W ostatnim numerze "Tygodnika Powszechnego" jest artykuł poświęcony łosiom w Biebrzańskim Parku Narodowym. Jest w nim następujący passus wyrażający opinię strażnika BPN (nazwisko w artykule) znającego teren i realia miejsca, w którym pracuje - a dotyczący genezy ogromnych rozmiarów pożaru który strawił wiosną 2020 r. sporą połać parku: "Moim zdaniem wcale nie chodziło o trawy (podpalanie trawy jako sposób na użyźnianie gleby - Arminius) tylko o zrzuty przekonuje Piotr. Zbieraczom jelenich i łosiowych poroży zdarza się podpalać zakrzewienia żeby się im łatwiej szukało zdobyczy. To był właśnie taki przypadek. Jeszcze się paliło a już w Dolistowie lokalni wsiadali na quady żeby zbierać zrzuty. Widać je było z daleka tak się świeciły. Okolica się wtedy obłowiła, bo jedno takie poroże to w skupie kilkaset złotych". Powiadają że first impression counts. Moje, po zapoznaniu się z poglądem jak wyżej, polegało na mimowolnym skojarzeniu opinii strażnika przyrody ze scenami z filmów pt. "Szalony Max" - w których pozytywny bohater, Mel Gibson/Mad Max, unicestwia ogromne ilości zbydlonych jebańców mknących w furiackim amoku przez pustynię na terenowych wehikułach w poszukiwaniu łupu. Rożnica, niestety, między realem a fikcją filmową jest taka, że w relau nie znalazł się żaden Mel Gibson, który dałby należyty odpór nadbiebrzańskiej barbarii. |