Racjonalista - Strona głównaDo treści


Fundusz Racjonalisty

Wesprzyj nas..
Zarejestrowaliśmy
180.383.016 wizyt
Ponad 1064 autorów napisało dla nas 7340 tekstów. Zajęłyby one 28964 stron A4

Wyszukaj na stronach:

Kryteria szczegółowe

Najnowsze strony..
Archiwum streszczeń..

 Zamierzasz się zaszczepić na SARS-CoV-2?
Tak
Raczej tak
Raczej nie
Nie
Poczekam jeszcze z decyzją
  

Oddano 2558 głosów.
Chcesz wiedzieć więcej?
Zamów dobrą książkę.
Propozycje Racjonalisty:
Sklepik "Racjonalisty"

Złota myśl Racjonalisty:
"Grecy dokonali odkrycia największego z dokonanych przez ludzkość: odkryli potęgę rozumu."
 Nauka » Biologia » Antropologia » Nauki o zachowaniu i mózgu » Psychologia sądowa

W poszukiwaniu genu agresji [1]
Autor tekstu:

W lutym 1992 roku rada do spraw zdrowia psychicznego zebrała się w Waszyngtonie na jedno ze swych rutynowych posiedzeń. Choć temat był ważki — gwałtowne przestępstwa jako problem zdrowia publicznego — nic nie zapowiadało, że słowa, jakie padną w dyskusji ekspertów, staną się przedmiotem politycznych kontrowersji, co w efekcie doprowadzi do odwołania planowanego w tym samym roku spotkania naukowego na temat: „Czynniki genetyczne w zachowaniach przestępczych: fakty, znaczenie praktyczne oraz implikacje". Frederick Goodwin, dyrektor federalnej agencji ds. alkoholizmu, narkomanii i zdrowia psychicznego (Alcohol, Drug Abuse, and Mental Health Administration, w skrócie ADAMHA) właśnie kończył swe wystąpienie, kiedy coś go podkusiło, by podzielić się z zebranymi spontaniczną refleksją na temat pewnego podobieństwa, jakie można dostrzec w zachowaniu samców należących do rozmaitych gatunków z rzędu naczelnych, na przykład samców rezusów i Homo sapiens. „Jeśli spojrzymy, dajmy na to, na samce małp — rozmyślał na glos Goodwin — zwłaszcza w ich naturalnym dzikim środowisku, to okazuje się, że zaledwie mniej więcej połowa z nich dożywa wieku dojrzałego. Pozostała połowa umiera gwałtowną śmiercią. Jest to dla tych samców czymś naturalnym, że się wzajemnie mordują — i w istocie zachowanie takie ma pewne interesujące implikacje ewolucyjne, ponieważ te same ponadprzeciętnie agresywne małpy, które zabijają swych współplemieńców, są także ponadprzeciętnie aktywne seksualnie i kopulują z większą liczbą samic". Goodwin był prawdopodobnie w tym momencie zaabsorbowany swymi myślami i nie zauważył, iż jego niestosowne uwagi tak rozgniewały obecną na sali Dolores Parron z Narodowego Instytutu Zdrowia Psychicznego (gdzie była wicedyrektorem do spraw specjalnych populacji), że ostentacyjnie opuściła ona zebranie. Zamiast się pomiarkować, Goodwin dalej snuł swoje hipotezy: „Można by się zastanowić, czy załamanie się struktury społecznej w niektórych grupach populacji w naszym społeczeństwie, a w szczególności w stresogennych regionach wielkomiejskich, nie spowodowało też utraty pewnych cech ewolucyjnych, których akumulacja wymagała bardzo długiego czasu. Być może kiedy niektórzy mówią o pewnych dzielnicach pewnych miast jako o "dżungli", jest to coś więcej niż niefortunnie dobrane słowo. Może mamy do czynienia z powrotem do sytuacji, w pewnym sensie bliższej stanowi naturalnemu, w której następuje odrzucenie wielu elementów kontroli społecznej, jaką sami sobie narzuciliśmy jako cywilizacja w ciągu tysięcy lat naszej ewolucji".

Nie ulega kwestii, iż był to niefortunny dobór słów. Goodwin powinien zdawać sobie sprawę, że społeczność, w której żyje, aczkolwiek wysoko sobie ceni zagwarantowaną w konstytucji amerykańskiej wolność słowa, nie tylko nie pochwala pewnych skojarzeń, ale wręcz aktywnie je tępi. Dyrektor ADAMHA popełnił klasyczny grzech „politycznej niepoprawności", w tym wypadku polegający na „braku społecznej wrażliwości", „obwinianiu ofiar" czy nawet — jak twierdziło wielu jego późniejszych oskarżycieli — rasizmie.

Goodwin wkrótce po opisanym incydencie przestał być dyrektorem ADAMHA, a po dwu latach zrezygnował także ze stanowiska dyrektora Narodowego Instytutu Zdrowia Psychicznego. Stał się on ofiarą splotu okoliczności, których znaczenie poważnie wykraczało poza kwestię jego osobistej roli w całej aferze i których częściowe choćby zrozumienie wymaga kilku obszernych dygresji. Goodwin wkroczył bowiem na niebezpieczny teren, gdzie polityka i ideologia splatają się w nierozerwalny sposób z naukami biologicznymi, a także z refleksją społeczną i kulturalną w najszerszym sensie tego słowa. Poruszając się po tym zdradliwym terytorium, wykazał brak przezorności, za co zapłacił utratą stanowiska.

Okolicznością o zasadniczym znaczeniu w całej sprawie jest fakt, że Ameryka jest krajem niebezpiecznym, który w statystykach liczby zabójstw zajmuje niezagrożoną pierwszą pozycję wśród wszystkich gospodarczo rozwiniętych krajów świata. W tym samym 1992 roku, kiedy toczyły się obrady konferencji na temat genetycznych uwarunkowań przestępczości, ponad 26 tysięcy Amerykanów padło ofiarą morderstwa. Co więcej, jak wskazują statystyki dotyczące aktów przemocy (w 1992 roku zarejestrowano ich 6 milionów), nieproporcjonalnie wielka liczba zarówno ofiar, jak i sprawców należy do „mniejszościowych grup etnicznych", co jest eufemizmem oznaczającym ciemny kolor ich skóry. Wśród czarnych, którzy zresztą wolą, by ich nazywać Afroamerykanami, szansa śmierci z ręki zabójcy wynosi, w wypadku mężczyzn, 1 na 27, podczas gdy w wypadku białych 1 na 205. Podobna dysproporcja dotyczy kobiet: 1 na 117 wśród Afroamerykanów i 1 na 496 u białych. Liczby te nie są dowodem otwartej wojny rasowej, bowiem aż 94% czarnych, ofiar zabójstw, ginie z ręki innych czarnych. Wśród aresztowanych pod zarzutem aktów gwałtu 45% stanowią Afroamerykanie, których liczbowy udział w całości populacji wynosi 12%. Statystyki penitencjarne ogłoszone w 1992 roku wskazywały, że na każdych trzech czarnych młodych amerykańskich mężczyzn jeden znajduje się pod opieką systemu wymiaru sprawiedliwości — w areszcie śledczym, pod kuratelą sadową lub w więzieniu. Więcej czarnych ociera się o więzienie niż o wyższą uczelnię...

W świetle tych statystyk może trochę łatwiej zrozumieć tragiczny fakt społeczny, że w masowej wyobraźni Ameryki zbrodnia ma czarną twarz i że nieufność i strach, z jakimi wielu białych traktuje młodych czarnych mężczyzn — szczególnie gdy widzi ich w grupie, po zmroku i na ulicy wielkiego miasta — mają, niestety, racjonalne przyczyny. Choć jak wielu białych Amerykanów mojej (średniej) klasy mieszkam z dala od wielkomiejskiego centrum (amerykański koncept inner city, czyli „ miasta wewnętrznego", ma wyraźnie rasowe konotacje), w jednorodzinnym domku z ogrodem, na podmiejskim osiedlu tak bezpiecznym, że mogę bez obawy zostawić otwarte drzwi, wychodząc do sąsiada (też najczęściej białego), liczby te są dla mnie czymś więcej niż statystyczną abstrakcją. Przez pięć lat, zanim cięcia w budżecie stanowym spowodowały zawieszenie większości programów edukacyjnych w zakładach karnych, prowadziłem wykłady w więzieniu o najostrzejszym rygorze, które z niezamierzoną zapewne ironią nazwano Great Meadow, czyli Wielka Łąka. Połowę studentów mojej klasy (wśród nich wielu tych najbardziej obiecujących) stanowili czarni z Nowego Jorku. Na pozostałych mniej więcej po równo składali się biali i Latynosi…

Rzeczywistość społeczna, z jaką przez te lata stykałem się tydzień po tygodniu, rodzi bardzo trudne i drażliwe pytania, na które odpowiedzi są często uproszczeniami lub są po prostu nieprawdziwe. Dwie opinie tak skrajne, że nie może być między nimi konstruktywnego dialogu, to z jednej strony, stanowisko otwarcie rasistowskie, z drugiej — radykalnie liberalne. Rasiści — a od razu trzeba podkreślić, że ich poglądy nie są tolerowane przez przeważająca większość przyzwoitych Amerykanów — uważają istniejący stan rzeczy za dowód rasowej niższości czarnych, przejawiającej się atrofią świadomości moralnej. Liberałowie („liberalny" w Ameryce oznacza mniej więcej to samo co u nas „lewicowy") przyczynę wysokiego poziomu przestępczości wśród Afroamerykanów widzą w „systemie społecznej niesprawiedliwości" i „historycznym braku równych szans na sukces". W zasadzie diagnoza ta, formułowana mniej lub bardziej radykalnie, jest akceptowana przez sporą część intelektualistów, czyli tej grupy społeczeństwa amerykańskiego, z którą mam codzienny kontakt. W wypadkach skrajnych, szczególnie licznych wśród duchowych spadkobierców romantycznego buntu lat sześćdziesiątych, przedstawiciele „historycznie dyskryminowanych" mniejszości etnicznych, odbywający kary więzienia za zabójstwa bądź napady z bronią w ręku, są po prostu uznawani za więźniów politycznych w amerykańskim wydaniu.

Ta dychotomia poglądów na temat etiologii zachowań kryminalnych, przełożona na kategorie mniej politycznie zapalne, może być sformułowana jako pytanie: czy ludzie rodzą się zbrodniarzami, czy też się nimi stają? I choć obie przeciwstawne kategoryczne odpowiedzi mogą, w przekonaniu ich zwolenników, stanowić w pełni zadowalające wyjaśnienie przyczyn istniejącego stanu rzeczy, żadna nie daje nadziei na postęp w rozwiązaniu problemu. Pogląd, że skłonność do przestępstwa jest wrodzona (i, być może, wykazuje jakąś rasową korelację), jest fatalistyczny i z góry wyklucza możliwość skutecznej prewencji. Z kolei obarczanie społeczeństwa wyłączną winą za czyny jednostki prowadzi do logicznego wniosku, że należy zmierzać do zmiany postępowania nie jednostek, ale całego społeczeństwa. Co gorsza, nikt dokładnie nie wie, w jakim kierunku owe zmiany miałyby podążać: zwolennicy zaostrzenia rygorów i stronnicy większej tolerancji i poszanowania wolności osobistej stanowią mniej więcej podobnie liczne grupy.

Nie trzeba być wybitnym psychologiem społecznym, by uświadomić sobie, że — jak zwykle — prawda leży pośrodku. Przyczyn endemicznej przestępczości w społeczeństwie amerykańskim należy szukać w złożonym splocie czynników zarówno psychologicznych, jak i socjologicznych, historycznych, ekonomicznych, kulturowych i biologicznych. Przestępczość w Ameryce nie jest oczywiście problemem czarnych, tylko problemem społeczeństwa amerykańskiego. Wiele tomów napisano na temat tradycyjnej agresji w kulturze amerykańskiej, romantycznego uwznioślenia etosu Dzikiego Zachodu z jego „prywatną sprawiedliwością", na temat fascynacji bronią palną i łatwego do niej dostępu, a także na temat przemian ekonomicznych, które w ostatnich dziesięcioleciach pozbawiły miliony Amerykanów (szczególnie tych gorzej wykształconych) nadziei na materialny sukces oparty na ciężkiej pracy i oszczędności. Wszystko to jednak nie zbliża nas do odpowiedzi na pytanie, dlaczego w tych samych warunkach jedni ludzie wyrastają na odpowiedzialnych i przyzwoitych obywateli, inni zaś na kryminalistów. Przyczyny tego, przynajmniej częściowo, muszą mieć charakter indywidualny, a może też — w części biologiczny. Pytanie: w jakiej części? — zostało z całą ostrością postawione w związku z pewną sprawą sądową, która toczyła się w tym samym mniej więcej okresie.

Pewnego dnia 1991 roku dwudziestopięcioletni Stephen „Tony" Mobley wszedł z pistoletem w ręku do lokalu Domino Pizza w jednym z miast swego rodzinnego stanu Georgia, zażądał wydania dziennego utargu, po czym z zimną krwią zabił strzałem w tył głowy sprzedawcę, który na kolanach błagał go o darowanie mu życia. Wychodząc zażartował, że skoro zwolniła się właśnie jedna posada, może złoży podanie o przyjęcie do pracy. Wina Mobleya była tak oczywista, że sąd stanowy bez większych wahań skazał go na karę śmierci. Sprawa, jedna z dziesiątków tysięcy podobnych przypadków, nie trafiłaby do prasy krajowej, gdyby nie to, że obrońca Mobleya, mecenas Daniel Summer, postanowił sumiennie wykonać swój obowiązek do końca. Sąd przysięgłych nie dopatrzył się żadnych okoliczności łagodzących: Mobley jest biały, wychował się w zamożnej rodzinie, dzieciństwo miał szczęśliwe i nie był ofiarą molestowania seksualnego. Jak się wydaje, zabijanie ludzi po prostu sprawiało mu przyjemność.


1 2 3 Dalej..

 Po przeczytaniu tego tekstu, czytelnicy często wybierają też:
Zimni, agresywni, zabójczy...
Czy człowiek jest z natury zły?


« Psychologia sądowa   (Publikacja: 28-09-2004 Ostatnia zmiana: 26-07-2005)

 Wyślij mailem..     
Wersja do druku    PDF    MS Word

Krzysztof Szymborski
Historyk i popularyzator nauki. Urodzony we Lwowie, ukończył fizykę na Uniwersytecie Warszawskim. Posiada doktorat z historii fizyki. Do Stanów wyemigrował w 1981 r. Obecnie jest wykładowcą w Skidmore College w Saratoga Springs, w stanie Nowy Jork.
Jest autorem kilku książek popularnonaukowych (m.in. "Na początku był ocean", 1982, "Oblicza nauki", 1986, "Poprawka z natury. Biologia, kultura, seks", 1999). Współpracuje z "Wiedzą i Życie", miesięcznikiem "Charaktery", "Gazetą Wyborczą", "Polityką" i in.
Dziedziną jego najnowszych zainteresowań jest psychologia ewolucyjna, nauka i religia. Częstym wątkiem przewijającym się przez jego rozważania jest pytanie o wpływ kształtowanych przez ewolucję czynników biologicznych i psychologicznych na całą sferę ludzkiej kultury, a więc na nasze zachowania, inteligencję, życie uczuciowe i seksualne, a nawet oceny moralne.

 Liczba tekstów na portalu: 31  Pokaż inne teksty autora
 Najnowszy tekst autora: Mężczyzna niepotrzebny
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl. Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie, bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
str. 3645 
   Chcesz mieć więcej? Załóż konto czytelnika
[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365