Czterdzieści miast - w co najmniej tylu miejscach w całym Iranie od poniedziałku trwa wielki, trzydniowy strajk generalny. Strajkują biznesmeni w Teheranie, Isfahanie, Meszhedzie, Szirazie, Karadzie i innych miastach. W samym Kurdystanie, gdzie od tygodni dochodzi do największych protestów, według organizacji broniącej praw człowieka Hengaw strajki objęły dziewiętnaście miast.
Zamknięte są sklepy i firmy, nie pracują kierowcy ciężarówek, a aktywiści zapowiadają, że w środę, oprócz strajku, w Teheranie odbędą się wielkie protesty.
Irańczycy strajkują i planują dalsze protesty, choć w weekend prokurator generalny Mohammad Dżafar Montazeri zasugerował, że rozwiązano obyczajówkę pilnującą, czy kobiety przestrzegają przepisów regulujących ich strój i każących zasłaniać włosy.
To właśnie brutalna interwencja jej funkcjonariuszy doprowadziła w połowie września do śmierci 22-letniej Mahsy Amini, po czym wybuchły trwające do dziś protesty uznawane za największe od dekad wyzwanie dla reżimu ajatollahów. Podczas starć z bezpieką zginęło co najmniej 400 osób, wśród nich kilkadziesięcioro dzieci. Z kolei ONZ szacuje, że kilkanaście tysięcy osób wsadzono do aresztów.
Jak podaje "New York Times", w poniedziałek informację o rozwiązaniu policji obyczajowej potwierdził Ali Chan Mohammadi, rzecznik komisji ds. przestrzegania wartości moralnych. Zastrzegł jednocześnie, że teraz rząd zdecyduje, czy obyczajówka przyjmie inną formę i zaznaczył, że wprowadzone zostaną "nowsze, bardziej nowoczesne i bardziej szczegółowe metody promowania noszenia hidżabu i zasad moralności". Z kolei prezydent Ebrahim Raisi w weekend stwierdził w telewizyjnym wywiadzie, że "są metody i mechanizmy wdrażania prawa, którym należy się przyjrzeć".
W poniedziałek w świętym dla szyitów mieście Kom, na demonstracji skrzykniętej w obronie hidżabu, wystąpił parlamentarzysta Hossein Dżalali, członek komisji ds. kultury, który zapewnił, że rząd nie zrezygnuje z nakazu zasłaniania włosów. - Nie ugniemy się, nie porzucimy hidżabu i polityki na rzecz czystości, bo musielibyśmy porzucić całą Islamską Republikę - tłumaczył. - Hidżab jest naszą flagą, nie pozwolimy, by opadła - dodał. Kilka dni wcześniej w wywiadzie dla państwowej telewizji wygrażał, że władze "podniosą cenę braku hidżabu albo źle noszonego hidżabu". - Dowiedzą się, że jeśli nie będą posłuszni prawu, słono za to zapłacą - przekonywał i dodał, że rząd "ma już opracowany dobry plan".
Choć doniesienia o rozwiązaniu policji obyczajowej zelektryzowały zachodnie media, w Iranie wywołały sprzeczne reakcje. Aktywiści ostrzegają, że to czysto propagandowe posunięcie, które ma uspokoić nastroje i zniechęcić do protestowania. Demonstranci od tygodni żądają już nie tylko zerwania z brutalnością służb, ale zmiany całego reżimu, likwidacji Islamskiej Republiki i powołania świeckiego rządu.
Jednocześnie irańskie media podają, że na ulicach co ważniejszych religijnie miast wyraźnie zwiększyła się liczba patroli funkcjonariuszy pilnujących, czy kobiety noszą hidżab, a właściciele sklepów dostali polecenie od policjantów, by kazać klientkom zasłaniać włosy.
Jak opisuje z kolei agencja informacyjna Tasnim, w centrum handlowym w Teheranie w poniedziałek zamknięto miejscowe wesołe miasteczko, bo jego pracownice nie miały właściwie założonych hidżabów.
Także cytowana w "Guardianie" gazeta "Ham-Mihan" potwierdza, że choć z ulic Teheranu policja obyczajowa praktycznie zniknęła tuż po śmierci Mahsy Amini, w innych częściach kraju liczba patroli wyraźnie rośnie. Kobiety bez hidżabów są też atakowane przez basidżich - brutalne bojówki na usługach reżimu.
"Guardian" cytuje irańską dziennikarkę z Teheranu, która potwierdza, że rozwiązanie obyczajówki w Teheranie to czysta formalność. - Służby bezpieczeństwa zajmują się tłumieniem protestów, nie mają możliwości pilnować, czy kobiety noszą hidżaby - tłumaczy. - Patrole, które wcześniej widywaliśmy, kompletnie zniknęły, kiedyś podczas demonstracji przeszłam bez hidżabu obok funkcjonariuszy Gwardii Rewolucyjnej. Patrzyli na mnie z wściekłością, ale nic nie zrobili - dodaje.
Zgodnie z prawem każda Iranka, która skończyła siedem lat, musi zakrywać włosy w miejscach publicznych albo popełnia "wykroczenie przeciwko publicznej skromności i moralności". Jednak miejscowe kobiety od lat zarzucają szal luźno, odsłaniając część włosów, zdejmują go w samochodzie, a na nartach zamieniają na kask.
Jednak po wyborze w ubiegłym roku na prezydenta radykała, Ebrahima Raisiego, mocno wzrosła liczba patroli w miastach, a kobiety zaczęto zamykać za "niewłaściwie założony hidżab". Na posterunkach musiały podpisywać zobowiązanie, że nigdy więcej nie złamią przepisów dotyczących stroju, a przy okazji - przejść skrócony kurs właściwego zachowania. Mahsa Amini została zabrana przez funkcjonariuszy właśnie na takie szkolenie.
Policjanci z obyczajówki dawali się we znaki nie tylko kobietom - karali także kierowców wiozących Iranki bez hidżabu i organizatorów eventów, gdzie - zdaniem funkcjonariuszy - mogło dochodzić do "niezgodnych z islamem" zachowań.
Jeśli nawet potwierdzą się doniesienia o likwidacji policji obyczajowej i patrole znikną także z innych miast poza stolicą, w Iranie nadal obowiązuje prawo, które każe kobietom nosić długie, luźne ubrania i zasłaniać włosy chustą. Na razie nic nie wskazuje na to, by władze zamierzały zmienić przepisy, które stanowią jeden z fundamentów Islamskiej Republiki, choć nie jest jasne, w jaki sposób prawo będzie teraz egzekwowane.
Jednocześnie rząd próbuje studzić nastroje. Choć od tygodni upiera się, że demonstracje zamierają, dziś przyznaje, że wiele sklepów zamknięto. A prezydent Raisi i przewodniczący parlamentu, Mohammad Kalibaf, obiecali, że w środę odwiedzą stołeczne uczelnie i będą rozmawiać ze studentami o reformach. Poprzednie próby podjęcia takich negocjacji skończyły się wypędzeniem oficjeli z uniwersytetów.
wyborcza.p(*)cie.html#S.TD-K.C-B.1-L.1.duzy