Racjonalista - Strona głównaDo treści
Co warunkuje bogactwo? Bieda? Nie, ale prawie.

Ten wątek jest przedawniony

Działy Forum » Gospodarka i ekonomia
NapisanoAutorTytuł
18-04-2013 22:20Matix (5786 punktów)Co warunkuje bogactwo? Bieda? Nie, ale prawie.
Ocena 6 na 6
Bogactwo (przynajmniej to w ogólnym pojęciu) warunkuje nie tyle bieda lecz różnice. Do założenia tematu skłonił mnie jakiś komentarz z internetu:

Cytat:
Dalej nierozumiecie ze: ABY ISTNIAL BOGATY MUSI ISTNIEC TEZ BIEDNY, BEZ BIEDNEGO NIE MA BOGATEGO, Jak wam wmawiali w tv kupujcie zloto to wy jak te barany zaczeliscie pedzic po nie - pytanie tylko czyim kosztem chcieliscie zarobic? chcieliscie byc wszyscy bogaci z czasem? bogaci wzgledem kogo? Prosty przyklad: Jak pan Andrzej uprawia ziemniaki i jezdzi nowym mercedesem i reszta popatrzy i powie kur... ja tez chcem ja tez, i jak reszta zacznie uprawiac tez ziemniaki wszyscy oni beda jezdzic nowymi mercedesami? Czy beda skomlac do rzadu o doplaty? W kapitalizmie jest prosty wzor nauczcie sie go na pamiec - ilosc biednych musi byc wiesza anizeli bogatych. Jesli w tv wam mowia - ze wiekszosc cos robi to robcie na odwrot poniewaz wiekszosc zawsze musi obrywac, DALEJ WIERZYCIE W TO ZE WSZYSCY MOGA BYC BOGACI? BEZ BIEDNYCH? skad oni beda wiedzieli ze sa bogaci jak niemaja porownania? tez beda biedni, w jajo was zrobili i tyle.


www.hotmon(*)-zlota-To-z-powodu-Chin-a30200

To nie postęp czyni bogactwo. Dowód? Cofnijmy się w czasie kilkadziesiąt lat. Wtedy też byli ludzie uznawani wtedy za bogatych prawda? No. A cóż oni mieli w porównaniu do zwykłych ludzi dzisiaj? Wystarczy ów komputer, żeby przebić wszystkie ówczesne zabawki. Czy np. kanalizacja, albo styropian na ścianie domu. A jednak uważali się za bogatych. Na jakiej podstawie? Na takiej, że byli bogatsi od innych. Tylko tyle.

Czyli jest oczywista oczywistość. Bieda/bogactwo to pojęcia WZGLĘDNE. Win Win to bujda na resorach jakiej w życiu nie słyszałem. Dla ludzi nie ważne jest Win Win tylko to, żeby mieć więcej od sąsiada. Cóż z tego że każda osoba na świecie dostanie Ferrari? To ja chcę je mieć i tylko ja! To ja chcę szpanować, czuć spojrzenia zazdrości kiedy wchodzę do swojej fury. - Tak myślą ludzie. Nie wszyscy. Niektórzy po prostu mają w d**** ten chory wyścig szczurów i najzwyczajniej w świecie cieszą się życiem, bez nerwów, bez stresu, po prostu: zdrowo. Polecam. Nie chodzi o to, żeby przestać pracować, zarabiać, protestować. Powtarzam: chodzi o to, żeby się nie przejmować tyle tym życiem i tym żeby czuć się "lepszym" (to też jest pojęcie względne i to bardzo) od innych i po prostu się cieszyć.
Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.

19-04-2013 00:10
 Ocena 14 na 14
finerbijk (17282 punktów)
>Bieda/bogactwo to pojęcia WZGLĘDNE
Jeśli ktoś uważa, że cierpi nędzę, bo musi jeździć starym volkswagenem, a nie nowiutkim ferrari, to może i są względne i taka osoba ma niewątpliwie jakieś problemy osobowościowe.
Prawdziwa przygoda zaczyna się kiedy brakuje forsy na opłaty i jedzenie. Wyłączą prąd? No tak, można siedzieć po ciemku i sobie teoretyzować, że przecież ludzkość tyle czasu się obchodziła bez niego i jakoś tam było, a że w lodówce nic nie ma to też dobrze, bo przecież bez prądu lodówka i tak jest mało przydatna.

Kosztem rozmaitych ułatwień i w miarę bezpiecznego życia w porównaniu do dawniejszych czasów jest wzrost uzależnienia od rozmaitych usług, które nie są za darmo. Póki ktoś ma pracę i/lub zapewnione utrzymanie jakoś sobie radzi, w przeciwnym wypadku może boleśnie odczuć na swojej skórze, że bieda to niekoniecznie abstrakcyjne pojęcie literackie.
Bogactwo warunkuje nie tyle bieda, co średniactwo i ogólnie wysoki średni poziom, bo na biednym niewielu może cokolwiek zarobić.
19-04-2013 09:05 
 Ocena 5 na 5
Paweł Arłukowicz (3162 punktów)

>Bogactwo warunkuje nie tyle bieda, co średniactwo i ogólnie wysoki średni poziom, bo na biednym niewielu może cokolwiek zarobić.

Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że : na biednym można zarobić jedynie jednorazowo
( lub w krótkiej perspektywie czasowej ). Brak - jak to nazwałeś - " ogólnie wysokiego średniego poziomu " z czasem spowoduje też zubożenie bogatych.
Konkludując - bieda i bogactwo nie są pojęciami stricte względnymi, czy też literackimi, względne ( zależne od otoczenia )są jedynie atrybuty tak jednego, jak drugiego stanu posiadania.
21-04-2013 11:34 
 Ocena 3 na 3
Anna Salman (16360 punktów)
>...na biednym można zarobić jedynie jednorazowo ( lub w krótkiej perspektywie czasowej ).
I dlatego jest taka dbałość, aby obszary biedy jak najbardziej rozbudowywać, poprzez sztuczne kreowanie bezrobocia, nieuzasadnione obniżanie wynagrodzeń albo nacisk na wysoki przyrost naturalny. Wtedy te zasoby stają się nieograniczone, bo się replikują.
>Brak - jak to nazwałeś - " ogólnie wysokiego średniego poziomu " z czasem spowoduje też zubożenie bogatych.
Bynajmniej, wzrost nierówności społecznych powoduje dalsze bogacenie się malejącej grupy najbogatszych, przy jednoczesnym zanikaniu tzw. klasy średniej. Taki stan rzeczy może utrzymywać się przez stulecia. Przecież przerabialiśmy już feudalizm.
21-04-2013 14:27 
 Ocena 1 na 1
finerbijk (17282 punktów)
>Bynajmniej, wzrost nierówności społecznych powoduje dalsze bogacenie się malejącej grupy najbogatszych, przy jednoczesnym zanikaniu tzw. klasy średniej. Taki stan rzeczy może utrzymywać się przez stulecia. Przecież przerabialiśmy już feudalizm.
Słusznie zauważyłaś 'malejącej" i nawiązałaś do feudalizmu, chociaż to już szerszy i osobny temat, to pewnie miałaś na myśli klasę wyższą żyjącą z pracy biedoty na roli. Taki stan rzeczy pozwala rzeczywiście na istnienie tylko cieniutkiej warstwy bogaczy, co wynika z samego charakteru układu, i to dopiero rozwój miast i w efekcie kapitalizm oparty na handlu i wytwórczości sprawiły, że stało się możliwe wyrwanie z tej zależności. Czy obserwujemy powrót do silnego rozwarstwienia? Tak i nie. Ono zawsze było. Zależy czym chcemy je opisać. Pieniądzem, czasem, poziomem zadowolenia... może wychodzić różnie.
21-04-2013 17:45 
 Ocena 6 na 6
Anna Salman (16360 punktów)
>Słusznie zauważyłaś 'malejącej" i nawiązałaś do feudalizmu, chociaż to już szerszy i osobny temat, to pewnie miałaś na myśli klasę wyższą żyjącą z pracy biedoty na roli.
Niekoniecznie - my znamy rodzimy, agrarny model feudalizmu, który przetrwał aż drugiej połowy XIX w. (oficjalnie), ale de facto zrodził się na przełomie XV i XVI w. W krajach bardziej zurbanizowanych też był feudalizm (Francja).
Chodzi o silne rozwarstwienie społeczne i taką formę zabezpieczania swoich interesów przez klasę uprzywilejowaną, która utrwala ten system. Feudalizm jest zamkniętym systemem społecznym, ogranicza ruchliwość pionową (awans do wyższej klasy / warstwy) oraz poziomą - czyli swobodny przepływ ludności. Feudalizm w społeczeństwie uprzemysłowionym, czy też postindustrialnym jest nadal feudalizmem, tylko inne są źródła dochodu niższych warstw społecznych. A w miejsce barier prawnych pojawiają się ekonomiczne - równie silne.
>Taki stan rzeczy pozwala rzeczywiście na istnienie tylko cieniutkiej warstwy bogaczy, co wynika z samego charakteru układu, i to dopiero rozwój miast i w efekcie kapitalizm oparty na handlu i wytwórczości sprawiły, że stało się możliwe wyrwanie z tej zależności.
Mylisz skutek z przyczyną - to migracje oraz dostęp do edukacji doprowadziły do rozwoju miast i kapitalizmu, a nie na odwrót.
>Czy obserwujemy powrót do silnego rozwarstwienia? Tak i nie. Ono zawsze było. Zależy czym chcemy je opisać. Pieniądzem, czasem, poziomem zadowolenia... może wychodzić różnie.
Przecież to jest mierzalne i jest mierzone. Są nawet badania jaki wpływ ma rozwarstwienie społeczne na dobrostan członków tego społeczeństwa. Do pewnego stopnia rozwarstwienie jest motywujące, powyżej coraz bardziej demotywujące, zwłaszcza jeśli wiąże się z zamknięciem struktury społecznej. A w kwestii rozwarstwienia pobiliśmy ponoć rekord demoludów, chyba tylko Rosja i Ukraina są lepsze.
23-04-2013 21:37 
 Ocena 1 na 1
MarcinK (9189 punktów)
> A w miejsce barier prawnych pojawiają się ekonomiczne - równie silne.

Czy mogłabyś to rozwinąć? Bariery prawne de facto wykluczały przejście z jednej kasty do drugiej czego nie można powiedzieć o ekonomicznych.

> A w kwestii rozwarstwienia pobiliśmy ponoć rekord demoludów, chyba tylko Rosja i Ukraina są lepsze.

Skąd te dane?

www.hotmon(*)nych-wcale-nie-przybywa-a24671
24-04-2013 21:29 
 Ocena 5 na 5
Anna Salman (16360 punktów)
>... Bariery prawne de facto wykluczały przejście z jednej kasty do drugiej czego nie można powiedzieć o ekonomicznych.
Można - bariery ekonomiczne to np. dostęp do lepszej edukacji, a czasem do edukacji w ogóle, co warunkuje możliwość otrzymania dobrej pracy. My tego jeszcze nie odczuwamy, bo szkoły i studia są bezpłatne. Ale to tylko kwestia czasu.
Również dostęp do leczenia, czyli długość i jakość życia.
A za barierami ekonomicznymi zawsze idzie ograniczanie praw oraz penalizacja biedy.

>Skąd te dane?
>www.hotmon(*)nych-wcale-nie-przybywa-a24671
Dziwne - rok, czy dwa lata temu pisano co innego. Ale ten artykuł jakoś nie napawa optymizmem. Owszem - minimalna płaca wzrosła o 35% (!), czyli dwa lata wcześniej wynosiła ok. 1000pln?. Tzn., że przeciętne realne wynagrodzenie wzrosło w zasadzie o porównywalną kwotę.
Poza tym to, że część osób ma wyższe dochody, bo są wyższe świadczenia socjalne, to chyba niezbyt dobra nowina.
25-04-2013 11:02 
 Ocena 3 na 3
szarley (54913 punktów)
>Można - bariery ekonomiczne to np. dostęp do lepszej edukacji, a czasem do edukacji w ogóle, co warunkuje możliwość otrzymania dobrej pracy. My tego jeszcze nie odczuwamy, bo szkoły i studia są bezpłatne. Ale to tylko kwestia czasu.

Jest gorzej niż myśisz.
Chciałbym, żeby szkoły i studia były bezpłatne. Owszem, czesnego w publicznych szkołach nie ma ale... Podstawówkę każdy ma niemal w zasięgu wzroku. Do gimnazjum czy liceum już czasem trzeba dojechać. Na poziomie wyższych uczelni słowo "bezpłatne" odnosi się tylko do mieszkańców kilku miast (10 - 12% mieszkańców Polski) Dla rodziców młodego człowieka z Głubczyc, Pisza, Złocieńca czy Gorlic koszt wynajmu mieszkania, dojazdu i utrzymania poza domem potrafi być barierą nie do pokonania.
Szkoła to jeszcze nie wszytsko, przecież nie tylko szkoła uczy. Jaki jest dostęp młodego człowieka z Sulęcina, Brzozowa czy Sztumu do żywych teatrów, muzeów, klubów sportowych, ognisk muzycznych? (Odrębną sprawą jest jak z tych możliwości mieszkańcy wielkich miast korzystają)
A jakie możliwości mają młodzi ludzie z jeszcze mniejszych miasteczek? Wsi?
Koszt edukacji rośnie lawinowo w zależności od odległości od ośrodka akademickiego.
Wyrównywanie szans chyba powinno być priorytetem w programach lewicy, może, a nawet powinno stanowić pierwszy punkt tego programu.
25-04-2013 12:35 
 Ocena 7 na 7
Anna Salman (16360 punktów)
>Chciałbym, żeby szkoły i studia były bezpłatne.
Myślałam o tym, że jeszcze nie są to takie koszty, jak np. w USA (300tys USD za semestr medycyny), gdzie tylko najbogatszych stać na posłanie dzieci na studia, ci trochę biedniejsi zaciągają kredyty, a reszta się może oblizać.
U nas faktycznie - rozbija się system solidarności pokoleniowej, krzycząc o kosztach emerytur i przemilczając, że ci emeryci przez lata też dokładali się do edukacji najmłodszego pokolenia. Z drugiej strony po cichu przerzuca się coraz większą część kosztów tejże edukacji na rodziców. Czyli pojawia się sytuacja, gdy młody człowiek musi kalkulować - inwestować w swoją przyszłość, czy w dzieci (inwestycja niepewna). W efekcie rezygnacja z posiadania dzieci lub wyjazd tam, gdzie ich posiadanie nie prowadzi do ruiny.
Jeżeli nasza populacja zmniejszy się radykalnie, co niektórzy prognozują, to właśnie z uwagi na taką idiotyczną politykę.

>Wyrównywanie szans chyba powinno być priorytetem w programach lewicy, może, a nawet powinno stanowić pierwszy punkt tego programu.
Jak słyszę ostatnio "lewica", to mam zgryz, bo nie wiem o co chodzi (bo chyba nie o Millera?). Ale zmiana sposobu myślenia powinna być udziałem wszystkich, niezależnie czy mienią się lewicą, prawicą czy centrum. Tym bardziej, że najwięcej jest populistów wycierających sobie gęby słowem NARÓD. Ostatecznie "takie będą Rzeczpospolitej losy itd."
25-04-2013 13:36 
 Ocena 4 na 4
szarley (54913 punktów)
>Myślałam o tym, że jeszcze nie są to takie koszty, jak np. w USA (300tys USD za semestr medycyny), gdzie tylko najbogatszych stać na posłanie dzieci na studia, ci trochę biedniejsi zaciągają kredyty, a reszta się może oblizać.

Nie ma różnicy między kosztem 1000 zł/miesięcznie a 100 000 zł miesięcznie, każda z tych kwot jest za duża dla listonosza. Główną moją myślą jest nierówność szans w zależności od miejca zamieszkania dzieci tegoż listonosza, choć oczywiście to tylko jeden z czynników!!! Niskie dochody, wielodzietność, choroba rodziców...

>Czyli pojawia się sytuacja, gdy młody człowiek musi kalkulować - inwestować w swoją przyszłość, czy w dzieci (inwestycja niepewna). W efekcie rezygnacja z posiadania dzieci lub wyjazd tam, gdzie ich posiadanie nie prowadzi do ruiny.
Pojawia się stytuacja w której dzieci są przez rodziców kochane, dobrze wychowywane, ale o studiach mogą tylko pomarzyć, co potwierdza Twoje słowa.

>Jak słyszę ostatnio "lewica", to mam zgryz, bo nie wiem o co chodzi (bo chyba nie o Millera?).
Niestety też mam problem z definicjami na tym polu. Dla mnie (każdy ma prawo do subiektywnej oceny) lewica to będzie ta partia która obieca i zrealizuje hasło "Tanie akademiki dla 100 000 studentów w Warszawie (Krakowie, Wrocławiu...).

>Ale zmiana sposobu myślenia powinna być udziałem wszystkich, niezależnie czy mienią się lewicą, prawicą czy centrum. Tym bardziej, że najwięcej jest populistów wycierających sobie gęby słowem NARÓD.
Jak ja lubię się zgadzać

Pewien wpływ na wyrównywanie szans mogłaby mieć np publiczna telewizja. Teatr TV to nie to samo co żywy, ale dużo więcej niż nic. Ambitniejsze kino z napisami, telewizja edukacyjna, dokument, to powinna być jej Misja. No i oczywiście jej dostępność !!! (tu znowu kłania się geografia i ekonomia)

> Ostatecznie "takie będą Rzeczpospolitej losy itd."
... i dlatego w czerwcu kończę swoją roczną przygodę z nauczaniem Nie chcę żeby taka była Rzeczpospolita jaki ze mnie nauczyciel
25-04-2013 14:20 
 Ocena 3 na 3
Anna Salman (16360 punktów)
>... Główną moją myślą jest nierówność szans w zależności od miejsca zamieszkania dzieci tegoż listonosza, choć oczywiście to tylko jeden z czynników!!!
Racja, niestety.
>Niestety też mam problem z definicjami na tym polu. Dla mnie (każdy ma prawo do subiektywnej oceny) lewica to będzie ta partia która obieca i zrealizuje hasło "Tanie akademiki dla 100 000 studentów w Warszawie (Krakowie, Wrocławiu...).
Dla mnie raczej lewica lokuje się jedynie poza parlamentem - wszelkie niezależne, ale zorganizowane grupy obywatelskie.
>Pewien wpływ na wyrównywanie szans mogłaby mieć np publiczna telewizja. ...
Mogłaby, ale teraz to tylko kolejny pretekst do rozdawnictwa synekur.
>... i dlatego w czerwcu kończę swoją roczną przygodę z nauczaniem Nie chcę żeby taka była Rzeczpospolita jaki ze mnie nauczyciel
Szczerze? Szkoda.
25-04-2013 17:08 
 Ocena 3 na 3
szarley (54913 punktów)

>>... i dlatego w czerwcu kończę swoją roczną przygodę z nauczaniem Nie chcę żeby taka była Rzeczpospolita jaki ze mnie nauczyciel
>Szczerze? Szkoda.
>
Nie żałuj, uczniowie się cieszą, rodzice jeszcze bardziej
25-04-2013 13:46 
 Ocena 3 na 3
Grzegorz (2117 punktów)
>>Chciałbym, żeby szkoły i studia były bezpłatne.

>Myślałam o tym, że jeszcze nie są to takie koszty, jak np. w USA (300tys USD za semestr medycyny), gdzie tylko najbogatszych stać na posłanie dzieci na studia, ci trochę biedniejsi zaciągają kredyty, a reszta się może oblizać.

To co piszesz w jakimś stopniu obrazuje jak wyglądają koszty "bezpłatnej" edukacji.

Czytam Waszą wymianę zdań z zaciekawieniem bo ostatnio zajmowałem się kwestią realizacji i oceny programu czterech filarów edukacji UNESCO. Miałem w związku z tym szereg refleksji o których już pisałem: www.racjonalista.pl/forum.php/s,553976

Obok bardzo ogólnych i skądinąd momentami słusznych haseł w zasadzie nie ma kompletnie żadnych pomysłów jak sfinansować edukację tak aby była ona satysfakcjonująca, a nawet utrzymywać ją na aktualnym poziomie.
Skala środków jakie są konieczne aby utrzymywać "bezpłatną" edukację, skala majątku jaki jest w to zaangażowany i jego kosztów, obciążeń przeniesionych z budżetu centralnego na budżety gmin jest niesamowita. Jeśli np. niemal płowa budżetu dużego miasta jest budżetem edukacji to jest to myślę niezła miara finansowa tego o czym mówimy. Ten "równy start" powszechność i egalitaryzm kosztuje ogromne pieniądze, a zapewnienie jego dostosowania do realnych potrzeb będzie kosztowało jeszcze więcej.
Tu jest ciekawe zestawienie, nieco stare bo 2009, ale chodzi o skale zjawiska:
www.money.(*)gonie;europy,160,0,524960.html
a tu informacja nieco nowsza:
forsal.pl/(*)talcenie_obywatela_polski.html

Cytat:
W Polsce najwięcej wydaje się na edukację po maturze. Koszt nauki studenta uczelni wyższej, studiów podyplomowych albo doktoranckich to średnio 7,7 tys. dolarów rocznie (24,4 tys. zł). Stosunkowo drogie jest też wykształcenie jednego ucznia szkoły pomaturalnej - 7,8 tys. dolarów (24,7 tys. zł). Najmniej kosztuje roczne utrzymanie ucznia szkoły średniej - 5,2 tys. dolarów (16,4 tys. zł) oraz podstawowej - 5,6 tys. dolarów (17,7 tys. zł).
Podliczając te koszty, za obowiązkową edukację (od 6. do 18. roku życia) każdego obywatela państwo płaci (w Polsce w większości koszty edukacji podstawowej i średniej pokrywane są przez podatników) około 200 tys. zł.


niby w zestawieniu z PKB odsetek mamy mały, gorzej jeśli zestawimy to z budżetem (w końcu PKB to tylko wskaźnik, a nie realna gotówka). Wydatki "edukacyjne" w budżecie 2013 to ok. 40 mld zł. jak się doda do tego budżety samorządów będzie to szacunkowo ok. 60 mld. zł.

A przecież mówimy o edukacji na raczej niewybijającym się światowo poziomie, o uniwersytetach nie trafiających na czołowe pozycje prestiżowych rankingów, o szkołach pozbawionych nawet niezbędnej infrastruktury, często w fatalnym stanie technicznym, o stosunkowo nisko płatnej pracy nauczycieli.

Rozmowa o edukacji, jak z resztą o czymkolwiek, bez rozmowy o pieniądzach jest nieco odrealniona - stąd to moje wtrącenie.

Pozdrawiam
25-04-2013 14:34 
 Ocena 7 na 7
Anna Salman (16360 punktów)
>To co piszesz w jakimś stopniu obrazuje jak wyglądają koszty "bezpłatnej" edukacji.
Fakt, że to co nazywamy bezpłatną edukacja oznacza po prostu rozłożenie kosztów na podatników. W mojej ocenie wsparcie państwa budżetu powinno być zapewnione na poziomie podstawowym - przedszkole, szkoła podstawowa i gimnazjum. Szkoły średnie już częściowo odpłatne, a studia płatne z systemem stypendiów państwowych dla uczniów / studentów najzdolniejszych. Chodzi o to, żeby selekcja nie dokonywała się na starcie z przyczyn ekonomicznych, tylko później, z przyczyn merytorycznych.
Na taką postawili Finowie - wystandaryzowany system edukacji państwowej i są w pierwszej piątce.
W takim systemie koszty się (po pewnym czasie) zwracają, bo najzdolniejsi tworzą z czasem elitę intelektualną. A zdolnym z biedniejszych środowisk zależy, więc ciężej pracują. Średniaki mogą sobie studiować, jeśli ich stać, a najmniej zdolni mogą trafić do zawodów nie wymagających wyższego wykształcenia.
Błędem jest przeliczanie kosztów na studenta / dyplom, bez kalkulacji wartości absolwentów. Dlatego mamy przepłacone uniwersytety.
Przy obecnym systemie dopłacamy za studia miernym, których przez poprzednie etapy edukacji przepchnęły pieniądze rodziców. Pozycja rodziców oraz dyplom umożliwi im z kolei zajęcie kluczowych stanowisk, czyli poziom będzie się wciąż obniżał.
O zastąpieniu religii matematyką nawet mi się nie chce pisać, bo to temat wielokrotnie przerabiany.
szarley (54913 punktów)
> .

Resztę wykasowałem, bo nie mam nic do dodania
25-04-2013 22:11 
 Ocena 3 na 3
Grzegorz (2117 punktów)
>W mojej ocenie wsparcie państwa budżetu powinno być zapewnione na poziomie podstawowym - przedszkole, szkoła podstawowa i gimnazjum. Szkoły średnie już częściowo odpłatne, a studia płatne z systemem stypendiów państwowych dla uczniów / studentów najzdolniejszych. Chodzi o to, żeby selekcja nie dokonywała się na starcie z przyczyn ekonomicznych, tylko później, z przyczyn merytorycznych.

Tu się całkiem zgadzam - mam bardzo zbliżone przemyślenia choć są też i inne możliwe drogi. Bardzo często patrząc na różne wydatki realizowane za pośrednictwem oficjalnego systemu redystrybucji zastanawiam się - po co odbierać ludziom pieniądze? Jaki by nie był zoptymalizowany i sprawny system owej redystrybucji, nie będzie on nigdy darmowy (ta idealna jego optymalizacja to też mrzonka). Czy nie korzystniej dla całości systemu byłoby pozostawić dochody ludzi w ich portfelach i pozwolić na ukształtowanie się wolnego rynku usług edukacyjnych? Pozostanie oczywiście wiele obszarów, gdzie przynajmniej na początku konieczna będzie interwencja ale z czasem środek ciężkości przesunie się we właściwym kierunku.
Drugą sprawą jest wciągnięcie w proces edukacji przyszłych pracodawców np. poprzez systemy stypendialne, czy przyzakładowe szkolnictwo zawodowe, a równolegle np. budowa i eksploatacja obiektów oświatowych o charakterze częściowo komercyjnym w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego. Edukacja to też biznes tylko że dopóki ludzie są wywłaszczani z połowy swoich dochodów raczej tych usług nie kupią. Można w ten sposób nie zwiększając znacząco kosztów budżetowych spróbować uruchomić fundusze prywatne dając może nie jakiś oszałamiający ale za to w miarę pewny zwrot na inwestycji. Osobiście obserwuję iż taki model publiczno-prywatny zaczyna świetnie działać - na razie w przypadku przedszkoli.

>Błędem jest przeliczanie kosztów na studenta / dyplom, bez kalkulacji wartości absolwentów. Dlatego mamy przepłacone uniwersytety.

Tu się nie do końca zgadzam - koszty są boleśnie realne i ponosimy je niezależnie od jakichkolwiek innych czynników. Mniejsza ilość uczniów prawdopodobnie podniosłaby statystyczną kosztowność ich edukacji bo gros z nich ma charakter kosztów stałych (a przynajmniej stałych w krótkim okresie) Fakt że z z takiej statystyki nie wynika zbyt wiele informacji ale daje pojęcie o skali zjawiska.
O ile koszty to konkretny realny i wydatkowany na bieżąco pieniądz o tyle wartość absolwenta jest sprawą dość trudną do oszacowania i raczej jest zjawiskiem związanym z niepewną przyszłością. - coś jak inwestycja - zwróci się lub nie. Mamy np. dziś taki przykry problem, że ludzie wykształceni za nasze pieniądze tworzą dobrobyt innych krajów - ich wartość jaka by nie była, nie przełożyła się na rozwój naszego PKB - koszt jest, przychodu brak.
Co do przepłaconych szkół to oczywiście zgoda - dobrym, moim zdaniem, sposobem na to aby pieniądze trafiały do szkół i uczelni o dobrym poziomie a omijały nędzne jest wprowadzenie do tego systemu modelu wolnorynkowego wówczas ludzie sami zagłosują - swoimi pieniędzmi.

Pozdrawiam
28-04-2013 12:52 
 Ocena 2 na 2
Anna Salman (16360 punktów)
>... Czy nie korzystniej dla całości systemu byłoby pozostawić dochody ludzi w ich portfelach i pozwolić na ukształtowanie się wolnego rynku usług edukacyjnych?
Czyli bogaci będą kształcić swoje dzieci, dzięki czemu staną się jeszcze bogatsze, a biedni przestaną kształcić swoje i staną się jeszcze biedniejsze. Ciekawy pomysł, ale to już było testowane u nas kiedyś, a nadal jest w kilku krajach od i jakoś per saldo dla kraju to nie wychodzi korzystnie.
>Drugą sprawą jest wciągnięcie w proces edukacji przyszłych pracodawców np. poprzez systemy stypendialne, czy przyzakładowe szkolnictwo zawodowe,
Przecież to było w PRL w przypadku szkół zawodowych ... Wtedy działało - teraz nie mamy pracodawców.
>Edukacja to też biznes tylko że dopóki ludzie są wywłaszczani z połowy swoich dochodów raczej tych usług nie kupią.
Właśnie - przed reformą należy zadać sobie pytanie, czemu ma służyć. Wszędzie tam, gdzie jedyną wartością jest czysta kalkulacja, w dodatku krótkoterminowa, przestaje istnieć społeczeństwo. Czy nam o to chodzi? O biznes, czy rozwój kraju, a właściwie społeczeństwa, bo kraj bez społeczeństwa nie istnieje.
>... koszty są boleśnie realne i ponosimy je niezależnie od jakichkolwiek innych czynników. ...
W takim razie głupie pytanie - ile budżet dokłada do tzw. prywatnych uczelni? Bo rozumiem, że prywatne znaczy prywatne i ciężar kosztów ponoszą studenci lub ich rodzice. Dobro publiczne to szkoły i uniwersytety państwowe i tylko tam powinny trafiać środki z budżetu. Wiem jednak, że jest inaczej.
>O ile koszty to konkretny realny i wydatkowany na bieżąco pieniądz o tyle wartość absolwenta jest sprawą dość trudną do oszacowania i raczej jest zjawiskiem związanym z niepewną przyszłością. - coś jak inwestycja - zwróci się lub nie.
Bynajmniej - w PRL były egzaminy na studia. Osobiście uważałam je za niepotrzebne (matura była na innym poziomie), ponieważ byłaby możliwość przyjęcia wszystkich i bardzo ostrego odsiewu na pierwszym roku. Przy okazji student też mógłby ocenić, czy faktycznie wybrał dobry kierunek.
Teraz z kolei obowiązuje jakiś komunizm bo przepycha się wszystkich, bez względu na wyniki, frekwencję, czy nawet przyłapanie na plagiacie. To jest demotywujące dla uczciwych i pracowitych, którzy powinni być promowani.
Koszty jednostkowe na uczelni to dziwna kalkulacja, lepiej żebyśmy mieli kilkuset bardzo dobrych fachowców, niż tysiące analfabetów z dyplomami. Oni wcale nie są wykształceni, oni nie mają kwalifikacji, za to mają wygórowane oczekiwania.
>Mamy np. dziś taki przykry problem, że ludzie wykształceni za nasze pieniądze tworzą dobrobyt innych krajów - ich wartość jaka by nie była, nie przełożyła się na rozwój naszego PKB - koszt jest, przychodu brak.
My Polacy mamy jednak straszną potrzebę, żeby się dowartościowywać. W jakich to dziedzinach przodujemy (oprócz picia, wypadków samochodowych i liczby powołań), które mogłyby rozwinąć gospodarkę? Jak członkowie narodu, który żadnego dobrobytu sobie nie wypracował przez ostatnich kilkaset lat, mają tworzyć dobrobyt gdzie indziej? Wyjeżdżają tam, gdzie ten dobrobyt już jest, a wielu z nich zostaje po prostu beneficjentami tegoż. Pewnie część liczy, że ich dzieci osiągną wyższą pozycję społeczną (na bazie tamtejszego wykształcenia), jak zwykle w przypadku emigrantów.
>...dobrym, moim zdaniem, sposobem na to aby pieniądze trafiały do szkół i uczelni o dobrym poziomie a omijały nędzne jest wprowadzenie do tego systemu modelu wolnorynkowego wówczas ludzie sami zagłosują - swoimi pieniędzmi.
Ja już nie wierzę w głosowanie pieniędzmi. Przez stulecia w Polsce tak się to odbywało i jakoś elity intelektualnej się nie dorobiliśmy.
Częściowe rozwiązanie już jest - pieniądze podatników do państwowych uczelni, a uczelnie rozliczane z rzeczywistych osiągnięć naukowych, a nie liczby studentów. Ten tzw. liberalny system dojenia budżetu jest chory - de facto oznacza finansowanie przez biedniejszych wydatków bogatszych.
29-04-2013 22:46 
 Ocena 1 na 1
Grzegorz (2117 punktów)
>Czyli bogaci będą kształcić swoje dzieci, dzięki czemu staną się jeszcze bogatsze, a biedni przestaną kształcić swoje i staną się jeszcze biedniejsze. Ciekawy pomysł, ale to już było testowane u nas kiedyś, a nadal jest w kilku krajach od i jakoś per saldo dla kraju to nie wychodzi korzystnie.

Jakoś tych testów u nas nie pamiętam. Możesz przybliżyć?
Wygląda mi to na jakiś totalny impas a nawet błędne koło - rynek usług edukacyjnych nie rozwinie się wobec braku klientów na te usługi. Ci zaś nie maja pieniędzy na, choćby częściową, partycypację w jego kosztach, bo m.in. ... zabieramy im pieniądze w postaci podatków po to, aby utrzymywać system edukacyjny. No i dochodzimy do ściany. Na tej zasadzie nic się nie ma szansy zmienić na lepsze, a o odpowiedniej edukacji bez pieniędzy to możemy sobie tylko bajki opowiadać i patrzeć z zazdrością na USA, gdzie semestr studiów kosztuje kilkadziesiąt i więcej tys. USD.

>Przecież to było w PRL w przypadku szkół zawodowych ... Wtedy działało - teraz nie mamy pracodawców.

Kłopotem PRL był formalny i praktyczny brak akceptacji istnienia mechanizmu rynkowego. Można oczywiście stwierdzić, że w ogólnym i powszechnym braku wszystkiego, popyt na wiele produktów był ogromy i to przy zerowej konkurencji, dzięki czemu np. produkowaliśmy do lat 90-tych samochody, które gdzie indziej uznano by za zabytkowe. Czego zatem mogli uczuć się młodzi adepci w owych przyzakładowych kuźni talentów bo raczej nie nowoczesnych technologii produkcji, obsługi zaawansowanych urządzeń itp. Nie było też rynku pracy. Trudno to porównać do propozycji, która zakłada powstawanie przy nowoczesnych firmach produkcyjnych szkół kształcących wykwalifikowanych pracowników.

>... Wszędzie tam, gdzie jedyną wartością jest czysta kalkulacja, w dodatku krótkoterminowa, przestaje istnieć społeczeństwo. Czy nam o to chodzi?

Nie widzę powodu aby mówiąc o edukacji jako o biznesie mówić o "krótkoterminowych kalkulacjach". Edukacja to takie same usługi jak każde inne - inwestujemy w infrastrukturę (lub ja wynajmujemy), kadrę i ... dostarczmy usług. Jakoś na rynku szkoleń, nauki języka czy innych kursów nie ma problemu. Firmy edukacyjne będą konkurować, budować swoje marki, inwestować, pośredniczyć w kredytowaniu czy pozyskiwaniu środków na edukację. Co jest takiego szczególnego w edukacji żeby musieli to robić nadal - słabo zmotywowani i źle opłacani nauczyciel, w oparciu o archaiczną infrastrukturę?

>W takim razie głupie pytanie - ile budżet dokłada do tzw. prywatnych uczelni? Bo rozumiem, że prywatne znaczy prywatne i ciężar kosztów ponoszą studenci lub ich rodzice. Dobro publiczne to szkoły i uniwersytety państwowe i tylko tam powinny trafiać środki z budżetu. Wiem jednak, że jest inaczej.

Albo godzimy się na wspieranie edukacji z budżetu w zakresie niezbędnego minimum i wówczas staramy się optymalnie wydawać środki organizując edukację w oparciu o dostępną bazę nie oglądając się na własność (kasa podąża za uczniem), albo mamy całkowicie wolny rynek i wtedy żadna szkoła żadnej kasy z budżetu nie powinna dostawać, albo mamy publiczne szkoły do jakiegoś poziomu, a wolny rynek powyżej. Teraz mamy rożne patologie.

> lepiej żebyśmy mieli kilkuset bardzo dobrych fachowców, niż tysiące analfabetów z dyplomami. Oni wcale nie są wykształceni, oni nie mają kwalifikacji, za to mają wygórowane oczekiwania.

To prawda ale też potem są bardzo brutalnie weryfikowani już od dawna przeglądając aplikacje do pracy nie patrzy się na fakt skończenia studiów za to dość często liczy się uczelnia czy kierunek.

>My Polacy mamy jednak straszną potrzebę, żeby się dowartościowywać ...

Mamy też chyba kompleksy. Jakoś nie chce mi się wierzyć aby bratnie społeczeństwa europejskie pochłaniały nasza "siłę roboczą" w trosce o jej dobrostan i z potrzeby podzielnia się uwierającym ich dobrobytem Może jestem jakiś odosobniony ale wśród emigrantów zarobkowych znam sporo lekarzy, architektów, informatyków i inżynierów (np. budownictwa lądowego), którzy pracują jak najbardziej w swoich zawodach. Taki drenaż wykwalifikowanej kadry może nie przekłada się obecnie na jakieś kolosalne wzrosty PKB ale daje tym krajom za darmo specjalistów, których wykształcenie po pierwsze trwa po drugie kosztuje krocie.

>Jak członkowie narodu, który żadnego dobrobytu sobie nie wypracował przez ostatnich kilkaset lat, mają tworzyć dobrobyt gdzie indziej?

Jak mnie kiedyś uczono - podstawą sukcesu jest dobry management. Potencjał ludzi można wykorzystać lub zmarnować przy czym to drugie jest bardzo proste. Myśle że jednak troche zbyt krytycznie nas osądzasz gdybyśmy faktycznie się tak równomiernie jako kraj rozwijali przez te kilkaset lat we względnym choćby spokoju zapewne nie byłoby różnic jakie obserwujemy. Jakby nie patrzeć np. II-ga RP po dwóch latach od uzyskania niepodległości była w stanie wybudować największy i najnowocześniejszy port w ówczesnej Europie.

>Ja już nie wierzę w głosowanie pieniędzmi. Przez stulecia w Polsce tak się to odbywało i jakoś elity intelektualnej się nie dorobiliśmy.

J.W. - Chyba trochę zbyt to jednostronne.

>Częściowe rozwiązanie już jest - pieniądze podatników do państwowych uczelni, a uczelnie rozliczane z rzeczywistych osiągnięć naukowych, a nie liczby studentów. Ten tzw. liberalny system dojenia budżetu jest chory - de facto oznacza finansowanie przez biedniejszych wydatków bogatszych.

System edukacji to nie tylko uczelnie zaryzykowałbym nawet tezę, że akurat ten etap edukacji mógłby wręcz całkiem wypłynąć na wolny rynek bez pomocy z budżetu lub z jakimiś dotacjami głównie w kierunku prowadzenia badań i rozwoju. Słaby jest system, a zaczyna się on od podstawówki.
Nie widzę żadnego "liberalizmu" w koncepcji dopłacania do czegoś z budżetu. Jeśli widzę potrzebę takich interwencji budżetowych to jest to wyłącznie skutek naszych zapóźnień i struktury majątkowej naszego społeczeństwa, którego po prostu na wiele rzeczy nie stać.

Pozdrawiam
27-04-2013 00:33 
 Ocena 1 na 1
Konowal (6291 punktów)
Niestety ale to są hasełka nic nie wyjaśniające. Jaki by nie był system finansowania szkolnictwa (bo tu zawsze będą spory), chodzi też o konkretne rozwiązania i to nie tylko w obrębie szkolnictwa. Obecnie chociaż mi się nie podoba, to jednak kogoś tam wykształci - tylko co z tego jak za pracą trzeba jechać na saksy. Stwórz najlepszy system a nic on Ci nie da jak nie będzie współgrać z całością. Jakby była jedna dobra metoda - np. fińska to wystarczyłoby przepisać ichniejszą ustawę o szkolnictwie i byłby sukces.
>O zastąpieniu religii matematyką nawet mi się nie chce pisać, bo to temat wielokrotnie przerabiany.
To może przerobimy zastąpienie WDŻ-tu historią albo wf-em?


Socjalizm albo zdrowie - wybór należy do ciebie
Rozumiej, abyś mógł wierzyć - wierz, abyś mógł zrozumieć.
św. Augustyn
25-04-2013 19:01 
 Ocena 5 na 5
MarcinK (9189 punktów)

>Można - bariery ekonomiczne to np. dostęp do lepszej edukacji, a czasem do edukacji w ogóle, co warunkuje możliwość otrzymania dobrej pracy.

Z dostępem do edukacji to u nas raczej problemu nie ma:

Cytat:
Polska znajduje się w pierwszej piątce najlepiej wykształconych narodów Europy. Z danych Eurostatu wynika, że największa populacja wykształconych osób znajduje się na Litwie (aż 92 proc.), Czechach (91,9 proc.), Słowacji (91 proc.), Estonii (89,2 proc.) i w Polsce (88,7 proc.). Najmniej wykształconych osób zamieszkuje Maltę (29 proc.). Dla porównania w Wielkiej Brytanii 76,1 proc. osób posiada co najmniej średnie wykształcenie, w Niemczech liczba ta wynosi 85,8 proc.


m.interia.(*)_medium=&utm_campaign=polecane

Problem w jakości.

>My tego jeszcze nie odczuwamy, bo szkoły i studia są bezpłatne. Ale to tylko kwestia czasu.

Dlaczego to ma się zmienić?

>Również dostęp do leczenia, czyli długość i jakość życia.

Kto tu konkretnie jest wykluczony?

> penalizacja biedy.

Prośba o rozwinięcie pojęcia.

Dalej nie potrafię na podstawie tego co napisałaś zrozumieć Twojej tezy - jak dla mnie bariery ekonomiczne, choć oczywiście istnieją, nie powodują takiej hermetyzacji jak wykluczenia prawne.

>>Skąd te dane?
>>www.hotmon(*)nych-wcale-nie-przybywa-a24671
>Dziwne - rok, czy dwa lata temu pisano co innego.

Raczej nie bardzo:

Cytat:
Polska ze zjawiskiem dużego wzrostu rozpiętości wynagrodzeń, a potem jego spadku nie jest odosobniona. Podobne sytuacje miały miejsce we wszystkich krajach Europy Środkowo-Wschod­niej, m.in. w Słowenii, Czechach, na Słowacji i Węgrzech.


Tu jeszcze jedno opracowanie:

[Załącznik]

>Ale ten artykuł jakoś nie napawa optymizmem. Owszem - minimalna płaca wzrosła o 35% (!), czyli dwa lata wcześniej wynosiła ok. 1000pln?. Tzn., że przeciętne realne wynagrodzenie wzrosło w zasadzie o porównywalną kwotę.

Odnosiłem się do Twojej tezy o wysokości wskaźnika - generalnie można wskazać, że nierówności dochodowe u nas maleją.
28-04-2013 11:29 
 Ocena 1 na 1
Anna Salman (16360 punktów)
>Z dostępem do edukacji to u nas raczej problemu nie ma:
> Cytat:
Polska znajduje się w pierwszej piątce najlepiej wykształconych narodów Europy. ...

>Problem w jakości.
Ależ to dopiero kilkanaście lat eksperymentu. Jeszcze kilka lat i będzie widoczny podział na tych, których stać na prywatne przedszkola, szkoły i będą mieli zapewniony dostęp do wyższych uczelni. Reszta się nie załapie, bo będzie skazana na publiczne szkoły - przepełnione i coraz gorszej jakości, a ze szkołami ponadgimnazjalnymi dojdzie dodatkowa bariera - koszty dojazdu.
>Dlaczego to ma się zmienić?
Bo mamy coraz większą dziurę w budżecie, a jeśli nie zauważyłeś pod młotek idą najpierw koszty leczenia i edukacji.
>>Również dostęp do leczenia, czyli długość i jakość życia.
>Kto tu konkretnie jest wykluczony?
Ci, których nie stać na wykupienie ubezpieczenia, a nie pracują na etacie oraz ci, których nie stać na tzw. prywatne leczenie, tylko miesiącami oczekują na operacje.
>> penalizacja biedy.
>Prośba o rozwinięcie pojęcia.
Zjawisko od dawna już analizowane np. w Stanach - biedny jest pokazywany, jako człowiek z marginesu, w większym stopniu skłonny do łamania prawa, a więc z założenia podejrzany. Przejrzyj gdzieś statystyki zatrzymań / aresztów / bezzasadnych wyroków. To uderza w określone grupy ludzi - bez pieniędzy i znajomości, czyli szansy na dobrego adwokata lub czyjeś nieformalne wsparcie. Ile czasu media poświęcają wyrokowi wydanemu w sprawie jakiejś posłanki (co w zasadzie jest mało istotne)? Jaką odpowiedzialność poniósł prezes Amber Gold za przekręty robione latami, a jaką emerytka, która nie wydała paragonu na 1 zł 40 gr? Jak nagłaśniane jest śledztwo w sprawie Blidy, czy jakiegoś Olewnika (nawet nie wiem, kto to był), a jak w sprawie morderstwa Jolanty Brzeskiej, gdzie potencjalny główny podejrzany nie został nawet przesłuchany?
>Dalej nie potrafię na podstawie tego co napisałaś zrozumieć Twojej tezy - jak dla mnie bariery ekonomiczne, choć oczywiście istnieją, nie powodują takiej hermetyzacji jak wykluczenia prawne.
Wiesz, szkoda tu miejsca i mojego czasu. Sięgnij kiedyś w wolnej chwili do historii Polski, ale tej dawniejszej - z okresu Jagiellonów.
>>Dziwne - rok, czy dwa lata temu pisano co innego.
>Raczej nie bardzo:...
Tyle, że ja już jakiś czas temu zaczęłam szukać alternatywnych źródeł informacji. Jeżeli mam poczucie dysonansu poznawczego, z reguły staram się wyjaśnić, gdzie tkwi błąd.
28-04-2013 15:11 
 Ocena 4 na 4
MarcinK (9189 punktów)

>Ależ to dopiero kilkanaście lat eksperymentu. Jeszcze kilka lat i będzie widoczny podział na tych, których stać na prywatne przedszkola, szkoły i będą mieli zapewniony dostęp do wyższych uczelni. Reszta się nie załapie, bo będzie skazana na publiczne szkoły - przepełnione i coraz gorszej jakości, a ze szkołami ponadgimnazjalnymi dojdzie dodatkowa bariera - koszty dojazdu.

To co piszesz to gdybologia stosowana, a do takiej trudno się odnosić. Jeśli przyjąć, że nadrabiamy zapóźnienia cywilizacyjne względem "Starej Europy", a z dostępnych danych wynika to jednoznacznie, to taki proces musiałby mieć miejsce dawniej i u nich jak byli na podobnym poziomie. Czy potrafisz wskazać jakiś wiarygodny model, do którego można się odnieść?

>>Dlaczego to ma się zmienić?
>Bo mamy coraz większą dziurę w budżecie,

W zeszłym roku poziom długu w relacji do PKB nieznacznie spadł. Deficyt budżetowy, choć nieco wyższy od zaplanowanego, nie zagraża finansom publicznym co można wywnioskować stąd choć, ze względu na niższy wzrost gospodarczy niż zaplanowany w budżecie być może będzie potrzebna jego korekta.

>a jeśli nie zauważyłeś pod młotek idą najpierw koszty leczenia

Na razie nie da się tego stwierdzić:
www.rynekz(*)owia-w-2013-roku,126689,1.html

Choć trudno stwierdzić, że jest dobrze:
www.trystero.pl/archives/12374

> i edukacji.

Tu niestety racja:
obywatelen(*)arla-propozycje-budzetu-nauki/

Jeszcze garść danych:
smarterpol(*)osc-lub-wtorkowy-czarny-humor/

>Ci, których nie stać na wykupienie ubezpieczenia,

A to trzeba?

> a nie pracują na etacie oraz ci, których nie stać na tzw. prywatne leczenie, tylko miesiącami oczekują na operacje.

W takim razie dobrze by było byśmy jak najszybciej się bogacili gdyż Ci zamożniejsi zwolnią miejsce w kolejkach dla uboższych.

>Zjawisko od dawna już analizowane np. w Stanach - biedny jest pokazywany, jako człowiek z marginesu, w większym stopniu skłonny do łamania prawa, a więc z założenia podejrzany.

To co piszesz jest dość oczywiste - jest tylko jedna skuteczna recepta na te problemy - po prostu ludzi z tej biedy wyciągnąć bo wtedy te problemy samoistnie znikają.

Z jednej strony wygląda to tak:
wyborcza.p(*)8_mln_biednych__Najwiecej.html

Niestety spowolnienie gospodarcze te tendencje zahamowały:
www.stat.g(*)s/WZ_ubostwo_w_polsce_2011.pdf

> Sięgnij kiedyś w wolnej chwili do historii Polski, ale tej dawniejszej - z okresu Jagiellonów.

Bronisz tezy o tożsamości barier prawnych i ekonomicznych - wskaz zatem, jeśli odnosisz się do Jagiellonów, gdzie to miały miejsce te masowe przejścia z chłopstwa w stan szlachecki czy mieszczański. Wydawać się by mogło, że urodzenie praktycznie determinowało przynależność dożywotnią do własnego stanu, a tym samym konserwowało stosunki społeczne i biedę niższych warstw.

Jeśli zaś chodzi o bariery ekonomiczne to może zainteresuje Cię to:
www.wykop.(*)ska-przegania-poludnie-europy/

Dane może nie w 100% aktualne ale tendencja ciekawa.

>Tyle, że ja już jakiś czas temu zaczęłam szukać alternatywnych źródeł informacji. Jeżeli mam poczucie dysonansu poznawczego, z reguły staram się wyjaśnić, gdzie tkwi błąd.

To prośba o te alternatywne źródła informacji. Gdzie w moich tkwi błąd?
23-04-2013 22:50 
 Ocena 4 na 4
finerbijk (17282 punktów)
>Mylisz skutek z przyczyną - to migracje oraz dostęp do edukacji doprowadziły do rozwoju miast i kapitalizmu, a nie na odwrót.
Naprawdę myślałaś, że ja myślałem, że budynki i ulice się same budowały, a dopiero potem ludzie do nich weszli?

>A w kwestii rozwarstwienia pobiliśmy ponoć rekord demoludów, chyba tylko Rosja i Ukraina są lepsze.
Rozwarstwienie w wartościach bezwzględnych nie ma znaczenia blokującego. Polecam ten filmik www.stevep(*)03/data-has-no-power-over-you/
(niestety ang)
25-04-2013 11:48 
 Ocena 3 na 3
Anna Salman (16360 punktów)
>Naprawdę myślałaś, że ja myślałem, że budynki i ulice się same budowały, a dopiero potem ludzie do nich weszli?
Nie, chyba po prostu jestem uczulona, bo zbyt często pojawiają się twierdzenia - kapitalizm przyczynił się do tego, socjalizm do tego itd. To są przecież tylko pewne zjawiska społeczne, i to z reguły definiowane post factum, za którymi stoją konkretni ludzie. Widzę w tym pochodną myślenia religijnego - bóg / socjalizm / komunizm / faszyzm / kapitalizm* (niepotrzebne skreślić) zrobił coś tam ludziom - takie zrzucanie z siebie odpowiedzialności.
>Rozwarstwienie w wartościach bezwzględnych nie ma znaczenia blokującego. Polecam ten filmik ...
Tak do końca nie zgodziłabym się, że ta grupka obecnie najbogatszych faktycznie jest taka, bo ciężej pracuje (chyba, że źle usłyszałam). Gdyby ten system był tak otwarty, jak deklarują, to klasa średnia by się zwiększała. A z tego co widać szybko się kurczy. Natomiast to ciągłe powoływanie się, że socjalizm to dystrybucja dochodu - czyli odgórne przekazywanie pieniędzy od tych, co zarabiają świetnie, bo ciężko pracują, do tych, którzy gorzej pracują jest śmieszne od momentu, gdy okazało się, że podatnicy zasilili kieszenie bankierów (tych samych, którzy ich narazili na straty), a potem część z tychże podatników wylądowała pod mostem. To właśnie było efektem decyzji odgórnych, tylko dystrybucja przebiegała w drugą stronę.
A ci spod mostów (ponoć coraz liczniejsi) raczej nie mają już szansy odbić się od dna. Tak, jak i pozostali z najniższej warstwy.
25-04-2013 19:13 
 Ocena 3 na 3
finerbijk (17282 punktów)
>Widzę w tym pochodną myślenia religijnego - bóg / socjalizm / komunizm / faszyzm / kapitalizm* (niepotrzebne skreślić) zrobił coś tam ludziom - takie zrzucanie z siebie odpowiedzialności.
Są rzeczy lepsze i gorsze, przeważnie jak są lepsze dla jednych to niekoniecznie dla innych. Ale chyba nie uważasz, że system niewolniczy nie zrobił wiele złego? Powiedziałabyś niewolnikowi, który całe życie zmarnował na plantacji, że zrzuca z siebie odpowiedzialność?

> okazało się, że podatnicy zasilili kieszenie bankierów (tych samych, którzy ich narazili na straty), a potem część z tychże podatników wylądowała pod mostem. To właśnie było efektem decyzji odgórnych, tylko dystrybucja przebiegała w drugą stronę.
Zgadzam się w stu procentach, zasady powinny być równe dla wszystkich, czy to jest korporacja światowa, czy sklepik warzywny, i tak samo mnie to oburza.
28-04-2013 11:52 
 Ocena 2 na 2
Anna Salman (16360 punktów)
>... Ale chyba nie uważasz, że system niewolniczy nie zrobił wiele złego?
Nie uważam, że jakikolwiek system coś zrobił. System to tylko nazwa określonych stosunków społecznych - stworzonych i realizowanych przez ludzi, w przypadku niewolnictwa przy użyciu przemocy.
>Powiedziałabyś niewolnikowi, który całe życie zmarnował na plantacji, że zrzuca z siebie odpowiedzialność?
A ty byś powiedział Żydom, że są odpowiedzialni za Holocaust? Pomieszanie z poplątaniem. Jedni i drudzy nie mieli wpływu, albo jedynie znikomy, stąd odpowiedzialność też żadna albo znikoma. Inaczej to wygląda w odniesieniu do sprawców. I to oni najbardziej lubią posługiwać się "systemem" - żaden hitleryzm / faszyzm / ustrój feudalny, czy niewolniczy nic nikomu nie kazały. Zostały stworzone dla zaspokojenia potrzeb jakiejś (z reguły dominującej) grupy społecznej.
"Ludzie ludziom zgotowali ten los".
Paradoksalnie niewolnicy, czy chłopi pańszczyźniani byli bardziej rozgarnięci od dzisiejszych inteligentów. Buntowali się przeciwko konkretnym ludziom - wyzyskiwaczom. Walka z tzw. systemem jest walką z urojeniami, a gdy nie ma alternatywy prowadzi jedynie do odwrócenia ról.
Korporacje to też takie byty niedookreślone. Za ich działalność i bezkarność odpowiadają konkretni ludzie.
finerbijk (17282 punktów)
>Nie uważam, że jakikolwiek system coś zrobił. System to tylko nazwa określonych stosunków społecznych - stworzonych i realizowanych przez ludzi, w przypadku niewolnictwa przy użyciu przemocy.
Dlatego ludzie mieli niewolników, bo było wolno. Gdyby dzisiaj wprowadzić niewolnictwo, to nabywcy też by się znaleźli. Idealnie byłoby obejść się bez różnych systemów prawnych, społecznych itd., licząc, że wszyscy będą dla siebie milutcy, ale chyba nieprędko to nastąpi, jeśli w ogóle. Dlatego uprawnione jest stwierdzenie, że mogą być systemy mniej lub bardziej sprawiedliwe.

>Inaczej to wygląda w odniesieniu do sprawców. I to oni najbardziej lubią posługiwać się "systemem" - żaden hitleryzm / faszyzm / ustrój feudalny, czy niewolniczy nic nikomu nie kazały.
System sam się nie stworzy i wiadomo, że komuś służy, ale jak już jest to dotyka również tych, którzy niekoniecznie chcą z nim mieć z nim cokolwiek wspólnego, oraz potrafi doprowadzić kulturalny naród europejski do bestialstwa i barbarzyństwa, co sama słusznie zauważyłaś.

> Buntowali się przeciwko konkretnym ludziom - wyzyskiwaczom. Walka z tzw. systemem jest walką z urojeniami, a gdy nie ma alternatywy prowadzi jedynie do odwrócenia ról.
Nawet często się buntowali. Czasem udało im się nawet kilku tych wyzyskiwaczy ubić, ale dopóki się nie zmienił system własnościowy wszystko wracało do starego. Dzisiaj też można doprowadzić do upadku jedną czy drugą korporację z podobnym skutkiem.
24-04-2013 21:59 
 Ocena 4 na 4
Hodża (11172 punktów)
>>...na biednym można zarobić jedynie jednorazowo ( lub w krótkiej perspektywie czasowej ).
>I dlatego jest taka dbałość, aby obszary biedy jak najbardziej rozbudowywać, poprzez sztuczne kreowanie bezrobocia, nieuzasadnione obniżanie wynagrodzeń albo nacisk na wysoki przyrost naturalny. Wtedy te zasoby stają się nieograniczone, bo się replikują.

Poza tym są struktury, które biedę hołubiąc, chwaląc, tuląc w ciepłym uścisku "woli bożej" czerpią z niej do woli. To tzw. religie. A, i jeszcze coś: szerokie obszary biedy skontrastowane z bogactwem tworzą potencjał, pozwalający wykorzystywać chęć wzbogacenia się (czy choćby przeżycia) za wszelką cenę. W ten sposób, dzięki zjawisku "taniej siły roboczej" powstają fortuny. Nawiasem mówiąc, sukces modernizacyjny Rosji sowieckiej miał chyba również ten rys - miliony ludzi, dzięki wielkim inwestycjom i pracy w przemyśle, mając w żywej pamięci nędzę swoją i swoich rodziców, pracowały dużo lepiej i wydajniej niż jakiś dzisiejszy sfrustrowany absolwent, gotów zmienić pracę za dwa tysiące na pracę za dwa pięćset, nie zwiększając bynajmniej wydajności o 25%

Nie Bóg, lecz Człowiek potrzebuje obrony.
25-04-2013 12:12 
 Ocena 4 na 4
Anna Salman (16360 punktów)
>... sukces modernizacyjny Rosji sowieckiej miał chyba również ten rys - miliony ludzi, dzięki wielkim inwestycjom i pracy w przemyśle, mając w żywej pamięci nędzę swoją i swoich rodziców, pracowały dużo lepiej i wydajniej niż jakiś dzisiejszy sfrustrowany absolwent, gotów zmienić pracę za dwa tysiące na pracę za dwa pięćset, nie zwiększając bynajmniej wydajności o 25%
Wiesz, faktycznie zwróciłeś uwagę na ciekawe zjawisko - pierwsze pokolenie, które ma szansę tzw. awansu społecznego jest bardziej produktywne. Dotychczas opisywano to tylko w odniesieniu do emigrantów, a przecież pojawiało się w zasadzie po każdej rewolucji społecznej. Może to rzeczywiście jedna z przyczyn naszej niskiej wydajności? Ostatecznie duża grupa ludzi została raczej zdeklasowana.
A odnośnie ZSRR też coś mi przyszło do głowy - ich "sukces modernizacyjny" zależał w ogromnej mierze od skuteczności wywiadowni gospodarczych. Zresztą wszyscy tak robili i robią - obecnie w największym stopniu Chiny. To może te wszystkie licencje, patenty i ich uwieńczenie - przepisy typu ACTA są po to, żeby zachować monopol państwowy na kradzież własności intelektualnej. Potem taka zdobycz jest prywatyzowana, ale uznaniowo - beneficjentami są krewni i znajomi królika. A sytuacje gdy ktoś, korzystając z cudzego pomysłu, ulepsza go i zarabia, ale bez pośrednictwa polityków / urzędników są uznawane za przestępstwo.
26-04-2013 15:41 
 Ocena 1 na 1
Konowal (6291 punktów)
No niestety tak właśnie jest , że z jednej strony w imię jakiegoś wyimaginowanego dobra wspólnego zabiera się ludziom kasę, lub wprowadza ograniczenia, a z drugiej strony uznaniowo państwo decyduje kto z tych wartości będzie korzystał.

Socjalizm albo zdrowie - wybór należy do ciebie
Rozumiej, abyś mógł wierzyć - wierz, abyś mógł zrozumieć.
św. Augustyn
25-04-2013 15:48 
 Ocena-1 na 1
Konowal (6291 punktów)

>Poza tym są struktury, które biedę hołubiąc, chwaląc, tuląc w ciepłym uścisku "woli bożej" czerpią z niej do woli. To tzw. religie.
No bzdury - poczytaj sobie kto fundował kościołom różne rzeczy - chyba nie biedni ludzie co? To wszelkiej maści socjalizmy hołubią biedaków bo bez nich , czyli braci robotniczo-chłopskiej nie mieliby co robić. Tam gdzie bieda tam religia schodzi na drugi plan, bo najpierw trzeba zapewnić godne warunki życia. To socjalizm się boi że biedacy się wzbogacą bo wtedy mondrołków co to kombinują jak im zabrać kasę kopnęli by w żyć.

Socjalizm albo zdrowie - wybór należy do ciebie
Rozumiej, abyś mógł wierzyć - wierz, abyś mógł zrozumieć.
św. Augustyn
26-04-2013 00:43 
 Ocena 7 na 7
MarcinK (9189 punktów)
Andrzej Bogusławski (52271 punktów)
.
>>>>Poza tym są struktury, które biedę hołubiąc, chwaląc, tuląc w ciepłym uścisku "woli bożej" czerpią z niej do woli. To tzw. religie.
>No bzdury - poczytaj sobie kto fundował kościołom różne rzeczy - chyba nie biedni ludzie co?
Całe bogactwo Kościoła opiera się na biedakach i to pomimo wszelkich manipulacji ekonomicznych kleru aby zedrzeć jak najwięcej również z bogatych. Warto zastanowić się, kto w Polsce płaci zbiorczo większy podatek? Czy ci których majątek (roczny przychód) jest powyżej średniej, czy ci których majątek (roczny przychód) jest poniżej średniej.
Warto się też zastanowić, kto dawał więcej Rydzykowi - biedni, czy bogaci?
Ale do tego potrzebną jest umiejętność myślenia, tu sama wiara w słuszność własnych przekonań jest niewystarczająca.

>To wszelkiej maści socjalizmy hołubią biedaków bo bez nich, czyli braci robotniczo-chłopskiej nie mieliby co robić.
Czemuś biedny - bom głupi, a czemuś głupi bom biedny. Każda wiara ogranicza nas intelektualnie, a także moralnie - ograniczając zło czynione w jej imieniu. Na świecie są różne religie/ideologie, które mają swoje doktryny np. chrześcijaństwo, muzułmanizm, komunizm, faszyzm, neoliberalizm. Doktryny te same z siebie niczego złego nie czynią, aby zaistniało zło konieczną jest wiara. Im głębsza, bardziej fundamentalistyczna tym groźniejszą. Fanatycy zapluwają się w swojej złości na wszystkich inaczej myślących, a nawet wątpiących. Gdy pojawiają się takie możliwości w imię swoich religii dręczą i mordują. Socjalizm - dopóki nie staje się przedmiotem wiary - jest wartościową koncepcją reformowania (uczłowieczania) kapitalizmu, ale już nawet jako religijna doktryna jest mniej groźnym od ekstremalnych doktryn - takich jak: chrześcijaństwo, muzułmanizm, komunizm, faszyzm i neoliberalizm.

>Tam gdzie bieda tam religia schodzi na drugi plan, bo najpierw trzeba zapewnić godne warunki życia.
"Jak trwoga to do Boga". Im większa bieda tym większa religijność.
Polecam artykuł amerykańskiego socjologa Phila Zuckermana pt. Atheism: Contemporary Rates and Patterns. Który jest rozdziałem książki The Cambridge Companion to Atheism pod redakcją Michaela Martina.

Autor artykułu wykonał żmudną pracę, zbierając wyniki badań socjologicznych, przeprowadzonych w wielu krajów świata, w których pytano ankietowanych, czy wierzą w Boga lub bogów obejmującej 50 państw z najwyższym odsetkiem niewierzących(...)

Okazuje się, że w czołówce państw najlepiej rozwiniętych znajdują się prawie wyłącznie kraje o wysokim wskaźniku ateizmu organicznego. Co to jest ateizm organiczny? Otóż autor zwraca uwagę na istotne różnice między tymi państwami, w których ateizm był lub jest elementem oficjalnej ideologii, narzucanej społeczeństwu przez władzę (taki ateizm określa jako przymusowy), a tymi, w których ateizm rozwija się samoistnie, bez ingerencji władz, a więc jest "organiczny". (...)

W podsumowaniu Zuckerman pisze: ...nie zamierzam sugerować, że powszechna wiara lub niewiara w Boga staje się przyczyną zdrowia społecznego lub społecznych patologii. Staram się po prostu jasno pokazać, że wysoki poziom niewiary w Boga w danym społeczeństwie nie doprowadza społeczeństwa do ruiny, a wysoki poziom wiary w Boga nie zapewnia społeczeństwu pomyślności. Należy to wyraźnie podkreślić, ponieważ aktywni politycznie teiści często zrównują ateizm z przestępczością, niemoralnością i społecznym rozkładem. Zarówno islamscy fundamentaliści w Iranie, jak i chrześcijańscy fundamentaliści w stanie Indiana głośno przekonują, że wiara w Boga jest "dobra dla społeczeństwa" - jako największe panaceum - a odrzucenie wiary w Boga jest dla społeczeństwa złe. Powyższa analiza pokazuje, że taka teza jest zdecydowanie błędna. www.racjon(*)rum.php/z,0/d,2/s,70619#w71165
A także:
www.racjon(*)m.php/z,0/d,5/s,503845#w504250

>To socjalizm się boi że biedacy się wzbogacą bo wtedy mondrołków co to kombinują jak im zabrać kasę kopnęli by w żyć.
Tak, przeróżni mądrale przeróżnie kombinują i ciekawie opisuje to Thorstein Veblen w wydanej w 1899 r. Theory of the Leisure Class Poniżej (w następnym poście) cytat z rozdziału: Kult religijny.

@@@


Wiara albo rozum - wybór należy do ciebie.
.
Andrzej Bogusławski (52271 punktów)
.
>To socjalizm się boi że biedacy się wzbogacą bo wtedy mondrołków co to kombinują jak im zabrać kasę kopnęli by w żyć.
Veblen ponad 100 lat temu w "Teorii klasy próżniaczej" tak opisuje część mądrali próbujących oszwabić innych z kasy:
Warto byłoby jednak rozważyć ogólny ekonomiczny charakter konsumpcji "religijnej" i porównać z konsumpcją o innym przeznaczeniu. Wskazanie zakresu motywów i celów, z których wywodzi się religijna konsumpcja dóbr, dopomoże zarówno w ocenie tej ostatniej, jak i w ocenie związanego z nią typu umysłowości. Widać uderzające podobieństwo, jeśli nie tożsamość, motywów między konsumpcją w służbie bóstwa antropomorficznego a konsumpcją wielkich panów, wodzów plemienia lub patriarchów tworzących klasę próżniaczą w społeczeństwie barbarzyńskim. W obydwu przypadkach mamy do czynienia z wystawianiem kosztownych budowli osobom, którym się służy.

Budynki te, jak i ich wyposażenie, nie mogą mieć zwykłego wyglądu i zawsze wykazują wyraźne cechy ostentacyjnego marnotrawstwa. Można również zauważyć, że wygląd i wystrój budowli przeznaczeniu religijnym ma zawsze charakter archaiczny. Podobnie ci, którzy służą zarówno naczelnikowi, jak i bóstwu, muszą w ich obecności występować w specjalnym, ozdobnym ubiorze. Charakterystyczną cechą ekonomiczną takiego stroju jest silniej niż zazwyczaj podkreślona ostentacyjna rozrzutność, co wiąże się z drugorzędną sprawą, którą jest pewna staroświeckość fasonu, obowiązującego w większym stopniu duchowieństwo niż służbę i dworzan barbarzyńskiego wielmoży. Podobnie ubiór ludzi świeckich noszony w obecności boga winien być bardziej kosztowny niż ubiór codzienny. Zaznacza się w tym podobieństwo zwyczajów obowiązujących w sali posłuchań wodza i w świątyni boga. Obowiązuje pod tym względem pewna uroczysta nienaganność, "czystość" stroju, która z ekonomicznego punktu widzenia ma na celu staranne zatarcie wszelkich związków z jakąkolwiek produktywną pracą czy zajęciem o konkretnej, materialnej użyteczności.

Wspomniane wymogi marnotrawstwa na pokaz i uroczystego zatarcia śladów pracy produkcyjnej obowiązują również w odniesieniu do stroju noszonego w dni świąteczne (...)

Święta religijne i święta w ogóle mają charakter daniny, ściąganej od społeczeństwa. Spłaca się ją poprzez zastępcze próżnowanie, a płynący z tego prestiż zostaje przeniesiony na osobę lub wydarzenia, na cześć których święto zostało ustanowione. Prawo do dziesięciny w formie świąt jest atrybutem wszystkich członków nadprzyrodzonej klasy próżniaczej i jest niezbędne dla ich dobrego imienia. Un saint qu'on ne chóme pas - to z pewnością święty, na którego przyszły złe czasy.

Oprócz ludzi świeckich, na których nałożono daniny zastępczego próżnowania, istnieją specjalne grupy osób, duchowieństwo różnych stopni, które poświęcają całkowicie swój czas podobnym usługom. Od duchowieństwa wymaga się powstrzymania się od zwyczajnej pracy, zwłaszcza użytecznej lub takiej, która mogłaby przyczynić się do szczęścia doczesnego całej ludzkości. Tabu w tym przypadku jest jeszcze silniejsze, gdyż dochodzi doń zakaz dążenia do ziemskich korzyści, nawet jeśli nie łączą się one z poniżającym i upokarzającym udziałem w (procesie produkcji. Poszukiwanie korzyści materialnych, a nawet myślenie o sprawach doczesnych uważa się za niegodne prawdziwego sługi bożego, a ściślej, za niegodne bóstwa, w którego służbie się pozostaje. "Człowiek, który podaje się za kapłana Boga, a naprawdę jest kapłanem jeno swych własnych wygód i korzyści, najbardziej godny jest potępienia".

Każdy człowiek o wyrobionym poczuciu tego, co przystoi w życiu religijnym, z łatwością dokona podziału między postępowaniem prowadzącym do osiągnięcia pełni zadowolenia życiowego a zachowaniem służącym większej chwale bóstwa antropomorficznego. W idealnym systemie kultury barbarzyńskiej czynności wykonywane przez duchowieństwo w całości znajdują się po drugiej stronie tej linii podziału. Wszystko to, co wchodzi w zakres życia materialnego, znajduje się poniżej właściwego poziomu aspiracji duchowieństwa. (...)

Wszystkie oznaki wskazujące na to, że słudzy niewidzialnego pana nie żyją poświęceniem dla jego czci, lecz swymi osobistymi, prywatnymi sprawami, silnie drażni nasze odczucia, jako coś zasadniczo niewłaściwego. Duchowieństwo stanowi klasę służebną, lecz służąc wysoko postawionemu władcy i zapożyczając odeń blasku zajmuje wysokie miejsce w hierarchii społecznej. Konsumpcja duchowieństwa ma charakter zastępczy, a ponieważ w bardziej rozwiniętych religiach pan nie ma w ogóle potrzeb materialnych, zawód duchownych polega na zastępczym próżnowaniu w pełnym znaczeniu tego słowa. "Cokolwiek byś spożywał, cokolwiek pił, bądź cokolwiek byś czynił - czyń to wszystko na chwałę bożą".


Warto oczywiście przeczytać i cały rozdział i całą książkę, gdyż niewiele można ująć w krótkim cytacie, a książka ta uczy nas sceptycyzmu do wszelakich wiar. Dla racjonalisty zawsze powinno być żenadą twierdzenie, że nasza wiara jest jedynie słuszną, a wszystkie inne są złe i głupie, ale racjonalizm nie deklarowany a uprawiany, to bardzo rzadka przypadłość.

@@@


Wiara albo rozum - wybór należy do ciebie.
.
19-04-2013 09:44 
 Ocena 4 na 4
Matix (5786 punktów)
Dokładnie. Dlatego napisałem wyraźnie żeby przestać narzekać na swój "marny" los. Stres, zazdrość, uczucie niepewności, po co? Przez to tylko się psychika ryje. Lipa jest faktycznie jak się nie ma pracy i co do gara włożyć i takim ludziom trzeba dać wędkę, o ile jej chcą.
19-04-2013 12:56 
 Ocena 4 na 4
finerbijk (17282 punktów)
>Dokładnie. Dlatego napisałem wyraźnie żeby przestać narzekać na swój "marny" los. Stres, zazdrość, uczucie niepewności, po co? Przez to tylko się psychika ryje.
Każda niezaspokojona potrzeba od której uzależniamy swoje zadowolenie to stres i zgryzota, co zresztą nie dotyczy tylko sfery materialnej; inni mogą być zafiksowani na punkcie znalezienia idealnego partnera, dodania paru literek przed nazwiskiem, albo wyciśnięcia 20 kilo więcej na siłowni. Nie znaczy, że dążenie do realizacji jakichś celów jest złe jako takie, byle nie zabijało radości z życia tu i teraz.
Bywa często, że dopiero ludzie którzy otarli się o śmierć albo ciężką chorobę potrafią docenić chwilę, a młodzi i zdrowi żyją dla głupot i zamartwiają się głupotami, wtedy kiedy mają najlepszy czas.
27-04-2013 10:25 
 Ocena 1 na 1
Matix (5786 punktów)
>>Bieda/bogactwo to pojęcia WZGLĘDNE
>Jeśli ktoś uważa, że cierpi nędzę, bo musi jeździć starym volkswagenem, a nie nowiutkim ferrari, to może i są względne i taka osoba ma niewątpliwie jakieś problemy osobowościowe.

A Ty myślisz, że takich ludzi ze świecą szukać? To chyba musisz czasem do ludzi wyjść i posłuchać ich. Takich ludzi jest mnóstwo, z tego co widzę większość. Ludzie wprawiają się w kompleksy. Ludzie dosłownie chorują na zazdrość. Być może to głównie sprawa prania mózgów w TV, a potem w szkołach, że trzeba być cool, bogatym i pięknym. Ale taki właśnie jest efekt: nie liczy się ile masz, liczy się czy masz więcej od innych. Nie mówię o jakimś marginesie, takich ludzi spotykam co dzień na ulicy, ich jest mnóstwo. No i oczywiście nie każdy może być bogaty i piękny, bo to właśnie wynika z tego, że nie liczy się ile masz tylko czy masz więcej od innych. To implikuje, że bieda i bogactwo to pojęcia totalnie względne.

Nie znam się na systemach i nie chcę o nich pisać, ale jestem przekonany że wystarczyłoby gdyby ludzie nie mieli od dziecka spranych mózgów propagandą sukcesu, bogactwa, zazdrości i bycia "lepszym" (to to dopiero jest pojęcie względne) od innych i świat może nie wyglądałby inaczej, ale na pewno zachowania ludzi byłyby inne.
konserwatysta2 (954 punktów)
>Bieda/bogactwo to pojęcia WZGLĘDNE
Zgoda.

>Win Win to bujda na resorach
A tu nie koniecznie.

W rzeczywistości może być tak, że wszyscy będą win-win, a mimo tego różnice w bogactwie mogą być bardzo duże. Wynika to z różnego rozkładu strumienia dóbr, który przepływa pomiędzy uczestnikami gospodarki.
W gospodarce wymiennej każdy coś do gospodarki wkłada i każdy z niej coś wyciąga (wymiana). Każdy mój wkład strumienia dóbr do gospodarki rozkłada się na jakiś konsumentów tych dóbr, którzy tylko dlatego mogą nabyć te dobra, ponieważ sami coś włożyli. I teraz uwaga: wkład każdego z nas może być różny, co oznacza, że zwrotnie otrzymujemy różny strumień dóbr, który określa nasze bogactwo.

Wyobraź sobie świetną cukiernię robiące bardzo dobre ciasteczka uznawane przez wszystkich mieszkańców. Każdy mieszkaniec codziennie kupi jakieś ciasteczko, ale żeby je kupić też musi coś wnieść, czyli zarobić na ciasteczka. Środkiem wymiany niech będzie np. złoto, którego ilość jest stała, i które stałym strumieniem płynie do cukierni. Właściciel cukierni może okazać się największym bogaczem w tej społeczności, gdyż za uzyskane złoto kupuje inne dobra wytwarzane w sumie przez konsumentów ciasteczek (na marginesie: złoto wraca tutaj na rynek).
Wszyscy są wygranymi, gdyż wszyscy jedzą codziennie doskonałe ciasteczka, chociaż największym wygranym jest cukiernik.
I chwała mu za to. Gdyby zamknął cukiernię i wyjechał z kraju ze swoim majątkiem (o jednego bogacza mniej), to cała społeczność byłaby biedniejsza o niezjedzone ciasteczka. Na pewno by stracili.
Hodża (11172 punktów)
>Wyobraź sobie świetną cukiernię robiące bardzo dobre ciasteczka uznawane przez wszystkich mieszkańców.

Do tego momentu zgoda. Ale kiedy podałeś przykład cukierni, nie mogę się powstrzymać przed kilkuletnią obserwacją z Krakowa; otóż istnieje tam pewna firma cukiernicza, która sprzedaje jakiś podejrzany syf zalatujący zużytym tłuszczem, po którym ja i moi znajomi zawsze cierpieliśmy na niestrawność. Cóż, widocznie prawa rynku są nieco bardziej skomplikowane, gdyż te śmiecie jednak znajdują nabywców, z pewnością wyposażonych w nieco inne kubki smakowe i wątroby. Obraz rynku w świetle tego staje się bardziej heterogeniczny i skomplikowany: okazuje się, niestety, że nawet badziew, ładnie opakowany, ładnie wypromowany, ma raję bytu. Co oznacza, że duża część tzw. "wymiany", o której piszesz, jest handlem rzeczami, których wartość jest równie nieporównywalna, co indywidualne gusta, zatem odwoływanie się do szerszej kategorii "jakości" obowiązującej powszechnie jest zwodnicze. Co prowadzi do dalszej konkluzji, że oszustwo i hochsztaplerstwo również są możliwymi (chociaż bardziej ryzykownymi) sposobami funkcjonowania w kapitalizmie.

Nie Bóg, lecz Człowiek potrzebuje obrony.
25-04-2013 07:42 
 Ocena 1 na 3
Rigoletto (3891 punktów)
>Co prowadzi do dalszej konkluzji, że oszustwo i hochsztaplerstwo również są możliwymi (chociaż bardziej ryzykownymi) sposobami funkcjonowania w kapitalizmie.

A w socjalizmie, nawet oczywistymi.
25-04-2013 09:21 
 Ocena 3 na 3
Hodża (11172 punktów)
>>Co prowadzi do dalszej konkluzji, że oszustwo i hochsztaplerstwo również są możliwymi (chociaż bardziej ryzykownymi) sposobami funkcjonowania w kapitalizmie.
>A w socjalizmie, nawet oczywistymi.

W nieporównywalnie mniejszym stopniu niż w kapitalizmie, w którym istnieje rozbudowany marketing wykorzystujący techniki psychomanipulacji. W socjalizmie natomiast dużo większym problemem jest złodziejstwo i brak skutecznych mechanizmów wymuszających wydajność pracy.


Nie Bóg, lecz Człowiek potrzebuje obrony.
25-04-2013 10:45 
 Ocena 5 na 5
Borys Swoboda (1408 punktów)
No nie, nie wierzę w to, co czytam. W socjalizmie nie ma psychomanipulacji? Trzymajcie mnie... Przecież ten system to jedna wielka psychomanipulacja i propaganda. Gdzie nie spojrzysz, wieś potiomkinowska. Tylko to jest w stanie utrzymać ten system.
26-04-2013 18:38 
 Ocena 2 na 2
Hodża (11172 punktów)
>No nie, nie wierzę w to, co czytam. W socjalizmie nie ma psychomanipulacji? Trzymajcie mnie... Przecież ten system to jedna wielka psychomanipulacja i propaganda. Gdzie nie spojrzysz, wieś potiomkinowska. Tylko to jest w stanie utrzymać ten system.

Wiesz co, słucham czasem i oglądam wiadomości w TV czy radiu i odnoszę wrażenie, że ten chłam informacyjny jest przygotowywany przez jakichś dyletantów dla ludzi o poziomie przedszkolaków. Owszem, w czasach PRL-u była propaganda, ale mimo to jakby bardziej intelektualnie motywująca. To, co dziś się obserwuje w kulturze i mediach to totalne ogłupianie, poziom kabaretów jest tu dość charakterystycznym, chociaż nie jedynym, wskaźnikiem tego procesu.


Nie Bóg, lecz Człowiek potrzebuje obrony.
26-04-2013 18:57 
 Ocena 1 na 1
Irracja (4721 punktów)
    ... koledzy, propaganda uczy się sama od siebie. Czy to kapitalistyczna, czy komunistyczna - to te same mechanizmy stosuje i wykorzystuje. Propaganda jest ponad systemowa...

    ... a przy okazji, nawet sami "propagandziści" nie wiedzą ile mechanizmów wynalazł, i/lub udoskonalił np. Gebbels. Zbrodniarz i faszysta, lecz dla propagandy ma duże zasługi. I jakoś nikomu nie przeszkadza korzystanie z jego rozwiązań...


... nauka jest nienawistna teizmowi, gdyż prowadzi do deizmu. A ten wyklucza wpływ "Boga i kleru" na życie doczesne...
26-04-2013 15:16 
 Ocena 1 na 1
Konowal (6291 punktów)
>W nieporównywalnie mniejszym stopniu niż w kapitalizmie, w którym istnieje rozbudowany marketing wykorzyIstujący techniki psychomanipulacji.
Haha no boki zrywać. To wg Ciebie w PRL TV nie kłamała ??? Pooglądaj sobie Kroniki z tamtych lat.


Socjalizm albo zdrowie - wybór należy do ciebie
Rozumiej, abyś mógł wierzyć - wierz, abyś mógł zrozumieć.
św. Augustyn
27-04-2013 21:27 
 Ocena 2 na 2
konserwatysta2 (954 punktów)
>w kapitalizmie, w którym istnieje rozbudowany marketing wykorzystujący techniki psychomanipulacji.
To, że ktoś próbuje komuś coś wcisnąć i do czegoś przekonać, to jest rzecz normalna. Wszędzie tak jest i tego nie unikniesz. Ważne jednak, żeby mieć prawo wyboru. Jak głupi wybierze źle, to jego problem. I pozwólmy głupiemu ponieść konsekwencje swojego wyboru. Nie pomagajmy mu. Co innego oczywiście jakieś oszustwo.

Ważne też jest to, żeby nie robić propagandy za publiczne pieniądze, np. za pieniądze z abonamentu.
25-04-2013 10:30 
 Ocena 1 na 1
konserwatysta2 (954 punktów)
Niska jakość to jednak nie jest oszustwo, o ile kupujący zdaje sobie z tego sprawę. Kupując np. niektóre chińskie produkty, godzimy się na niską jakość.

Pytanie, jak prosperuje ta cukiernia, w której to kupujesz? Jaka jest też podaż cukierni na rynku w stosunku do popytu? Jakie wymogi prawne należy spełnić, aby założyć cukiernię? Może trzeba komuś dać w łapę?
Poza tym, może ta cukiernia bogaci się na czymś zupełnie innym. Ja np. kupuję doskonałe pieczywo w jednej piekarni, która robi to naprawdę dobrze, zaopatruje inne sklepy, restauracje itp., ale nie radzi sobie z wyrobami typowo cukierniczymi.

Kogoś kto twierdzi, że rynek jest doskonały na pewno nie można nazwać obrońcą wolnego rynku. Rynek jak najbardziej może się mylić, tzn. ludzie mogą się na nim mylić. Chodzi tylko o proces i to, że rynek po prostu brutalnie może kogoś wyeliminować i o to chodzi. Rynek się doskonali, a decyzje urzędnicze odwrotnie.
slik (20011 punktów)
>Bogactwo (przynajmniej to w ogólnym pojęciu) warunkuje nie tyle bieda lecz różnice. Do założenia
>tematu skłonił mnie jakiś komentarz z internetu:
> Cytat:
Dalej nierozumiecie ze: ABY ISTNIAL BOGATY MUSI ISTNIEC TEZ BIEDNY, BEZ BIEDNEGO NIE MA
>BOGATEGO...

Polecam film Czterej Jeźdźcy Apokalipsy (Four Horsemen)z 2012 Rossa Ashcrofta
Cytat:
Reżyserem filmu jest renegat ze świata biznesu, jak sam siebie nazywa, który podnosi kurtynę i pokazuje, jak w rzeczywistości działa globalna ekonomia. Żyjemy w czasach konsekwencji neokapitalizmu, którego żądza zysku i prymitywna ideologia "rozwoju" doprowadziła ludzkość na skraj przepaści.

Dzisiejsi Czterej Jeźdźcy Apokalipsy to zorganizowana grupa, posługująca się przemocą, długiem, niegodziwością i poszerzaniem sfer biedy w celu kontroli nad całą ludzkością. Wykorzystują sytuacje kryzysowe, podporządkowują sobie kolejne społeczności i wpływają na przyszłość naszych dzieci. Jeśli nie zostaną zatrzymani, świat w szybkim tempie zmierzy do końca, czyli do katastrofy. Film nie wzbudza lęku ani nie szuka wroga. Zadaje pytania dlaczego i porównuje nasze czasy do schyłku imperium rzymskiego. Analogii jest wiele. Poprzez "odczarowanie" mitu, głoszącego, że "kapitalizm już nie działa" reżyser filmu pokazuje, jak olbrzymia większość populacji świata została zmuszona zapłacić za największy w historii skok na kasę. Tyle, że 23 wybitnych myślicieli i praktyków ze świata ekonomii przekonuje nas, że kapitalizm nie jest temu winien. Działałby dalej w sposób, w jaki został ustanowiony, wymagając odpowiedzialności od wszystkich biorących udział w szalonej gospodarczej wymianie. Młodsze pokolenie, żyjące w rozwiniętych krajach instynktownie czuje, że podstawowy element przestał działać w systemie, który do tej pory zapewniał im rozwój i dobrobyt. Film nie tylko wyjaśnia źródła kryzysu, które są przemilczane przez media, lecz również, co ważne, wskazuje proste recepty na naprawę tej sytuacji.
con_desiros

- odc.2 w środę, w przyszłym tygodniu w TVP Info o 23.33

Może za jakiś czas pojawią się oba odcinki w internecie
23-04-2013 20:59 
 Ocena 1 na 1
Matix (5786 punktów)
Dobry film choć oczywiście przejdzie bez echa. Lepiej obejrzeć mecz, albo pornosa.
27-04-2013 00:50 
 Ocena 2 na 2
hunbin (2274 punktów)
Cytat:
Film nie tylko wyjaśnia źródła kryzysu, które są przemilczane przez media, lecz również, co ważne, wskazuje proste recepty na naprawę tej sytuacji.
>con_desiros
>

To prawie jak PiS/PO/PSL/KrK/RP, zatem budzi moją nieufność.

Chyba z każdego medium jakie znam dochodzą nas informacje dotyczące przyczyn, najprzeróżniejszych, zatem sądzę że tu nie znajdziemy nic nowego.
W zależności od grupy odbiorców recepty można podzielić na dwa rodzaje.

a)Niech zapłacą biedni szmaciarze bo są biedni i szmaciarze.
b)Niech zapłacą bogaci szmaciarze bo są bogaci i szmaciarze.

Jestem wręcz przekonany, że prosta recepta będzie wpisywać się w jedną z tych dwóch form narracji. Co więcej te recepty są znane od lat i stosowane z różnym powodzeniem.
Bogaci płacą najczęściej gdy jest rewolucja, co w dłuższym okresie prowadzi do zajęcia miejsca starej elity przez nową elitę. W republikańskim Rzymie nawet bardzo ciekawie rewolucje przybierały dość ograniczony zasięg, a dziurę budżetową łatano głowami i majątkami Patrycjuszy.

Obawiam się, że większości należymy do biednych szmaciarzy, z podziałem na aspirujących (często zwanych neoliberałami lub liberałami) i pogodzonych(socjaliści, społecznicy i lewacy). Zatem warto się zastanowić czy powrót do tradycyjnych rozwiązań nie byłby wskazany, wszak jesteśmy krajem tradycjonalistów.

Listy proskrypcyjne - prosta skuteczna i sprawdzona metoda, dodatkowo zgodna z tradycją.

Parafrazując: Ideologia śmierdzi!

Wróć do listy wątków działu Gospodarka i ekonomia
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować

  

Zaloguj przez OpenID..
Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..

Szukaj na Forum  Przewodnik  Regulamin i instrukcja obsługi Forum  Kolegium Moderatorów

 


[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365