zestaw zdolności i predyspozycji jak i braków w przyswajaniu określonych zakresów wiedzy.
   Na szczęście tak się składa, że coraz częściej ocena z matury, czy dyplomu jest autentycznie weryfikowana przez rynek pracy. Jednak do pewnej części ludzi ten fakt dotrze za późno, a wtedy zbiorą "owoce" swojej "twórczej" pracy
Pozdrawiam

Władza doprowadza do obłędu w stopniu większym, niż demoralizuje, uciszając głos sumienia i wyostrzając chęć działania.- WILL I ARIEL DURANT -
04-09-2009 09:02 
 Ocena 3 na 3
Kowalski (1042 punktów)
Też miałem masę problemów z ortografią mimo, że czytałem dużo. Ale to nie dysleksja, raczej słaba pamięć wzrokowa.

Nie wykluczam, że mamy kilka zjawisk. Trudno mi powiedzieć, jak pewne modele wychowania wpływają na dysleksję. Raczej nie powinny... ale trudno powiedzieć coś konkretnego, wiadomo na przykład, że z koncentracją u dzieci jest obecnie gorzej niż było kiedyś.

Ważny zapewne czynnik to nadopiekuńczy rodzice. Problem, z którym chyba wielu się zetknęło może także tutaj przynosić problemy -- ukochane dziecko z czymś sobie radzi z trudem? To znaczy, że ma jest bardzo zdolne, a tylko ma jakieś modne zaburzenie, które należy w szkole usprawiedliwić.

Może jeszcze dochodzić jeden czynnik -- przynajmniej nie tak dawno czytałem o problemie wzrostu liczby osób z depresją w USA, co ma wynikać z... reguł funkcjonowania ubezpieczeń zdrowotnych. Gdy potencjalny pacjent przychodzi do lekarza, by lekarz dostał pieniądze od ubezpieczyciela, powinien znaleźć jakąś chorobę. Co prawda nie sądzę, by u nas akurat motyw materialny był dominujący, ale bardzo możliwe, że działa to trochę podobnie -- pofatygowano się do lekarza? No to warto problem pod zaburzenie podciągnąć.
04-09-2009 18:56 
 Ocena 1 na 1
stilgar (7322 punktów)

>Obserwując zjawisko zboku mam dziwne odczucie niesprawiedliwości już od pierwszych lad nauki.

Kogo nazywasz zbokiem? No i nie wiedziałem, że nauka jest na ladach i to w dodatku numerowanych!

BP, NMSP
04-09-2009 21:02 
 Ocena 1 na 1
Celtyk (3337 punktów)
>Kogo nazywasz zbokiem? No i nie wiedziałem, że nauka jest na ladach i to w dodatku numerowanych!
Jest faktycznie:
"Obserwując zjawisko zboku mam dziwne odczucie niesprawiedliwości już od pierwszych lad nauki."
A miało być:
"Obserwując zjawisko z boku mam dziwne odczucie niesprawiedliwości już od pierwszych lat nauki."
   Nikogo nie nazywam "zbokiem", to tylko przejawem mojej "dysleksji" , która faktycznie jest zwykłym gapowym.
Pozdrawiam

Władza doprowadza do obłędu w stopniu większym, niż demoralizuje, uciszając głos sumienia i wyostrzając chęć działania.- WILL I ARIEL DURANT -
04-09-2009 21:06 
 Ocena 1 na 1
stilgar (7322 punktów)
>>Kogo nazywasz zbokiem? No i nie wiedziałem, że nauka jest na ladach i to w dodatku numerowanych!
>Jest faktycznie:
>"Obserwując zjawisko zboku mam dziwne odczucie niesprawiedliwości już od pierwszych lad nauki."A miało być:
>"Obserwując zjawisko z boku mam dziwne odczucie niesprawiedliwości już od pierwszych lat nauki."
>   Nikogo nie nazywam "zbokiem", to tylko przejawem mojej "dysleksji" , która faktycznie jest zwykłym gapowym.

Wiem, to był taki żart
poziomczyński (1343 punktów)
(zablokowany)
Osobiście uważam, że osoba ze stwierdzoną dysleksją (czytaj: urzędowo potwierdzoną niemożliwością opanowania zasad ortografii) przedstawiająca ten świstek w ogólniaku, powinna być grzecznie poproszona o poszukanie sobie innej szkoły. Skoro już na starcie stwierdzono, że nie da się jej przygotować do matury?
No bo jakby daltonista upierał się, żeby go przyjąć na ASP. A potem domagał się, żeby oceniano jego prace z uwzględnieniem jego schorzenia. No i potem od marszanda też będzie się domagał, żeby sprzedawał jego dzieła tak jak dzieła innych.
04-09-2009 11:12 
 Ocena 3 na 3
Ania... (14138 punktów)
>Osobiście uważam, że osoba ze stwierdzoną dysleksją (czytaj: urzędowo potwierdzoną niemożliwością opanowania zasad ortografii) przedstawiająca ten świstek w ogólniaku, powinna być grzecznie poproszona o poszukanie sobie innej szkoły. Skoro już na starcie stwierdzono, że nie da się jej przygotować do matury?
No i tutaj się nie zgadzam. Ze strony zza "katedry" widzę, że sporo uczniów wykorzystuje zaświadczenie, ale z drugiej strony czy te ulgi są aż tak duże? Teraz nie da się oblać matury za błędy ortograficzne, mogą tylko obniżyć ocenę. A z każdego innego przedmiotu większość nauczycieli nie obleje za błędy, jeśli treść jest na poziomie. Ja na przykład nie oblewam.

A powiem wam, że sama nie wierzyłam w dysleksję aż do momentu poznania koleżanki ze studiów. Stypendium prezydenckie w LO, na studiach również zwykle na stypendium jechała, co nie było proste - mi udało się raz tylko, przyznaję się. Jej prawie zawsze. Pisała prace na komputerze, jak każdy wtedy, więc nie było błędów - magia podkreśleń w Wordzie, ale raz zmuszona była przygotować referat ręcznie. I szok - rzut napisany jako rzót, który jako ktury, co nie przeszkadzało jej nie popełnić błędu w dehydrogenazie albo innym specjalistycznym słowie. Przy jej pracowitości i uzdolnieniach nie wierzę w lenistwo lub ograniczenia intelektualne. Jej ograniczenia były określone jak dysortografia.
Co prawda nadużywa się słów dysleksja, dysgrafia, ale istnieją takie ograniczenia i musimy się z nimi liczyć.
04-09-2009 12:17 
 Ocena 2 na 2
poziomczyński (1343 punktów)
(zablokowany)
Ale ze mną nie trzeba się zgadzać...
Ze mną można podyskutować.
Oczywiście że zdarzają się różne dysfunkcje. Ale nie każdy dyslektyk będzie Banachem, prawda?
Jak rozumiem, zgadzasz się ze mną, ze uczniowie w większości wykorzystują świstki. Ja z doświadczenia wiem, że jak koleżanka polonistka kazała dyslektykom pozakładać zeszyty do pracy nad dysleksją, to nastąpił cud ozdrowień.
Jeżeli chodzi o przypadki takie jak twoja koleżanka, to oczywiście zdarzają się osoby wybitnie uzdolnione w jakimś kierunku ale totalne nogi w innym. Dla takich osób powinna być "droga Banacha", eksternistyczna.
Takiego dyslektyka potem spotyka prawdziwe życie. A nas w prawdziwym życiu spotykają potem tacy dyslektycy po biurach i urzędach. A co będzie jak Politechniki zaczną honorować dyskalkulię? Podobno elektrownię jądrową mamy budować... Nie każdy musi mieć maturę. Można wykonywać wiele ciekawych, pożytecznych i dobrze płatnych zawodów, w których dysleksja nie jest przeszkodą. óra czuwa nad naszymi sąsiadami.
__
Banach jest tu oczywiście przykładem wybitnego matematyka, który się nie mieścił we współczesnym sobie systemie edukacji. Nie sugeruję bynajmniej, że był dyslektykiem.
__

Ja bym nie chciał, żeby jakiś niedouczony baran powiedział żonie prezydenta Rosji, że ma ładną czerwoną różę. Wystarczy mi powszechna dysleksja myląca bożą opaczność, która dotyka moją ojczyzną z opatrznością, kt
04-09-2009 13:50 
 Ocena 4 na 4
Garr (85 punktów)
>Osobiście uważam, że osoba ze stwierdzoną dysleksją (czytaj: urzędowo potwierdzoną >niemożliwością opanowania zasad ortografii) przedstawiająca ten świstek w ogólniaku, >powinna być grzecznie poproszona o poszukanie sobie innej szkoły. Skoro już na >starcie stwierdzono, że nie da się jej przygotować do matury?

Jako osoba ze "stwierdzoną dysleksją" stwierdzam, że nie masz pojęcia o czym piszesz.
Otóż, dysleksja nie polega na "niemożliwości opanowania zasad ortografii", wręcz przeciwnie, błędy robiłem pomimo znajomości zasad ortografi. I o ile dla osoby, która sobie taki papierek "załatwiła", rzeczywiście jest on jakimś ułatwieniem w szkole. Dla mnie oznaczało to: po 1. szykany ze strony polonistek które uważały, że jestem poprostu głupi/leniwy/niedouczony; po 2. długie godziny (dwa razy w tygodniu, przez prawie całą podstawówkę i część ogólniaka, rzecz jasna nie za darmo) spędzone na indywidualnych zajęciach z pedagogiem-psychologiem, aby jakoś ten problem opanować.

Nie przeczę, że nadużycia się zdarzają, wręcz przeciwnie. Nie można jednak wrzucać wszystkich do jednego wora.

Pozdrawiam
04-09-2009 17:11 
 Ocena 2 na 2
poziomczyński (1343 punktów)
(zablokowany)
>>Osobiście uważam, że osoba ze stwierdzoną dysleksją (czytaj: urzędowo potwierdzoną >niemożliwością opanowania zasad ortografii) przedstawiająca ten świstek w ogólniaku, >powinna być grzecznie poproszona o poszukanie sobie innej szkoły. Skoro już na >starcie stwierdzono, że nie da się jej przygotować do matury?
>Jako osoba ze "stwierdzoną dysleksją" stwierdzam, że nie masz pojęcia o czym piszesz.
>Otóż, dysleksja nie polega na "niemożliwości opanowania zasad ortografii", wręcz przeciwnie, błędy robiłem pomimo znajomości zasad ortografi. I o ile dla osoby, która sobie taki papierek "załatwiła", rzeczywiście jest on jakimś ułatwieniem w szkole. Dla mnie oznaczało to: po 1. szykany ze strony polonistek które uważały, że jestem poprostu głupi/leniwy/niedouczony; po 2. długie godziny (dwa razy w tygodniu, przez prawie całą podstawówkę i część ogólniaka, rzecz jasna nie za darmo) spędzone na indywidualnych zajęciach z pedagogiem-psychologiem, aby jakoś ten problem opanować.
>Nie przeczę, że nadużycia się zdarzają, wręcz przeciwnie. Nie można jednak wrzucać wszystkich do jednego wora.
>Pozdrawiam
>
Pisałem o zjawisku nasilonej dysleksji, która opanowuje klasy z siła epidemii.
Nie osądzam tym samym Ciebie, bo cię nie znam.
Jako nie-dyslektyk oczywiście nie mogę wiedzieć jak to jest być dyslektykiem. Tak jak nie mogę wiedzieć jak to jest być daltonistą. Więc skoro już jesteś pod ręką, to bardzo jestem ciekawy (tak poważnie, bez krzty sarkazmu, dla czystej chęci zrozumienia mechanizmu, jeżeli się da) jak to wygląda od strony technicznej.
Z twojego wpisu wnioskuję, że znasz i pamiętasz zasady ortografii. Pomimo to robisz błędy. Jak to wygląda w praktyce? Czy robisz tylko standardowe błędy ortograficzne (rz-ż; ch-h; ó-u), czy piszesz "fonetycznie" ("chlep") czy w ogóle wychodzą ci "losowo wybrane litery"?
W mojej karierze np. miałem studenta, który pisał niewyraźnie, a potem jak się okazało (ponieważ nie chciałem ocenić go na podstawie tego, że nie mogę doczytać poprosiłem, żeby przeczytał co napisał) zbitki liter, które pisał miały luźny związek ze słowami.
Być może wygląda to całkiem inaczej.
Podkreślam, nie traktuj moich pytań jako przytyku. Po prostu, jak sam piszesz, nie mama pojęcia, jak to jest być dyslektykiem. A poznać znaczy zrozumieć.
04-09-2009 17:39 
 Ocena 3 na 3
(Alicja)Duda (25557 punktów)
>Podkreślam, nie traktuj moich pytań jako przytyku. Po prostu, jak sam piszesz, nie mama pojęcia, jak to jest być dyslektykiem. A poznać znaczy zrozumieć.
Ja jestem dyslektykiem ( dysgrafia)i moje dzieci też mają tę wadę. Podobno jest to związane z błędnikiem w jaki sposób tego nie wiem. A skłonności się dziedziczy.
Objawia się to tym , że jak się zdenerwuję lub jestem czymś mocno podekscytowana to robię błędy, piszę fonetycznie a czasem sama nie jestem w stanie odczytać tego co zapisałam od taki przypadkowy ciąg liter. Dzięki komputerowi ta moja wada już mi wcale nie przeszkadza, (czytającym pewnie trochę, bo dalej mam kłopoty z interpunkcją). I dziękuję moderatorom bo czasem coś tam poprawią.
Maturę zdawałam bardzo dawno temu i z polskiego miałam zawsze tróję przez całą prawie szkołę, bo o dysleksji nikt wtedy nie słyszał. Ale dla rekompensaty dobra byłam w przedmiotach ścisłych. I czego nie rozumiem w tej mojej przypadłości to tego, że żaden stres nie zaburzał moich zdolności matematycznych a jedynie pisanie.
04-09-2009 18:48 
 Ocena 1 na 1
Garr (85 punktów)
> Więc skoro już jesteś pod ręką, to bardzo jestem ciekawy (tak poważnie, bez krzty >sarkazmu, dla czystej chęci zrozumienia mechanizmu, jeżeli się da) jak to wygląda od >strony technicznej.
>Z twojego wpisu wnioskuję, że znasz i pamiętasz zasady ortografii. Pomimo to robisz >błędy. Jak to wygląda w praktyce? Czy robisz tylko standardowe błędy ortograficzne >(rz-ż; ch-h; ó-u), czy piszesz "fonetycznie" ("chlep") czy w ogóle wychodzą ci >"losowo wybrane litery"?

Ja robiłem raczej standardowe błędy typu rz/ż, u/ó itd. Problem polegał na tym, iż np. osoby "normalne" podświadomie po "g" wstawiają "rz", a "ż" wymienia sie na "g" bo inaczej po prostu "źle im to wygląda" (mają ową zasadę "wdrukowaną" w pamięć w toku nauki, przez co nie muszą używać jej świadomie). U mnie brak było tego typu skojarzeń. Tak, w każdym razie ja to rozumiem, czy też rozumiałem 15 lat temu. Szczegółowo pewnie lepiej by to osoba z wykształceniem psychologicznym/pedagogicznym wyjaśniła.

Nauka polegała na wyrobieniu nawyku analizowania każdego pisanego słowa pod względem zapamiętanych reguł, ew. wizualizowania danego słowa z jakimś zapamiętanym obrazem czy sytuacją, która w jakiś sposób mówi jak owe powinno być napisane.
Bardzo dobrze to opisał niżej "NdwZ"
Stąd owe "ulgi" nie polegały na nieocenianiu ortografii w ogóle, a tylko podczas sprawdzianów, dyktand itd. kiedy trzeba było pisać na czas (w takim przypadku to każde słowo napisane poprawnie było olbrzymim sukcesem )

A co do wysypu "dys" to uważam, że bardzo dużo złego zrobiły komputery i internet. Z własnego doświadczenia wiem, jak mnie różne IRCE cofnęły do poziomu szkoły podstawowej A jak ktoś w wieku nastu lat orientuje się, że nie potrafi pisać, no to trza się ratować załatwianym papierem. Z własnego doświadczenia wiem, jak mnie różne IRCE cofnęły do poziomu szkoły podstawowej
04-09-2009 22:03 
 Ocena 8 na 8
sukulent (2309 punktów)
>Osobiście uważam, że osoba ze stwierdzoną dysleksją (czytaj: urzędowo potwierdzoną niemożliwością opanowania zasad ortografii) przedstawiająca ten świstek w ogólniaku, powinna być grzecznie poproszona o poszukanie sobie innej szkoły. Skoro już na starcie stwierdzono, że nie da się jej przygotować do matury?

Jakże się cieszę, że drogi nasze nie skrzyżowały się wtedy, gdy starałam się o przyjęcie do ogólniaka! W życiu bym tej matury nie miała, studiów (co oczywiste) bym nie zaczęła (o skończeniu nie mówię), wyszłabym za mąż za jakiegoś szmondaka spod budki z piwem i skończyła w jego kuchni bita w chwilach obniżenia stężenia alkoholu we krwi szanownego małżonka.
Od początku szkoły podstawowej moja babcia zorientowała się, że coś ze mną nie tak. Książki "połykałam", bo czytanie to za łagodne określenie, a nad zeszytem do polskiego ozdobionym obficie trójami na szynach lałam strumienie łez. Myliłam "d" z "b", "c" u mnie było raz prawo, raz lewo skrętne, podobnie jak "3", wszystkie tzw. "trudności ortograficzne" stanowiły dla mnie katastrofę większą niż geografia gospodarcza i fosforyty w Kuala Lumpur. Babcia przystąpiła do ofensywy. Codziennie po przyjściu ze szkoły dyktando, przepisywanie wyrazów po pięćdziesiąt, sto razy, wierszyki z regułami ortograficznymi i wyjątkami od tych reguł. Koleżanki bawiły się na podwórku - ja pisałam. Na wysokości liceum błędy robiłam już na tyle nieliczne, że egzamin zdałam, ale matura, gdzie nie wolno było zrobić ani jednego błędu rysowała się raczej jako zapowiedź spektakularnej klęski. Rodzicielka dawała mi jasno do zrozumienia, że muszę być leniem patentowanym, skoro nie mogę tego "który" i "ponieważ". Nagle okazało się, że istnieje coś takiego jak dyslekcja - psycholog, który mnie badał stwierdził dysgrafię i dysortografię. Maturę zdałam. Na studia dostałam się w podskokach na podstawie testu wielokrotnego wyboru - nikogo nie interesowało, czy ten "który" w moim wykonaniu ma "ó", czy "u". Wyszłam za mąż za faceta zionącego wprost dysleksją - nie umiejącego płynnie czytać (za to z absolutną pamięcią słuchową - wykłady mógł powtarzać, jakby miał nagrane w głowie). Mamy dzieci. Teraz ja siedzę z synem, który myli "d" z "b", któremu "c", "J" i inne "g" wykręca się nie w tę stronę, i który nie umie czytać, ale dla którego prawa Newtona były oczywiste w wieku lat czterech. Pracujemy. Nasze popołudnia to wspólne czytanie i pisanie, powtarzanie odmian i reguł ortograficznych. Mały się buntuje. Od czasu do czasu się ciska, że ma już dość, że nie chce. Ja byłam pokorniejsza i grzeczniejsza. Teraz patrzę na znękaną rozpacz w jego oczach, że go matka tak męczy.
Mam nadzieję, że los nie skrzyżuje jego drogi z kimś o podobnym do Twojego poglądzie na sprawę dysleksji.

Pozdrawiam


"Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było" ("Chatka Puchatka" )
04-09-2009 22:19 
 Ocena 4 na 4
liliac (147340 punktów)
Sukulent, to, o czym piszesz, to taka "prawdziwa" dysleksja, z której faktycznie nie ma co kpić, albowiem jest rzeczywistym, namacalnym schorzeniem. Namacalnym nie tylko dla psychologa, zresztą, ale mającym całkiem rzeczywiste podstawy anatomiczne.

Absurdalna jest koncepcja piętrowych ulg dla dyslektyków i wymyślanie rozmaitych dysortografii- o ile kłopot z percepcją ogółu znaków graficznych jest całkowicie uzasadnialny na gruncie naukowym, o tyle wybiórcza ślepota mózgu na kilka wybranych par tych znaczków jest zdecydowanie naciągana.
Nota bene coś dziwna ta diagnoza psychologa, bo to, co opisujesz podpada chyba pod definicję klasycznej dysleksji, nie rzekomej "dysortografii".
04-09-2009 22:38 
 Ocena 2 na 2
sukulent (2309 punktów)
W moim przypadku psycholog nie stwierdził dysleksji ze względu na to świetne czytanie (wtedy leciałam zdaniami, teraz czytam akapitami, a jak się rozpędzę to i stronami potrafię - sama rozumiesz, że studia medyczne temu pomogły), ale dysgrafia mu wyszła (ponoć - efekty testów omawiał z moją matką, a nie ze mną) ewidentna. Co do dysortografi to nie mam zdania - byłam już nieźle przećwiczona przez babcię , kiedy poszłam na te wszystkie badania. Za to książkowy jest mój mąż, który miał to totalnie zaniedbane i - niestety - mój syn. Ma do tego skrzyżowaną lateralizację, jakby mu było mało.
Co do wykorzystywania papierka, to jak wiesz takich wykorzystywań w naszej rzeczywistości jest kupa. Wykorzystuje się chorobę (na zasiłku na chore dziecko żerują całe rodziny; widzę przypadki, kiedy rodzina zaniedbuje rehabilitację dziecka, aby tylko jego stan się nie polepszył i pieniędzy nie zabrali), udaje się chorobę, żeby zdobyć rentę i tak dalej i tym podobne.
Tyle tylko, że poza "wykorzystywaczami" są jeszcze ci faktycznie walczący z problemem. Nie chciałabym, aby ich skreślono.

Pozdrawiam serdecznie


"Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było" ("Chatka Puchatka") )
04-09-2009 22:55 
 Ocena 3 na 3
liliac (147340 punktów)
>Tyle tylko, że poza "wykorzystywaczami" są jeszcze ci faktycznie walczący z problemem. Nie chciałabym, aby ich skreślono.
>Pozdrawiam serdecznie

Czyli pozostaje kwestia odpowiedniego zagęszczenia sita diagnostycznego. Bo, o ile zgadzam się całkowicie z potrzebą wyróżnienia rzeczywistych dyslektyków (choćby ze względu na możliwość w miarę skutecznej terapii), o tyle obecna sytuacja psuje nasz i tak wielce wadliwy system edukacyjny.

Któraś z koleżanek naszych forumowych para się chyba zawodowo psychologią- być może podpowiedziałaby coś na temat obiektywnych kryteriów rozpoznawania...

Pozdrawiam również
04-09-2009 22:28 
 Ocena 2 na 2
poziomczyński (1343 punktów)
(zablokowany)
Oj, włożyłem kij w mrowisko! Sami dyslektycy na forum.
Może faktycznie poszedłem po bandzie, ale jak pisałem już wcześniej,odnosiłem się do występowania 50% dyslektyków w klasie. I traktowania zaświadczenia o dysleksji jako cudownego narzędzia do obniżenia wymagań.

__
Literek mamy 32. Jaki jest odsetek dysleksji w Chinach?
07-09-2009 02:57 
 Ocena 5 na 5
Madman (7811 punktów)
>Nagle okazało się, że istnieje coś takiego jak dyslekcja
Domyślam się, że chodzi o nieumiejętność przebywania na lekcjach?
Tej dysfunkcji wróżę największe powodzenie.
07-09-2009 11:04 
 Ocena 1 na 1
sukulent (2309 punktów)
Ano widzisz, ciągle jeszcze wymieniam litery, choć trzydziestkę już dawno oglądam od tyłu
Lontri zwrócił mi na ten błąd uwagę, ale post był już nie do edycji, gdyż ktoś nań odpowiedział.

Pozdrawiam


"Im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było" ("Chatka Puchatka" )
08-09-2009 02:32 
 Ocena 1 na 1
Smith (10069 punktów)
>Osobiście uważam, że osoba ze stwierdzoną dysleksją (czytaj: urzędowo potwierdzoną niemożliwością opanowania zasad ortografii) przedstawiająca ten świstek w ogólniaku, powinna być grzecznie poproszona o poszukanie sobie innej szkoły. Skoro już na starcie stwierdzono, że nie da się jej przygotować do matury?
ASP wymagają zdanej matury.
>No bo jakby daltonista upierał się, żeby go przyjąć na ASP. A potem domagał się, żeby oceniano jego prace z uwzględnieniem jego schorzenia. No i potem od marszanda też będzie się domagał, żeby sprzedawał jego dzieła tak jak dzieła innych.
To będzie grafikę studiował, albo rzeźbę, jeżeli oślepnie do końca.
08-09-2009 06:08 
 Ocena 1 na 1
lontri (16088 punktów)

>ASP wymagają zdanej matury.

A jak ktoś się uprze na bycie malarzem to będzie miał i maturę i ASP w ... nosie.
Co ma ASP do uprawiania sztuki?

>To będzie grafikę studiował, albo rzeźbę, jeżeli oślepnie do końca.

Są wśród malarzy daltoniści. I nikogo nie pytają o pozwolenie na malowanie.
A malarstwo niewidomych też jest fajne.



BENE DOCET QUI BENE DISTINGUIT
08-09-2009 11:48 
 Ocena 2 na 2
Smith (10069 punktów)
>A jak ktoś się uprze na bycie malarzem to będzie miał i maturę i ASP w ... nosie.
Ale sobie nie postudiuje na ASP
>Co ma ASP do uprawiania sztuki?
Przypadkowe i niezamierzone podobieństwo jednego słowa w nazwie.
>Są wśród malarzy daltoniści. I nikogo nie pytają o pozwolenie na malowanie.
Dyplom i legitymacja członkowska ZPAP sprawia, że istnieją stypendia, miejsca na pracownie (no te to już bardziej teoretycznie) i galerie ministerialne, chętniejsze są na wystawianie.
>A malarstwo niewidomych też jest fajne.
A malarstwo goryli to nawet sprzedano za kosmiczne ceny.
>
Ale co to wszystko ma do dysleksji?
Język jest podstawową formą ludzkiej komunikacji. Właściwie to słowa kreują naszą rzeczywistość. Pismo jako graficzny ich zapis, zasługuje na jak największą uwagę. Ale nie w ten sposób. Albo uprośćmy pisownię, co i tak nie wiele pomoże przy "zaawansowanej" dysleksji, albo zwyczajnie, uczmy jak z tym żyć. Jeżeli uznajemy to za patologię to próbujmy jej zapobiegać przez edukację zamiast upowszechniać ją przez "punkty za pochodzenie". Przywileje mają to do siebie, że najczęściej nie korzystają z nich Ci, którzy ich potrzebują, tylko Ci którzy wiedzą jak po nie sięgnąć.
Beatus (2528 punktów)
>Osobiście uważam, że osoba ze stwierdzoną dysleksją (czytaj: urzędowo potwierdzoną niemożliwością opanowania zasad ortografii) przedstawiająca ten świstek w ogólniaku, powinna być grzecznie poproszona o poszukanie sobie innej szkoły. Skoro już na starcie stwierdzono, że nie da się jej przygotować do matury?
Dlaczego uważasz, że powinnam sprzedawać śledzie? Dlaczego uważasz, że dysleksja = ociężałość umysłowa, oraz brak możliwości przyswajania wszelkiej wiedzy?
-jad- (18783 punktów)
Czekaj, czekaj. Zostawmy to tak jeszcze na chwilę.
W szkole nigdy nie miałem problemów ze zrozumieniem czegoś, za to miałem ogromne z zapamiętywaniem na dłużej tego, czego już się niby nauczyłem. I zostało mi tak do dzisiaj. Efekt jest taki, że wielu rzeczy uczę się kilka razy w życiu, bo mimo, że nieraz już coś robiłem, to po dłuższym czasie wychodzi mi z głowy, jak to szło, jaka to była kolejność, procedura. Może moje schorzenie stanie się kiedyś popularne i będę się ubiegał o odszkodowanie za to, że w szkole nie traktowano mnie ulgowo i musiałem stawać w konkury na równych zasadach z tymi, którzy pamięć mieli lepszą, choć trudniej im przychodziło zrozumienie.

Tylko kogo to obchodzi tak naprawdę? Traktowanie każdej swojej ułomności jak choroby, którą Bóg mnie pokarał podnosi może własny komfort psychiczny, bo świetle tego nikt nie może być po prostu głupi ale z drugiej strony nie pobudza do działania, do przezwyciężania swoich ułomności. Warto aby wszyscy chorzy na niepisanie, nieliczenie, niepamięć i co tam jeszcze, zdali sobie sprawę z tego, że w końcu przyjdzie taki moment, gdy nikt nie będzie się nad nimi litował niezależnie od tego czy ich słabości faktycznie są chorobami czy nie.


Myśl i rzeczywistość są jak gdyby dwoma odpowiadającymi sobie brzmieniami, o których żaden człowiek nie może powiedzieć z pewnością, które z nich jest głosem, a które echem. Coleridge
04-09-2009 10:52 
 Ocena 3 na 3
Adamiak (36436 punktów)
>... w końcu przyjdzie taki moment, gdy nikt nie będzie się nad nimi litował niezależnie od tego czy ich słabości faktycznie są chorobami czy nie.
   Chyba, że wróci komuna.

   Przed "wynalezieniem" socjalizmu mniej było leni, bo lenia i pasożyta nazywano zwyczajnie pasożytniczym leniem.
   Nikt nie wiedział, że można być pasożytem prawnym w myśl założeń ustrojowych władzy i nazywać się "osobą uprzywilejowaną ze względu na słabą motywację do pracy, ale zrzeszoną razem z innymi, mocnymi w gębach".
04-09-2009 12:42 
 Ocena 4 na 4
big_zyd (37761 punktów)
(zablokowany)

>   Przed "wynalezieniem" socjalizmu mniej było leni, bo lenia i pasożyta nazywano zwyczajnie pasożytniczym leniem.

A nie "Waszą Ekscelencją/Eminencją/Miłością" (niepotrzebne skreslić) czy przynajmniej "Jaśnie Wielmożnym Panem Dziedzicem" aby?

>   Nikt nie wiedział, że można być pasożytem prawnym w myśl założeń ustrojowych władzy

Wszyscy wiedzieli, tyle, że...

>i nazywać się "osobą uprzywilejowaną ze względu na słabą motywację do pracy, ale zrzeszoną razem z innymi, mocnymi w gębach".

...założenia ustrojowe kazały nazywać to "szlachetnym urodzeniem". A do mocnej gęby dodany był, nie mniej mocny, kij.
04-09-2009 17:25 
 Ocena 4 na 4
Adamiak (36436 punktów)
>A nie "Waszą Ekscelencją/Eminencją/Miłością" (niepotrzebne skreslić) czy przynajmniej "Jaśnie Wielmożnym Panem Dziedzicem" aby?
   Tez tacy byli, ale o innych leniwcach piszę.

>>i nazywać się "osobą uprzywilejowaną ze względu na słabą motywację do pracy, ale zrzeszoną razem z innymi, mocnymi w gębach".
>...założenia ustrojowe kazały nazywać to "szlachetnym urodzeniem".
   I zupełnie nie wiedzieć czemu, było to szlachectwo robotniczo-chłopskie.

>A do mocnej gęby dodany był, nie mniej mocny, kij.\
   Jasne, temu kiju SB było na imię.
04-09-2009 17:41 
 Ocena 3 na 3
big_zyd (37761 punktów)
(zablokowany)

>>>i nazywać się "osobą uprzywilejowaną ze względu na słabą motywację do pracy, ale zrzeszoną razem z innymi, mocnymi w gębach".
>>...założenia ustrojowe kazały nazywać to "szlachetnym urodzeniem".
>   I zupełnie nie wiedzieć czemu, było to szlachectwo robotniczo-chłopskie.

A, nie. Mówimy o czasach przed wynalezieniem socjalizmu.

>>A do mocnej gęby dodany był, nie mniej mocny, kij.\
>   Jasne, temu kiju SB było na imię.

Pamięć ludowa przechowuje jeszcze wspomnienie instytucji "karbowego", którym to mianem uciemiężeni posłowie PiS określają dziś Przemysława Edgara.
04-09-2009 18:39 
 Ocena 5 na 5
Adamiak (36436 punktów)
>A, nie. Mówimy o czasach przed wynalezieniem socjalizmu.
   Czyli każdy ustrój ma taką szlachtę na jaką sobie zasłużył...

>Pamięć ludowa przechowuje jeszcze wspomnienie instytucji "karbowego", którym to mianem uciemiężeni posłowie PiS określają dziś Przemysława Edgara.

   ... tylko nazwa kija się zmienia.
04-09-2009 13:26 
 Ocena 5 na 5
NdwZ (265 punktów)
>Tylko kogo to obchodzi tak naprawdę? Traktowanie każdej swojej ułomności jak choroby, którą Bóg mnie pokarał podnosi może własny komfort psychiczny, bo świetle tego nikt nie może być po prostu głupi ale z drugiej strony nie pobudza do działania, do przezwyciężania swoich ułomności.

Tyle że taki dyslektyk z definicji nie może być głupi. Dyslektyk ma mieć właśnie inteligencje na poziomie ponadprzeciętnym, ma sobie z wszystkim radzić tak samo a raczej lepiej niż rówieśnicy, z wyjątkiem właśnie tego czego dotyczy konkretna dysfunkcja.
Nie porównuj mikro uszkodzeń mózgu do zwykłej głupoty czy leniwości.

>Warto aby wszyscy chorzy na niepisanie, nieliczenie, niepamięć i co tam jeszcze, zdali sobie sprawę z tego, że w końcu przyjdzie taki moment, gdy nikt nie będzie się nad nimi litował niezależnie od tego czy ich słabości faktycznie są chorobami czy nie.

Z tym się zgadzam w 100%. Z tym że tym (rzeczywiście) chorym potrzebne jest przez jakiś czas ulgowe traktowanie (oraz profesjonalna pomoc) w dziedzinach w których mają dysfunkcje. Właśnie po to żeby się nauczyć z tym radzić. Bo będąc dorosłym nikt nie będzie patrzył czy ktoś ma czy nie ma jakieś tam "dys". Więc najpóźniej po szkole średniej taki człowiek musi umieć sobie radzić tak samo jak taki co żadnej dysfunkcji nie ma. Grunt żeby "leczyć" (w cudzysłowu gdyż naprawdę dysekcji się nie leczy a jedynie uczy się jakby "omijać" dysfunkcje, dlatego nie ma wyleczonych dyslektyków tylko są tacy co sobie radzą mimo dysleksji) dyslektyków i odsiewać z grona dyslektyków tych którym nic nie dolega prócz lenistwa.
06-09-2009 07:46 
 Ocena 1 na 1
-jad- (18783 punktów)
>Nie porównuj mikro uszkodzeń mózgu do zwykłej głupoty czy leniwości.

Dlaczego nie? Gdzie swoje siedlisko ma zwykła głupota czy leniwość jeśli nie w mózgu?


Myśl i rzeczywistość są jak gdyby dwoma odpowiadającymi sobie brzmieniami, o których żaden człowiek nie może powiedzieć z pewnością, które z nich jest głosem, a które echem. Coleridge
06-09-2009 12:09 
 Ocena 1 na 1
NdwZ (265 punktów)
>>Nie porównuj mikro uszkodzeń mózgu do zwykłej głupoty czy leniwości.
>Dlaczego nie? Gdzie swoje siedlisko ma zwykła głupota czy leniwość jeśli nie w mózgu?

Choćby dlatego że leniwość czy głupota jest efektem pewnych świadomych wyborów. To od człowieka zależy czy się w końcu za coś weźmie porządnie, może zwalczyć lenistwo. Głupoty też można się wyzbyć, w końcu rodzimy się w pewien sposób głupi a jednak większość ludzi z tego wychodzi.
Natomiast samozaparciem i ciężką pracą nie spowodujesz że naprawisz sobie mózg, w tym przypadku nie da się tez tego osiągnąć farmakologicznie ani operacyjnie.
Zresztą te uszkodzenia nie powodują wcale głupoty ani lenistwa tylko zaburzenia pewnych funkcji.
Zbyt luźno wiążesz że sobą objaw uszkodzeń z jednym z efektów lenistwa czy głupoty.
Jedno trzeba "wyleczyć" a raczej obejść, zaangażować inną cześć mózgu do wykonywania pewnego zadania (poprawnej pisowni), wyrobić zupełnie inną ścieżkę działania tak żeby obejść dysfunkcyjny obszar a w drugim przypadku po prostu robić to co ktoś może bez problemu tylko mu się nie chce.
Naprawdę nie widzisz różnicy?
07-09-2009 13:59 
 Ocena 3 na 3
-jad- (18783 punktów)

>Choćby dlatego że leniwość czy głupota jest efektem pewnych świadomych wyborów.

Do jakiego stopnia świadomych? Z czego to wynika, że jeden jest głupszy a drugi mądrzejszy? Czy można być uwarunkowanym na głupola również środowiskowo czy tylko biologicznie? Czy rzeczywiście mamy jakiś wybór czy możemy tylko być takimi, jakimi musimy?
I dlaczego jedna ułomność zasługuje na większe potępienie niż inna?

>Zresztą te uszkodzenia nie powodują wcale głupoty ani lenistwa tylko zaburzenia pewnych funkcji.

Głupota czy lenistwo również mogą być odczytywane jako zaburzenie pewnych funkcji.

>Naprawdę nie widzisz różnicy?

Widzę. Widzę również podobieństwa.
Na marginesie. Zauważyłeś, że nie nazwałem dyslektyków głupolami?


Myśl i rzeczywistość są jak gdyby dwoma odpowiadającymi sobie brzmieniami, o których żaden człowiek nie może powiedzieć z pewnością, które z nich jest głosem, a które echem. Coleridge
RandoMan (127 punktów)
>W którym momencie kończy się narracja o pomaganiu w imię wyrównywania szans, a zaczyna narracja
>walki o równość i sprawiedliwe traktowanie dla wszystkich?

Bardzo rzadko piszę ręcznie, choć błędów ortograficznych, czy interpunkcyjnych nie popełniałem prawie nigdy. Znajomy psycholog, którego uwagę przykuła notatka odręczna na moim biurku stwierdził z całkowitą pewnością siebie, że mam dysgrafię. Tyle, że - cholera - jak się skupię, to potrafię pisać starannie. Moja rzekoma dysgrafia ujawnia się tylko, jak notuję coś szybko, albo tylko dla siebie. Nawet gdyby wykryto mi to w czasach szkolnych, nie wyobrażam sobie powodu, dla którego miałbym być oceniany inaczej od innych. Problem nie leży w tym, że dysleksja, dyskalkulia, czy dysgrafia są teraz tak powszechnie diagnozowane. Problem leży w tym, że państwo stopniowo obniża poprzeczkę przy okazji kolejnych egzaminów (wystarczy porównać starą Maturę z nową) celem wytworzenia społeczeństwa intelektualnego. Bardzo pomagają w tym rodzice "mój syn? Do łopaty? Nie ma mowy, on będzie białym kołnierzykiem w szanującej się korporacji". I wychodzi nam naród ćwierćinteligentów (ale z papierkami). Rozwiązanie? Zwiększyć poziom trudności Matur i poziom trudności dostania się na studia.
05-09-2009 12:44 
 Ocena 1 na 1
kortyzol (422 punktów)
>Bardzo rzadko piszę ręcznie, choć błędów ortograficznych, czy interpunkcyjnych nie popełniałem prawie nigdy. Znajomy psycholog, którego uwagę przykuła notatka odręczna na moim biurku stwierdził z całkowitą pewnością siebie, że mam dysgrafię. Tyle, że - cholera - jak się skupię, to potrafię pisać starannie. Moja rzekoma dysgrafia ujawnia się tylko, jak notuję coś szybko, albo tylko dla siebie.

Orany! Też cierpię na to straszne, straszne zaburzenie! Mnie nie przeszkadzało, ale wielokrotnie france obniżały mi oceny za "brzydkie pismo". Zwracam uwagę, nie nieczytelne tylko brzydkie. Bo kogo tam obchodzi treść...

Spójrzcie bowiem, oto kot blady, a piekło postępuje za nim.
06-09-2009 23:54 
 Ocena 2 na 2
RandoMan (127 punktów)
>Orany! Też cierpię na to straszne, straszne zaburzenie! Mnie nie przeszkadzało, ale wielokrotnie france obniżały mi oceny za "brzydkie pismo". Zwracam uwagę, nie nieczytelne tylko brzydkie. Bo kogo tam obchodzi treść...

Też tak miałem. Stąd np na polskim za wypracowania, które merytorycznie były "awesome" dostawałem 4 z notką "pismo!!". Nie mogę ich winić. W dobie komputeryzacji chcieli wymusić na ludziach staranne pisanie odręczne, tego samego wymagam od swoich uczniów (choć ocen im za to nie obniżam, ale tylko dlatego, że stosuję tylko system punktacji)

Pozdrawiam,
R.
07-09-2009 19:39 
 Ocena 2 na 2
lontri (16088 punktów)

No tak, ale estetyka pisma też należy do kultury języka, więc nie obwiniajcie za wszystko nauczycieli.
Gdybyśmy wszyscy "kreatywnie" podchodzili do pisania, ortografii, gramatyki i bóg wie jeszcze czego, mielibyśmy straszne kłopoty z wzajemną komunikacją.
Sprawę można ująć z innej strony: co z tego, że wypracowanie piękne, skoro go nie można odczytać, albo przy jego czytaniu oczy bolą od wysiłku związanego z odszyfrowywaniem "gryzmołów".

BENE DOCET QUI BENE DISTINGUIT
07-09-2009 20:21 
 Ocena 1 na 1
Celtyk (3337 punktów)
>No tak, ale estetyka pisma też należy do kultury języka, więc nie obwiniajcie za wszystko nauczycieli.
   Zgadza się. Ale na jakim poziomie ma być ta estetyka? Wystarczy ogólna czytelność, czy może koniecznie pismo techniczne . . .
>Gdybyśmy wszyscy "kreatywnie" podchodzili do pisania, ortografii, gramatyki i bóg wie jeszcze czego, mielibyśmy straszne kłopoty z wzajemną komunikacją.
   Zawsze się zastanawiałem na klasówce z polskiego: ważniejsza jest treść, czy froma I przy ocenach z klasówki zawsze dochodziłem do wniosku, że jednak forma (osoby mające eleganckie pismo zawsze dostawały pozytywne oceny niezależnie od treści).
   Jeśli kreatywność pisania, przestrzegania ortografii, czy gramatyki będzie ograniczała się do formy (poprawnie napisać słowo np.: 'który') to i faktycznie będzie problem w porozumiewaniu się
>Sprawę można ująć z innej strony: co z tego, że wypracowanie piękne, skoro go nie można odczytać, albo przy jego czytaniu oczy bolą od wysiłku związanego z odszyfrowywaniem "gryzmołów".
   To prawda, ale z drugiej strony mamy komputery, maszyny do pisania (może i archaiczny sprzęt, ale czytelność tekstu zapewnia w razie gdyby komputer był zbyt skomplikowaną maszyną do pisania) i w codziennym życiu w zasadzie starcza płynna umiejętność czytania ze zrozumieniem (z tym niestety jest coraz większy problem ), a czytelnie wystarczy umieć się podpisać i to nie zawsze.
Pozdrawiam

Władza doprowadza do obłędu w stopniu większym, niż demoralizuje, uciszając głos sumienia i wyostrzając chęć działania.- WILL I ARIEL DURANT -
RandoMan (127 punktów)
>No tak, ale estetyka pisma też należy do kultury języka, więc nie obwiniajcie za wszystko nauczycieli.
>Gdybyśmy wszyscy "kreatywnie" podchodzili do pisania, ortografii, gramatyki i bóg wie jeszcze czego, mielibyśmy straszne kłopoty z wzajemną komunikacją.
>Sprawę można ująć z innej strony: co z tego, że wypracowanie piękne, skoro go nie można odczytać, albo przy jego czytaniu oczy bolą od wysiłku związanego z odszyfrowywaniem "gryzmołów".

Prawda. Dlatego na ogół oczekuję jednak prac w formie druku - mam słaby wzrok i nie będę go sobie nadwyrężał za te marne grosze. Wyjątkiem są przygotowania do Matur i certyfikatów językowych - tu już wymagam staranności pisma odręcznego, bo współczuję tym biednym ludziom z komisji, co z każdą pracą zmuszeni są bawić się w deszyfrantów
NdwZ (265 punktów)
A wiecie jak w tych czasach nadużywania dysleksji/dysgrafii/czy innych "dys" czuje się prawdziwy dyslektyk? Powiem że nie najlepiej...
Gdy się o tym wspomni to zazwyczaj od razu można się spotkać z taka reakcją że ktoś jest po prostu leniem. Łatwo to powiedzieć ale pomyślcie co taki dyslektyk przeżył zanim uzyskał ten "papier" i (co ważniejsze) nauczył się jakoś normalnie z tym funkcjonować.

Wyobraźcie sobie pokój dzieciaka z podstawówki tyle że pooklejany kartkami z wyrazami opatrzonymi rysunkami tak żeby sie rzucały w oczy, żeby jakoś sie utrwaliło np. że "rzeka" pisze się właśnie przez "rz" a nie inaczej.
Wyobraźcie sobie te godziny przed dyktandami spędzone na wkuwaniu pisowni jak największej ilości znanych wyrazów tylko po to żeby dla odmiany dostać 2 zamiast 1, kiedy innym to wszystko przychodzi praktycznie bez pracy, automatycznie. Do tego całe to wkuwanie było bezsensowne, zapamięta się na jakiś (krótki) czas a potem znowu to samo.
Chodzenie latami do poradni psychologiczno-pedagogicznej żeby wypracować jakaś metodę na to żeby względnie normalnie pisać. No to akurat i miało sens i było skuteczne ale i tak jestem w tyle, dzięki ciężkiej pracy jestem w stanie pisać względnie normalnie (ale nie tak jak normalni inteligentni ludzie) ale i tak do tej pory ja pisząc muszę się skupiać nad pisownią, inni o tym w ogóle nie myślą, robią to automatycznie, skupiają się tylko nad treścią.
Do tego to wszystko w przypadku umysłu raczej humanistycznego. Osoby dla której pisanie nie raz jest naprawdę ciekawym zajęciem. Teraz nie jest tak źle, mogę sobie spokojnie pisać a potem skorzystać z "magi czerwonych podkreśleń", ale przecież nie zawsze pisze się coś wykorzystując do tego komputer, czasem trzeba ręcznie. Stąd w podstawówce i gimnazjum nie było za ciekawie pod tym względem.

Najgorsza jest ta niesprawiedliwość, inni po protu piszą poprawnie i tyle a ja musiałem ciężko pracować żeby pisać w miarę poprawnie. I to też nie jest tak że się nauczyłem i mam już spokój, muszę za każdym razem o tym myśleć gdy piszę. A tu jeszcze nazwą mnie leniem który woli mieć papierek zamiast się czegoś nauczyć. Jeszcze się zdarzało że człowiek słyszy że powinien więcej czytać niż np. grać w piłkę, ta... więcej? To dużo więcej niż rówieśnicy i nie raz trochę starsi to jest wciąż za mało?

Nie pisze tego żeby się użalać nad sobą bo mam już swój wiek i teraz nie jest wcale źle ale pomyślcie może trochę zanim jakiemuś dziecku przypniecie karteczkę "dys-len".

A ja naprawdę cieszę się że jak ja byłem dzieciakiem to nie było tego całego boom'u na "dys", pomijając osoby które spotykałem w poradni to nie znałem żadnego innego dyslektyka/dysgrafika/itp. Za to gdy już miałem "papier" znalazło się trochę chętnych żeby sobie coś takiego "wyrobić".
Teraz każdy kto ma słabe oceny przez pisownie idzie na "dys" kiedyś to dopiero po dlugim czasie cięzkiej i bezowocnej pracy zaczynało się myśleć że problem nie leży w lenistwie/niewiedzy tylko gdzieś indziej.
04-09-2009 15:44 
 Ocena 1 na 1
Garr (85 punktów)
Duży plus!
Pod postem mógłbym się podpisać i sprzedać jako swój
lontri (16088 punktów)

Nie chcę dolewać oliwy do ognia, ale jak to się dzieje, że w szkołach w jednym regionie Polski na egzaminie gimnazjalnym opinię o dysleksji przedstawia 25-26 % uczniów, a w innych regionach odsetek ten jest bliski zeru?

BENE DOCET QUI BENE DISTINGUIT
04-09-2009 17:39 
 Ocena 1 na 1
NdwZ (265 punktów)
>Nie chcę dolewać oliwy do ognia, ale jak to się dzieje, że w szkołach w jednym regionie Polski na egzaminie gimnazjalnym opinię o dysleksji przedstawia 25-26 % uczniów, a w innych regionach odsetek ten jest bliski zeru?
>
BENE DOCET QUI BENE DISTINGUIT


Ja bym stawiał na to że w jednych rejonach jest większy % cwaniactwa niż w innych.
Dysleksja jest prawdziwym zjawiskiem i występuje w przyrodzie jednak na pewno nie na taka skale.

Co do rejonów gdzie odsetek jest bliski zera to moim zdaniem obrazują one rzeczywisty stan dyslektyków (bądz minimalnie zaniżony, w końcu nie każdy rodzic się tak na prawdę interesuje swoim dzieckiem a dużo łatwiej jest kazać uczyć się więcej niż szukać gdzie indziej powodu a nauczyciele rzadko podejmują temat dysleksji inaczej niż w formie kpiny)to nie jest przypadłość masowa tylko wręcz niszowa.

Kwestia pseudo-dyslektyków jest niewątpliwie niepokojąca, nie tylko za sprawą niszczenia wizerunku dyslektyka (to ci pseudo "dys" tworzą obraz lenia i cwaniaka) ale również jeśli chodzi o "leczenie"... "Leczenie" a raczej uczenie radzenia sobie z dysfunkcją i minimalizowanie jej wpływu wymaga wielu godzin spędzonych z specjalistą (oraz sporo pracy w domu, samodzielnie bądz z rodzicami) a tych po pierwsze nie ma za wielu a po drugie trzeba im płacić, lepiej żeby nie marnowali swojego czasu i pieniędzy podatników na "leczenie" zdrowych leniuchów.

Swoją droga ciekawy jestem jakim cudem tylu dyslektyków jest w ogóle... W moim przypadku (a bylo to juz dawno w sumie) przed otrzymaniem "papierka" trzeba było po pierwsze zostać skierowanym do poradni przez szkołę, potem przejść dość sporo badań, był przeprowadzany wywiad w szkole z nauczycielami (przynajmniej wychowawcą, pedagogiem i dyrektorem), musiało zostać orzeczone o tym iż delikwent posiada ponadprzeciętne zdolności/umiejętności z wyjątkiem tych na które wpływa dana dysfunkcja. Potem trochę papierkowej roboty i jest "papier" ale to nie wszystko... Żeby ten "papier" miał jakąkolwiek moc delikwent musiał uczęszczać na zajęcia z specjalistą, wykazywać chęci do pracy nad sobą oraz musiał być jakiś postęp (wszystko oceniane przez wykwalifikowane osoby o sporym doświadczeniu w pracy z dziećmi). Inaczej opinia o dysleksji czy innej podobnej dysfunkcji nie była niczym innym jak bezwartościowym papierem...

Nie wiem, może się to zmieniło? Bo przy takim systemie w jakim ja byłem to nie wyobrażam sobie żeby było możliwe żeby aż tylu podszywających się przez to przeszło, a w taka ilość dyslektyków jaką można teraz zauważyć po prostu nie wierze.

Jest może ktoś na forum którego dziecko uczęszcza do takiej poradni? (pytam od razu o rodziców bo specjalistów jest na tyle mało że do "leczenia" zazwyczaj kwalifikują się tylko najmłodsze osoby u których z racji wieku jest największa szansa na poprawę a jednak wątpię żeby pisywały tu osoby mające np. 10 lat)
Jak to teraz wygląda? Tak jak opisywałem bądz podobnie czy zupełnie inaczej? Może teraz praktycznie od niechcenia wypisują opinie i potem uzupełnienia do tych opini? Bo to by tłumaczyło ilość dyslektyków...
Kowalska (14008 punktów)
>Nie chcę dolewać oliwy do ognia, ale jak to się dzieje, że w szkołach w jednym regionie Polski na egzaminie gimnazjalnym opinię o dysleksji przedstawia 25-26 % uczniów, a w innych regionach odsetek ten jest bliski zeru?

   Bo widzisz... Dawno dawno temu, jak dziecko robiło z siebie i rodziców głupka, szantażowało wszystkich w koło, że zaraz zacznie płakać i ogólnie umrze, to ojciec lub matka mogli dziecko ukarać. Teraz nie wolno.
Teraz są te wszystkie "dys". A "dys" to jak na kłopoty Bednarski.
   Ale kiedyś, w mrocznych czasach, kiedy ojciec mógł się wku..., były licea, gdzie uczeń, wiedząc na co go stać, wybierał sobie profil. Jak ktoś sie czuł dobrze w liczeniu, to szedł na mat - fiz, jak wolał pisać, to humana, jak wolał badać to biol - chem, jak do końca nie był pewien, to szedł na profil ogólny. Żadnych "dys" nie było. Z wyjątkiem paru leni i nieuków.

   No, ale te czasy już nie wrócą. Bo cóż by te tysiące niebożątek z tymi zaświadczeniami zrobiło.
04-09-2009 19:08 
 Ocena 5 na 5
Garr (85 punktów)
>    Bo widzisz... Dawno dawno temu, jak dziecko robiło z siebie i rodziców głupka, szantażowało wszystkich w koło, że zaraz zacznie płakać i ogólnie umrze, to ojciec lub matka mogli dziecko ukarać. Teraz nie wolno.
>Teraz są te wszystkie "dys". A "dys" to jak na kłopoty Bednarski.
>    Ale kiedyś, w mrocznych czasach, kiedy ojciec mógł się wku..., były licea, gdzie uczeń, wiedząc na co go stać, wybierał sobie profil. Jak ktoś sie czuł dobrze w liczeniu, to szedł na mat - fiz, jak wolał pisać, to humana, jak wolał badać to biol - chem, jak do końca nie był pewien, to szedł na profil ogólny. Żadnych "dys" nie było. Z wyjątkiem paru leni i nieuków.
>    No, ale te czasy już nie wrócą. Bo cóż by te tysiące niebożątek z tymi zaświadczeniami zrobiło.
>

Kiedyś ludzie umierali "na zgryzoty", a o chorobach serca i raku nikt nie słyszał...
ollikm (2038 punktów)
(zablokowany)
Rozwiązanie jest proste. Wystarczy, żeby orzeczenie o dysleksji (podobnie jak ADHD) oznaczało uczestnictwo w zajęciach korekcyjnych i dopiero pod tym warunkiem możliwe były by ewentualne ulgi na egzaminach czy w systemie oceniania.
Prawdziwym dyslektykom dobre zajęcia korekcyjne są potrzebniejsze niż ulgi na egzaminie (zwłaszcza od wprowadzenia nowej matury, która daleko mniej rygorystycznie ocenia ortografię) natomiast znacznie zmniejszyłoby atrakcyjność nadużywania.
04-09-2009 18:33 
 Ocena 3 na 3
NdwZ (265 punktów)
>Rozwiązanie jest proste. Wystarczy, żeby orzeczenie o dysleksji (podobnie jak ADHD) oznaczało uczestnictwo w zajęciach korekcyjnych i dopiero pod tym warunkiem możliwe były by ewentualne ulgi na egzaminach czy w systemie oceniania.
>Prawdziwym dyslektykom dobre zajęcia korekcyjne są potrzebniejsze niż ulgi na egzaminie (zwłaszcza od wprowadzenia nowej matury, która daleko mniej rygorystycznie ocenia ortografię) natomiast znacznie zmniejszyłoby atrakcyjność nadużywania.
>

To tak nie ma? Ja tak miałem (co zresztą dość obszernie, może i za obszernie, opisałem wcześniej). I to działa, na co jestem wydaje mi się dość dobrym przykładem. Teraz to tylko jak jestem bardzo zmęczony (fizycznie i/lub psychicznie)bądź świadomie z lenistwa olewam to (co zdarza się sporadycznie i głównie na gg ) to robię dużo błędów (a i tak mniej niż wtedy gdy byłem dzieckiem). Starając się i skupiając na pisaniu jednak jestem wstanie pisać względnie poprawnie, może tylko trochę gorzej niż nie-dyslektyk. Ale osiągnąłem to dzięki temu że (nie sam) pracowałem nad tym.

To jak to teraz wygląda? Dostaje się orzeczenie i hulaj dusza piekła nie ma? Przecież takie załatwienie sprawy jest totalnym nieporozumieniem. To nie powinno tak wyglądać.
Nie dość że to nie załatwia sprawy to jeszcze ma negatywny wpływ na wychowanie, i to zarówno na dyslektyków jak i na tych co udają z lenistwa.
04-09-2009 19:59 
 Ocena 2 na 2
ollikm (2038 punktów)
(zablokowany)
Niestety tak to w tej chwili wygląda.
Prawdziwym dyslektykom taki system tylko szkodzi i to podwójnie. Po pierwsze nie mogą otrzymać fachowej pomocy (a nie każdy ma szczęście mieć taką rodzinę jak ja) a po drugie nie traktuje się dysleksji poważnie (czego dowodem jest chociażby ten wątek)
07-09-2009 21:00 
 Ocena 2 na 2
homopitek (1536 punktów)
>To jak to teraz wygląda? Dostaje się orzeczenie i hulaj dusza piekła nie ma? Przecież takie załatwienie sprawy jest totalnym nieporozumieniem. To nie powinno tak wyglądać.
>Nie dość że to nie załatwia sprawy to jeszcze ma negatywny wpływ na wychowanie, i to zarówno na dyslektyków jak i na tych co udają z lenistwa.

Ja bym nie liczył na zbudowanie i utrzymywanie przez państwo systemu rzeczywistej pomocy, ponieważ byłby on nieporównanie droższy niż wydawanie zaświadczeń i "hulaj dusza". W naszej aktualnej rzeczywistości liczą się doraźne koszty i korzyści. Pierwsze mają być, jak najmniejsze, a drugie odwrotnie.

Sytuacja uległaby zmianie, gdyby wyborcy musieli ręcznie wypisywać nazwiska kandydatów, na których głosują. Gdyby się okazało, że np. 10% głosów na kandydata o krótkim nazwisku zaczybającym się na "T" jest nieczytelne i musi zostać uznane przez komisje wyborcze za nieważne, to zdarzyłby się cud realny - znalazłoby się wszystko co trzeba, by "ten straszny problem" rozwiązać. Ale tylko "ten".


Nie stosuję emoticonów
DyktaFon (9281 punktów)
Moim skromnym zdaniem takie zjawisko jak dys.... i cokolwiek dalej napisać, nie powinno dawać w ogóle żadnej taryfy ulgowej na żadnym egzaminie. Jeśli ktoś chce zdać maturę, to znaczy, że powinien reprezentować jakiś określony, standardowy poziom. I nie jest ważne, ile włożył w to pracy i wysiłku, ile godzin się musiał tego uczyć. Zdał maturę - jest absolwentem o standardowo określonym poziomie. A nie, że zdał, bo miał ulgi.... To mija się z celem egzaminów w ogóle...
04-09-2009 19:50 
 Ocena 2 na 2
Garr (85 punktów)
>Moim skromnym zdaniem takie zjawisko jak dys.... i cokolwiek dalej napisać, nie powinno dawać w ogóle żadnej taryfy ulgowej na żadnym egzaminie. Jeśli ktoś chce zdać maturę, to znaczy, że powinien reprezentować jakiś określony, standardowy poziom. I nie jest ważne, ile włożył w to pracy i wysiłku, ile godzin się musiał tego uczyć. Zdał maturę - jest absolwentem o standardowo określonym poziomie. A nie, że zdał, bo miał ulgi.... To mija się z celem egzaminów w ogóle...
>

Zdecydowanie! Poszedłbym dalej, brak rąk też nie powinien być argumentem za jakimkolwiek ulgowym traktowaniem. Chce pisać maturę? Niech łapie długopis i pisze...
DyktaFon (9281 punktów)

>Zdecydowanie! Poszedł bym dalej, brak rąk też nie powinien być argumentem za jakimkolwiek ulgowym traktowaniem. Chce pisać maturę? Niech łapie długopis i pisze...

Oczywiście. Jeśli na maturze badano by zdolność pisania długopisem, to z całą surowością wymagałbym tego. Natomiast jeśli bada się np. opanowanie zasad ortografii lub mnożenia albo rozumienia czegoś tam... To właśnie tego należy wymagać. Proste.

Jeśli ktoś przychodzi do pracodawcy i mówi: mam maturę, to pracodawca domyśla się, że może zatrudnić tę osobę na stanowisku wymagającym matury... Ale głupi nie słyszał o takim małym drobiazgu, jak dys.... Trzy literki... I potem dziwi się, że ktoś z maturą nie umie liczyć w kasie lub napisać poprawnie prostego zdania.
05-09-2009 00:20 
 Ocena 4 na 4
NdwZ (265 punktów)
Jeśli mówimy o prostym "mam albo nie mam matury" to poruszanie tu kwestii ulg dla dyslektyków mija się z celem. Żeby do zdania matury z języka polskiego i obcego (w przypadku innych przedmiotów ortografia nie jest brana pod uwagę) były niezbędne te "zachowane" punkty dzięki ulgą odnośnie ortografii to za przeproszeniem ale ktoś musi być idiotą. Dyslektyk czy nie dyslektyk zda (o ile nie jest idiotą) różnica jest taka że nie dyslektyk będzie miał parę pkt więcej (o ile nie jest leniem i się kiedyś nauczył pisać). W pracy ilość punktów na maturze jest w 99% nieważna, liczy się zdane/niezdane i ew. podstawowy/rozszerzony a na dobrą sprawę to zazwyczaj liczy się tylko to czy ktoś ukończył czy nie ukończył jakiejś szkoły. Te parę pkt może robić różnice praktycznie tylko w przypadku studiów a i to można zawęzić do tylko studiów dziennych.

Zresztą jak chodzi o maturę to nie jestem też jakimś wielkim zwolennikiem ulg dla dyslektyków. Prędzej opowiedziałbym się za marginalizacją ortografii/interpunkcji w ocenianiu prac maturalnych dla wszystkich. Czemu? Pamiętajmy że dla maturzystów to spory stres, każdy może walnąć parę byków ze stresu. Swoją drogą to teraz już i tak poprawna pisownia niewiele wpływa na punktacje.
Za to będę się upierał że przed maturą jednak jakieś inne traktowanie pod względem ortografii dla dyslektyków jest wskazane. Jeśli chodzi o szkołę średnią to można by się spierać ale w gimnazjum/podstawówce to już na pewno dyslektykom się należy.

Na pewno też bardzo wskazane było by powrócenie do opiniowania i "leczenia" dyslektyków w tej formie którą opisałem na swoim przykładzie. Nie byłoby ulg dla leniwych tylko dla tych co mają problem i nad nim pracują. Nie byłoby dzięki temu niesprawiedliwości że dyslektyk musi mniej, musi tyle samo albo i więcej, tylko inaczej. Nie pisze taki dyktand, nie uwzględnia się błędów przy ocenianiu ale za to pracuje nad sobą w domu i na zajęciach korekcyjnych. Wszystko ładnie, sprawiedliwie, do tego rzeczywiście pomagamy dyslektykom, no i przy okazji eliminujemy albo sporo zmniejszamy liczebność "symulantów", a jak symulanci zostaną to przy okazji się czegoś nauczą .
Swoją drogą ja nie mogę pojąć dlaczego z tego systemu zrezygnowano...
lontri (16088 punktów)

Kolejne ciekawe linki:

www.buzzle.com/editorials/6-13-2006-99119.asp

Rynek usług i produktów skierowanych do dyslektyków wart jest na świecie miliardy dolarów.

I artykuł a propos tematu w Timesie:
www.timeso(*)k/education/article5513297.ece

Czy wiązanie dysleksji ze skłonnością do przestępczości nie jest jednak nadużyciem ze strony pana Stringera?

A może tu leży do pewnego stopnia przyczyna fenomenu dysleksji?

www.timeso(*)e/education/article6819979.ece


BENE DOCET QUI BENE DISTINGUIT
05-09-2009 10:25 
 Ocena 1 na 1
Garr (85 punktów)
>Kolejne ciekawe linki:
>www.buzzle.com/editorials/6-13-2006-99119.asp
>Rynek usług i produktów skierowanych do dyslektyków wart jest na świecie miliardy dolarów.
>I artykuł a propos tematu w Timesie:
>www.timeso(*)k/education/article5513297.ece
>Czy wiązanie dysleksji ze skłonnością do przestępczości nie jest jednak nadużyciem ze strony pana Stringera?
>A może tu leży do pewnego stopnia przyczyna fenomenu dysleksji?
>www.timeso(*)e/education/article6819979.ece
>
BENE DOCET QUI BENE DISTINGUIT

>

Sypiąc linkami do artykułów w języku angielskim wypadało by choć króŧko opisać o czym mówią.

A co do ostatniego z nich, rzeczywiście kłopoty młodych ludzi ortografią, czytaniem, koncentracja itd. pewnie biorą się w dużej mierze z tego, że nie czytają książek. I choć samo w sobie z dysleksją nie ma to nic wspólnego, to pewnie jest przyczyną nadużyć
Smith (10069 punktów)
>W systemie społecznym, w którym diagnoza dysfunkcji będzie wiązała się z dostępem do specjalnych praw i przywilejów, często dochodzi do wypaczenia idei wyrównywania szans.
>Dysleksja, rozumiana jako trudności w czytaniu i pisaniu, występujące przy prawidłowym rozwoju umysłowym, staje się coraz powszechniejsza, mimo że teoretycznie nie powinna występować u więcej niż 10-15% populacji( pl.wikipedia.org/wiki/Dysleksja. )
Nie wiem czy mój rozwój umysłowy był a właściwie jest prawidłowy. Dysleksja staje się powszechniejsza to trochę jak renciści w naszym zdrowym systemie. Nic dziwnego.
Nie mam żalu za dostateczne z pisemnej matury, a propos wyrównywania szans. Teraz używam spelling and gramar checker'a i tylko czasami trafi się ktoś z pretensjami o błędy, ale to jego problem nie mój.
Bożydar (2279 punktów)
(zablokowany)
Może zaapelować do rzecznika, żeby diagnozować pod kątem dyspilności, dyskoncentracji i wrodzonego, genetycznie uwarunkowanego lenistwa.

To wcale nie jest całkowity absurd, sądzę że skłonności do lenistwa też się dziedziczy.
Beatus (2528 punktów)
Jako "dyplomowany" dyslektyk nie mogą powstrzymać się przed komentarzem.
Na to, że mam dysleksję wpadłam sama, pod koniec 3 klasy liceum. Przeczytałam artykuł o tej dysfunkcji. Edukacja szczególnie ta wczesnoszkolna dla dyslektyka jest sporą traumą. Żyjesz w rosnącym przeświadczeniu, że jesteś głupia, że nie możesz mieć aspiracji intelektualnych itd. Nic więc dziwnego, że po lekturze artykułu zapragnęłam sprawdzić czy to wszystko prawda. Już wtedy (miałam prawie 18 lat) podejrzewałam, że jestem dość inteligentna, lecz nie dowierzałam tym podejrzeniom. Zaczęły się wakacje, zgłosiłam się do poradni, z prośbą o przeprowadzenie testów. Reakcja pani tam urzędującej zaskoczyła mnie:
-Nie zdałaś z polskiego?
- Zdałam.
- A na jaką ocenę?
- 5.
- To o co chodzi?
- O prawdę.
Prawda wyglądała tak, że w podstawówce moja mama obserwowała mnie z wielkim niepokojem marząc: "Aby choć skończyła jakąś średnią szkołę. Ciężko kobiecie pracować fizycznie przez całe życie" Bardzo późno nauczyłam się czytać i pisać. Nie mogłam pojąć idei sylabizowania. Myliłam strony i pisałem często na zasadzie lustrzanego odbicia.
Trafiłam w ręce specjalisty. Testy robili na mnie z tydzień. To nie były czasy, gdy dysleksja była modna i znana, a ja mieszkałam w małym miasteczku. Trafiłam jednak na bardzo mądrą panią psycholog, której jestem wdzięczna. Po zakończeniu eksperymentów na mojej osobie, zaprosiła mnie do gabinetu i zaczęła tłumaczyć.
Masz dysleksję, a dokładnie dysgrafię i dysortografię. Problem polega na sposobie przepływu i przerobu informacji w twoim mózgu (tu wiele szczegółów)... Jesteś dorosła, na leczenie jest za późno. W jakimś stopniu mogą pomagać gry wymagające koordynacji wzrokowo ruchowej - od tetris zaczynając. Nie da się tego wyleczyć. Mam komplet twoich badań i mogę ci polecić jak unikać problemów ale one nie znikną.
Dowiedziałam się od pani psycholog, aby nie wkuwać na pamięć słówek, bo to nic nie da, ale aby bardzo dobrze opanować zasady pisowni. Czytanie nie ma sensu, ale sposób pisania jest ważny. Dyslektyk intuicyjnie ma 50% szans trafienia czy góra, czy gura. Dlatego zawsze musi się nad tym zastanowić i zawsze pamiętać, że ó wymienia się na o. Mózg sprytna maszyna, kompensuje sobie niedobory. Polecono mi umiarkowanie walczyć z tym, z czym się nie da, ale rozwijać elementy kompensujące. Zawsze kombinować i nie pisać rzułty lecz kanarkowy - zasób słownictwa i dalej elokwencja. Nigdy nie chodzić na wagary - pamięć słuchowa, którą warto u dyslektyków rozwijać ponieważ przynosi to świetne efekty, ubocznie również doskonałą dykcję.
Wszystkie te rady i testy spowodowały, że uwierzyłam w soje możliwości. Zakończyłam definitywnie walkę z wiatrakami i zaczęłam konstruować elektrownię wodną, która pozwoliła mi na funkcjonowanie w świecie mimo dys.
Sądzę, że brak odpowiedniego podejścia do dyslektyków ze strony specjalistów wydających zaświadczenia lub ze strony rodziców, jest większym problemem niż sama dysleksja.
Pozdrawiam

Wróć do listy wątków działu Społeczeństwo i kraj
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować

  

Zaloguj przez OpenID..
Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..

Szukaj na Forum  Przewodnik  Regulamin i instrukcja obsługi Forum  Kolegium Moderatorów

 


[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365