Łambinowice na Opolszczyźnie, to miejscowość sensu stricto obozowa. Już w czasach wojny francusko - pruskiej (1870-71), na terenie tamtejszego poligonu wojskowego powstał obóz jeniecki, w którym przebywało 3 tysiące francuskich jeńców. W czasie I wojny światowej przez Łambinowice przewinęło się ok. 100 tysięcy jeńców różnorakich narodowości. W czasie następnej wojny w Łambinowicach przebywali żołnierze polscy wzięci do niewoli w wojnie obronnej 1939 r., jeńcy sowieccy ( z których ok. 40 tysięcy zmarło), powstańcy warszawscy. Latem 1945 r. w Łambinowicach powstał obóz przejściowy dla Niemców wywożonych do Niemiec. Funkcjonował do lata następnego roku. Przewinęło się przez niego 3-5.5 tysiąca ludzi. Od 1000 do 1500 nie przeżyło pobytu w nim, zmarło lub zostało zamordowanych często w bestialski sposób. Trafiający do Łambinowic byli w zdecydowanej większości wypadków Niemcami z Opolszczyzny, wśród nich byli także Polacy, którzy powrócili – na przykład – ze służby w Wermachcie, czy też z Armii Polskiej na Zachodzie. Komendantem obozu został Czesław Gęborski – wyjątkowy zwyrodnialec, który za zbrodnie popełnione na terenie obozu osądzony został przez aparat wymiaru sprawiedliwości PRL – u. Sądy ustaliły jego winę ale ze względów natury oczywistej – Gęborski był funkcjonariuszem aparatu bezpieczeństwa – odstąpiono de facto od wymierzania kary. Obóz w Łambinowicach nie przeżyło – przy najbardziej elastycznej interpretacji – ok. 20 % w nim osadzonych. Liczba ta, jak również praktyki mające tam miejsce – które szczegółowo są zaprezentowane w podlinkowanym materiale – uprawniają do postawienia tezy, iż Łambinowice były obozem mającym określone cechy obozu zagłady. Fakt ów może się wydać wielu osobom szokujący – jednakże panujące w obozie realia nie pozostawiają żadnych wątpliwości co do zasadności takiej konstatacji. Jeszcze bardziej szokują stwierdzenia niektórych więźniów niemieckich obozów koncentracyjnych, którzy mieli również nieszczęście trafić do Łambinowic. Otóż z ich relacji wynika, iż lżej było w obozach niemieckich. Łambinowice nie był wyjątkiem. Takich „przejściowych” obozów było od kilkuset do 1300 – taką liczbę podają zajmujący się problemem historycy. Do większych z nich zaliczały się obozy w Toszku, Jaworznie, Potulicach, Świetochłowicach.
"Władysław Szlabski, strażnik, zezna: "Drzemalski, zastępca komendanta, powiedział mi, że Gęborski, Ignac, Antek i strażak nieznanego mi nazwiska z Niemodlina, wspólnie zmówili się, że umyślnie spowodują pożar na terenie obozu, aby przy tej okazji pomścić się na ludności, która w tym obozie przebywała".Ludzie będą potem mówili, że widzieli, jak Ignac wyszedł z baraku chwilę przed tym, jak zajął się ogniem (Ignac temu zaprzeczy: "W momencie wybuchu pożaru znajdowałem się w baraku administracji obozowej").
I że widzieli komendanta, jak stał wśród strażników i strzelał do ludzi ("Kiedy wybuchł pożar, nie byłem w obozie. Przebywałem wraz ze starostą Wędzichem w Niemodlinie" - powie Gęborski).Więzień Józef Malorny opowie, że na polecenie strażników wszedł z wiadrem pełnym piasku do płonącego baraku, a kiedy chciał z niego wyjść, został postrzelony w rękę. Franciszek Smołka, więzień, doda: "Opowiadano mi, że jeden ze strażników kazał mojej żonie, aby tańczyła przy ogniu. Gdy moja żona nie chciała tego uczynić, powalił ją na ziemię uderzeniem kolby, a następnie strzelił w tył głowy, zabijając na miejscu". Osadzona Ewa Żyła zezna: "Najwięcej wtedy ludzi zabił Ignac, w każdej ręce miał pistolet. Widziałam również, jak do ognia wpychano żywych ludzi. W pewnym momencie strażnik Edek wepchnął mnie do ognia. Wyciągnęła mnie jakaś kobieta. Miałam poparzone ręce i palił się na mnie sweter".
"Klara nie widzi też ze swojego okna, jak Ignac, prawa ręka komendanta, gna przez plac dwóch staruszków z sąsiedniej wsi. "Przez całą drogę bił ich łańcuchami po karkach. Łańcuch miał owinięty dookoła prawej ręki. W pewien czas później obaj zmarli" - powie osadzona Anna Mike. Choć Ignac tak naprawdę najbardziej lubi bić osadzonych bykowcem znalezionym na terenie obozu jenieckiego.Nie wie o piwnicy pod kuchnią, gdzie odbywają się codziennie bez sądu egzekucje mężczyzn podejrzanych o przynależność do SS lub NSDAP. Że po ucieczce jednego osadzonego ginie dziesięciu, wybranych losowo. Że po wieczornym apelu mężczyzn kilku z nich nie wraca już do baraków. Ostatni schodzący z placu są zabijani za opieszałość. Klara nie będzie chciała uwierzyć w historię człowieka, któremu komendant i jego adiutant odcięli na żywca nogę piłą do drewna. Ani w to, że strażnicy przychodzili nocami do baraków młodych bezdzietnych kobiet".
wyborcza.p(*)_bilismy_tylko_za_nazizm_.html