Czy wrócą mroczne czasy, gdy z kobiecego wyglądu można było się naigrywać, dzieci bić, psy trzymać na łańcuchu czy nawet ciągnąć je za samochodem? Za tymi dramatycznymi świadectwami tego, jak sceny codzienności były kiedyś reżyserowane przez normy, które dziś rozpoznajemy jako przemocowe tęsknią jeszcze różnej maści Czarnki. To co kiedyś uchodziło za „normalne”, było w istocie scenografią cierpienia. Kobieta była traktowana jak dekoracja sceny, nie jak jej współautorka, zaś bicie dzieci uchodziło za „wychowanie”, a nie przemoc. Dziecko nie miało głosu — jego ciało było sceną cudzych emocji i frustracji. Zwierzęta traktowano jak narzędzia, nie jak towarzyszy. Empatia wobec zwierząt była marginalna — ich cierpienie niewidzialne. Echo tamtych aktów wciąż rozbrzmiewa w naszej społeczności. Mitologizacja „dawnych dobrych czasów”, które były dobre tylko dla wybranych ma się dobrze. To co najbardziej zaskakuję, to to, że ci którzy przypieli sobie łatkę wolnościowców znajdują wspólny język z Czarnkami. Wspólnie próbują cofać obyczajność do wzorców hierarchii, kontroli, dominacji. Pamiętajcie jednak, że oto te Czarnki wraz z WOLNOśCIOWCAMI zamiast otwierać kurtynę będą zasłaniać ją dekretami. Dlatego wsadźcie Czarnki i inne Zera do KOJCA, dajcie im metalową michę, byle tylko nie urządzali nam więcej życia. |