"Dziennik" Anny Frank - sztandarowy przykład literatury holokaustu - to najlepiej sprzedająca się książka żydowskiego autora. Jej nakłady są większe niż Talmudu, Tory czy "Państwa żydowskiego" Teodora Herzla. To również rodzaj relikwii, otaczanej ochroną i bronionej zaciekle przed wszelakimi zakusami i oskarżeniami, kładącymi się cieniem na jej treści czy autorce. Doszło do patologicznej sytuacji, w której szwajcarska Fundacja Anny Frank strzegąca jej spuścizny, groziła uruchomieniem postępowania karnego przeciwko każdemu, kto śmiałby kwestionować wiarygodność i autentyczność dziennika. I oto kilka dni temu "eksplodowała bomba". Ta właśnie fundacja ogłosiła, iż Otto Frank, ojciec Anny jest współautorem "Dzienika". Tym samym - o przewrotna ironio - uaktualniony został zarzut stawiany "Dziennikowi" przez jednego z czołowych tzw. "negacjonistów": Roberta Faurissona, który między innymi kwestionował pełne autorstwo "Dziennika", przypisywane Annie Frank.
Gdy nie wiadomo o co chodzi, chodzi zawsze o pieniądze. I w tym wypadku owa mądrość także się sprawdza. Rzecz w tym, iż od śmierci Anny Frank minięło w marcu bieżącego roku 70 lat, co oznacza, iż w styczniu 2016 r (pocżątek następnego roku kalendarzowego), w większości krajów jej twórczość przestanie być objęta ochroną copyright i przejdzie do domeny publicznej, pozbawiając szwajcarską fundację ogromnych zysków jakie czerpie z wydawania "Dziennika". Uczynienie ojca Anny współautorem, przesuwa ten niemiły dla fundacji moment o kilkadziesiąt lat - bo zmarł on w 1980 r.
Czy już wszystko jasne? Chyba tak, ale taki mefistofelesowy zabieg wywołał falę oburzenia wśród wielu ludzi i środowisk kultywujących pamięć o Annie Frank ( wśród tych instytucji jest holenderskie muzeum jej poświęcone w Amsterdamie) oraz - co istotne - reanimował wątpliwości dotyczące autorstwa dziennika oraz treści w nim zawartych. Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, iż przy takich kreatywnych definicjach autorstwa czy współautorstwa - okres oczekiwania na przejście do domeny publicznej rzeczonej pozycji może wydłużyć się o kolejne długie lata - bo żyje ciągle inna osoba - Miriam Pressler - która brała udział w "edytowaniu" i "opracowywaniu" szaty graficznej książki.
Wiele osób i instytucji zapowiedziało, iż nie będzie honorować nowej daty transferu dzienników do domeny publicznej. Jak się to skończy i kto wygra ewentualny konflikt - przyjdzie nam na to trochę jeszcze poczekać.
Tymczasem warto zwrócić uwagę na pewne oczywistości - jakie wynikają ze skandalu opisanego powyżej.
Otóż primo wygląda na to, iż z twórczości Anny Frank ( i ewentualnie współautorów Dziennika) określona grupa osób zrobiła sobie krowę wielce mleczną i doi ją cynicznie, a bez skrupułów w myśl zasady "pecunia non olet" - nie wahając się stosować wielce kontrowersyjnych praktyk i mając za nic fakt, iż przedmiotem ich immoralnych manipulacji jest tematyka holokaustu.
Po drugie, w zaistniałej sytuacji - siłą rzeczy - wracają wątpliwości dotyczące autorstwa książki i wiarygodności jej przekazu - w związku z czym logicznym wydaje się "postulat de lege ferenda", dokonania obiektywnej i naukowej weryfikacji autorstwa i treści dziennika.
Wreszcie - last but not least - członkom niesławnej fundacji, o której wyżej, należy przypomnieć, iż albo się zje ciasteczko i się go nie ma albo też go się nie zje i się go ma. Tertium non datur.
www.gilad.(*)8/the-diary-of-anne-otto-frank