>Parmenides twierdzi, że wszystko pochodzi albo z niczego, albo z czegoś. Ponieważ "nic" >nie może istnieć, utrzymuje on, że wszystko musi wywodzić się z czegoś. Czyż nie zakłada przy tym, >że związek przyczynowo-skutkowy jest prawem natury? Czy coś nie mogłoby po prostu istnieć, nie >wywodząc się z niczego? >Przepraszam, jeśli brzmi to głupio - dopiero zaczynam zgłębiać filozofię i nie jestem >ekspertem ani w dziedzinie myśli Parmenidesa, ani Hume'a. To bardzo sensowne pytanie. Warto jednak doprecyzować: Parmenides nie tyle twierdził, że wszystko musi pochodzić z czegoś, ile podważał samą możliwość powstawania. Jeżeli coś miałoby powstać z niebytu, pojawia się problem: niebyt nie jest czymś, z czego cokolwiek mogłoby się wyłonić. Jeżeli natomiast miałoby powstać z bytu, to byt już jest - nie trzeba wyjaśniać jego zaistnienia.
W tej argumentacji chodzi więc przede wszystkim o rozróżnienie bytu i niebytu, a nie o przyjęcie prawa przyczynowości w rodzaju "każde zdarzenie ma przyczynę". W radykalnym ujęciu Parmenidesa byt nie powstaje ani nie ginie, a zatem nie ma też początku wymagającego przyczyny.
Twoje pytanie "czy coś nie mogłoby po prostu istnieć?" trafia zatem w sedno. Parmenidesowski byt właśnie istnieje, zamiast z czegoś powstawać. Trzeba tylko odróżnić "istnieć bez początku" od "zacząć istnieć bez przyczyny" - to dwie różne możliwości.
Hume zajmuje się innym problemem: skąd wiemy, że między zdarzeniami zachodzi konieczny związek przyczynowy? Według niego doświadczenie pokazuje nam powtarzające się następstwo zdarzeń, ale nie samą konieczność ich połączenia. To podważa podstawę naszej pewności co do przyczynowości, nie stanowi jednak dowodu, że rzeczy rzeczywiście powstają bez przyczyn.
|