"Ile można patrzeć, jak Izraelczycy burzą twoje domy, straszą zwierzęta, doprowadzają dzieci do histerii. My nie jesteśmy z żelaza, chcemy spokoju. Jak ludzie, choć jak ludzie nie żyjemy już od lat.
Armagedon zaczął się w Al-Arakib 27 lipca 2010 roku. - O trzeciej nad ranem przyszły wojsko i policja: 1700 ludzi - wspomina Aziz. - Mieli długą broń, psy, nad wsią krążyły helikoptery. To była wojna, tyle że zamiast bomb mieli buldożery.Przez siedem godzin zniszczyli 65 domostw i 70 zagród dla zwierząt. Wyrwali wszystkie drzewa oliwne i 700 drzew owocowych. Odbierali ludziom ubrania, niszczyli sprzęty domowe. - Zostaliśmy z niczym, w bezrozumnym, tępym szoku - opowiada Aziz.Wioska zamieniła się w kłębowisko zmiętej blachy falistej, strzaskanych tyczek namiotów. Kilkuset mieszkańców zostało bez dachu nad głową".
"Pytam, dlaczego tu tak cicho. - Dziś w Al-Arakib mieszka 60 osób. Pięć lat temu było nas dziesięć razy więcej, ale nie dziw się tym, którzy wyjechali. Ile można patrzeć, jak burzą twoje domy i namioty, straszą zwierzęta, doprowadzają dzieci do histerii. My nie jesteśmy z żelaza, boimy się, chcemy spokoju. Jak ludzie, choć jak ludzie nie żyjemy już od wielu lat.Od 2010 roku Al-Arakib było burzone prawie sto razy. Ostatni raz buldożery wjechały na dwa dni przed moją wizytą, lecz ruiny zostały już uprzątnięte. To potwornie nudne kolejnym ekipom wykonującym "demolition order", czyli nakaz wyburzenia, pokazywać dokumenty potwierdzające własność ziemi, pożółkłe ze starości, bo ponad sto lat temu ostemplowane przez otomańskich administratorów Palestyny, a potem potwierdzone przez Brytyjczyków. Stosowne akty, ubrane w foliowe koszulki, wiszą na jednej ze ścian gościnnego namiotu, tak aby każdy mógł je łatwo zobaczyć".
"Zielone patrole" drzewiarzy zatrudnionych przez Jewish National Found zachowują się wokół Al-Arakib jak zbrojne bojówki odbierające ziemię. Ambasadorowie sadzą swoje pinie i wrzucają zdjęcia na Facebooka. Przecież każde nowe drzewo to dar dla świata. Nie mają pojęcia, że akurat ich pinie są - powie szejk Sajah - przeciwko każdemu prawu: ludzkiemu i boskiemu.Dwa tygodnie temu mieliśmy tu wycieczkę żydowskiej młodzieży licealnej z Hajfy - opowiada szejk Sajah, popijając kawę. - Nie chcieli wierzyć, mówili, że to niemożliwe, choć pokazywaliśmy im zdjęcia i filmy. Jedna panienka popłakała się: "Jak państwo może wam to robić, jaka to demokracja? Mój ojciec był z Beduinami na wojnie libańskiej, może uratowali mu życie".Są pełnoprawnymi obywatelami Izraela, tyle że bez praw. Bo tylko im, Beduinom z Negewu, burzy się domy."
Czy powyższe cytaty zostały zaczerpnięte z moich uprzednich wątków? W żadnym wypadku. Pochodzą one z artykułu w Gazecie Wyborczej, opublikowanego kilka dni temu. Paweł Smoleński opisał w nim zbójeckie praktyki grabieży beduińskiego mienia przez władze Izraela. Ostatnimi czasy zachodzą diametralne zmiany jeżeli chodzi o stosunek środowisk liberlano - lewicowych do syjonizmu, Izraela i polityki tego państwa względem Palestyńczyków. Redaktor Smoleński pisze teksty jak wyżej, Jan Hartman - lider polskich ateistów konstatuje, iż w Izraelu jest rasizm (kwesti tej poświęciłem odrębny wątek -
www.racjonalista.pl/forum.php/s,700167), redaktor Jacek Żakowski obwieszcza, iż KOD ( Komitet Obrony Demokracji) powinien być jak Hamas. Jeszcze 10 lat temu takie poglądy byłyby uznane za klasycznie antysemickie i byłyby jako takie bezlitośnie sekowane. Tymczasem obecnie przebijają się do szerokiej publiczności i zaczynają kształtować jej opinię na temat.
Całość na:
wyborcza.p(*)ywatele-wyjeci-spod-prawa.html