Racjonalista - Strona głównaDo treści
Matura

Ten wątek jest przedawniony

Działy Forum » Społeczeństwo i kraj
NapisanoAutorTytuł
05-05-2016 13:17dajmonion (3663 punktów)Matura
Ocena 1 na 1
Jan Wróbel stwierdził wczoraj, że rynek pracy to właściwie jest dość prosto skonstruowany. Jeżeli ktoś wybiera trudne studia, ciężko pracuje i kończy je w terminie to pracodawcy czekają na kogoś takiego. Na resztę nikt nie czeka.
Ja bym powiedział, że to dość szkodliwa wypowiedź i w dużej mierze nieprawdziwa. Czasami lepiej ugryźć się w język niż coś zbyt uprościć.
Po pierwsze mądry pracodawca powinien być gotów zatrudnić nawet osobę bez formalnych kwalifikacji, jeśli widzi, że ktoś autentycznie się czymś interesuje od dawna i wkłada w coś dużo energii i zapału. Są oczywiście profesje, gdzie dyplom to podstawa (medycyna, itp). Jednak w bardzo wielu przypadkach dałoby się znaleźć danej osobie odpowiednie zajęcie.
Poza tym o co chodzi z tym kończeniem w terminie? Żyjemy przecież w świecie, w którym 19 latkowi coraz trudniej wybrać zawód ze względu na ogrom możliwości. Ciągle powstają jakieś egzotyczne kierunki studiów. Czytałem, że w Niemczech coraz więcej absolwentów robi sobie roczną przerwę.
Ktoś, komu wypowiedź Wróbla zapadnie w pamięć może bać się potem przerwać studia, które powinien przerwać i zająć się czymś innym. Może nawet niekoniecznie związanym ze studiowaniem.
Po drugie w Polsce należałoby popracować nad średnim szkolnictwem zawodowym. Tymczasem takie wypowiedzi jak Wróbla nie stwarzają ku temu odpowiedniej atmosfery.
Po trzecie zbytni wysiłek to zły znak. Nie ma się co oszukiwać, że satysfakcja przyjdzie później. Pewien poziom satysfakcji powinien być cały czas obecny. Od wielu lat przygotowuję kolejne roczniki do matury z przedmiotów ścisłych i często szkoda mi właśnie tych ciężko pracujących. Bo to są nierzadko ludzie, którzy nie wiedzą czym chcieliby się w życiu zajmować. Wiedzą jednak przynajmniej tyle, że w cenie są przedmioty ścisłe i angielski. No więc na wszelki wypadek się tego uczą. A do przedmiotów ścisłych trzeb mieć jednak pewne predyspozycje. Takie osoby nie decydują się na przykład na naukę francuskiego, który im się bardziej podoba. Wiadomo, że najpierw trzeba opanować angielski. Wszyscy się go uczą. Nie wiedzą jeszcze, że później prawdopodobnie nie będzie na to już czasu.
Można się przyzwyczaić do bylejakości. A potem ktoś się pociesza, że jest jak jest. Nie najgorzej.
Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.

Curtiss Helldiver (966 punktów)
(zablokowany)
Nie przejmowałbym się wypowiedzią pana Wróbla, cóż z niego za autorytet albo decydent?
Istotne jest co innego, a mianowicie dlaczego niektórzy pracodawcy nie mogą znaleźć pracowników. Szukają ludzi o konkretnych kwalifikacjach, niekoniecznie z dyplomem konkretnego kierunku. Mamy zatem do czynienia z: 1) niedopasowaniem kierunków kształcenia do rynku pracy, 2) brakiem pozyskiwania konkretnych umiejętności w trakcie nauki.
Polskie uczelnie zajmują odległe miejsca w światowych rankingach, a więc de facto służą wyłącznie zatrudnionym w nich pracownikom jako miejsce przetrwania.

Mam wrażenie, że brakuje w Polsce przeprowadzania audytów uczelni. Mam doświadczenie z warszawską SGGW i warszawskim WUM-em, jak tam marnuje się czas studentów i pieniądze podatników, to woła o pomstę do nieba. Wspomniałem o rankingach, więc przypuszczam, że na innych uczelniach nie jest lepiej.
Podsumowując, przekazuje się wiedzę, często nieaktualną od kilkudziesięciu lat (sic!) zamiast uczyć zawodu.
dajmonion (3663 punktów)
Ja jednak uważam, że istotniejsze jest niedopasowanie zawodu osoby do jej możliwości i zamiłowań. Żaden system nie zastąpi entuzjazmu, który pojawia się gdy zachodzi takie dopasowanie. Wiem to z autopsji. Uczeń, który na własną rękę nie zajmuje się fizyką, nie szuka odpowiedzi na własne pytania nigdy się jej nie nauczy.
Położenia akcentu na rynek pracy to postawienie sprawy do góry nogami. Punktem wyjścia jest satysfakcja konkretnej osoby a nie pracodawcy. Bazą pracodawcy są jego pracownicy. Zatem to tak jak budowanie domu na zmurszałym fundamencie. To się nie może udać, bo to jest tak naprawdę marnowanie kapitału społecznego. Powiem nawet więcej. To szkodzenie.
Czy wiesz, że w stolicy Polski nie ma na przykład możliwości studiowania zaocznie matematyki? Nie opłaca się. Ktoś kto odkrył swoje zamiłowanie do matematyki dopiero później zwyczajnie nie ma gdzie się uczyć. Trzeba by jeździć gdzieś daleko.
Takie są efekty dostosowywania oferty edukacyjnej do rynku pracy. Miałem bardzo zdolnych uczniów, którzy mogliby zostać znakomitymi fizykami czy matematykami. Ale oczywiście poszli na informatykę, mimo, że mierząc się z trudnymi zadaniami czuli się jak ryba w wodzie. To było widać po ich twarzach. Będą teraz programowali bankom konta.

dajmonion
Brzostowski (7067 punktów)
>Ja jednak uważam, że istotniejsze jest niedopasowanie zawodu osoby do jej możliwości i zamiłowań. Żaden system nie zastąpi entuzjazmu, który pojawia się gdy zachodzi takie dopasowanie. Wiem to z autopsji. Uczeń, który na własną rękę nie zajmuje się fizyką, nie szuka odpowiedzi na własne pytania nigdy się jej nie nauczy.
>Położenia akcentu na rynek pracy to postawienie sprawy do góry nogami. Punktem wyjścia jest satysfakcja konkretnej osoby a nie pracodawcy. Bazą pracodawcy są jego pracownicy. Zatem to tak jak budowanie domu na zmurszałym fundamencie. To się nie może udać, bo to jest tak naprawdę marnowanie kapitału społecznego. Powiem nawet więcej. To szkodzenie.
Jako były pracownik i aktualnie pracodawca mam nieco inne spojrzenie. Pracownicy co do zasady są leniwi i kombinują, jak się nie narobić. Tych z entuzjazmem jest może 5-10%, najczęściej są to młodzi ludzie. Po kilku latach pracy nawet i oni zaczynają kombinować jak tu się nie narobić. To cecha człowieka.
Entuzjazm? W zakładzie, z którym wspólpracuję pracuje ok. 150 spawaczy. Myślisz, że to entuzjaści? Jakość jest osiągana dzięki ISO, kontroli i motywacji finansowej. Entuzjazm to może jest przy projektowaniu odzieży, pracy naukowej, dziennikarsiej itp... Większość zawodów, to po prostu robota, a nie entuzjazm. Znasz entuzjastów rozładowywania tirów, albo kopania rowów? Kwestia entuzjazmu to może 10% zawodów.

>Czy wiesz, że w stolicy Polski nie ma na przykład możliwości studiowania zaocznie matematyki? Nie opłaca się. Ktoś kto odkrył swoje zamiłowanie do matematyki dopiero później zwyczajnie nie ma gdzie się uczyć. Trzeba by jeździć gdzieś daleko.
To nie wynik dopasowania uczelni do rynku pracy, tylko braku chętnych na studia. Z tego co wiem każda uczelnia chętnie zrobi studia, gdy będą chętni.
>Takie są efekty dostosowywania oferty edukacyjnej do rynku pracy. Miałem bardzo zdolnych uczniów, którzy mogliby zostać znakomitymi fizykami czy matematykami. Ale oczywiście poszli na informatykę, mimo, że mierząc się z trudnymi zadaniami czuli się jak ryba w wodzie. To było widać po ich twarzach. Będą teraz programowali bankom konta.
A to chcesz aby kształcić znakomitych matematyków nikomu nie potrzebnych?
dajmonion (3663 punktów)
>A to chcesz aby kształcić znakomitych matematyków nikomu nie potrzebnych?
Trudno mi sobie wyobrazić niepotrzebnego matematyka. A już tym bardziej znakomitego niepotrzebnego matematyka.
>Znasz entuzjastów rozładowywania tirów, albo kopania rowów? Kwestia entuzjazmu to może 10% zawodów.
Co do kopania rowów to nie, ale jeśli chodzi o tira, to jak najbardziej. Zupełnie nie rozumiem tego podziału. Miałem znajomego, który skończył politykę społeczną na uniwersytecie, a chętnie popracowałby jako kierowca autobusu. Ludzie nierzadko nawet wiedzą, co ich kręci, ale nie mają odwagi.
>To nie wynik dopasowania uczelni do rynku pracy, tylko braku chętnych na studia. Z tego co wiem >każda uczelnia chętnie zrobi studia, gdy będą chętni.
Znaleźliby się. Nie chodzi o brak chętnych a o zbyt niski rachunek.

dajmonion
romaro (25211 punktów)
>wypowiedzi jak Wróbla nie stwarzają ku temu odpowiedniej atmosfery.
Szukasz problemu tam gdzie go tak naprawdę nie ma. Przeceniasz możliwości Wróbla.
"Dziś w kościele mieliśmy spotkanie z egzorcystą, po katechezie dostaliśmy kartki z satanistycznymi zespołami, które zagrażają naszym duszom" - pisze uczeń III klasy gimnazjum. Na liście znaleźli się reprezentanci różnych gatunków muzycznych, od popu przez rap po rock. Grupę "opętanych" zasilają Beyonce, Eminem, One Direction, Morrissey, Katy Perry, a nawet chór Gregorian."
Wcale się nie dziwię, że
>Takie osoby nie decydują się na przykład na naukę francuskiego, który im się bardziej podoba.
Bo i kiedy, skoro lekcji religii jest tyle, że... już nawet sami do takiego stanu przywykliście.
Wenancjusz (16441 punktów)
>Jan Wróbel stwierdził wczoraj, że rynek pracy to właściwie jest dość prosto skonstruowany. Jeżeli
>ktoś wybiera trudne studia, ciężko pracuje i kończy je w terminie to pracodawcy czekają na kogoś
>takiego. Na resztę nikt nie czeka.
>Ja bym powiedział, że to dość szkodliwa wypowiedź i w dużej mierze nieprawdziwa. Czasami lepiej
>ugryźć się w język niż coś zbyt uprościć.
>Po pierwsze mądry pracodawca powinien być gotów zatrudnić nawet osobę bez formalnych kwalifikacji,
>jeśli widzi, że ktoś autentycznie się czymś interesuje od dawna i wkłada w coś dużo energii i
>zapału. Są oczywiście profesje, gdzie dyplom to podstawa (medycyna, itp). Jednak w bardzo wielu
>przypadkach dałoby się znaleźć danej osobie odpowiednie zajęcie.
>Poza tym o co chodzi z tym kończeniem w terminie? Żyjemy przecież w świecie, w którym 19 latkowi
>coraz trudniej wybrać zawód ze względu na ogrom możliwości. Ciągle powstają jakieś egzotyczne
>kierunki studiów. Czytałem, że w Niemczech coraz więcej absolwentów robi sobie roczną przerwę.
>Ktoś, komu wypowiedź Wróbla zapadnie w pamięć może bać się potem przerwać studia, które powinien
>przerwać i zająć się czymś innym. Może nawet niekoniecznie związanym ze studiowaniem.
>Po drugie w Polsce należałoby popracować nad średnim szkolnictwem zawodowym. Tymczasem takie
>wypowiedzi jak Wróbla nie stwarzają ku temu odpowiedniej atmosfery.
>Po trzecie zbytni wysiłek to zły znak. Nie ma się co oszukiwać, że satysfakcja przyjdzie później.
>Pewien poziom satysfakcji powinien być cały czas obecny. Od wielu lat przygotowuję kolejne roczniki
>do matury z przedmiotów ścisłych i często szkoda mi właśnie tych ciężko pracujących. Bo to są
>nierzadko ludzie, którzy nie wiedzą czym chcieliby się w życiu zajmować. Wiedzą jednak przynajmniej
>tyle, że w cenie są przedmioty ścisłe i angielski. No więc na wszelki wypadek się tego uczą. A do
>przedmiotów ścisłych trzeb mieć jednak pewne predyspozycje. Takie osoby nie decydują się na przykład
>na naukę francuskiego, który im się bardziej podoba. Wiadomo, że najpierw trzeba opanować angielski.
>Wszyscy się go uczą. Nie wiedzą jeszcze, że później prawdopodobnie nie będzie na to już czasu.
>Można się przyzwyczaić do bylejakości. A potem ktoś się pociesza, że jest jak jest. Nie najgorzej.
Szkoda, że ten język angielski jest w przekonaniu taki ważny. Rozumiem, że w informatyce.
Że staje się językiem "światowym" na tyle co hiszpański. Ale nie rozumiem dlaczego pomija się język niemiecki? Jest to język naszych "sąsiadów", jest to język o wiele łatwiejszy do przyswojenia, tam (w Niemczech) można znaleźć szybciej pracę, zwłaszcza będąc po politechnice gdańskiej w branży budowy okrętów (Niemcy sobie cenią polskich fachowców w tej branży, Anglicy nie) i nie tylko w tej branży, jest to język pamiętany w Polsce z czasów zaborów i także II W.Ś., więc dlaczego foruje się, powiedziałbym bezmyślnie, język angielski? Niemcy pokazali na co stać nację w zakresie nauk technicznych ścisłych na całym świecie, technologii i praktycznych zasad bytu (mimo zbrodni jakich dokonali w czasie II W.Ś.). To jest naród, który wydał z siebie Heinego, Goethego, Schopenhauera, Keplera, Nietschego, Schroedingera, nawet Brauna konstruktora pierwszej bomby atomowej i przede wszystkim Einsteina. Jest naprawdę ważny w tej całej wspólnocie europejskiej. Myślę, że forsowanie języka angielskiego jest przesadą. Drażni mnie używanie na siłę, bezkrytycznie angielszczyzny w języku polskim wypadającej bardzo kulawo i nieszczęśliwie (reklamy, język bankowców, managerów, handlowców itp..), czasem wręcz śmiesznie pomijając niestosownie, bo stosuje się ten kulawo brzmiący język do osób starszych, gdzie wiadomo, że go nie znają. Wtedy spróbujcie mając pewność znajomości języka, rozmawiać z takim po angielsku. Proponuję! Sam słysząc młodego sprzedawcę prezentującego towar z angielska brzmiącymi określeniami zacząłem mówić po niemiecku i ..dupa. Sprzedawcy nie ma. Stał jak krowa do udoju. Ni dudu. Ale właściciel żądał znajomości języka angielskiego, tak jakby tylko Anglicy kupowali u niego. Dlaczego nasi bliżsi sąsiedzi nie będą kupowali prędzej jak anglicy, nie wiem. Zauważcie, językiem naszych "sąsiadów". Durnowaci są na potęgę właściciele idący bezmyślnie za linią trendu. Co to za głupizna ogólno krajowa? Nie rozumiem. Hiszpański jest tak samo popularny wszędzie jak angielski. I dodam dlaczego nie rosyjski? Język naszych sąsiadów także? Po rosyjsku pogadasz z Ukraińcem, Białorusinem, Litwinem, nawet z Łotyszem, Estończykiem, Bułgarem. Zobaczcie jaki praktyczny język! A z Czechem można po polsku byle powoli i dodając niemiecki.
No dobra, to tyle wypocin moich, co nie oznacza, iż mam rację absolutną. To tylko moje spostrzeżenia, gdy na emeryturze pracowałem jako "placowy" na dużym parkingu.
Pozdrawiam miłośników zaklętych w angielszczyźnie.

Jednak jestem lepszy niż moja reputacja. Cholera! A może gorszy?
05-05-2016 16:29 
 Ocena 1 na 1
Irekma (84 punktów)

>Szkoda, że ten język angielski jest w przekonaniu taki ważny.

Wydaje mi się że się Pan myli w swojej ocenie. Język angielski stał się językiem ogólnoświatowym. Można się nim porozumieć wszędzie, w mniejszym lub większym stopniu. Nie wiem czy Pan wie, ale większość poważnych projektów o których Pan wspomina, a są pracownicy różnych nacji, językiem obowiązującym/ projektowym jest angielski. Język angielski otwiera cały świat, niemiecki tylko Niemcy, Austrię .............. .
Niemcy też posługują się j. angielskim, i jest to jeden z przedmiotów głównych w ich systemie edukacji ( wiem bo mój syn uczęszczał do szkoły niemieckiej), i uczą tego języka na wysokim poziomie.
05-05-2016 17:30 
 Ocena 1 na 1
Wenancjusz (16441 punktów)
>>Szkoda, że ten język angielski jest w przekonaniu taki ważny.
>Wydaje mi się że się Pan myli w swojej ocenie. Język angielski stał się językiem ogólnoświatowym. Można się nim porozumieć wszędzie, w mniejszym lub większym stopniu. Nie wiem czy Pan wie, ale większość poważnych projektów o których Pan wspomina, a są pracownicy różnych nacji, językiem obowiązującym/ projektowym jest angielski. Język angielski otwiera cały świat, niemiecki tylko Niemcy, Austrię .............. .
>Niemcy też posługują się j. angielskim, i jest to jeden z przedmiotów głównych w ich systemie edukacji ( wiem bo mój syn uczęszczał do szkoły niemieckiej), i uczą tego języka na wysokim poziomie.

Moja droga rozmówczyni. Nie zaprzeczę. Zwrócę tylko Tobie uwagę na historyczną zbieżność języków germańskich i angielskich. Niemiecki i angielski należą do grupy języków anglosaskich. Tak to nazywają językoznawcy, tak jak polski i rosyjski do grupy języków słowiańskich. Co to oznacza? A tylko tyle, że są zbliżone do siebie pisownią i nawet zbieżne w tzw. wortvolge, czyli składni zdaniowej. Idąc dalej i opierając się na porównaniu języków polskiego i rosyjskiego, możemy zauważyć także zbieżność języków niemieckiego i angielskiego. Oczywiście jeśli się słucha tych języków, wcale nie są podobne. Inna melodyka brzmienia. Pozornie. W polskim i rosyjskim także. Złożoność tylko polega na innym akcentowaniu i troszkę inne wyrazy. Angielski język przez to jest bliższy do pojęcia Niemcowi jak Polakowi, któremu z natury łatwiej przyswoić sobie na tych samych zasadach rosyjski. Możesz się nie zgadzać, ale gdybyśmy zrobili eksperyment i wyjechałbyś do Rosji, to język ten "załapałabyś" w wersji komunikatywnej, daję głowę, w pół roku. Potem pojedziesz do Niemiec. Oooo. Tu już gorzej. Przy intensywnej pracy nad sobą, to może w rok byś w wersji komunikatywnej zaczęła łapać wymowę, a gdzie pisownia? Pojedziesz do Anglii, to już prawie klęska. więc zostajesz w Niemczech tak długo dopóki operowanie tym językiem nie będzie dla Ciebie wyczynem nieziemskim. I wtedy jedź do Anglii. Zobaczysz, że "łapać" angielski będziesz szybciej jakbyś się spodziewała. Będziesz to robić nie zdając sobie sprawy/podświadomie. Do czego zmierzam? Niemcom łatwiej jest się uczyć angielskiego, tak jak Polakom rosyjskiego. Nie reklamuję tu nauki rosyjskiego (chociaż to może tak wyglądać) ale chciałem się tylko odnieść do tego, że Polak, jeśli z angielskim nie spotkał się w wieku co najmniej w czwartym roku życia a dopiero w dwudziestym, to zaręczam nigdy tego języka dokładnie nie opanuje. Zawsze Anglik wyczuje obcego gdy znakomicie ponoć operujący językiem angielskim Polak będzie rozmawiał z rodowitym Anglikiem. A u nas nie jest podobnie? Kresowiaka nie wyczujesz? A Słowaka? Choć znakomicie władają polskim? Anglik, czy Niemiec nie zobaczy/wyczuje subtelnej różnicy. Ty tak. I to by było na tyle. Z tym, jeszcze zauważę, że o wiele łatwiej przyswaja się Polakowi języki łacińskie. Ciekawe ale to sprawdziłem na języku włoskim, u córki mojej sąsiadki, która wyjechała do pracy we Włoszech bez pojęcia o tym języku. Po roku przyjechała do Polski na urlop. Jak ja lubiłem jej słuchać! Zwłaszcza jak wyzywała i klęła publicznie. Co za piękny język. Nikt jej nie rozumiał i nie było podejrzeń, że jest w tym momencie wulgarna, zważywszy jeszcze południowe tempo wypowiedzi. Jak pepesza. Piłkarz Boniek po roku operował całkiem swobodnie włoskim. Miałem także dziewczynę (co tam dziewczynę, kobietę), która była pół hiszpanką (ojciec Hiszpan, matka Polka), która pracowała w Madrycie. Wypisz wymaluj to samo co córka mojej sąsiadki. Jak się na mnie wkurzyła to zaczęła wyładowywać się po hiszpańsku, by jej dziecko nie rozumiało o co chodzi. Najgorsze wyzwiska były dla mnie jak kojący balsam. Ten język i jego melodyka. Eeh..rozrzewniłem się, przepraszam. Pozdrawiam.


Jednak jestem lepszy niż moja reputacja. Cholera! A może gorszy?
05-05-2016 23:26 
 Ocena 2 na 2
Paolo Monstro (6146 punktów)

>Moja droga rozmówczyni. Nie zaprzeczę. Zwrócę tylko Tobie uwagę na historyczną zbieżność języków germańskich i angielskich. Niemiecki i angielski należą do grupy języków anglosaskich.
Nie jestem językoznawcą ale o ile wiem niemiecki i angielski należą właśnie do grupy języków germańskich. Język angielski mocno oddalił się od niemieckiego gdy trafiło do niego b. dużo słownictwa francuskiego. Przez pewien czas językiem arystokracji był na wyspie francuski.

Pozdrawiam
Paolo Monstro
Wenancjusz (16441 punktów)
>>Moja droga rozmówczyni. Nie zaprzeczę. Zwrócę tylko Tobie uwagę na historyczną zbieżność języków germańskich i angielskich. Niemiecki i angielski należą do grupy języków anglosaskich.
>Nie jestem językoznawcą ale o ile wiem niemiecki i angielski należą właśnie do grupy języków germańskich. Język angielski mocno oddalił się od niemieckiego gdy trafiło do niego b. dużo słownictwa francuskiego. Przez pewien czas językiem arystokracji był na wyspie francuski.
>Pozdrawiam
>Paolo Monstro
>
Zgadzam się z Tobą. Ja też nie językoznawca. Widzę tylko i opisuję moje wrażenia i odczucia. Wbrew pozorom, jest dużo zbieżności języków niemieckiego (w obecnej chwili) i angielskiego. Co jest powodem domniemywać bliskości źródłowej. Ale nie mnie rozstrzygać jak i p.t. Tobie. Mnie wystarczył tylko wyjazd na Borncholm z Kołobrzegu w ramach wycieczki jednodniowej. Spostrzeżenia są takie, że duńskiego języka w wydaniu lokalnego slangu/gwary, bym się nie nauczył chyba nigdy (w moim wieku 68 lat). Natomiast zauważyłem, że miejscowi rozumieją angielski i zupełnie dobrze niemiecki, operując tymi językami swobodnie/bez trudności. Ludzie prości w polskim pojęciu. W atawistycznym zacięciu dam przykład. Jedź do agroturystycznego gospodarstwa na "Ścianie" wschodniej Polski. I co? No może rosyjski z odmianami ukraińskiego i białoruskiego, poza tym nic więcej. Nawet niemieckiego nie znają, choć ślady po niemieckiej okupacji winny mieć miejsce. A co dopiero angielski, ponoć między narodowy! W te bzdury nie wierzę. Że jest powszechnie akceptowany, to fakt, ale nie oznacza, iż jest jedynym antidotum na porozumiewania się między ludźmi. Dlatego też uważam, że russkowo jazyka toże takom jemu nada uważać jewo.

Jednak jestem lepszy niż moja reputacja. Cholera! A może gorszy?
GrzeTor (1279 punktów)
>Jan Wróbel stwierdził wczoraj, że rynek pracy to właściwie jest dość prosto skonstruowany.

Podstawową konstrukcją polskiego rynku pracy jest niski udział płac w Produkcie Krajowym Brutto.

Wróć do listy wątków działu Społeczeństwo i kraj
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować

  

Zaloguj przez OpenID..
Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..

Szukaj na Forum  Przewodnik  Regulamin i instrukcja obsługi Forum  Kolegium Moderatorów

 


[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365