Czym jest czas, jeśli nie wykwitem entropicznej konieczności, estetycznym kaprysem drugiej zasady termodynamiki?
Zamiast linearnego kontinuum, którym się jawi, czas zdaje się być nie tyle fundamentalnym składnikiem rzeczywistości, ile emergentnym cieniem, rzuconym przez rosnącą złożoność układów termodynamicznych.
Rozważmy to: druga zasada termodynamiki, która nieubłaganie pcha nas ku wzrastającej entropii, w istocie ustanawia kierunek, w którym postrzegamy czas - od ładu do nieładu, od możliwości do zaktualizowania.
W równaniu Boltzmanna:
S = k_B \ln \Omega
gdzie S to entropia, k_B to stała Boltzmanna, a \Omega to liczba możliwych mikrostanów, zawiera się fundamentalna strzałka czasu.
Ale czy czas jest naprawdę pierwotny? Czy może jest jedynie mentalną reprezentacją procesów, które dla nas wydają się nieodwracalne?
Jeśli czas istnieje jedynie dzięki entropii, czy jego natura jest uniwersalna? W mikroskali kwantowej, gdzie procesy są zasadniczo odwracalne, czas zdaje się tracić swoją dominującą rolę. Równania Schrödingera są bowiem symetryczne względem odwrócenia czasu, jakby kwantowe systemy drwiły sobie z makroskopowej nieodwracalności.
Czyż nie jest zatem tak, że nasze doświadczenie czasu wynika z ograniczonej percepcji - z faktu, że jako istoty termodynamiczne istniejemy w ramach procesów dysypatywnych? Przypomnijmy sobie teorię Penrose'a o zapaści grawitacyjnej: to malejąca złożoność wczesnego Wszechświata (niska entropia stanu początkowego) ustanowiła kierunek ewolucji kosmicznej, a zatem i czas.
A co z naszymi myślami, naszymi wspomnieniami? Czy są one jedynie strukturami informacyjnymi wyrzeźbionymi przez entropię? Czy świadomość jest jedynie lokalnym węzłem uporządkowania, próbującym przeciwstawiać się termodynamicznej fali nieodwracalności?
W końcu, czy czas, który tak czule przytulamy jako podstawę naszej egzystencji, nie jest tylko złudzeniem, rzucanym przez wszechświat na termodynamiczną zasłonę?
W świecie bez entropii czas nie miałby znaczenia - czyż nie?
|