>Od początku pojawienia się problemu, to jest zaistnienia epidemii covid - podkreślałem, iż jest >wielce prawdopodobne, że nastąpił wyciek (może kontrolowany) z laboratorium chińskiego w Wuhan - na >co wskazuje szereg mocnych poszlak. Teza jak wyżej z początku była odrzucana stanowczo, a głoszący >ją oskarżani byli o podpisywanie się pod spiskową teorią dziejów. Od pewnego czasu jednak, to jest >od wygranej Bidena, wraca ona jednakże jak bumerang i coraz więcej naukowców się pod nią podpisuje, >prezentując coraz więcej coraz mocniejszych dowodów przemawiających za nią.
To, co mówił nawet największy prezydent, nie ma zasadniczo znaczenia. A przynajmniej nie powinno mieć znaczenia dla naukowca, który ma mówić, jak jest, a nie jak mu karzą. Jeśli sugeruje się zdaniem polityków (obojętnie jakich i obojętnie w którą stronę...), to z niego żaden naukowiec. Bo kto mu teraz uwierzy, że mówi prawdę? Może jakiś inny polityk mu znów coś kazał?
>Skąd ta dziwaczna cezura? To proste. Po...prostu Trump od razu stwierdził, że Chińczycy dali w tyłek >i są odpowiedzialni za wyciek. Jednakże to co mówił Trump, a priori było negowane przez liberalny i >naukowy establishment w USA. Stąd dopóki był on prezydentem, obowiązywała teza, że Chińczycy nie są >za epidemię odpowiedzialni. >Sytuacja jak wyżej jednoznacznie dowodzi skali "sprostytuowania" naukowców oraz zmusza racjonalnego >człowieka do ostrożnego i sceptycznego traktowania opinii które głoszą, zgodnie z maksymą >Kartezjusza. >Słowem, dubito ergo cogito, cogito ergo sum!
Oczywiście, że naukowcy powinni być niezależni od polityków... ale pewnie tak nie jest. I stąd dużo problemów na tym świecie. Trzeba zawsze brać to pod uwagę.
|