 |
Miłość - to nie zawsze znaczy to samo Ten wątek jest przedawniony Działy Forum » O wszystkim i o niczym
| Napisano | Autor | Tytuł | | 29-10-2014 20:12 | Hodża (11172 punktów) | Miłość - to nie zawsze znaczy to samo
6 na 6 | To wydaje się banalne. Miłość to nie tylko seks, ale i coś, co sprawia, że w ogóle ludzie chcą ze sobą być, że myślą o innych, martwią się problemami drugich i cieszą, gdy tamci też mają powody do radości. Kilka ciekawych wątków się ostatnio pojawiło na Forum. O miałkości mediów. O tym, że coraz częściej treścią mediów - polskich mediów dodajmy, bo największe zagraniczne tytuły traktują bardziej poważnie zadanie dostarczania konkretnych, a nie tylko pozornych informacji - jest "informowanie" o tym, co ktoś powiedział a nie o tym, co zostało zrobione. Słowa o słowach, w coraz większym oderwaniu od fizycznej realności. Nawet zbudowanie odcinka autostrady czy nowego tunelu nie jest bowiem w stanie ogłupionej publice dostarczyć tylu pozytywnych wrażeń, co wiadomość na jakże ważny temat, co takiego odważnie wyznał jakiś gwiazdor kabaretu czy też jakie szokujące informacje na temat swojego partnera ujawniła jakaś gwiazdeczka piątej wielkości. Wstydliwie, na marginesie, pojawiają się czasem tak niepasujące do tego plastikowego chłamu odpryski prawdziwego życia, prawdziwych losów a nie odgrywanych przez kiepskich naturszczyków ról. Jakiejś szlachetności, która jest obrzydliwością dla oczadziałych elektronicznym smogiem konsumentów tabloidowej mierzwy. Właśnie zmarł Piotr Radoń, niepełnosprawny, chory na amelię totalną, chorobę degeneracyjną, która sprawiła, że nie wykształciły się u niego kończyny dolne ani górne. Na skutek postępującej degeneracji kręgosłupa wywiązywały się kolejne infekcje płuc. Ostatniej nie przeżył. Jego życiowym celem był wózek inwalidzki; ojciec nosił go na rękach. Zbierał na spłatę zaległego czynszu oraz rehabilitację. Największym marzeniem - protezy rąk i nóg. Chociaż na to wszystko chciał "tylko" 30000 złotych, teraz na jego koncie znalazło się już dziesięć razy tyle. Nie zdążył z marzeniami. Świat tych małych dramatów nie dostrzega. Bardziej medialny jest widok eksplodującej w sześć sekund po starcie rakiety niż ciche cierpienie. Choćby było wielkie. Bardziej przyciąga wzrok ładnie odziana dziewoja, choćby cała ta Wielka Armada pięknych pań miała po dodaniu i podniesieniu do kwadratu nadal inteligencję zepsutego żelazka, niż zwykłe współczucie. Miłość nie zawsze znaczy to samo. I coraz bardziej znaczy zupełnie co innego, niż wykrzykują bezmózgie manekiny, apostołowie i apostołki Nowej Ery łatwego szczęścia.  | Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.
2 na 2 | Arminius (25555 punktów) | człowieczeństwo | "Właśnie zmarł...., niepełnosprawny, chory na amelię totalną, chorobę degeneracyjną, która sprawiła, że nie wykształciły się u niego kończyny dolne ani górne. Na skutek postępującej degeneracji kręgosłupa wywiązywały się kolejne infekcje płuc".
Sytuacja przez Pana przedstawiona przypomina poniekąd osławione i złowieszcze somatectomia totalis - przy czym w przypadku zaprezentowanym to nie chirurg a bezlitosna choroba redukują człowieka do właśnie takiego stanu. Stanu, ktory dla wąskiej grupy lekarzy, filozofów i etyków stanowił pretekst swoisty do rozważań nad istotą i granicami człowieczeństwa, cierpieniem, eutanazją, itp. Problem ów jest - między innymi - poruszony w kultowych już "Rozmyślaniach o przemijaniu" prof. Kielanowskiego oraz w pracach prof. Bilikiewicza. Poniżej zamieszczam fragment wypowiedzi prof. Bilikiewicza na ów temat sprzed kilkudziesięciu lat, zachęcając do refleksji i przemyśleń (zaczerpnięty z"Kwartalnika Historii Nauki i Techniki", R. 23: 1978 nr 1 s. 3-52):
"W r. 1968 ogłosiłem artykuł pt. Somatectomia totalis i jej psychopatologiczne następstwa. Punktem wyjścia moich rozważań stały się przypadki, którym w piśmiennictwie francuskim nadano nazwę hemisomatectomie na oznaczenie zabiegu chirurgicznego, polegającego na amputacji połowy ciała ludzkiego. Chodziło np. o przypadek kolejarza, który dostał się między dwa zderzaki i uległ zmiażdżeniu miednicy. Po operacji, którą udało mu się przeżyć, pozostał kikut składający się tylko z górnej połowy ciała. Czy szczątek taki zasługuje jeszcze na nazwę człowieka? W eksperymencie myślowym możemy się posunąć jeszcze dalej. Wyobraźmy sobie szalonego chirurga, który szczątek taki poddaje dalszym jeszcze amputacjom, pozbawiając go kończyn górnych i kolejno wszystkich narządów wewnętrznych, bez których można żyć. Działania wojenne pozostawiły przy życiu kadłuby bez kończyn, które utrzymują się przy życiu tylko dzięki troskliwej opiece otoczenia. Ale człowiekiem pozostałaby istota, którą po wielu amputacjach podłączono by trwale pod aparaturę różnego rodzaju: sztuczną nerkę, płuco-serce, sztuczny przewód pokarmowy w znaczeniu aparatury, która zaopatrywałaby krew we wszystkie wskaźniki odżywcze umożliwiające trwanie tego szczątka ludzkiej istoty. Pozostałaby w końcu tylko głowa, i to nie cała, gdyż pozbawiona większej części twarzoczaszki, a więc i zmysłów. Układ krążenia, przewód pokarmowy i narządy oddechowe stałyby się również zbędne, gdyż rolę tę spełniałaby aparatura. Ale na tym nie koniec fantazji. Człowiek zdaje się być człowiekiem dzięki temu, że stanowi integralną część środowiska, w którym żyje. Ale czasem natura pozbawia człowieka zmysłów, a mimo to może on utrzymywać łączność z otoczeniem. Znany jest przypadek głuchociemnej Heleny Keller, która dzięki troskliwej pracy wychowawczej swojej opiekunki potrafiła stworzyć sobie zastępczy system porozumiewania się z otoczeniem, dzięki czemu jej życie psychiczne rozwinęło się do wysokiego poziomu. Szalony chirurg-eksperymentator nie poprzestałby na pozbawieniu ofiary obłędu narządów zmysłowych w głowie, gdyż usunąłby i skórę. Usuwaąc czucie, pozbawiłby swoją ofiarę łączności ze środowiskiem, a więc ostatni warunek trwania osobowości. Ale ten szczątek człowieka żyłby nadal na poziomie najniższego szczebla descendencji.W omawianym artykule snułem swoją fantazję jeszcze dalej, poza granice absurdu. Czy ów preparat - szczątek człowieka - żyłby jeszcze życiem fizjologicznym, czy też może tylko życiem biochemicznym, o którym wolno sądzić, że nie ma tam jeszcze owego prymitywnego brzasku sensorium, od którego zaczyna się podmiotowe doznanie - pierwsze znamię życia. Preparat nasz może przeżywałby jakieś podmiotowe doznania, których psychologia porównawcza nie odmawia najprymitywniejszym istotom żywym. A może trwałby we śnie - jakby na potwierdzenie starej zasady somnus mortis imago? Już od dawna toczą się dyskusje nad kryterium, na podstawie którego można by orzec, czy człowiek jeszcze żyje, czy już umarł. Szczątek nasz żyłby życiem roślinnym, jeżeli trwa w nim nieustająca przemiana materii i utrzymuje się tym samym ów trwający w czasie stan dynamiczny żywej tkanki. Hipoteza biochemicznego stanu dynamicznego doznała wzmocnienia, odkąd wyjaśniono biochemiczny charakter pamięci genetycznej na modelu cząsteczki DNA".
|
|
 | 1 na 1 | Hodża (11172 punktów) | Odp: człowieczeństwo | >Problem ów jest - między innymi - poruszony w kultowych już "Rozmyślaniach o przemijaniu" prof. Kielanowskiego oraz w pracach prof. Bilikiewicza.
Temat ów przewinął się kilkakrotnie w literaturze SF, m.in. nieco zapomniane "Dialogi" Lema zgłębiają zbliżone rejony.
Odkrycie istoty naszej świadomości, istoty tożsamości i uchwycenie możliwości reprodukcji jej w warunkach stabilnych struktur przepływu informacji będzie oznaczało praktycznie możliwość osiągnięcia nieśmiertelności, przynajmniej w ramach pewnego systemu podtrzymującego owe sztucznie wygenerowane stany energetyczne. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że nauka wkroczy również w ten obszar, chociaż dziś jest to temat tabu, głównie za sprawą religijnego balastu kultury.
Nie Bóg, lecz Człowiek potrzebuje obrony.
|
|
2 na 2 bass (4786 punktów) (zablokowany) | Odp: Miłość - to nie zawsze znaczy to samo | Głębokość filozoficznych dywagacji na temat granicy między śmiercią a życiem wydaje się niezmierzona. Przy czym waga stanu zwanego życiem ciągle wzrasta, stając się wręcz idolem. A przecież te stany są sobie równoważne, śmierć jest niezbędna dla życia, będąc nieuniknionym elementem rozwoju i postępu ludzkości jako takiej. Postępy medycyny są absolutnie niezaprzeczalne i wspaniałe, ale te wspaniałości jakoś blakną w czasie wizytacji hospicjów , zakładów opieki paliatywnej czy oddziałów gerontologii. Ilość cierpienia i roślinnego (a nie ludzkiego) życia wyprodukowana dzięki postępowi w odwlekaniu śmierci jest równie nieznana (a właściwie znana, tylko nieprzyjmowana do wiadomości), jak negatywna rola kotów hodowanych przez człowieka opisywana w artykule obok. Dla mnie zdjęcie ilustrujące artykuł zawiera większą ilość dramatu i ludzkiego cierpienia, niż cała katastrofa smoleńska. Zakładam, że cierpiący na straszną chorobę człowiek ze zdjęcia chciał żyć. A jeśli nie chciał? Czy miał możliwość wyboru? Odpowiedź wszyscy znamy, ale wolimy o tym nie mysleć, a egzaltować się "strasznym nieszczęściem", gdy ktoś umiera w ułamku sekundy w wypadku, lub zasypia snem wiecznym w wieku 98 lat.
|
|
4 na 4 | Paolo Monstro (6146 punktów) | Codziennie w tym kraju dzieją się setki naprawdę istotnych rzeczy ale w mediach jest banalna papka dla ogłupiałych konsumentów. Opinie o opiniach, żadnych faktów. Konsumenci kupują świecące, chińskie gadżety i wirtualny, karykaturalny, przerysowany świat wykreowany w mediach. Ronią łzy nad malutkimi cwaniaczkami, głupawymi politykami, pseudo gwiadami, celebrytami wykreowanymi na bohaterów medialnych w ich tragikomicznych historyjkach rodem z seriali brazylijskich a na prawdziwych bohaterów nie starcza im już intelektu. Prawdziwego świata nie są w stanie pojąć bo redaktorzyna nie podpowiada kiedy trzeba płakać. Prawdziwe historie są zbyt trudne by konsumenci byli w stanie je ogarnąć, nie wypowiadają się o nich polityczkowie, Jadwiga Staniszkis, Monika Olejnik czy Ojciec Dyrektor. Wielu nie chce żyć na tym świecie, woli otoczyć się zdjęciami z photoshopa na okładkach magazynów i tandetnymi scenariuszami z hollywoodzkich filmów. Cała Polska szaleje za JPII gdy umiera w słusznym wieku, na zwykła chorobę, otoczony przez najlepszych lekarzy, dostający najlepsze leki i mający luksusowe warunki. Facet zostaje świętym i bożkiem. Śmierć jakiegoś dziecka gdy lekarz odmawia mu leczenia, minister nie refunduje leku czy pogotowie nie chce przyjechać na wioskę przechodzi bez echa, ból matki jest niczym przy medialnych hitach co powiedział Sikorski albo co napisała żona Tuska czy Wałęsy.
|
|
1 na 1 | -jad- (18783 punktów) | Jest też druga strona medalu- nie można żyć tylko nieszczęściem innych. Mnóstwo ludzi cierpi każdego dnia ale smutna prawda jest taka, że to głównie ich problem. Co prawda, każdy zgodzi się, że należałoby tym ludziom jakoś pomóc ale do niesienia pomocy jakoś mało kto się garnie. Wolimy zostawić umarłym grzebanie umarłych. Czyja to wina? Telewizji?
|
|
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować
Zaloguj przez OpenID.. Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..
Szukaj na Forum Przewodnik Regulamin i instrukcja obsługi Forum Kolegium Moderatorów 
|
 |
|