Czytam do poduchy "Remont kapitalny" Sobolewa. Wczoraj smakowałem rozdział opisujący wizytę prezydenta Francji Raymonda Poincare (bliski krewny wybitnego francuskiego matematyka o tym samym nazwisku, którego osiągnięcia splagiatował Einstein) w Rosji/Petersburgu w lipcu 1914 roku. Ostatnim razem taki poziom ekscytacji przy lekturze książki przeżywałem jakieś 10 lat temu pochłaniając "Łaskawych" Lyttela. Rozdział jak wyżej to absolutna perła, najwyszukańszy majstersztyk. Cyzeluję słowo po słowie aby nic nie uronić i za każdym razem gdy przewracam kartkę ogarnia mnie smutek, że koniec tej wyszukanej przyjemności nieuchronnie się przybliża. Najpewniej nie jeden raz będę się rozkoszowywał tą lukullusową ucztą dla oczu!
A oto jej próbka dla posmakowania i nabrania apetytu - fragment opisu defilady rosyjskiej gwardii przed carem i prezydentem Francji
"Powietrze wibrowało od donośnych dźwięków miedzianych i srebrnych trąb połączonych orkiestr, potężna ich fala odrzucała spłoszone ptaki jak wiosenny huragan. Marsz lotaryński, marsz prowincji francuskiej odebranej przez Niemców - rozbrzmiewał nad polem jak przypomnienie, jak obietnica, jak wyzwanie. Wszyscy zrozumieli należycie jego wojowniczą aluzję. Ambasador francuski uśmiechał się pod krótkim sztywnym wąsem, ambasador niemiecki zastygł w pozie wyniosłej i zimnej wściekłości. Cesarz z bladym uśmiechem zerkał na prezydenta, od wspaniałego widowiska biła potęga i blask.
Raymondzie Poincare powinien się pan cieszyć - oto gwardia cesarza rosyjskiego, tresowana po azjatycku straszliwa horda, prowadzona przez ludzi z najlepszych rodów w kraju, mięsista pięść cesarza rosyjskiego, która nieraz już groziła Francji, teraz w szale oddania defiluje przed panem, synem ujarzmionej Lotaryngii w obecności ambasadorów Niemiec i Austrii, defiluje przy dźwiękach marszu lotaryńskiego - tego samego marsza, który na terenach Alzacji i Lotaryngii jest hymnem zakazanym przez władze niemieckie"
Rozdział jak wyżej zawiera fragment w, w którym potężny rosyjski mużyk - grenadier podnosi na swej jednej ręce w górę francuskiego wojaka drobnej postury i trzyma go w takiej pozie przez czas potrzebny do odegrania dwóch hymnów państwowych. Początkowo scena owa wywołuje olbrzymi aplauz publiki, jednakże rzucona niby przypadkiem uwaga, iż jest to wyśmienita alegoria relacji francusko - rosyjskich w roku 1812 - powoduje natychmiastową zmianę nastroju i pechowy mużyk, miast zostać bohaterem dnia, zostaje dotkliwie upokorzony. Ciekawym czy scena jak wyżej w rzeczywistości miała miejsce? Bo sama wizyta, jak najbardziej i miała ona duże (chyba niedoceniane należycie) znaczenie w procesie krystalizowania się wybuchu wojny.
Jest kilkuminutowy film z uroczystości opisanych przez Sobolewa. Stanowi fenomenalne dopełnienie Jego genialnej prozy.
www.youtube.com/watch?v=TlZ-SeFwKUk