Racjonalista - Strona głównaDo treści
Czy moralność jest w Polsce fundamentem prawa?

Ten wątek jest przedawniony

Działy Forum » Społeczeństwo i kraj
NapisanoAutorTytuł
23-11-2011 13:06dokowski (7933 punktów)
(zablokowany)
Czy moralność jest w Polsce fundamentem prawa?
Ocena 4 na 4
Po raz kolejny wraca dyskusja na temat systemu prawa autorskiego. Za każdym razem mamy na szczęście coraz większe rozeznanie i doświadczenie, coraz łatwiej jest formułować klarowne wypowiedzi… coraz bliższa staje się perspektywa całkowitej przebudowy systemu prawa autorskiego.

Dzisiaj, po kilku latach śledzenia debaty w tej sprawie, umiem postawić precyzyjną diagnozę problemu, choć kontrowersyjną. Źródłem problemu jest zaburzenie naturalnego instynktu rozróżniania dobra i zła. Zaburzenie to spowodowane jest nasilającą się żądzą posiadania coraz większej ilości pieniędzy przez chciwych artystów i chciwych wydawców. Najwyraźniej to widać z perspektywy niewinnego dziecka, które czuje jeszcze wyraźnie, co jest dobre, a co złe. Kolega, który pożycza książki kolegom, to dobry kolega. Gdyby mój syn, na prośbę o pożyczenie książki, odpowiedział koledze: "sam sobie kup, pisarz chce więcej zarobić, wydawnictwo też chce zarobić, a ja ich popieram", to w najlepszym wypadku dostałby od kolegi należną fangę w nos.

Jednym z fundamentów moralności jest bezinteresowne pomaganie innym. Pożyczenie, czy choćby udostępnienie komuś dzieła, które posiadamy na własność, jest czynem jednoznacznie dobrym, oczywiście pod warunkiem, że jest to robione za darmo, jak to się mówi: z dobrego serca. Dobre prawo nie może ścigać ludzi dobrych za czynienie dobra. Jeżeli mamy prawo, które pozwala ścigać ludzi za darmowe udostępnianie innym swoich książek, płyt, kaset czy plików, to znaczy, że mamy złe prawo. Dobre prawo może ścigać tych, którzy udostępniają nie swoje, ale np. wypożyczone; powinno ścigać tych, którzy biorą pieniądze za wypożyczanie dzieł i nie dzielą się zarobkiem z artystą. Jeżeli jednak ktoś kupił dzieło sztuki i dzieli się z innymi przyjemnością oglądania go lub słuchania, i robi to bezinteresownie, to taki ktoś jest wzorem do naśladowania dla każdego wychowawcy i w ogóle dla każdego dobrego człowieka.

Zło czyni ten, kto np. zarabia na udostępnianiu dzieł, których nie jest autorem, albo promuje swój biznes poprzez publiczne odtwarzanie dzieł innego autora. Tu prawo powinno wkraczać i chronić pokrzywdzonych.

Dobro czyni ten, kto dzieli się z innymi bezinteresownie tym, co sam kupił lub nabył legalnie w inny sposób. Tutaj prawo powinno bronić taką działalność ludzi dobrych, przed atakami ze strony mafii wydawców i chciwych "artystów".
Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.

bask (466 punktów)
(zablokowany)
Korzystając z okazji wyjaśniam, iż kserowanie fragmentów książek i korzystanie z nich indywidualnie w celach naukowych jak również dzielenie się nimi w tym samym celu z domownikami(w rozumieniu polskiego prawa) jest jak najbardziej dozwolone w świetle przepisów polskiego prawa. Tak więc "naloty" przedstawicieli wydawnictw na biblioteki i czytelnie i straszenie karami i procesami, to strzały z grubej rury, głośne ale niecelne, obliszone na sterroryzowanie klienta
keram aktsu (1211 punktów)

>
>Zło czyni ten, kto np. zarabia na udostępnianiu dzieł, których nie jest autorem,
Czyli, że jak kupię jakąś książkę i stanę się jej właścicielem to nie mogę pożyczać jej za pieniądze?
Wyczytałem, że utwory objęte ustawą o prawach autorskich to również obrazy, grafiki, zdjęcia...
Czyli gdy kupię obraz, to nie mogę go nikomu pokazać? A muzea, czy one, pobierając opłaty, nie łamią ustawy o prawach autorskich. Wiem, każdemu malarzowi zależy by jak najwięcej ludzi obejrzało jego dzieło, Bo być może kupią inne. Ale rozpowszechniający jego utwory powinni być ścigani urzędu. Idźmy dalej, jeżeli mam kolekcję obrazów i prywatną galerię to nie mogę pobierać opłat z ich oglądanie? A co będzie, gdy zrobię zdjęcia obrazu i będę je sprzedawał?
A co się stanie, jeżeli kupię tyle egzemplarzy książek, ile jest stron i je wystawię, każdą na innej stronie i będę pobierał opłaty za wystawę tych dzieł?
Dlaczego robiąc reprodukcje obrazu nie jestem ścigany przez prawo (jeżeli nie jest to robione w celu podrobienia), mogę je sprzedawać legalnie bez płacenia haraczu artyście, mimo, że korzystam z popularności jego dzieła, a sam jestem w ogóle nieznanym malarzem. Jednocześnie wykonując czyjś utwór muzyczny, choćby w najdzikszej aranżacji, muszę opłacać się kompozytorowi.
Wprowadzony na uczelniach program antyplagiatowy można bardzo łatwo oszukać. Okazało się, że wystarczy, aby zamiast spacji pisać kropkę w kolorze białym.
24-11-2011 08:35 
 Ocena 9 na 9
Meretseger (61860 punktów)
>A muzea, czy one, pobierając opłaty, nie łamią ustawy o prawach autorskich.
Nie. W przypadku dzieł dawnych autorskie prawa majątkowe wygasły, natomiast w przypadku dzieł współczesnych muzeum, kupując lub otrzymując w darze dzieło, zawiera z autorem lub dotychczasowym właścicielem umowę, w której autor (właściciel) zrzeka się autorskich praw majątkowych do dzieła na rzecz muzeum.
>A co będzie, gdy zrobię zdjęcia obrazu i będę je sprzedawał?
Nic. Jako właściciel obrazu i dysponent autorskich praw majątkowych (zadbaj o to!) możesz fotografować obraz, ile wlezie. A sprzedawać zdjęcie też możesz, bo zdjęcie jest Twoim dziełem i masz do niego pełnię praw.

Nie wiadomo, dlaczego wszyscy mówią do kotów "ty", choć jako żywo żaden kot nigdy z nikim nie pił bruderszaftu.
sztejkat (4743 punktów)
>(...)A sprzedawać zdjęcie też możesz, bo zdjęcie jest Twoim dziełem i masz do niego pełnię praw.

Do zdjęcia. Jednak nie do tego co zdjęcie przedstawia. Wiem, że to dość absurdalne, ale cóż. Były już sprawy, w których właściciele praw do obiektów architektonicznych żądali właśnie od fotografów opłat za prawo do powielania wizerunków tych obiektów.

Podobnie pianista ma prawo do swojego wykonania utworu, jednak praw do samego utworu już nie ma.

Zamieszane to strasznie.

Tomasz Sztejka
28-11-2011 07:00 
 Ocena 1 na 1
Meretseger (61860 punktów)

>Do zdjęcia. Jednak nie do tego co zdjęcie przedstawia.
No to właśnie zależy, czy się zadba, by autor/poprzedni właściciel scedował autorskie prawa majątkowe na aktualnego właściciela.
>Były już sprawy, w których właściciele praw do obiektów architektonicznych żądali właśnie od fotografów opłat za prawo do powielania wizerunków tych obiektów.
Muszę popytać "swojego" radcę prawnego, ale z mojego doświadczenia wynika, że to, co stoi w przestrzeni publicznej i jest dostępne z zewnątrz, należy do domeny publicznej i można fotografować. Inaczej nikt nigdy nie sfotografowałby ani nie opublikował zdjęcia krakowskich Sukiennic, stadionu (jakiegokolwiek), budynku szkoły czy Zamku Królewskiego w Warszawie. Oczywiście wnętrza Zamku można publikować już tylko za zgodą dyrekcji.
>Podobnie pianista ma prawo do swojego wykonania utworu, jednak praw do samego utworu już nie ma.
Autorskich osobistych na pewno nie ma i nigdy mieć nie będzie. Bo prawa autorskie dzielą się na dwa: osobiste - niezbywalne i majątkowe - te wygasają po 70 latach od śmierci autora bądź można je przekazać komu innemu.
>Zamieszane to strasznie.
Oj, tak...


Nie wiadomo, dlaczego wszyscy mówią do kotów "ty", choć jako żywo żaden kot nigdy z nikim nie pił bruderszaftu.
27-11-2011 16:28 
 Ocena 2 na 2
sztejkat (4743 punktów)
W prawie autorskim, a w zasadzie w tak zwanych zagadnieniach własności intelektualnej, odeszliśmy bardzo daleko od materialnej reprezentacji dzieła.

Niewątpliwie istnieją takie utwory, które mają sens tylko w jednym egzemplarzu - kościoły, wielkie rzeźby, obiekty architektoniczne. W ich wypadku nabycie egzemplarza może być, na zdrowy rozsądek, związane z ze staniem się "właścicielem" dzieła.

Inaczej rzecz ma się w wypadku tych utworów, których powielenie przy dzisiejszej technice nic prawie nie kosztuje. Tutaj przyjmuje się, że nabywając książkę, płytę, plik itp. stajesz się jedynie właścicielem tego egzemplarza, a praw do zawartej treści nie masz żadnych.

Możesz więc książkę zjeść, spalić, sprzedać. Czytać i komuś podarować. Nie możesz jednak jej skopiować, powielić, przepisać, zacytować (to warunkowo).

Niektóre prawa własności intelektualnej są ograniczone jeszcze szerzej, zawarciem odpowiedniej umowy licencyjnej. Jeśliś użytkownikiem Windows zapewne znasz na wyrywki treść umowy licencyjnej (nie zaprzeczaj proszę, utrzymaj mą naiwną wiarę w to, że ludzie czytają umowy przed ich podpisaniem) i wiesz jakich praw nie otrzymałeś.

Nie jest prawdą, że za prawo do reprodukcji nie trzeba płacić. Polskie prawo autorskie zakłada natomiast, że jego naruszenia są ścigane na wniosek poszkodowanych. Oznacza to więc choćby tyle, że malarzom, których prawa nie wygasły, może najzwyczajniej nie chcieć się ścigać kopistów.

Pozdrawiam,


Tomasz Sztejka
dokowski (7933 punktów)
(zablokowany)
>Czyli, że jak kupię jakąś książkę i stanę się jej właścicielem to nie mogę pożyczać jej za pieniądze?

Moim zdaniem nieetyczne jest nie dzielić się zyskiem z autorem.

>Dlaczego robiąc reprodukcje obrazu nie jestem ścigany przez prawo

bo reprodukcja sama jest dziełem sztuki, choć oczywiście pośledniejszym.

Należy odróżniać sztuki piękne od sztuk treściowych. Obraz czy rzeźba są dziełem sztuki tylko w postaci swojego materialnego oryginału. Książka czy partytura jest dziełem sztuki tylko w postaci klasy abstrakcji, będącej treścią dzieła wspólną dla wszystkich kopii. W przeciwieństwie do obrazu, nie rękopis jest dziełem sztuki, ale treść rękopisu.

Dobra prawo powinno jasno definiować dzieło sztuki w przypadku, gdy jest klasą abstrakcji ze względu na treść. Powinno być jasne, że niepodzielnym obiektem prawa jest cała klasa abstrakcji.

Dobrym przykładem rozróżnienia między sztuką piękną a treściową jest fotografia. Klasyczne zdjęcie wykonane metodą fizyczną jest jak obraz. Dziełem sztuki jest negatyw, a każda kopia pozytywowa jest tylko formą prezentacji dzieła. Ale czasem dziełem sztuki jest tylko jedna kopia pozytywowa, specjalnie spreparowana przez autora, aby miała status porównywalny z namalowanym obrazem. W obydwu przypadkach mamy bardzo prostą, klasyczną rzecz materialną, jak rzeźba czy obraz.

Od niedawna funkcjonuje fotografia cyfrowa. Zdjęcie może być powielane jak książka. Dziełem sztuki jest więc treść, rozumiana jako klasa abstrakcji.

Po tym, jak precyzyjnie zdefiniowaliśmy dzieło sztuki, dobre prawo może być jednolite. Dziełem sztuki jest więc zawsze ściśle określony pojedynczy obiekt, niezależnie od tego, czy jest nim przedmiot materialny, czy klasa abstrakcji. Wypożyczenie czy danie komuś książki jest więc aktem prawnym takim samym jak wypożyczenie komuś oryginału obrazu czy skopiowanie pliku w Internecie. Kto zarabia na dawaniu czy kopiowaniu, ten powinien dzielić się zyskiem z autorem, chyba że sam autor z własnej woli ogłosi umowę o promocji swojego dzieła wraz z określeniem zasięgu tej promocji.

Zauważmy jeszcze, że w muzyce mamy do czynienia z dwoma różnymi dziełami sztuki. Po pierwsze, mamy dzieło sztuki treściowej, zwane partyturą. Po drugie, mamy dzieło sztuki pięknej, zwane wykonaniem. Partytura jest w tym ujęciu klasą abstrakcji wszystkich przeszłych i przyszłych wykonań i odtworzeń, niezaleznie od błędów, wariacji, improwizacji, mixów i wersji. W przeciwieństwie do partytury, materialny nośnik wykonania jest jeden. Oczywiście nie może to być fizyczny akt wykonania, bo jest to materialna przeszłość - dziełem sztuki jest więc coś, co nazwę "negatywem" przez analogię do fotografii - zwykle jest to tzw. taśma-matka. Jest to naturalne rozszerzenie pojęcia negatywu na zapis inną technologią niż fotografia czy film. Zauważmy, że negatyw nie może być zapisem cyfrowym, musi to być coś jak taśma magnetyczna lub naświetlona klisza. Zapis cyfrowy jest tylko kopią partytury - autor wykonania nie ma żadnych naturalnych praw do cyfrowego zapisu swojego wykonania, tak jak malarz nie ma żadnych naturalnych praw do fotografii obrazu, który namalował.

Wniosek jest więc oczywisty - do udziału w zyskach z odtwarzania płyt ma prawo tylko autor partytury. Wykonawca ma prawo do udziału w zyskach tylko z udostępniania negatywu.

doku (Tomasz Kamiński)
Pa1ryk (1539 punktów)
Napiszę o tym na czym trochę się znam, o grach na PC.

Otóż do dłuższego czasu wydawcy gier stosują różnorakie zabezpieczenia przeciw piractwu, kiedyś były to po prostu weryfikację płyt CD/DVD co jednak okazało się łatwe do ominięcia. Teraz nastała nowa moda- zabezpieczenia DRM czyli aby uruchomić aplikację musimy się wcześniej zalogować w na stronie lub w jakimś programie, który to uruchamia grę. Powoduję to, że bez internetu nie można używać programów z zabezpieczeniami DRM.

Może byłoby wszystko OK tylko, że jak się okazuje piraci i na to znaleźli sposób, po prostu usuwają pliki z zabezpieczeniami i program uruchamia się normalnie, a co ważniejsze można grać nawet bez połączenia z internetem.
I doszliśmy do absurdu, wydawcy tworząc zabezpieczenia utrudniają życie tylko uczciwym graczom, którzy kupują oryginalne gry, natomiast pirat w rezultacie otrzymuje lepszy produkt (chociaż bez niektórych opcji np. multiplayera) i to za darmo. I pytanie kto na tym zyskuję?

I na koniec: wyniki badań pokazały że piraci są jednocześnie grupą ludzi, która kupuję najwięcej oryginalnej muzyki i programów. Może nadszedł czas aby wydawcy zamiast walczyć z klientami zajęli się tworzeniem naprawdę porządnej muzyki i gier tak, aby ludzie kupili je z samego szacunku do producenta.
24-11-2011 18:34 
 Ocena 2 na 2
-jad- (18783 punktów)
>I doszliśmy do absurdu, wydawcy tworząc zabezpieczenia utrudniają życie tylko uczciwym graczom, którzy kupują oryginalne gry, natomiast pirat w rezultacie otrzymuje lepszy produkt.

Otóż to. Producenci gier powinni czym prędzej zrezygnować ze stosowania tych zabezpieczeń, które są bardzo łatwe do ominięcia. Zamiast tego stosują je w różnych kombinacjach utrudniając życie piratom i uczciwym odbiorcom w tym samym stopniu.
Wciąż często stosowane jest zabezpieczenie polegające na tym, że nie można grać jeśli oryginalna płyta z grą nie znajduje się w napędzie. Gdzie tu sens skoro od wielu lat dostępne są darmowe programy do tworzenia obrazów płyt oraz obsługi wirtualnych napędów

Ostatnio zastanawiam się czy jest gdzieś granica, której producenci nie przekroczą. Moja starsza córka dostała od babci grę na psp. Nazywa się to to EyePet i byłoby całkiem fajne gdyby nie magiczna karta załączona do zestawu. Karta ta musi być ciągle w polu widzenia kamery (również w zestawie), bo jeśli tylko zniknie albo będzie za blisko albo za daleko albo pod bardzo ostrym kątem, to nasz zwierzak zawiesza się w bańce mydlanej i nic z nim nie można zrobić.
Zabezpieczenie może jest skuteczne; nie wiem. Ale mała ma poważne problemy z pokonywaniem zręcznościowych wyzwań tylko dlatego, że musi ciągle pilnować tej karty czyli trzymać konsolę w niewygodnej dla siebie pozycji. Pomyślałem, że sam spróbuję i zaraz zacząłem kląć w duchu. Co prawda odrobina ćwiczeń sprawiła, że potrafię grać nawet przy młodszej córce, która dla jaj ciągle mi kradnie tą przeklętą kartę ale moim zdaniem, takie rozwiązanie jest trochę nie fair.


Fakty to mają do siebie, że racja jest zawsze po ich stronie. Wuch
27-11-2011 16:36 
 Ocena 3 na 3
sztejkat (4743 punktów)
Ciekawe zabezpieczenie. Czegóż to ludzie nie wymyślą.

A co na to licencja? Czy na opakowaniu była stosowna informacja? Czy treść licencji była dostępna PRZED otwarciem opakowania?

Producenci posuną się tak daleko, jak daleko będą w stanie to zaakceptować użytkownicy. Jak długo nie będzie zwrotów z powodu oszustw związanych z zabezpieczeniami (przez oszustwo rozumiem - informacja o funkcji nie była dostępna przed zawarciem umowy), tak długo legalny użytkownik będzie miał większe kłopoty z oprogramowaniem niż użytkownik, który wszedł w jego posiadanie w sposób nielegalny.

Tak na moje doświadczenie, często bywa, że legalna kopia leży sobie spokojnie w szafie, a na maszynie chodzi skrackowany klon - bo mniej jest upierdliwy i lepiej działa.

Chwilowo nie mam laptopa. Jeśli jednak będę chciał go sobie kupić, to będzie to musiał być laptop z Windows (ot, bogactwo oferty rynkowej). Niestety system ten posiada licencję, której warunki nie są dla mnie do zaakceptowania. I już zacieram łapki na myśl o zwrocie sprzętu z tego właśnie powodu, choć pewnie to ja pierwszy się zmęczę i poddam.

Pozdrawiam,

Tomasz Sztejka
-jad- (18783 punktów)
>A co na to licencja? Czy na opakowaniu była stosowna informacja? Czy treść licencji była dostępna PRZED otwarciem opakowania?

Szczerze mówiąc, nie sprawdzałem. Córka dostała grę od mojej mamy, która nie zwykła żałować na nią pieniędzy i często kupuje bez zbędnych ceregieli. Nie mogę zresztą powiedzieć, żeby gra była do bani, bo nie jest. Córce się podoba, tyle że to na mnie spada pokonanie co trudniejszych etapów.
Karta przedstawiona jest nie jako zabezpieczenie tylko jako fantastyczny gadżet. Na ekranie widzimy stworka, który skacze np. po naszym stole w pokoju czy po dywanie- zależy gdzie skieruje się kamerę. Grunt żeby na danej płaszczyźnie leżała też magiczna karta. Pewnie bez tej karty spokojnie można było się obejść ale najwidoczniej ma ona tę zaletę, że nie można jej za darmo ściągnąć z internetu.


Fakty to mają do siebie, że racja jest zawsze po ich stronie. Wuch
sztejkat (4743 punktów)
By dorzucić drew do ognia.

Po pierwsze, w dyskusji o prawach zapomina się nagminnie o tak zwanych Organizacjach Masowego Zarządzania Prawami Autorskimi. Z nieznanych powodów zwykle mowa o autorach, twórcach, wykonawcach. Pomija się zaś tych, którzy zawsze, wszędzie i do każdego utworu z ich dziedziny prawa majątkowe otrzymali ustawowo. ZAIKS, ZAPV, KOPIPOL, REPLOPOL. Ilu z szanownych forumowiczów zdaje sobie sprawę z opłat na rzecz tych organizacji pobieranych od: papieru do drukarek, papieru do ksero, płyt CD-R, płyt DVD-R/RW, nośników magnetycznych, kart pamięci?

Po drugie zapominamy o internecie. A konkretniej - o twórcach tam publikujących. Czyli o mnie i o Was, drodzy forumowicze. Nie raz bowiem i nie dwa wypowiedzi na forum mają formę dość długą i dość dojrzałą by klasyfikować się choćby jako taki felieton. Byle bazgroł wrzucony na stronę, filmik czy piosnka - to wszystko są utwory a Wy jesteście Twórcami pełną gębą. Tyle, że nie komercyjnymi, ale co z tego?

Połączywszy te dwa czynniki razem macie, moi drodzy, ciekawą sytuację. Mało bowiem kto zdaje sobie sprawę, że odśpiewawszy swoją poezję przed kamerką internetową daje choćby takiemu ZAIKS'owi pełne prawo do pobierania opłat za odtwarzanie wierszyka, pełne prawo ścigania jego powielania i temu podobne. To, że autor napisze sobie na stronie, parafrazując znaną Osobę, "bierzcie i jedzcie z tego wszyscy", nie ma najmniejszego znaczenia - polskie prawo jasno mocuje Organizacje Masowego Zarządzania jako tych, którzy dzierżą prawa do utworu tak czy siak.

My też jesteśmy Twórcami!

Tak naprawdę więc w dyskusji o prawach autorskich biorą udział:
- wydawcy, którzy twórcami NIE SĄ;
- Organizacje Masowego zarządzania, które twórcami nie są;
- pośrednicy dostarczający "rurę z utworami" do klientów;
- ustawodawca.

... i nikt więcej. Odbiorca swoich praw i swojej reprezentacji, poza UOKiK, nie ma. W praktyce nie mają jej też drobni twórcy, tacy jak my tutaj.

Pozdrawiam,

Tomasz Sztejka
28-11-2011 10:15 
 Ocena 1 na 1
Meretseger (61860 punktów)
Masz rację. Dochodzi do takich absurdów, że moja fryzjerka, włączając w zakładzie płytę CD w obecności klientki, musi płacić haracz ZAiKS-owi. Bo odtwarza ją publicznie...


Nie wiadomo, dlaczego wszyscy mówią do kotów "ty", choć jako żywo żaden kot nigdy z nikim nie pił bruderszaftu.
23-12-2011 14:12 
 Ocena 2 na 2
dokowski (7933 punktów)
(zablokowany)
>Dochodzi do takich absurdów, że moja fryzjerka, włączając w zakładzie płytę CD w obecności klientki, musi płacić haracz ZAiKS-owi. Bo odtwarza ją publicznie

Absurd jest pozorny, gdyż wynika z braku uregulowań prawnych. Tak jak dawniej w matematyce były absurdy, bo brakowało kwantyfikatorów przed twierdzeniami, brakowało definicji zbioru. Wystarczy zdefiniować pewne pojęcia i uregulować prawnie tę kwestię.

Przykładowo, prawo powinno definiować usługę, jako wyspecyfikowaną ofertę lub umowę świadczeń. Jeżeli więc w specyfikacji usługi lub w umowie na świadczenie usługi mamy jawnie powiedziane, że częścią usługi jest puszczanie muzyki klientom, to puszczana muzyka wnosi swój wkład do zysków usługodawcy. Jeżeli natomiast muzyka nie jest składową usługi, to nie można jej traktować jako źródła dochodu usługodawcy, a więc autor muzyki nie ma prawa do udziału w zyskach usługodawcy.

Jeżeli więc ZAiKS żąda od fryzjerki pieniędzy, podczas gdy ona puszcza muzykę dla siebie, a nie dla klientów, to znaczy, że ZAiKS jest grabieżcą, a grabież ta jest możliwa tylko dlatego, że Polska nie jest państwem prawa. W państwie prawa nie jest istotne, czy ktoś słucha muzyki publicznie, ale - czy zarabia na jej puszczaniu.

doku (Tomasz Kamiński)
spellbinder (8577 punktów)
>Kolega, który pożycza
>książki kolegom, to dobry kolega.

Dobry kolega to też taki, który odrobi za kolegę zadanie domowe; dobry kolega to taki, który na pytanie nauczycielki "kto zbił tą szybę/kto pobił Jasia" odpowie - "nie wiem", mimo że wie.
Dobry kolega to taki, którego rodzice jarają szlugi, a on im je podkrada i obdarowuje swoich znajomków.

Dobry kolega to taki kolega, z którym można zarżnąć kota sąsiadki będąc pewnym, że w razie problemów w życiu człowieka nie wyda.

Nie rozumiem jednak dlaczego dobry kolega nie może powiedzieć innemu dobremu koledze: "człowieku! od pożyczania masz biblioteki!".

>Jednym z fundamentów moralności jest bezinteresowne pomaganie innym.

Innymi słowy autorzy podręczników są z zasady NIEMORALNI!

>Jeżeli mamy prawo, które pozwala ścigać ludzi za
>darmowe udostępnianie innym swoich książek, płyt, kaset czy plików, to znaczy, że mamy złe prawo.

Żadne prawo nie będzie człowieka ścigać za pożyczenie (czy oddanie nawet) komuś płyty. Za to za nagrywanie i rozsyłanie po kumplach już może i trzeba te rzeczy rozgraniczyć.

>Zło czyni ten, kto np. zarabia na udostępnianiu dzieł, których nie jest autorem, albo promuje swój
>biznes poprzez publiczne odtwarzanie dzieł innego autora.

Czyli na przykład wydawnictwa, które sprzedają dzieła np. Adama Mickiewicza

Człowiek ma obecnie (czy mieć powinien) legalny dostęp do wielkiej ilości książek, których autorzy już pożegnali się z tym światem. Ale wiadomo, że przecież ksiązka musi istnieć fizycznie - w mediach pojawia się opinia, że w procesie czytania ważny jest zapach i faktura papieru

Problemem jest tutaj to, że coś, co w dzisiejszych czasach może być bardzo tanie robi się drogie przez niezliczonych pośredników. Sam autor mało dostaje za książkę. Większość kasy idzie na zasilenie kiesy pośredników.
setarkos (10757 punktów)
>.. coś, co w dzisiejszych czasach może być bardzo tanie robi się drogie przez niezliczonych pośredników. Sam autor mało dostaje za książkę.
Ciekawe o ile można byłoby zmniejszyć podatek dochodowy po wprowadzeniu 1%-wego obrotowego i jak by to wpłynęło na ceny książek czy kondycję finansową autorów..

Wróć do listy wątków działu Społeczeństwo i kraj
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować

  

Zaloguj przez OpenID..
Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..

Szukaj na Forum  Przewodnik  Regulamin i instrukcja obsługi Forum  Kolegium Moderatorów

 


[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365