Po niedawnym pogrzebie zacząłem się zastanawiać nad rolą domów pogrzebowych w całym procesie przeżywania żałoby. Cała relacja z instytucją kończy się właściwie w momencie zamknięcia trumny czy odebrania urny. Jest to zrozumiałe z perspektywy usługowej – usługa została wykonana, formalności załatwione. Ale czy to nie za mało?
Śmierć bliskiej osoby to nie tylko wydarzenie prawne czy logistyczne. To także (a może przede wszystkim) kryzys egzystencjalny, emocjonalny, czasem duchowy. Wiele osób zostaje z tym wszystkim zupełnie samych – rodzina nie zawsze rozumie, znajomi milkną, a kultura społeczna spycha temat żałoby na margines. Zostaje pustka i cisza.
Dlatego zastanawiam się: czy domy pogrzebowe nie powinny pełnić również roli wspierającej – np. poprzez tworzenie wspólnot ludzi pogrążonych w żałobie?
Nie mam na myśli nachalnych ofert czy „abonamentów na wsparcie”, ale np.:
– otwartych grup rozmów dla osób w żałobie,
– delikatnego kontaktu po miesiącu („czy wszystko w porządku?”

,
– rocznicowych upamiętnień,
– platform online do dzielenia się wspomnieniami,
– współpracy z psychologami żałoby.
Czy taka forma dbałości nie byłaby bardziej ludzka, a przy okazji – nie paradoksalnie – bardziej racjonalna? Bo przecież racjonalizm nie musi oznaczać chłodu. Racjonalnie jest uznać, że człowiek cierpiący potrzebuje kontaktu, empatii i struktur, które pomogą mu przejść przez ten trudny czas.
Ciekaw jestem, co o tym sądzicie. Czy to zadanie dla usług pogrzebowych, czy raczej sfery psychologii, Kościoła, świeckich stowarzyszeń? A może właśnie brakuje jakiegoś „trzeciego sektora żałoby”, który mógłby działać ponad podziałami?