 |
Koniec z niezdrową żywnością w szkołach Ten wątek jest przedawniony Działy Forum » Społeczeństwo i kraj
| Napisano | Autor | Tytuł | | 23-10-2014 21:04 | Mariusz Agnosiewicz (moderator) | Koniec z niezdrową żywnością w szkołach
1 na 1 | Po dwóch latach udało się w Sejmie przepchać złożony przez PSL projekt nowelizacji ustawy z 2006 o bezpieczeństwie żywności i żywienia, dzięki któremu od przyszłego roku szkolnego wyrugowane zostanie ze sklepików szkolnych śmieciowe jedzenie. Czekamy obecnie na konkretyzację ustawy, czyli rozporządzenie.  Ratio legis nowelizacji była chęć zapobiegania pladze otyłości wśród dzieci. Opisując cele projektu, wnioskodawcy powoływali się na dane Światowej Organizacji Zdrowia, które wskazują, że Polska jest jednym z krajów, w których najszybciej rośnie odsetek dzieci z nadwagą. Powodem takiego stanu rzeczy są złe nawyki żywieniowe i niechęć do aktywności fizycznej. Z tym pierwszym problemem posłowie chcą sobie poradzić poprzez wprowadzenie na terenie placówek oświatowych zakazu sprzedaży produktów zawierających dużą ilość tłuszczu i cukrów. Ze szkolnych sklepików mają zniknąć takie produkty, jak cola, chipsy, paluszki, frytki i hamburgery. Zastąpić je mają warzywa, nabiał, produkty zbożowe i ryby. Wnioskodawcy skupiają się zwłaszcza na produktach zawierających duże ilości cukru. Projekt określi górną granice zawartości cukru, jaka będzie mogła znaleźć się w żywności sprzedawanej na terenie szkół - będzie to 10 g na 100 g produktu, czyli, jak wskazują wnioskodawcy, około 17 proc. dopuszczalnej normami wartości (do 10 proc. energii z cukru) dla dziewcząt i chłopców w wieku dojrzewania. | Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.
11 na 11 Iwan Denisowicz (16705 punktów) (zablokowany) | Problem powiedzmy istnieje a władzuchna raczyła zareagować. Napisać by można, że to wspaniale, pięknie i w ogóle świetnie, że taką wrażliwą na otyłość szajkę mamy u sterów nawy państwowej. Tylko, że byłoby to kłamstwo bowiem szajka zadziałała z właściwą sobie subtelnością i szacunkiem dla obywateli - zakazała. Urzędniczy zakaz receptą na wszystko a (p)osłom przez myśl pewnie nie przejdzie, iż śmieciowe jedzenie można i poza szkołą kupić. Albo przejdzie i w przebłysku prawdziwego geniuszu zakażą sprzedaży takowej żywności i poza szkołami. Być może jednak należy się cieszyć przecież władzuchna mogłaby po prostu zakazać być grubym oczywiście w trosce o swoją trzodę, pardon obywateli.
The only good is knowledge and the only evil is ignorance.
|
|
11 na 11 Alderyk Olrzyk (19376 punktów) (zablokowany) |
Bardzo śmieszna ustawa, choć oczywiście bardzo słuszna, chwalebna, a przede wszystkim - w modzie. Po pierwsze, jest wiele szkół, w których żadne szkolne sklepiki nie działają, i to z bardzo prostego powodu - marny to biznes. Stanie się jeszcze bardziej marny, gdy trzeba będzie zapewnić odpowiednie warunki przechowywania dla świeżej, nisko przetworzonej, zdrowej żywności, która w dodatku szybko się psuje. Po drugie, ciekawe, które dzieci będzie stać na to "zdrowe jedzenie"? Po trzecie, nie można dzieciom zabronić wnoszenia do szkoły żywności przyniesionej z domu lub kupionej po drodze do szkoły. Po czwarte, w szkole dzieci przebywają ok. 1/4 doby. Wiara w to, że szkoła przez ten czas wykształci w dzieciach odpowiednie nawyki żywieniowe to mrzonka. To zadanie dla rodziny, a nie dla szkoły. Po piąte, w sklepikach szkolnych sprzedawane są wprawdzie słodycze i drobne przekąski, ale śmiem wątpić, że tu leży główna przyczyna epidemii nadwagi i otyłości. Oferta szkolnych sklepików to pryszcz w porównaniu z tym, co się wpycha w dzieci w ich domach. Słowem, twórcy tych przepisów w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku dokopali szkolnym sklepikarzom, jednocześnie zrzucając na nich odpowiedzialność za patologie systemu, który ciż sami twórcy przepisów tworzą i legitymizują. Majstersztyk populizmu, a tu - jeśli już - potrzebne są działania systemowe, a nie produkcja legislacyjnych listków figowych.
"Sardoniczne pociski autorów straciły już władzę ranienia czytelnika - mianowicie od czasu, w którym przekonano się, że każdy mający pióro w ręku i dostateczną ilość papieru potrafi nawymyślać publiczności". - Aleksander Niewiarowski
|
|
7 na 7 | Selanos (12869 punktów) | Czyli uczniowie będą to kupować przed albo po szkole, ewentualnie będą sobie robić pielgrzymki do najbliższego spożywczaka na przerwach. Nie tędy droga, jeżeli ktoś ma wpoić dziecku właściwe nawyki żywieniowe, to są to rodzice, którzy przegrali już tym, że zamiast normalnego drugiego śniadania dają dziecku kasę.
No ale rząd może umyć ręce, bo coś tam zakazał, pokazał że jest, że działa...
Możemy się też pochylić nad tym, co dzieciaczki jedzą w domu, a podobno jedzą coraz gorzej. Nawet polską kuchnię, która do najzdrowszych nie należy, zastępuje się mrożonkami z Biedronki albo innego Lidla. Bo tanie, bo smakuje, no bo jak ma nie być tanie i ma nie smakować, skoro produkuje się to masowo z nieciekawych składników i dodaje mnóstwo soli i syropu glukozowego, które są przez nasze kubki smakowe lubiane?
|
|
 | 9 na 9 | Domeru (533 punktów) | > Czyli uczniowie będą to kupować przed albo po szkole, ewentualnie będą sobie robić pielgrzymki do najbliższego spożywczaka na przerwach.To się zakaże sprzedaży spożywczakom w (nie)odpowiedniej odległości od szkół. A uczniów wyłapanych w trakcie przerw poza terenem szkoły można przecież do policyjnej izby dziecka odstawiać - przy okazji policja się ucieszy, bo to i statystyki wykrywalności się poprawią, i można się będzie na tych młodocianych bandytach skupić, zamiast ścigać tych, co to mogą panu waadzy jaką krzywdę zrobić... Pojawienie się w szkołach dilerów z czekoladą to tylko kwestia czasu. Oczywiście podatku taki diler - w przeciwieństwie do sklepiku - nie zapłaci, więc trzeba będzie wyrównać straty budżetowe podnosząc komuś innemu... i tak dalej, po staremu.
|
|
4 na 4 | i. o. (1269 punktów) | Lada moment będzie jak za komuny. Wszystko co niezdrowe na kartki. Tylko tym razem społeczeństwu wciśnie się kit, że to dla jego dobra i społeczeństwo nie obali systemu.
Ciekawe czy ktoś pamięta jak się dzieci i młodzież żywiły za PRL. Czyli za czasów, gdzie wg statystyk nie było otyłości wśród nieletnich a nieletni jeszcze byli sprawniejsi fizycznie niż współcześni. Przeanalizowałam sobie to menu dawnych lat na wszystkie możliwe sposoby. I żadną miarą nie chce mi wyjść, że to było zdrowsze i mniej kaloryczne. Było jedynie innych marek i inaczej się nazywało. A pojęcie kalorii mało komu było znane. Nikomu też nie przyszło do głowy, żeby je liczyć dzieciom. Dzieciaki opychały się słodyczami (wafelkami, ciastkami, drożdżówkami, cukierkami wszelakimi), słonymi przekąskami (paluszkami i krakersami) a nawet fastfoodami (zapiekanki i frytki sprzedawane w budkach na każdej ulicy). Popijały wodę doprawianą słodkimi sokami. Tanie to było. I ogólnodostępne niczym ocet, nawet podczas największych problemów z zaopatrzeniem nikt na brak tych produktów nie narzekał. Nikt nikomu ich też nie żałował. A w domach też zdrowo się nie odżywiano. Zupy z tłustymi śmietanami, mąką, na tłustym mięsie. Na drugie tłuste mielone smażone na smalcu, ziemniaki polane tłuszczem spod mielonych, warzywa to albo duszone na tłuszczu albo w formie surówki doprawionej cukrem. Na zmianę z mącznymi daniami. Do tego słodkie kompoty, herbaty, kanapki z białego pieczywa i tłustych wędlin. Albo wysokosłodzone dżemy i konfitury. Generalnie uważano, że trzeba jeść dużo, tłusto i słodko.
Ktoś powie, że się więcej ruszali. Kto się ruszał ten się ruszał. Ja ze swojego dzieciństwa pamiętam, że zdecydowana większość sterczała na trzepaku, albo trzymała gumę tym pojedynczym sztukom, które sobie chwilę poskakać chciały. Chłopaki to ze dwie rundki na rowerach zrobiły wokół bloku a potem rowery leżały na trawniku a oni też w spoczynkowych pozach integrowali się ze sobą. Starsi wysiadywali kanapy domów swoich lub kolegów. Nie było internetu, to inaczej trzeba było życie towarzyskie prowadzić. A jak życie towarzyskie to przy przekąskach, nierzadko jeszcze domowej roboty, bo zawsze ktoś miał mamę albo babcię, która lubowała się w wypiekach.
I dlaczego w związku z tym nie było otyłości? Czyżby naprawdę dlatego, że sklepików szkolnych nie było, tylko uczniowie wałówkę z domu przynosili? Bo podobno otyłości nie było, choć jak się ogląda zdjęcia klasowe klas sprzed 30lat chudzielców może kilku na klasę a reszta raczej pulchna. Tyle, że olbrzymiej otyłości nie było, albo były to pojedyncze przypadki.
|
|
 | 5 na 5 | cmos (1664 punktów) | >Ciekawe czy ktoś pamięta jak się dzieci i młodzież żywiły za PRL.
Ja pamiętam.
>I żadną miarą nie chce mi wyjść, że to było zdrowsze i mniej kaloryczne. Było jedynie innych marek i inaczej się nazywało.
Nieprawda.
>A pojęcie kalorii mało komu było znane. Nikomu też nie przyszło do głowy, żeby je liczyć dzieciom. Dzieciaki opychały się słodyczami (wafelkami, ciastkami, drożdżówkami, cukierkami wszelakimi)
Które lata masz na myśli? Bo ja sobie specjalnego opychania się nie przypominam.
>słonymi przekąskami (paluszkami i krakersami)
Krakersy sobie przypominam. Nowość taka się pojawiła, licencyjna, gdzieś chyba w drugiej połowie lat 70-tych. Na początku niezbyt dobrze się sprzedawały.
>a nawet fastfoodami (zapiekanki i frytki sprzedawane w budkach na każdej ulicy).
Frytki w budkach na każdej ulicy lokują Cię w końcu lat 80-tych. Chcesz na tej podstawie oceniać wyżywienie za komunizmu? A pamiętasz jak te zapiekanki wyglądały, czy tylko czytałeś w sieci? To była zwykła bułka bez polepszaczy, nie taka puchata jak dziś w McDonaldsie, cieniutko posypana serem żółtym z symboliczną domieszką tartych pieczarek. Gdzie im kalorycznością (i pobudzaniem wydzielania insuliny) do dzisiejszych fast foodów.
>Popijały wodę doprawianą słodkimi sokami. Tanie to było. No weź, tego soku na szklankę lało się parę centymetrów sześciennych, porównaj to z zawartością cukru w Coli - minimum rząd wielkości różnicy. A prawdziwa Cola/Pepsi (zależnie od regionu kraju) tania nie była. (Dowcip z tamtych czasów: "Poproszę Colę i cztery słomki - jak szaleć to szaleć". Chodziło o butelkę 250ml)
>I ogólnodostępne niczym ocet, nawet podczas największych problemów z zaopatrzeniem nikt na brak tych produktów nie narzekał. Nikt nikomu ich też nie żałował. >A w domach też zdrowo się nie odżywiano. Zupy z tłustymi śmietanami, mąką, na tłustym mięsie. Na drugie tłuste mielone smażone na smalcu, ziemniaki polane tłuszczem spod mielonych, warzywa to albo duszone na tłuszczu albo w formie surówki doprawionej cukrem. Na zmianę z mącznymi daniami. Do tego słodkie kompoty, herbaty, kanapki z białego pieczywa i tłustych wędlin.
Mówią Ci coś hasła "sklep komercyjny", "kolejka" i "kartki na mięso"? Jak nikt nie narzekał, skoro narzekał? Podejrzewam że jesteś ze Śląska i słyszałeś opowieści górników, którzy specjalne sklepy mieli. Weż może jakąś książkę kucharską z początku lat 80-tych (bo wcześniejsze były często nierealistyczne) i poczytaj trochę przepisów w których zastępowano brakujące produkty typu mięso.
>Albo wysokosłodzone dżemy i konfitury. Generalnie ważano, że trzeba jeść dużo, tłusto i słodko.
Ale to "dużo" to było inne "dużo" niż dziś. Dziś na codzien jemy tak, jak wtedy jedzono od święta. No może dziś trochę mniej - bo wtedy na święta to było prawdziwe obżarstwo. Ale tylko na święta.
>Ktoś powie, że się więcej ruszali. Kto się ruszał ten się ruszał.
Poruszałeś się po mieście komunikacją miejską i na piechotę, czy do kiosku za rogiem jeździłeś samochodem?
|
|
|  | 3 na 3 | Rupson (1793 punktów) | >>Ciekawe czy ktoś pamięta jak się dzieci i młodzież żywiły za PRL. >Ja pamiętam. >Mówią Ci coś hasła "sklep komercyjny", "kolejka" i "kartki na mięso"? Jak nikt nie narzekał, skoro narzekał? >>Albo wysokosłodzone dżemy i konfitury. Generalnie ważano, że trzeba jeść dużo, tłusto i słodko. >Ale to "dużo" to było inne "dużo" niż dziś. Dziś na codzien jemy tak, jak wtedy jedzono od święta. No może dziś trochę mniej - bo wtedy na święta to było prawdziwe obżarstwo. Ale tylko na święta. >Poruszałeś się po mieście komunikacją miejską i na piechotę, czy do kiosku za rogiem jeździłeś samochodem?
-Masz sporo racji, ja też pamiętam. Ale Twój przedmówca poniekąd także. Chodzi o to, że wówczas przy brakach towarów, braku ich wyboru, kolejkach, kartkach itd., ludzie zadowalali się tym co zdobyli, załatwili. Nikt nie patrzył na kalorie, tłuszcz, cukier, cholesterol i tym podobne "pierdoły". Wsuwało się chleb ze smalcem i groszki z cukru pudru bez specjalnych rozważań i dylematów. Ogólnie rzeczywiście, więcej się ludzie ruszali, samochodów to było czasami ze 3 w całej wsi, a dzisiaj po nawet po 3 na jednym podwórku i do sklepu 100 dalej piechotą to mało kto chodzi. -Inna sprawa, że jeszcze parę wątków temu Polska była "krajem głodnych dzieci", a tu nagle mamy problem z grubasami. Normalnie z głodu nam dzieci puchną.
|
|
| |  | 2 na 2 | cmos (1664 punktów) | >-Inna sprawa, że jeszcze parę wątków temu Polska była "krajem głodnych dzieci", a tu nagle mamy problem z grubasami. Normalnie z głodu nam dzieci puchną.
No ale to jest właśnie problem śmieciowego jedzenia! Zjesz hamburgera w puchatej, pszennej bułce z polepszaczami i za chwilę jesteś głodny. Więc następnego. Popijesz bardzo słodką Colą i za chwile znowu chce Ci się pić - więc znowu Cola. I tak wkoło i tłuszczyku coraz więcej. A słodkie jedzenie uzależnia. Za komunizmu były kartki na cukier i mimo subiektywnego "opychania" się słodkim uzależnić się było trudno. Dziś nie ma sprawy, słodkie jest tanie, jest go do woli i w zasięgu ręki, uzależniony nawet nie zdaje sobie sprawy że opycha się bardziej niż "opychano" się za komunizmu.
A problem jest też taki, że w wielu miejscach nie ma tak, że możesz wybrać albo jesz śmieciowe, albo porządne za tą samą cenę. Masz albo śmieciowe, albo żadne. A jeżeli jest nie śmieciowe, to znacznie droższe od śmieciowego.
Poza tym łatwa dostępność robi różnicę. Ja jak pracuję w firmie w której jest blisko automat z batonikami albo bufet jem tego znacznie więcej niż w firmie, w której żeby coś kupić muszę wyjść z budynku i przejść na drugą stronę ulicy. I wszyscy tak mają, robiono takie badania i tak to działa. W związku z tym nawet wyniesienie tego automatu ze szkoły i postawienie go na ulicy przed szkołą już da spore efekty.
|
|
| | |  | | GrzeTor (1279 punktów) | > Ja jak pracuję w firmie w której jest blisko automat z batonikami albo bufet jem tego znacznie więcej niż w firmie, w której żeby coś kupić muszę wyjść z budynku i przejść na drugą stronę ulicy. I wszyscy tak mają, robiono takie badania i tak to działa.
Fasolki w puszcze (takiej, żeby nie trzeba było otwieracza). Orzechy w torebce. To jest dostatecznie gęste energetycznie (kcal/kg), aby dawało się zabrać ze sobą do pracy w takiej ilości, aby zapewnić zapotrzebowanie na kalorie (w przeciwieństwie do wodnistych warzyw czy owoców, których zabieranie jest niepraktyczne, bo trzeba by było wozić kilogramy). Sprawa kalorii rozwiazana. Plus one mają w sobie trochę błonnika, który też jest sycący.
Trochę trudniejsze jest zaspokojenie zapotrzebowania na białka w wygodny do zabrania ze sobą sposób. Może jakieś białko jajka (samo białko) na twardo? Wówczas żółtko by się jadło w domu, na śniadanie - żółtka nie należy nadmiernie podgrzewać, ze względu na tłuszcze.
A jeżeli nie, to lepiej dać się wrobić w jakiś wysokobiałkowy batonik kulturystyczny, niż jeść batonik słodyczowy z cukrem i tłuszczami trans. Teraz dla kulturystów sprzedają takie proszki "essential amino acids", z samymi aminokwasami egzogennymi, których organizm nie produkuje, które trzeba jeść z pokarmu. Wydaje się, że to jest najwygodniejszy - w sensie małego ciężaru i objętości do noszenia do pracy - sposób zapewnienia sobie wystarczającej ilości białek zsyntetyzowanych w organiźmie.
|
|
|  | | i. o. (1269 punktów) | >Które lata masz na myśli? Bo ja sobie specjalnego opychania się nie przypominam.
Mam na myśli drugą połowę lat 80, czyli te 30lat temu, kiedy to podobno problemu otyłości nie było. Te czasy, z którymi porównuje się dzisiejsze.
>A pamiętasz jak te zapiekanki wyglądały, czy tylko czytałeś w sieci?
Pamiętam, może i bez polepszaczy, ale kaloryczne były. W zapiekankach najbardziej kaloryczna jest ta buła. I ser, ale jego to i dzisiaj się żałuje, bo drogi. A buła czy się to komuś podoba czy nie, ma 350kcal/100g i nie chce mieć mniej. A to były takie półmetrowe bagietki. Oprócz zapiekanek jeszcze hotdogi można było kupić, też pusta kaloria. Na każdej większej ulicy była cukiernia, gdzie za symboliczną kwotę można było kupić drożdżówki, pączki, czy inne, równie wysoko kaloryczne, wyroby. Na każdej ulicy jeszcze jakaś lodziarnia była, albo w tych cukierniach, albo w budkach, często tych samych co zapiekanki. W Krakowie to dodatkowo precle, też kaloryczne paskudztwo. Nikt tego dzieciakom nie żałował. Miały jakieś drobne kieszonkowe i kupowały sobie w drodze ze szkoły do domu.
>No weź, tego soku na szklankę lało się parę centymetrów sześciennych, porównaj to z zawartością cukru w Coli - minimum rząd wielkości różnicy.
Ten sok to czysty cukier z dodatkiem smakowym był. Cola czy inne współczesne napoje, to 40kcal mają na 100ml, czyli jakieś 10g cukru. To wychodzi 25g cukru na szklankę, około 2łyżek cukru. Raptem 2x więcej niż się słodziło herbatę. A woda z sokiem była dużo słodsza, stąd podejrzenie, że było w niej tyle samo cukru i kalorii co w coli. A nikt tego dzieciakom nie liczył. Piły ile chciały. Do tego w tamtych czasach pojawiły się już polskie podróbki zagranicznych napojów. Na ulicach sprzedawano jakieś paskudztwo w woreczkach foliowych. I to była jedyna rzecz, na którą dorośli kręcili nosem, bo uważano, że to sama chemia i jeszcze się dzieciaki potrują.
>Mówią Ci coś hasła "sklep komercyjny", "kolejka" i "kartki na mięso"?
Co z tego, że w sklepach nic nie było, jak było w drugim obiegu. Wystarczyło sobie na bazarek osiedlowy pójść i już wszystko było. A mięsa to nawet prosto do domów i zakładów pracy dostarczano. Słynna baba z cielęciną to w kanon kultury PRL weszła. A kolejki po kartkowe były, bo kto by nie stanął, skoro dawali miesięcznie po 4kg mięcha na głowę i to jeszcze za pół darmo. Nie pamiętam z tamtych czasów, żeby problem niedożywienia istniał. Nikt nie chodził głodny. Nawet to stołówkowe szkolne żarcie było całkiem wartościowe.
>Ale to "dużo" to było inne "dużo" niż dziś. Dziś na codzien jemy tak, jak wtedy jedzono od święta. No może dziś trochę mniej - bo wtedy na święta to było prawdziwe obżarstwo. Ale tylko na święta.
Jeśli chodzi o ilość kalorii, cholesterolu, węglowodanów i całej reszty, to obawiam się, że było tego dokładnie tak samo dużo jak i teraz.
>Poruszałeś się po mieście komunikacją miejską i na piechotę, czy do kiosku za rogiem jeździłeś samochodem?
Po co dzieciaki szkolne miałyby się poruszać po mieście. Na osiedlu mieli wszystko co im do szczęścia potrzeba i tak jak napisałam, głównie na trzepaku sterczały a starsze na kanapach w mieszkaniach kolegów.
|
|
| |  | 1 na 1 | cmos (1664 punktów) | >Mam na myśli drugą połowę lat 80, czyli te 30lat temu, kiedy to podobno problemu otyłości nie było. Te czasy, z którymi porównuje się dzisiejsze.
Tak myślałem - to było tylko parę lat i zmiany w stronę dzisiejszą już się zaczynały. Wcześniej było inaczej, a Ty (i nie tylko Ty) ekstrapolujesz swoje doświadczenia na cały okres PRL-u.
>Pamiętam, może i bez polepszaczy, ale kaloryczne były.
Uważaj: Nie chodzi o same kalorie. Przede wszystkim chodzi o to, jak długo czujesz się najedzony po zjedzeniu tych kalorii. Wiesz - insulina się wydziela szybciej lub wolniej, więcej jej albo mniej. No i trudno o coś gorszego niż pieczywo tostowe i te miękkie, całkiem pszenne buły jakie masz w McDonaldsie. Nawet bułka pszenna lat 80-tych była pod tym względem lepsza. A to robi różnicę.
>Ten sok to czysty cukier z dodatkiem smakowym był. Cola czy inne współczesne napoje, to 40kcal mają na 100ml, czyli jakieś 10g cukru. To wychodzi 25g cukru na szklankę, około 2łyżek cukru. Raptem 2x więcej niż się słodziło herbatę. A woda z sokiem była dużo słodsza, stąd podejrzenie, że było w niej tyle samo cukru i kalorii co w coli.
Za komunizmu, nie w rynkowej herezji końca lat 80-tych, to do tzw. "gruźliczanki" wchodziła może łyżeczka soku na szklankę. Herbatę słodzono mocno, ale jak nastały kartki na cukier to trzeba było trochę odpuścić.
>Do tego w tamtych czasach pojawiły się już polskie podróbki zagranicznych napojów.
Prawdziwa Coca Cola i Pepsi Cola w Polsce to wczesne lata siedemdziesiąte, jakbyś nie wiedział.
>Co z tego, że w sklepach nic nie było, jak było w drugim obiegu. Wystarczyło sobie na bazarek osiedlowy pójść i już wszystko było.
Ech, młodzież. Tak było dopiero w końcu lat 80-tych. Wcześniej był taki kryzys, że dzisiejsza Grecja to luksus.
>Po co dzieciaki szkolne miałyby się poruszać po mieście.
Do szkoły chociażby, nie wszyscy mieli szkołę po drugiej stronie ulicy.
|
|
| | |  | | i. o. (1269 punktów) | > Wcześniej było inaczej, a Ty (i nie tylko Ty) ekstrapolujesz swoje doświadczenia na cały okres PRL-u.
Nie było inaczej, było dokładnie tak samo kalorycznie. Nawet PRL podlegał prawu podaży i popytu. To, że w latach 80 było w handlu dostępnych więcej produktów typu ciastka i cukierki, niż wcześniej, świadczyło tylko o tym, że coraz więcej kobiet było aktywnych zawodowo i nie chciało się im piec w domu. Wcześniej każda pani domu raz czy dwa razy w tygodniu piekła zapas ciastek dla dzieci i niezapowiedzianych gości. Do tego jeszcze konfitury, dżemy soki, inne wypieki. A żywienie było kaloryczne, tłuste i niezdrowe. Wystarczy sięgnąć po dowolną książkę kucharską z tamtych lat. W takiej "Kuchni Polskiej" biblii żywieniowej kobiet peerelu, gdzie oprócz przepisów są zasady żywieniowe, to takie liczenie kalorii i coś co dzisiaj byśmy nazwali zdrową dietą, to autorzy polecają wyłącznie dla ciężko chorych ludzi w specjalnie do tego przeznaczonym dziale.
Skromnie to może jedynie w latach 40 było, w niektórych domach jeszcze na początku lat 50. Może ciast, ciastek i cukierków nie było na co dzień, ale za to opychali się chlebem z dżemem, daniami mącznymi na słodko, itp. Z całą pewnością nie była to kuchnia zdrowa i niskokaloryczna, tak samo jak przedwojenna.
>Za komunizmu, nie w rynkowej herezji końca lat 80-tych, to do tzw. "gruźliczanki" wchodziła może łyżeczka soku na szklankę. Herbatę słodzono mocno, ale jak nastały kartki na cukier to trzeba było trochę odpuścić.
Nie mówię o gruźliczankach, tylko o domowej mineralnej z sokiem. Robiło się samemu albo kupowało w sklepie takie gęste soki, do rozcieńczania z wodą. I te soki to zwykły cukier w ciekłej postaci był, bo inaczej tego nie można nazwać. Nikt tego nikomu nie udzielał. Ile dzieć sobie wlał tego do szklanki tyle miał, ile tych szklanek wypił, tyle wypił. I nie pamiętam, żeby ktoś komuś cukru do herbaty żałował. Jak już tego cukru brakowało, to do wypieków co najwyżej, nie do słodzenia. Aż takich braków nie było.
>Ech, młodzież. Tak było dopiero w końcu lat 80-tych. Wcześniej był taki kryzys, że dzisiejsza Grecja to luksus.
Jaki kryzys, gdzie? W latach 60 i 70 żadnego kryzysu nie było. Normalnie zakupy robiło się w sklepach. A bazarki też były. Jakieś lepsze towary może trzeba było spod lady, albo kombinować. Natomiast tych podstawowych to nie brakowało.
>Do szkoły chociażby, nie wszyscy mieli szkołę po drugiej stronie ulicy.
Osoby mieszkające w większych miejscowościach miały szkołę po drugiej stronie ulicy. A takich było najwięcej. Wynikało to ze specyfiki gospodarki PRL, gdzie ludzi wyciągali ze wsi do miast, do pracy w przemyśle.
Jak już to może faktycznie w tym braku ruchu należy szukać przyczyny, nie w dobowej liczbie spożywanych kalorii. Bo i te z pierwszego okresu PRL i z ostatniego i na dobrą sprawę nawet te przedwojenne (tutaj z wyłączeniem tej największej biedoty) pochłaniały taką samą ilość kalorii. Z tym, że przedwojenne najczęściej harowały w polu i miały pod górkę do szkoły. Dosłownie, bo często trzeba było iść z pół godziny polami i lasami do tej szkoły. Powojenne już mniej pracowały, ale do szkoły drałowały, bo jeszcze tysiąclatek nie wybudowali. I patrząc na fotografie szkolne, np w naszej klasie, to nie ma w tych klasach pierwszego okresu prl otyłych dzieci. Natomiast już w drugiej połowie prl są. Może nie z otyłością, może nawet za nadwagę to jeszcze nie uchodzi, ale zdecydowana większość do szczupłych nie należy. Natomiast współczesne nie mają mniej ruchu niż te sprzed 30lat. Na zdjęciach klasowych też nie widać tej masowej otyłości. Być może więcej jest takich patologicznie otyłych.
|
|
| | | |  | | GrzeTor (1279 punktów) | Mysląć o tym jak było kiedyś, pomyśl o epigenetyce. Stan obecnych ludzi jest w pewnym stopniu epigenetycznie wyznaczany, przez to co robiły poprzednie pokolenia. Obecne pokolenie częściowo ponosi karę, za ww. przestępstwa przeciw zdrowiu pokolenia wcześniejszego, które opisujesz, a pokolenie wszcześniejsze mimo jedenia śmieci odnosiło korzyści ze zdrowego odżywienia wielu pokoleń wstecz. Epigenetics & the Multigenerational Effects of Nutrition, Chemicals and Drugs - Jill Escher www.youtube.com/watch?v=k4LezkjNwnY
|
|
| sikający pod wiatr (12 punktów) | >Ze szkolnych sklepików mają zniknąć takie produkty, jak cola, chipsy, paluszki, frytki i hamburgery. Zastąpić je mają warzywa, nabiał, produkty zbożowe i ryby.>
Intrygujące dla mnie są w szczególności te ryby.
Posiadając dziecię w wieku szkolnym temat oferty towarowej kiosku szkolnego nie jest mi obcy i był swego czasu roztrząsany w ramach zażartych obrad rady oddziałowej przy radzie rodziców. Rada rodziców wystosowywała stosowne apele do samej dyrekcji szkoły powszechnej i to bez umocowania prawnego w randze ustawy czy rozporządzenia.
Analizując temat, w toku prywatnego śledztwa obywatelskiego dotarłem do solidnego, pięćdziesięciodwustronicowego opracowania pod tytułem 'Wiem co jem - sklepik szkolny', popełnionego w formie informatora w ramach Kampanii społecznej na rzecz prawidłowego żywienia dzieci i młodzieży. Wydawca m. st. Warszawa 2011, Centrum komunikacji społecznej urzędu m. st. Warszawa, ISBN 978-83-60830-49-9. (Na marginesie to chyba sukces, że prezydent miasta za pośrednictwem swego urzędu w ogóle komunikuje się z mieszkańcami, a nawet ma w tym celu stworzone stosowne Centrum - tak trzymać) Lekturę informatora (bezpłatnego - kłamstwo oczywiste) polecam wszystkim żądnym poszerzenia wiedzy w temacie. Pasjonująca. Raczej nie czytać z pustym żołądkiem bo wszystko o żarciu. Wyśmienite to dzieło zawiera rozdział pod tytułem 'Lista produktów spożywczych polecanych do sklepiku szkolnego', autorstwa szanownej Pani prof. dr hab. Anny Gronowskiej-Senger oraz równie szanownej Pani dr hab. Jadwigi Hamułki, obu z Wydziału Nauk o Żywieniu Człowieka i Konsumpcji SGGW w Warszawie. W fundamentalnym tym opracowaniu, na stronie dwudziestej drugiej, tiret pierwsze licząc od góry tekstu, pośród produktów śniadaniowych sympatyczne Panie zalecają co? Ano ryby wędzone.
Odkładając na bok dywagacje naukowe w temacie żywienia, interesuje mnie aspekt techniczny, związany z wcinaniem na przerwach przez żaków tych produktów finalnych przetwórstwa rybnego. W co konkretnie mieliby wycierać paluchy po spałaszowaniu makreli atlantyckiej (Scomber scombrus) poddanej uprzednio procesowi solidnego wędzenia? Nadmienię, że w toaletach dzieci mają niejakie trudności z dostępem do reżymowego papieru toaletowego. Rzeczony ma tendencję do znikania. Podajniki mydła chyba są, ale zazwyczaj pustawe. O ręcznikach papierowych dzieci co prawda uczą się na przyrodzie omawiając temat - 'Co nam daje las', ale to trochę za mało. Ponadto, zamykając oczy i przełykając ślinę, wyobrażam sobie ten dyskretny aromat wędzarniczy, roznoszący się z okolic sklepiku szkolnego korytarzami do sal lekcyjnych. Złośliwie, pokój nauczycielski znajduje się vis a vis kiosku. Czy to aby nie zakłóci koncentracji na nauce? To tyle. Idę do rybnego.
|
|
 | 1 na 1 | GrzeTor (1279 punktów) | "Z tym pierwszym problemem posłowie chcą sobie poradzić poprzez wprowadzenie na terenie placówek oświatowych zakazu sprzedaży produktów zawierających dużą ilość tłuszczu i cukrów." Ludzkie mleko ma następujący skład procentowy energii (kcal) z poszczególnych składników odżywczych: 39% energii w postaci węglowodanów 55% energii w postaci tłuszczy 6% energii w postaci białek. Jak rozumiem teraz, jak tłuszcz i cukry są zakazane dzieci będą jeść produkty wysokobiałkowe, np. pierś z kurczaka bez skórki + brokuły? Tak robią kulturyści i wraz z ćwiczeniami siłowymi jest to sprawdzony sposób na wzrost masy mieśniowej. Dzieci-kulturyści? Jako ciekawostka - istnieje roślina o charakterystyce energetycznej bardzo podobnej do ludzkiego mleka - orzechy tygrysie, popularne na Bliskim Wschodzie i Hiszpanii. W orzechu tygrysim proporcje są następujące: 42% energii z węglowodanów 51% energii z tłuszczy 6% energii z białka W ww. południowych krajach robi się z tych orzechów tygrysich biały napój nazywany Horchata. www.seriou(*)nonalcoholic-drink-recipe.html
|
|
|  | Alderyk Olrzyk (19376 punktów) (zablokowany) |
Zacznijmy od tego, że mleko to śmieciowe żarcie - 90% wody!
"Sardoniczne pociski autorów straciły już władzę ranienia czytelnika - mianowicie od czasu, w którym przekonano się, że każdy mający pióro w ręku i dostateczną ilość papieru potrafi nawymyślać publiczności". - Aleksander Niewiarowski
|
|
|  | | i. o. (1269 punktów) | Wysokobiałkowa dieta też jest niezdrowa, bo obciąża nerki. I to nie chodzi o samą nadwyżkę białka, ale też o proporcje. Ilość białka musi być zrównoważona odpowiednią ilością węglowodanów.
|
|
| |  | Alderyk Olrzyk (19376 punktów) (zablokowany) | >Wysokobiałkowa dieta też jest niezdrowa, bo obciąża nerki. I to nie chodzi o samą nadwyżkę białka, ale też o proporcje. Ilość białka musi być zrównoważona odpowiednią ilością węglowodanów.
Pytanie brzmi więc, co oni będą robić z tą żywnością, żeby spełnić jakieś wydumane normy. Będą do pieczywa dosypywać trociny, żeby było mniej kaloryczne?
"Sardoniczne pociski autorów straciły już władzę ranienia czytelnika - mianowicie od czasu, w którym przekonano się, że każdy mający pióro w ręku i dostateczną ilość papieru potrafi nawymyślać publiczności". - Aleksander Niewiarowski
|
|
| | |  | 2 na 2 | i. o. (1269 punktów) | Nie mam pojęcia. Dla mnie śliska jest sama definicja śmieciowego żarcia. Czym się różni hamburger od kajzerki z szynką albo serem? Z dwojga złego to już ten hamburger lepszy, bo przynajmniej czystą wołowinę zawiera. Wędliny to przecież sama chemia, z tymi serami to też różnie bywa, sklepowe pieczywo to głównie z chemikaliów się składa, bo raczej nikt już nie wypieka tradycyjnego chleba. A McDonaldowi, póki co, nikt nie udowodnił stosowania konserwantów i polepszaczy w produktach. Kalorii jedno i drugie ma tyle samo. W związku z tym chyba lepiej dać dzieciakowi te 3PLN, żeby sobie kupił hamburgera na drugie śniadanie, niż dawać mu własnoręcznie przygotowaną bułę z wędliną. Jak się porówna domowy obiad z fastfoodowym, to też bez fajerwerków na rzecz domowego.
Człowiek powinien jeść wszystko a organizm niech sobie z tego bierze co mu potrzeba. Na razie najtęższe mózgi naukowe nie odkryły zasad prawidłowego żywienia. Nic tak nie niszczy organizmu jak diety, bo bardzo szybko się okazuje, że czegoś jest za mało albo za dużo. Nawet w przypadku ciężko chorych, staje się na głowie, żeby jak najszybciej przestawić ich z powrotem na samodzielne odżywianie, bo te wszystkie koktajle, czy pozajelitowe żywienie, bardzo szybko albo nery uszkadzają, albo wątrobę, albo inne narządy. Analogicznie jak w przypadku karm dla zwierząt. Niby lepsze, niż głodzenie albo karmienie tym co kury nie zjadły, ale jak tylko jest możliwość normalnego gotowania, to nikt gotowej karmy nie poleca. Z jakiegoś powodu nawet astronautów i żołnierzy karmi się normalnie, mimo iż taniej i prościej byłoby ich wyposażyć w worek granulatu.
|
|
| | | |  | | GrzeTor (1279 punktów) | > Na razie najtęższe mózgi naukowe nie odkryły zasad prawidłowego żywienia.Odkryły. Ale pierwszy problem jest taki, że w tej dziedzinie jest niesamowity spam publikacji. Gary Taubes sprawdził, że jest 600 000 (sześcset tysięcy) publikacji o samej otyłości i cukrzycy. Można się było tego spodziewać, skoro od naukowców wymaga się publikacji, no to spamują... www.nytime(*)tion-is-so-confusing.html?_r=0Przy czym oczywiście większość publikacji jest mało wartościowa, spora część to fałszywki pisane pod dyktando producentów konkretnego produktu; ale to co pozostanie po odfiltrowaniu śmiecia z tych praktycznie milionów (bo oprócz otyłości i cukrzycy są przecież inne tematy, które też mają spam publikacji) to co pozostaje wystarcza do opracowania zasad zdrowego żywienia. Potrzeba było więc kogoś, kto jest dobry w czytaniu artykułów naukowych, odfiltrowywaniu śmieci, oraz integracji tego co jest wartościowe w jedną całość. W tej chwili udało się minimum dwa razy: państwo Jaminet opracowali Perfect Health Diet, i pani Wahls ma swój Wahls Protocol. Dowolna z nich może być uznana w stopniu wystarczającym jako zasady zdrowego żywienia. perfecthealthdiet.com/terrywahls.com/resources/
|
|
| | | |  | Alderyk Olrzyk (19376 punktów) (zablokowany) | Dla mnie dziwne jest przekonanie, że dzieci żywią się tylko w szkolnych sklepikach, więc żywność sprzedawana w tych miejscach powinna spełniać jakieś wyśrubowane normy. W szkolnych sklepikach dzieci kupują coś na ząb, takie małe co nieco, a nie pełnowartościowy posiłek, który powinny spożywać w domu albo w szkolnej stołówce. To jakaś paranoja. 
"Sardoniczne pociski autorów straciły już władzę ranienia czytelnika - mianowicie od czasu, w którym przekonano się, że każdy mający pióro w ręku i dostateczną ilość papieru potrafi nawymyślać publiczności". - Aleksander Niewiarowski
|
|
| | | | |  | 2 na 2 | i. o. (1269 punktów) | To nie chodzi o zdrowe żywienie się, tylko o uwalenie sektora producentów słodyczy i słonych przekąsek. Ktoś policzył ile ludzie wydają na to kasy, złapał się za głowę jakie to są sumy i postanowił przejąć ten majątek. A skoro nie był w stanie przedstawić żadnej konkurencyjnej oferty, to trzeba było w inny sposób pokonać konkurencję. W tym wypadku załatwić prawny zakaz sprzedaży określonych produktów, wystarczy tylko odpowiedniego haka znaleźć. Najłatwiej w postaci, że coś jest niezdrowe, niemoralne czy w jakikolwiek inny sposób szkodliwe i trzeba ludziom tego zakazać dla ich dobra.
Tak samo było z narkotykami, tak samo jest z papierosami. Nawet z alkoholem było podobnie, ale nie wyszło. Prohibicja okazała się totalną klapą.
W następnej kolejności zakażą kolorowych ciuchów i plastikowych zabawek. Już jest trend, że to niezdrowe i niemoralne. Ciuchy są pełne chemikaliów, zanieczyszczają środowisko i jeszcze powstają w niewolniczych fabrykach. Zabawki tak samo. Kolorowe, czyli pełne trującej chemii, ogłupiające, uczące nierówności społecznych jak np różowe agd, agresji jak zabawkowa broń i jeszcze powodują anoreksję jak barbie. Czyli w dalszej kolejności zakazać je wszystkie. Niech się dzieciaki bawią szmacianymi lalkami i drewnianymi klockami a kasę rodzice mają wydawać na co innego.
|
|
| |  | Alderyk Olrzyk (19376 punktów) (zablokowany) | >Wysokobiałkowa dieta też jest niezdrowa, bo obciąża nerki.
Niby tak, ale kluczowe jest pojęcie "dieta". Trudno nazwać dietą jednorazowe przekąszenie czegoś na szybko ze szkolnego sklepiku.
>I to nie chodzi o samą nadwyżkę białka, ale też o proporcje. Ilość białka musi być zrównoważona odpowiednią ilością węglowodanów.
Ale tu nie powinno chodzić o to, by te proporcje były zachowane w każdym, nawet najmniejszym posiłku. PARANOJA!
"Sardoniczne pociski autorów straciły już władzę ranienia czytelnika - mianowicie od czasu, w którym przekonano się, że każdy mający pióro w ręku i dostateczną ilość papieru potrafi nawymyślać publiczności". - Aleksander Niewiarowski
|
|
| | |  | 1 na 1 | i. o. (1269 punktów) | Paranoją jest twierdzenie, że dzieciaki tyją od tego co w sklepiku kupią. Nie wiem ile musiałyby tego kupować i ile pieniędzy miesięcznie na to przeznaczać, żeby wchłonąć tyle tych kalorii, żeby przytyć. Przecież nawet jak kupi największą paczkę czipsów, to zaraz pół klasy na nią się rzuci, i czy tego chce, czy nie, będzie się musiał podzielić. Te dzieciaki, które się poczęstują, to już nie kupią sobie nowej paczki, bo po co. A mało prawdopodobne, żeby się dorwali do jakiejś znacznej ilości chipsów kolegi. Podobnie jest z batonami czy słodkimi napojami. Jakby ktoś chciał władować w siebie dziennie dużą paczkę czipsów, batona i słodki napój, czyli coś co już ewentualnie mogłoby spowodować nadwyżkę kalorii, to co najmniej 10pln musiałby na to wydawać, zakładając, że koledzy się nie poczęstują. Czyli ponad 200pln kieszonkowego musiałby dostawać i jeszcze przeznaczać je wyłącznie na żarcie. A gdzie inne wydatki? Ile w Polsce jest rodzin, które stać na coś takiego? Na pewno nie tyle, żeby podnieść statystyki masowej otyłości.
A co do fastfoodów to co za różnica czy ktoś w sklepiku szkolnym kupi sobie bułkę z serem albo wędliną, czy hamburgera albo hotdoga. Albo czy taką bułkę przyniesie z domu?
|
|
1 na 1 ollikm (2038 punktów) (zablokowany) | Czas zgłosić projekt ustawowego zakazu zimy. Jak by to było pięknie jakby minimalna temperatura wynosiła 15 stopni. W końcu, jak widać, absurdalność ustaw nie jest problemem.
Ciekawe w ilu szkołach funkcjonują sklepiki szkolne. Według mojej wiedzy to rzadkość. Swoją drogą, prędzej zostaną zamknięte niż zaczną sprzedawać "zdrową żywność".
|
|
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować
Zaloguj przez OpenID.. Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..
Szukaj na Forum Przewodnik Regulamin i instrukcja obsługi Forum Kolegium Moderatorów 
|
 |
|