Racjonalista - Strona głównaDo treści
Dzieci za wszelką cenę

Ten wątek jest przedawniony

Działy Forum » Nauka
NapisanoAutorTytuł
24-10-2012 13:16Hodża (11172 punktów)Dzieci za wszelką cenę
Ocena 3 na 13
Na marginesie wywiadu w RMF z rzecznikiem Konferencji Episkopatu Polski, ks. J. Klochem
fakty.inte(*)iec-posiadac-dzieci-za,1855829

Sprawa in vitro wałkuje się w naszym kraju od dwudziestu lat i Polska ponoć jest jedynym krajem europejskim, w którym ta technologia nie jest uregulowana prawnie. To skandal, ale nie o tym chcę tu powiedzieć. Również nie chcę się skupiać na kwestii aborcji, którą Kościół wykorzystuje jako najważniejszy powód swojego sprzeciwu dla tej metody leczenia niepłodności (czy też, jak to przedstawia Kościół, "obchodzenia" problemu).

Chcę mianowicie zwrócić tu uwagę na jedno zdanie księdza, z którym muszę się zgodzić, jakkolwiek w całym tym wywiadzie nie znalazłem dla niego tych uzasadnień, które ja dostrzegam w kontekście rozwoju technologii: "Nie jest etyczne chcieć posiadać dzieci za wszelką cenę" .

Otóż, moim zdaniem, rozwijanie technologii pozaustrojowego zapłodnienia jest drogą, która prędzej czy później zaprowadzi ludzkość w ślepy zaułek. Uważam, że posiłkowanie się technologią, aby zrekompensować niepłodność, która być może również ma jakiś związek z genetycznymi uwarunkowaniami osób, które nie posiadają dzieci, stanowić będzie jeszcze jeden sposób na utrwalanie w populacji materiału genetycznego, który nie został poddany selekcji naturalnej. Kiedyś rolę takiego selektora stanowiły choroby wieku dziecięcego; dziś, wraz z postępem medycyny, z masowymi szczepieniami, nie spełniają one tej roli. Jakkolwiek nikt nie robił chyba badań tego procesu (byłoby to chyba "niepoprawne politycznie") można domniemywać, że przynajmniej część z nieuleczalnych genetycznych chorób, które pojawiają się ostatnio wśród dzieci częściej, niż np. 100 lat temu może mieć związek z osłabieniem przez postęp cywilizacyjny (nie tylko medyczny) procesów naturalnej selekcji. Wiem, że to brzmi dość brutalnie, ale biologia jest brutalna.

Kiedy uzna się za normę pośrednictwo pozaustrojowych technik zapłodnienia, nie będzie już w przyszłości żadnych oporów przed tym, by np. leczyć genetycznie niektóre choroby, wtedy, kiedy takie techniki zostaną opracowane. Pojawi się kwestia granicy - kiedy dopuszczalne etycznie będzie ingerowanie w genom zarodka? Czy usunięcie genu odpowiedzialnego za zwiększone ryzyko nowotworu jest etyczne, ale genu odpowiedzialnego np. za ryzyko wystąpienia wad wzroku już nie? Nawet powiem, że dziwi mnie, iż Kościół nie dostrzega tego zagrożenia ukrytego w zaakceptowaniu pośrednictwa technologii w procesie prokreacji człowieka. Jakkolwiek nie polega on na obecnym etapie ludzkiej wiedzy na bezpośrednim ingerowaniu w genom, to pośrednio już jest (poprzez powoływanie do życia dzieci, spośród których część będzie obdarzona genami, które z jakichś powodów wywołują niepłodność, zatem "powinny" ulec usunięciu z puli genowej) a co więcej - stanowi precedens i otwarcie drogi, na której horyzoncie rysuje się tworzenie hybrydy człowieka i urządzeń technologii medycznej, o eugenice nie wspominając.

Chyba mogę mieć rację, że taka perspektywa jest niepokojąca.

Kościół natomiast, nie dopuszczając aborcji w żadnym przypadku, sprowadza postulat ochrony życia do absurdu. Wiadomo bowiem, że są przypadki tak uszkodzonych płodów o praktycznie nie rozwiniętym mózgu (może tu medycy powinni raczej zabrać głos, jak bardzo zdegenerowany może być płód), żądanie urodzenia których jest, moim zdaniem, aktem nieludzkim wobec kobiety, która by chciała poddać się aborcji w takim przypadku. (Tutaj zamieszczam link do strony, której wiarygodności nie potrafię ocenić, jednak podejrzewam, że są to zdjęcia prawdziwe: www.wykop.(*)rzadkich-wad-wrodzonych-plodu/ UWAGA, tylko dla osób o bardzo silnych nerwach).
Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.

24-10-2012 14:06
 Ocena 11 na 11
finerbijk (17282 punktów)
>Otóż, moim zdaniem, rozwijanie technologii pozaustrojowego zapłodnienia jest drogą, która prędzej czy później zaprowadzi ludzkość w ślepy zaułek. Uważam, że posiłkowanie się technologią, aby zrekompensować niepłodność, która być może również ma jakiś związek z genetycznymi uwarunkowaniami osób, które nie posiadają dzieci, stanowić będzie jeszcze jeden sposób na utrwalanie w populacji materiału genetycznego, który nie został poddany selekcji naturalnej.
Rak też jest mechanizmem selekcji naturalnej? Jakie jeszcze inne choroby? Pewnie wszystkie. Medycyna jest w ogóle potrzebna?
Jednakże, moim zdaniem, jedynym rozsądnym argumentem za nie finansowaniem lub finansowaniem z budżetu procedur in vitro są kwestie demograficzne. Czy dla państwa to się opłaca czy nie. Egoistyczna chęć posiadania dziecka z odziedziczonymi genami, powinna być sprawą drugorzędną, zastrzeżoną do praktyk opłacanych z prywatnych środków.
Na dyskusje w kwestiach dziedziczenia dobrych czy złych genów jest już dawno za późno.
24-10-2012 14:14
 Ocena 17 na 17
Ojciec Ateusz (9201 punktów)
> Chcę mianowicie zwrócić tu uwagę na jedno zdanie księdza (...): "Nie jest etyczne chcieć posiadać dzieci za wszelką cenę"

Ksiądz tutaj - zapewne nieświadomie - argumentuje za aborcją ze względów medycznych?

> Uważam, że posiłkowanie się technologią, aby zrekompensować niepłodność (...) stanowić będzie jeszcze jeden sposób na utrwalanie w populacji materiału genetycznego, który nie został poddany selekcji naturalnej.

Gdybym jakość puli genetycznej stawiał wyżej niż dobro własnej rodziny, zapewne uznałbym to za coś złego...

> Kiedy uzna się za normę pośrednictwo pozaustrojowych technik zapłodnienia, nie będzie już w przyszłości żadnych oporów przed tym, by np. leczyć genetycznie niektóre choroby, wtedy, kiedy takie techniki zostaną opracowane.

Jest problem etyczny z testowaniem takich technik. Czy mamy dostateczną pewność, że fragment DNA zawierający "gen nowotworu" nie działa pozytywnie na coś innego?

> otwarcie drogi, na której horyzoncie rysuje się tworzenie hybrydy człowieka i urządzeń technologii medycznej...

Okulary, plomby, protezy, bypassy...

> ...o eugenice nie wspominając

Eugenika to takie brzydkie słowo, które od razu kojarzy się z brutalnym "oczyszczaniem zdrowej tkanki społeczeństwa". Jest jednak różnica pomiędzy zabijaniem niepełnosprawnych czy zakazem reprodukcji dla niedostatecznie "rasowych" osobników - a chęcią wyeliminowania choroby genetycznej na etapie prenatalnym.
24-10-2012 14:59 
 Ocena 3 na 3
Hodża (11172 punktów)
>Okulary, plomby, protezy, bypassy...

No tak, gdyby nie ta technika, pisałbym to z nosem na ekranie

>> ...o eugenice nie wspominając
>Eugenika to takie brzydkie słowo, które od razu kojarzy się z brutalnym "oczyszczaniem zdrowej tkanki społeczeństwa". Jest jednak różnica pomiędzy zabijaniem niepełnosprawnych czy zakazem reprodukcji dla niedostatecznie "rasowych" osobników - a chęcią wyeliminowania choroby genetycznej na etapie prenatalnym.

Można dyskutować, czy doskonalenie genetyczne człowieka jest w ogóle możliwe, czy jest etyczne. Dotychczasowe doświadczenia w tej mierze ograniczają się tylko do hodowli - oczywiście, możliwe byłoby wyhodowanie rasy człowieka o określonych cechach biologicznych, np. wysokiego, nie posiadającego skłonności do otyłości niebieskookiego blondyna, odpornego na nowotwory, ba, bardzo inteligentnego. Tylko, że najwyraźniej to, co prawdziwie ludzkie wymyka się wszelkiemu planowaniu i w ten sposób najpewniej można by stworzyć "nadczłowieka", który już przypominałby człowieka jedynie pozorem pewnych podobieństw. Nic nie ma za darmo, tzw. ukryte koszty zawsze stanowią największą pozycję w każdym wielkim projekcie, badawczym, technologicznym czy społecznym. Czasem te koszty obracają wręcz w niwecz wartość osiągniętych celów.


Nie Bóg, lecz Człowiek potrzebuje obrony.
28-10-2012 08:13 
 Ocena 1 na 1
Bill Kilgore (3086 punktów)
(zablokowany)
>Jest problem etyczny z testowaniem takich technik. Czy mamy dostateczną pewność, że fragment DNA zawierający "gen nowotworu" nie działa pozytywnie na coś innego?

Bardzo, bardzo ciekawa teza... - Przemawia do mojego poczucia biologicznej estetyki: "coś za coś". Jeśli można coś określić mianem intuicyjnego rozumienia genetyki, to właśnie doskonale się to przypuszczenie w nie wpisuje.

>Okulary, plomby, protezy, bypassy...

Ja czekam na port USB w potylicy i możliwość wymiany wszystkich stawów na syntetyczne (wrodzony artretyzm- mówcie mi: "Pan Pogodynka").

Fabricati Diem, Pvnc!
Hodża (11172 punktów)
>Ja czekam na port USB w potylicy i możliwość wymiany wszystkich stawów na syntetyczne (wrodzony artretyzm- mówcie mi: "Pan Pogodynka").

Z tym portem USB to bym się wstrzymał - chyba, że chcesz zostać jakimś cyborgiem, ale nie warto, sądząc po opisach z literatury SF. Natomiast endoprotezy już chyba są stosowane w transplantologii, wspaniała sprawa, ba - są o wiele trwalsze i bardziej niezawodne od naturalnych. Czyżby pycha ludzka spowodowała, że człowiek ośmielił się prześcignąć Stwórcę ?


Nie Bóg, lecz Człowiek potrzebuje obrony.
fiiś (1053 punktów)
Czy myślisz, że ktoś powstrzyma dyktatorów, bogaczy i innych możnych azjatyckich, afrykańskich, południowoamerykańskich od podrasowania swoich dzieci, jeśli tylko będzie to możliwe aby były bardziej konkurencyjne?
Czego rodzice nie robią aby zrealizować w swoich dzieciach swe marzenia!
Póki co, w Azji, wydłuża się chirurgicznie dzieciakom nogi żeby były wyższe, podcina język aby miały lepszą wymowę angielską, powiększa dziewczynkom biusty...
Moim zdaniem pewnych procesów się nie powstrzyma.
29-10-2012 10:34 
 Ocena 6 na 6
Ania. (14138 punktów)
>Póki co, w Azji, wydłuża się chirurgicznie dzieciakom nogi żeby były wyższe, podcina język aby miały lepszą wymowę angielską, powiększa dziewczynkom biusty...
>Moim zdaniem pewnych procesów się nie powstrzyma.
A u nas nie robi się operacji nieletnim?
Witamy w Brazylii.

A konkursy piękności dla dzieci? Smarowanie zębów wazeliną i niszczenie stóp butami na obcasach?
Farbowanie włosów i trwałe ondulacje?

A zmuszanie dzieci do wielogodzinnych treningów sportowych, tanecznych lub gry na instrumencie?
Jeśli ktoś ma odbicie, to znajdzie sposób, aby dziecku zrobić kuku. Technologia in vitro nie jest czymś odmiennym, przeciwnie - jako że nie robimy tego w domu, będzie jednym z najłatwiejszych do kontrolowania etapów możliwego krzywdzenia potomka.
29-10-2012 21:14 
 Ocena 5 na 5
fiiś (1053 punktów)
>Jeśli ktoś ma odbicie, to znajdzie sposób, aby dziecku zrobić kuku. Technologia in vitro nie jest czymś odmiennym, przeciwnie - jako że nie robimy tego w domu, będzie jednym z najłatwiejszych do kontrolowania etapów możliwego krzywdzenia potomka.

Oczywiście, w pełni się z Panią zgadzam. Moja wypowiedź zmierza do tego, że, czy tego chcemy czy nie, i tak nie powstrzyma się tej technologii, a dalej idąc także manipulacji genetycznych, klonowania i innych.
Dlatego lepiej myśleć jak tych technologii rozsądnie używać, jak ich stosowanie dobrze regulować i kontrolować, niż z nimi walczyć w imię ideologii.
Ponadto, patrząc na to czysto utylitarnie, lepiej nie być ostatnim w kolejce do ich stosowania, kiedy już stanie się oczywistym, że cały świat znów nas wyprzedził o dekady.
Francuzi dzięki, z jednej strony wspieraniu, na różne sposoby tych, którzy chcą mieć dzieci, mają przyzwoity przyrost naturalny. Z drugiej strony dzięki obowiązkowym badaniom prenatalnym, i dopuszczeniu antykoncepcji, a nawet refundowaniu aborcji zapobiegają ludzkim dramatom i uzyskają zdrowsze i bardziej konkurencyjne społeczeństwo minimalizując zrazem koszty społeczne ponoszone przez resztę społeczeństwa na leczenie upośledzonych i chorych dzieci. To jest przykład racjonalnego myślenia!
Jeśli nie pójdziemy podobną drogą, znów przegramy no konkurencyjności wobec innych społeczeństw, a wiadomo co z takimi robi ewolucja.
myprecious (7170 punktów)
>chorób, które pojawiają się ostatnio wśród dzieci częściej, niż np. 100 lat temu może mieć związek z
>osłabieniem przez postęp cywilizacyjny (nie tylko medyczny) procesów naturalnej selekcji.

Proszę o dane na jakich się opierasz - jakie choroby występują częściej?

Stosując twoją 'logikę' nie powinno się szczepić, leczyć, czy korzystać z osiągnięć medycyny bo przeszkadzamy selekcji naturalnej - absurd!


Jesus shaves!
24-10-2012 19:27 
 Ocena 2 na 2
Hodża (11172 punktów)
>Proszę o dane na jakich się opierasz - jakie choroby występują częściej?

Wiele nowotworów, upośledzenia w rodzaju zespołu Downa itd. - danych nie podam, ale jest to dość często przytaczane w wielu publicystycznych artykułach. Oczywiście to zrozumiałe, że zmiany środowiska pociągać będą za sobą zmiany w spektrum najczęściej występujących chorób. Byłoby dziwne, gdyby tak nie było, nie sądzisz?

>Stosując twoją 'logikę' nie powinno się szczepić, leczyć, czy korzystać z osiągnięć medycyny bo przeszkadzamy selekcji naturalnej - absurd!

Wypraszam sobie imputowanie mi, że sugeruję to, o czym piszesz. Stąd minus.

Nie Bóg, lecz Człowiek potrzebuje obrony.
24-10-2012 20:49 
 Ocena 2 na 2
myprecious (7170 punktów)
>Wiele nowotworów, upośledzenia w rodzaju zespołu Downa itd. - danych nie podam, ale jest to dość często przytaczane w wielu publicystycznych artykułach. Oczywiście to zrozumiałe, że zmiany środowiska pociągać będą za sobą zmiany w spektrum najczęściej występujących chorób. Byłoby dziwne, gdyby tak nie było, nie sądzisz?

Konkretnie - masz dane - czy ci się tak wydaje? To jest jeden z kluczy, na których opierasz swoją wypowiedź i nie potrafisz podać źródeł?

>>Stosując twoją 'logikę' nie powinno się szczepić, leczyć, czy korzystać z osiągnięć medycyny bo przeszkadzamy selekcji naturalnej - absurd!
>Wypraszam sobie imputowanie mi, że sugeruję to, o czym piszesz. Stąd minus.

Ja niczego nie imputuję - implikacje twojej wypowiedzi są jednoznaczne. A to, że stosujesz podwójne standardy w stosunku do in vitro i innych osiągnięć medycyny - to tylko kolejny błąd logiczny twojej argumentacji.

Jesus shaves!
25-10-2012 11:14 
 Ocena 1 na 1
Hodża (11172 punktów)
>>Wiele nowotworów, upośledzenia w rodzaju zespołu Downa itd. - danych nie podam, ale jest to dość często przytaczane w wielu publicystycznych artykułach. Oczywiście to zrozumiałe, że zmiany środowiska pociągać będą za sobą zmiany w spektrum najczęściej występujących chorób. Byłoby dziwne, gdyby tak nie było, nie sądzisz?
>Konkretnie - masz dane - czy ci się tak wydaje? To jest jeden z kluczy, na których opierasz swoją wypowiedź i nie potrafisz podać źródeł?

Nie potraktuj tego jako lekceważenie, ale dane dotyczące zwiększonej liczby różnych nowotworów w ostatnich dekadach w stosunku do wcześniejszych okresów są dostępne, nie mam jednak czasu, by przekopywać się przez fachowe opracowania. Byłoby głupotą sądzić, że obraz chorób trapiących cywilizację dziś i sto lat temu jest taki sam - tu mają choćby wpływ takie czynniki jak inny tryb życia, inne rodzaje najczęściej wykonywanych prac, inna dieta itd. Kwestią dyskusji jest to, w jakim stopniu na te zmiany nakładają się również zmiany genetyczne.

Osobom zainteresowanym konkretnie alergiami (jest na ten temat tyle opracowań, że każdy sam może z łatwością przestudiować zagadnienie) podsunę ten artykuł - jeśli jacyś medycy to przeczytają, chętnie bym poznał ich zdanie na temat jednej z konkluzji, jak i na temat całości (byłoby śmieszne z mojej strony zajmowanie stanowiska w kwestii merytoryczności tego opracowania):

Cytat:
If early viral or bacterial infections protect against the development of
allergic diseases, then vaccination would lead to an increase of allergic
disorders.


docnovak.c(*)ion Disorder.strannegard.pdf

Nie Bóg, lecz Człowiek potrzebuje obrony.
25-10-2012 14:33 
 Ocena 5 na 5
myprecious (7170 punktów)
>Nie potraktuj tego jako lekceważenie, ale dane dotyczące zwiększonej liczby różnych nowotworów w ostatnich dekadach w stosunku do wcześniejszych okresów są dostępne, nie mam jednak czasu, by przekopywać się przez fachowe opracowania. Byłoby głupotą sądzić, że obraz chorób trapiących cywilizację dziś i sto lat temu jest taki sam - tu mają choćby wpływ takie czynniki jak inny tryb życia, inne rodzaje najczęściej wykonywanych prac, inna dieta itd. Kwestią dyskusji jest to, w jakim stopniu na te zmiany nakładają się również zmiany genetyczne.
>Osobom zainteresowanym konkretnie alergiami (jest na ten temat tyle opracowań, że każdy sam może z łatwością przestudiować zagadnienie) podsunę ten artykuł - jeśli jacyś medycy to przeczytają, chętnie bym poznał ich zdanie na temat jednej z konkluzji, jak i na temat całości (byłoby śmieszne z mojej strony zajmowanie stanowiska w kwestii merytoryczności tego opracowania):

Twoją tezą jest, iż in vitro jest szkodliwe, jako poparcie tezy podałeś, że obecnie jest więcej chorób - implikacją twej wypowiedzi jest, to, iż osiągnięcia medycyny przeszkadzają selekcji naturalnej.
Proszę zatem dowieść, że jest więcej zachorowań (uwzględniając zwiększenie skuteczności diagnozowania, oraz o kilkadziesiąt lat dłuższe życie, niż było gdy selekcji naturalnej medycyna nie przeszkadzała), a następnie połączyć je z zapłodnieniami in vitro. Jeśli tego nie zrobisz to cała twa wypowiedź jest jedynie opinią opartą na błędnych założeniach. Oczywiście tego zrobić nie potrafisz - a ja jedynie chcę zwrócić ci uwagę, że myślenie krytyczne powinno się stosować właśnie tam, gdzie wydaje nam się, że jest ono zbędne.

Jesus shaves!
25-10-2012 11:59 
 Ocena 12 na 12
Ania. (14138 punktów)
>>Stosując twoją 'logikę' nie powinno się szczepić, leczyć, czy korzystać z osiągnięć medycyny bo przeszkadzamy selekcji naturalnej - absurd!
>Wypraszam sobie imputowanie mi, że sugeruję to, o czym piszesz. Stąd minus.
Nie zgadzam się z minusem.

Martwisz się o pogorszenie puli genetycznej populacji przez wyeliminowanie czynnika selekcyjnego, jakim jest selekcja naturalna zarodków.
Po pierwsze - czynnika selekcyjnego nie wyeliminujemy, bowiem zarodki i tak podlegają selekcji. Nawet przy in vitro. Dlaczego?
Dlatego że zarodki in vitro rozwijają się w różnym stopniu. Nie dysponuję danymi, czy te gorsze zawierają wady genetyczne, ale mogę spodziewać się, że skoro zarodki z określonymi wadami w naturze rozwijają się gorzej i obumierają, to może tak być i in vitro.
Dlatego, że zarodki implantuje się po 48-72 godzinach od zapłodnienia. Później podlegają selekcji, niektóre implantują, inne nie. Zaimplantowane mogą być w naturalny sposób usunięte, jeśli coś jest z nimi nie tak.
A więc samo założenie jest cokolwiek nie bardzo zgodne z realiami.

Zdejmujemy jedynie selekcję możliwych genetycznych przyczyn niepłodności rodziców, co jest stosunkowo rzadkie, często niepłodność wynika z innych przyczyn, niż genetyczne.

Po drugie - dlaczego jedno działanie niwelujące czynnik selekcyjny uważasz za niekorzystne, podczas gdy godzisz się w milczeniu na zniesienie innego czynnika selekcyjnego? A takim działaniem są szczepienia, okulary, protezy, antybiotyki, operacje itd.

To są dokładnie analogiczne sytuacje.

Uważam, że minusa postawiłeś niesprawiedliwie - chociaż zgadzam się z Tobą na różnych polach i cenię Twoją opinię, wielokrotnie wyrażaną w bardzo oryginalny sposób, tym razem się z gruntu nie zgadzam.
Hodża (11172 punktów)
>Martwisz się o pogorszenie puli genetycznej populacji przez wyeliminowanie czynnika selekcyjnego, jakim jest selekcja naturalna zarodków.

Przede wszystkim muszę doprecyzować - widzę, że za mało używam wersalików - może to by mnie uchroniło przed oskarżeniami o to, że jestem jakimś oprawcą ze Skały Tarpejskiej - martwię się o pogorszenie puli genetycznej, konkretnie o to, że coraz większa zależność przeżywalności człowieka od osiągnięć medycyny grozi w pewnym momencie skokowym wzrostem rozmaitych mutacji, chorób genetycznych i upośledzenia odporności, co może spowodować w przeciągu kilkuset lat całkowitą zagładę ludzkości. Jest to zwyczajnie przygotowywanie gruntu pod nieuchronne wystąpienie czynników, które wykorzystają zmiany w genomie, przypuszczalnie rodzaj jakiejś pandemii wirusowej.

Nie martwi mnie to, że dzieci nie umierają już na różne choroby. Jeszcze raz podkreślam, że zwracam tylko uwagę na możliwe genetyczne skutki coraz większej ingerencji medycyny i farmakologii w procesy prokreacji człowieka oraz jego późniejszego życia. Nie twierdzę, że to samo w sobie jest złe,owszem, jest dobre, zwracam tylko uwagę na to, że mechanizmy ewolucji cały czas działają i człowiek nie ma jak dotąd patentu na zwycięstwo w konkurencji z innymi gatunkami.

>Uważam, że minusa postawiłeś niesprawiedliwie - chociaż zgadzam się z Tobą na różnych polach i cenię Twoją opinię, wielokrotnie wyrażaną w bardzo oryginalny sposób, tym razem się z gruntu nie zgadzam.

Dziękuję za te słowa. Napisałem ten wątek specjalnie tak, żeby poruszyć delikatny temat, który jest ważny nie tylko dla etyków, ale też i dla gatunku (jakby gatunek cokolwiek czuł ). Wolę, żeby się ze mną nie zgadzano niżbym miał mieć fałszywe wrażenie, że wszystko już zostało raz na zawsze rozstrzygnięte.

Poza tym nie chciałbym, żeby fora zamieniały się tylko w tablice ogłoszeń do wywieszania swoich poglądów raz na zawsze ustalonych. Jeśli o mnie chodzi, mam ten komfort, że nie posiadam wykształcenia (a zatem raczej mogę się czegoś nauczyć niż zgłupieć, mam nadzieję), z pokorą przyznaję fakt swojej niedostatecznej wiedzy, staram się ważyć różne opinie i w miarę możliwości uczciwie, jak sądzę, dochodzić bliżej prawdy, nawet, jeśli by to miało oznaczać zmianę moich poglądów na jakieś kwestie (czy też tylko niewielką korektę).


Nie Bóg, lecz Człowiek potrzebuje obrony.
25-10-2012 21:18 
 Ocena 2 na 2
setarkos (10757 punktów)
>.. mechanizmy ewolucji cały czas działają i człowiek nie ma jak dotąd patentu na zwycięstwo w konkurencji z innymi gatunkami.
Może zatem człowiek powinien odgradzać się od niektórych gatunków (albo je unicestwiać jak np. wirus ospy), by nie być zmuszonym do ciągłej walki?
Co nam bardziej przystoi - dopasowywanie własnego genomu do zmiennych form innego życia, czy zmniejszenie bioróżnorodności otoczenia?

[Optuję za drugim rozwiązaniem.]
26-10-2012 21:22 
 Ocena 8 na 8
Ania. (14138 punktów)
>>Martwisz się o pogorszenie puli genetycznej populacji przez wyeliminowanie czynnika selekcyjnego, jakim jest selekcja naturalna zarodków.
>Przede wszystkim muszę doprecyzować - widzę, że za mało używam wersalików - może to by mnie uchroniło przed oskarżeniami o to, że jestem jakimś oprawcą ze Skały Tarpejskiej - martwię się o pogorszenie puli genetycznej, konkretnie o to, że coraz większa zależność przeżywalności człowieka od osiągnięć medycyny grozi w pewnym momencie skokowym wzrostem rozmaitych mutacji, chorób genetycznych i upośledzenia odporności, co może spowodować w przeciągu kilkuset lat całkowitą zagładę ludzkości. Jest to zwyczajnie przygotowywanie gruntu pod nieuchronne wystąpienie czynników, które wykorzystają zmiany w genomie, przypuszczalnie rodzaj jakiejś pandemii wirusowej.

Super że się martwisz.
Może w takim razie pomartw się o to, że jesteśmy całkowicie bezradni w razie awarii dużych sieci elektrycznych. Jest to realne zagrożenie w przypadku wyładowań słoneczka.
Taki wypadek spowoduje globalne cofnięcie się o kilka wieków, a społeczeństwo nie umie już żyć w takich warunkach.

Pomartwmy się o to, że odcięcie internetu spowoduje globalną klęskę.

Nasze życie jest zależne od techniki i medycyny. Możemy martwić się o to, ale nie powinno się to przekładać na ograniczanie praw i możliwości konkretnych osób, albo wrócimy faktycznie do metod Sparty.
Hodża (11172 punktów)
>Super że się martwisz.

Gdybym napisał "ostrzegam", byłoby to na granicy oszołomstwa, więc używam eufemizmów

>Może w takim razie pomartw się o to, że jesteśmy całkowicie bezradni w razie awarii dużych sieci elektrycznych. Jest to realne zagrożenie w przypadku wyładowań słoneczka.

Też, też. Ale tu można temu stosunkowo łatwo zaradzić, wystarczy tylko zabezpieczyć transformatory wielkiej mocy.

>Taki wypadek spowoduje globalne cofnięcie się o kilka wieków, a społeczeństwo nie umie już żyć w takich warunkach.

Na tej półkuli, w którą sieknie podmuch wiatru słonecznego. Hm, może to nie będzie nasza półkula

>Pomartwmy się o to, że odcięcie internetu spowoduje globalną klęskę.

Nasze zamartwianie się jest wodą na młyn kolejnych hollywoodzkich gniotów. Mówimy temu nasze stanowcze "NIE".

>Nasze życie jest zależne od techniki i medycyny. Możemy martwić się o to, ale nie powinno się to przekładać na ograniczanie praw i możliwości konkretnych osób, albo wrócimy faktycznie do metod Sparty.

Ograniczanie praw osób - nie - rozpoznawanie skutków i zagrożeń - tak.


Nie Bóg, lecz Człowiek potrzebuje obrony.
24-10-2012 15:38
 Ocena 10 na 12
Wściekły Azot (849 punktów)
(zablokowany)
Czy rozmowy z księdzem Klochem o rodzeniu dzieci powinny być komentowane na poważnie?
Przecież to są scenki czysto kabaretowe.
24-10-2012 23:30 
 Ocena 8 na 8
Frank Holman (5897 punktów)
>Czy rozmowy z księdzem Klochem o rodzeniu dzieci powinny być komentowane na poważnie?
>Przecież to są scenki czysto kabaretowe.
Masz prawie całkiem rację: wystarczą dwa zdania tego ignoranta albo kłamcy. Cytat:
jest chociażby naprotechnologia
Cytat:
naprotechnologia jest [...] skuteczna niemalże w 100 procentach.


podczas, gdy w rzeczywistości
Cytat:
Metoda opiera się na samoobserwacji [...], pozwala określić dni płodne kobiety oraz ewentualne zaburzenia w jej cyklu miesiączkowym. Okres obserwacji i diagnostyka może trwać do 2 lat i obejmuje trzy etapy:
- nauka techniki obserwacji cyklu kobiety według modelu Creightona i zapisywania jej wyników na specjalnej karcie, oraz diagnostyka wstępna i badania hormonalne. Równocześnie przeprowadza się badania mężczyzny.
- rozpoznanie przyczyny niepłodności (badania laboratoryjne, obrazowe itd.) i uzyskanie regularnych cyklów.
- oczekiwanie na poczęcie i towarzyszenie małżonkom przez okres ciąży[6].

Cytat:
Termin naprotechnologia jest nieporozumieniem, to [...] zwykłe postępowanie diagnostyczno-terapeutyczne, które my, lekarze zajmujący się leczeniem niepłodności, stosujemy u par chcących zajść w ciążę [...] Nazywanie powszechnie dostępnych metod stosowanych od kilkudziesięciu lat rewolucyjną metodą leczenia niepłodności to hipokryzja

Pytanie tylko: czy na tym kabarecie śmiać się, czy płakać .... ?
Żal głupoty i ignorancji księży nie wpychałby się może tak do głowy, gdyby się oni nie po prostu publicznie nie odzywali nigdzie poza kazaniami w pałacach dla ochotników.
Rafał Poniecki (7132 punktów)
>>Pytanie tylko: czy na tym kabarecie śmiać się, czy płakać .... ?<<
Głupich kabaretów po prostu się nie ogląda.
24-10-2012 15:58
 Ocena 14 na 14
maciejo (3492 punktów)
>Chcę mianowicie zwrócić tu uwagę na jedno zdanie księdza, z którym muszę się zgodzić, jakkolwiek w
>całym tym wywiadzie nie znalazłem dla niego tych uzasadnień, które ja dostrzegam w kontekście
>rozwoju technologii: "Nie jest etyczne chcieć posiadać dzieci za wszelką cenę" .

Nikogo nie zmusza się do posiadania dzieci. Jeśli ktoś chce je mieć to dlaczego mu to uniemożliwiać?

>Otóż, moim zdaniem, rozwijanie technologii pozaustrojowego zapłodnienia jest drogą, która prędzej
>czy później zaprowadzi ludzkość w ślepy zaułek. Uważam, że posiłkowanie się technologią, aby
>zrekompensować niepłodność, która być może również ma jakiś związek z genetycznymi uwarunkowaniami
>osób, które nie posiadają dzieci, stanowić będzie jeszcze jeden sposób na utrwalanie w populacji
>materiału genetycznego, który nie został poddany selekcji naturalnej. Kiedyś rolę takiego selektora
>stanowiły choroby wieku dziecięcego; dziś, wraz z postępem medycyny, z masowymi szczepieniami, nie
>spełniają one tej roli.

Czyli uważasz, że najlepiej cofnąć się do czasów Sparty i dzieci, które nie są rosłe i silne zrzucać ze skały czy obecnie może z Pałacu Kultury ku uciesze tłumu.

>Jakkolwiek nikt nie robił chyba badań tego procesu (byłoby to chyba
>"niepoprawne politycznie") można domniemywać, że przynajmniej część z nieuleczalnych genetycznych
>chorób, które pojawiają się ostatnio wśród dzieci częściej, niż np. 100 lat temu może mieć związek z
>osłabieniem przez postęp cywilizacyjny (nie tylko medyczny) procesów naturalnej selekcji. Wiem, że
>to brzmi dość brutalnie, ale biologia jest brutalna.

Byłbym ostrożny z tym pojawianiem się częściej chorób. Ja bym raczej przychylał się do tezy, że są częściej diagnozowane. Kiedyś człowiek umierał i jak nie wiedziano na co, to uważano, że naturalnie i po problemie. Obecnie to już tak nie wygląda i się robi sekcje zwłok i dokładne badania, które ustalą przyczynę zgonu. Poza tym, jeśli chodzi o zwiększone występowanie różnych zespołów genetycznych warto wziąć pod uwagę choćby wiek rodziców. Kiedyś kobieta w wieku 25 lat to była stara panna. Obecnie opóźnia się wiek zajścia w ciąże co też nie jest bez znaczenia.

>Kiedy uzna się za normę pośrednictwo pozaustrojowych technik zapłodnienia, nie będzie już w
>przyszłości żadnych oporów przed tym, by np. leczyć genetycznie niektóre choroby, wtedy, kiedy takie
>techniki zostaną opracowane. Pojawi się kwestia granicy - kiedy dopuszczalne etycznie będzie
>ingerowanie w genom zarodka? Czy usunięcie genu odpowiedzialnego za zwiększone ryzyko nowotworu jest
>etyczne, ale genu odpowiedzialnego np. za ryzyko wystąpienia wad wzroku już nie?

A dlaczego nie. Skoro mamy możliwość pomocy człowiekowi i sprawienia, że uniknie jakiejś choroby to powinniśmy takiej pomocy udzielić. Nie widzę nic nieetycznego w technicznym usuwaniu z genomu tego typu wad.

>Nawet powiem, że
>dziwi mnie, iż Kościół nie dostrzega tego zagrożenia ukrytego w zaakceptowaniu pośrednictwa
>technologii w procesie prokreacji człowieka. Jakkolwiek nie polega on na obecnym etapie ludzkiej
>wiedzy na bezpośrednim ingerowaniu w genom, to pośrednio już jest (poprzez powoływanie do życia
>dzieci, spośród których część będzie obdarzona genami, które z jakichś powodów wywołują niepłodność,
>zatem "powinny" ulec usunięciu z puli genowej) a co więcej - stanowi precedens i otwarcie drogi, na
>której horyzoncie rysuje się tworzenie hybrydy człowieka i urządzeń technologii medycznej, o
>eugenice nie wspominając.

Teoretycznie w takim razie powinniśmy zaprzestać jakiegokolwiek leczenia i niech ludzie umierają. Moim zdaniem takie podejście jest nieetyczne. O wiele lepiej ingerować w genom tak, by usuwać zawczasu wszystkie potencjalnie groźne choroby.

>Chyba mogę mieć rację, że taka perspektywa jest niepokojąca.

Nie

>Kościół natomiast, nie dopuszczając aborcji w żadnym przypadku, sprowadza postulat ochrony życia do
>absurdu. Wiadomo bowiem, że są przypadki tak uszkodzonych płodów o praktycznie nie rozwiniętym mózgu
>(może tu medycy powinni raczej zabrać głos, jak bardzo zdegenerowany może być płód), żądanie
>urodzenia których jest, moim zdaniem, aktem nieludzkim wobec kobiety, która by chciała poddać się
>aborcji w takim przypadku. (Tutaj zamieszczam link do strony, której wiarygodności nie potrafię
>ocenić, jednak podejrzewam, że są to zdjęcia prawdziwe:
>www.wykop.(*)rzadkich-wad-wrodzonych-plodu/ UWAGA, tylko dla osób o
>bardzo silnych nerwach).
>

Jest to nie tylko nieludzkie wobec kobiety ale też wobec dziecka. To jest zwykły sadyzm pozwalać na to by rodziło się dziecko trwale okaleczone, ciężko chore, które w męczarniach pożyje parę lat.
Hodża (11172 punktów)
>Czyli uważasz, że najlepiej cofnąć się do czasów Sparty i dzieci, które nie są rosłe i silne zrzucać ze skały czy obecnie może z Pałacu Kultury ku uciesze tłumu.

Zgadzam się z pozostałą częścią wypowiedzi, ale ta Twoja wypowiedź wymagała postawienia minusa, co też uczyniłem. Pomimo, że inne Twoje tezy jak najbardziej akceptuję.

Nie Bóg, lecz Człowiek potrzebuje obrony.
25-10-2012 12:27 
 Ocena 6 na 6
maciejo (3492 punktów)
>>Czyli uważasz, że najlepiej cofnąć się do czasów Sparty i dzieci, które nie są rosłe i silne zrzucać ze skały czy obecnie może z Pałacu Kultury ku uciesze tłumu.
>Zgadzam się z pozostałą częścią wypowiedzi, ale ta Twoja wypowiedź wymagała postawienia minusa, co też uczyniłem. Pomimo, że inne Twoje tezy jak najbardziej akceptuję.
>
Nie Bóg, lecz Człowiek potrzebuje obrony.


Nie rozumiem tego minusa. Nie masz nic przeciwko temu, ze wskutek rozwoju medycyny selekcja naturalna jest zaburzana, za to nie podoba Ci się takie samo zaburzanie selekcji wskutek rozwoju technologii in vitro? Oj widzę błąd logiczny w rozumowaniu.
Stąd moje powyższe stwierdzenie - celowo zradykalizowane.

1. Nie ma możliwości przenoszenia się wad genetycznych przez in vitro dzięki selekcji zarodków.

2. W przyrodzie zawsze coś następuje kosztem czegoś. Organizm - zwłaszcza młody - walczący z chorobą musi inwestować swoje środki w układ odpornościowy i obronność zamiast w rozwój, co za tym idzie im większe obciążenie chorobami tym dłuższe wykształcanie się pewnych cech, potencjalnie mniejsza inteligencja, itp. Stąd wyeliminowanie wielu chorób wieku dziecięcego powoduje "większą jakość" organizmów - teoretyczny brak selekcji, a skutki dodatnie.

3. Inżynieria genetyczna i likwidacja wad rozwojowych na poziomie embrionalnym to ukoronowanie działań medycyny. Przecież o to chodzi - by wyeliminować mutacje, sprawić by pewne choroby w ogóle nie występowały.
24-10-2012 18:22
 Ocena 17 na 19
Olek Mularski (3178 punktów)
>Na marginesie wywiadu w RMF z rzecznikiem Konferencji Episkopatu Polski, ks. J. Klochem
>fakty.inte(*)iec-posiadac-dzieci-za,1855829

Nawet nie przeczytam, bo szkoda czasu na te nędzne wypociny, poza tym wiem co taki fanatyk mógł napisać

>Również nie chcę się skupiać na kwestii aborcji, którą Kościół wykorzystuje jako
>najważniejszy powód swojego sprzeciwu dla tej metody leczenia niepłodności (czy też, jak to
>przedstawia Kościół, "obchodzenia" problemu).

Co ma piernik do wiatraka, a raczej aborcja do in vitro? Nie wiem. Podczas procedury sztucznego zapłodnienia umieszcza się w macicy kilka zarodków po to, żeby choć jeden miał szanse rozwoju, gdyż procent zagnieżdżonych komórek jajowych nie jest duży. Poza tym znaczna część z nich samoistnie, przez nikogo NIE usuwana obumiera. Odsetek przeżyć jest podobny jak w ciążach naturalnych, czyli ok. 25%, czego niestety tępawym szamanom nie da się wytłumaczyć! Oni myślą, że jak dziecko zostanie poczęte, to na pewno się urodzi, a to jest wierutna bzdura! Dlatego chcąc w ogóle myśleć o 100% skuteczności tej metody trzeba użyć wielu zarodków! Często się zdarza, że mimo najlepszych chęci, wiedzy i techniki się nie udaje. Po to też tworzy się więcej zarodków i mrozi je w ciekłym azocie! Mogę też zapewnić księdza, że nikt ich nie topi w alkoholu czy formalinie, ani nie wylewa do zlewu. Zarodki te służą parom, które nie mogą mieć własnych dzieci, a z takich czy innych względów nie decydują się na adopcję.
Zarodek ludzki nie jest człowiekiem, jak już napisałem człowiekiem jest jedynie potencjalnie i ma niewielkie szanse (rosną one z każdym ukończonym tygodniem pobytu w macicy).
Transplantacje to też obchodzenie problemu braku możliwości naprawy niewydolnego narządu, podobnie z resztą jak insulinoterapia u chorych na cukrzycę czy jakakolwiek inna terapia hormonalna. Czy tych też mamy zabronić, bo de facto nie leczą. Przecież jeszcze przed 50 laty kościelny beton zabraniał transplantacji, bo uważał, że nerka wątroba czy trzustka są niezbędne do pójścia do nieba.

>Chcę mianowicie zwrócić tu uwagę na jedno zdanie księdza, z którym muszę się zgodzić, jakkolwiek w
>całym tym wywiadzie nie znalazłem dla niego tych uzasadnień, które ja dostrzegam w kontekście
>rozwoju technologii: "Nie jest etyczne chcieć posiadać dzieci za wszelką cenę".

Jeszcze mniej etyczne jest odbierać ludziom możliwość posiadania dzieci wtedy, kiedy ich pragną! Z resztą co tu ukrywać rozmnażanie to sens istnienia gatunków (żeby było jasne nie neguję sensu życia ludzi bezpłodnych, twierdzę jedynie, że bezpłodność trzeba leczyć, gdyż jest to taka sama choroba jak wszystkie inne).

>Otóż, moim zdaniem, rozwijanie technologii pozaustrojowego zapłodnienia jest drogą, która prędzej
>czy później zaprowadzi ludzkość w ślepy zaułek. Uważam, że posiłkowanie się technologią, aby
>zrekompensować niepłodność, która być może również ma jakiś związek z genetycznymi uwarunkowaniami
>osób, które nie posiadają dzieci, stanowić będzie jeszcze jeden sposób na utrwalanie w populacji
>materiału genetycznego, który nie został poddany selekcji naturalnej.

Totalna bzdura! Żeby doprowadzić do zapłodnienia in vitro kobieta musi mieć prawidłowe, w pełni zdolne do rozwoju komórki jajowe. Wskazania do procedury zapłodnienia pozaustrojowego są jasno określone i praktycznie wszystkie nie są dziedziczne. leczenie.g(*)czenia/wskazania-do-vitro.html
Jest nawet słowo o przeciwdziałaniu chorobom dziedzicznym (nosicielstwo zmian genetycznych powodujących ciężkie, nieodwracalne zmiany u potomstwa (gdy diagnostyka preimplantacyjna pozwala uniknąć trudnej decyzji o przerwaniu ciąży)!

>Kiedyś rolę takiego selektora
>stanowiły choroby wieku dziecięcego; dziś, wraz z postępem medycyny, z masowymi szczepieniami, nie
>spełniają one tej roli.

Kiedyś? W krajach trzeciego świata do tej pory występują i zabijają setki, a nawet tysiące zdrowych dzieci rocznie! Tak, zdrowych, silnych i w pełni prawidłowo ukształtowanych i rozwiniętych, z braku środków leczniczych i opieki medycznej! Człowiek to nie zwierzę, regulatorem liczebności populacji nie powinny być choroby i wypadki, ale świadome macierzyństwo. O "jakość naszych układów odpornościowych i bez tych chorób byłbym spokojny, bo i tak codziennie jest zajęty walką z wirusami grypy, przeziębienia, bakteriami takimi jak pneumokoki czy gronkowce. Fakt, że istnieje hipoteza higieniczna rozwoju alergii, ale nie ma ona związku z chorobami zakaźnymi, a raczej z zakażeniami pasożytniczymi, a w przypadku ich braku z nadmierną higieną i trzymaniem dzieci pod kloszem. Chwała medycynie za to, że wyeliminowaliśmy u nas w kraju odrę, polio i błonicę, że prawdopodobnie na całym świecie wyeradykowaliśmy czarną ospę, o dżumie tego niestety nie da się napisać, bo nadal u północnoamerykańskich gryzoni zdarza się ją spotkać i pytaniem jest nie czy, ale kiedy przejdzie na ludzi!

>Jakkolwiek nikt nie robił chyba badań tego procesu (byłoby to chyba
>"niepoprawne politycznie") można domniemywać, że przynajmniej część z nieuleczalnych genetycznych
>chorób, które pojawiają się ostatnio wśród dzieci częściej, niż np. 100 lat temu może mieć związek z
>osłabieniem przez postęp cywilizacyjny (nie tylko medyczny) procesów naturalnej selekcji. Wiem, że
>to brzmi dość brutalnie, ale biologia jest brutalna.

Wiem, że to brutalne, ale osoba pisząca takie bzdury nie powinna już więcej się odzywać! Najpierw trzeba myśleć, a potem pisać, a nie odwrotnie, bo wtedy pojawiają się takie kwiatki jak ten! Choroby dziedziczne od zawsze pojawiały się w populacji ludzkiej. Kiedyś ich częstość była prawdopodobnie nieznacznie niższa niż teraz, a niewielki obecny wzrost raczej należy podobnie jak wzrost liczby nowotworów wiązać z zanieczyszczeniem środowiska, nadużywaniem leków, narkotyków, paleniem tytoniu i w ogóle niehigienicznym trybem życia, a nie z jakimś wydumanym brakiem rze
24-10-2012 19:17 
 Ocena 2 na 2
Olek Mularski (3178 punktów)
...rzekomej naturalnej selekcji (zabrakło słów, żeby komentować ten stek bzdur)
24-10-2012 19:34 
 Ocena-2 na 4
Hodża (11172 punktów)
>...rzekomej naturalnej selekcji (zabrakło słów, żeby komentować ten stek bzdur)

Nie sądzę, że aż taki stek bzdur. Jeśli chcesz przez to powiedzieć, że choroby nie były czynnikiem selekcyjnym to ciekaw jestem, jak rozumiesz "selekcję naturalną" ?

Nie Bóg, lecz Człowiek potrzebuje obrony.
24-10-2012 20:12 
 Ocena 5 na 5
Olek Mularski (3178 punktów)
>Nie sądzę, że aż taki stek bzdur. Jeśli chcesz przez to powiedzieć, że choroby nie były czynnikiem selekcyjnym to ciekaw jestem, jak rozumiesz "selekcję naturalną" ?

Tak, ale nie choroby zakaźne wieku dziecięcego o stosunkowo dużej śmiertelności takie jak odra, błonica, krztusiec itp. czy takie powodujące niepełnosprawność jak choroba Heinego-Medina. Jeśli co to grypa, zapalenie oskrzeli itp., z którymi zdrowe organizmy radzą sobie doskonale, a eliminowane są jedynie te o słabszym układzie odpornościowym.
Poza tym choroby zakaźne nie eliminują posiadaczy znacznej większości złych genów Przeżyją dzieci z hemofilią, daltonizmem, fenyloketonurią, alkaptonurią, celiakią itp. i dadzą potomstwo z wadą/chorobą dziedziczną. Obecnie umiemy już stymulować układ odpornościowy przez szczepionki, surowice, probiotyki i choroby nie są już konieczne dla uodpornienia, a w szczególnych przypadkach niedoborów odporności stosujemy także inne skomplikowane terapie, o których nie będę się tu rozpisywał, bo po co pisać kolejną wypowiedź o podobnej długości jak poprzednia.

Jak więc widzisz nawet to zdanie z Twojej wypowiedzi też nie do końca prawdą!
24-10-2012 21:24 
 Ocena 3 na 3
Scarabaeus (2198 punktów)
>Jeśli chcesz przez to powiedzieć, że choroby nie były czynnikiem selekcyjnym to ciekaw jestem, jak rozumiesz "selekcję naturalną" ?

To ile chorób i jakie konkretne z nich są potrzebne by selekcja była naturalna?
W którym momencie selekcja przestaje być naturalna?
Czy świńska grypa zaliczana jest do chorób będących czynnikiem selekcyjnym naturalnym (mimo, że sama świnia jest sztucznie wyhodowana)?
Co z tak zwanymi chorobami cywilizacyjnymi?
25-10-2012 10:51 
 Ocena 1 na 1
Hodża (11172 punktów)
>>Jeśli chcesz przez to powiedzieć, że choroby nie były czynnikiem selekcyjnym to ciekaw jestem, jak rozumiesz "selekcję naturalną" ?
>To ile chorób i jakie konkretne z nich są potrzebne by selekcja była naturalna?
>W którym momencie selekcja przestaje być naturalna?
>Czy świńska grypa zaliczana jest do chorób będących czynnikiem selekcyjnym naturalnym (mimo, że sama świnia jest sztucznie wyhodowana)?
>Co z tak zwanymi chorobami cywilizacyjnymi?

Dostałem minusy i nie wiem za co! Przepraszam bardzo, jak zatem wytłumaczyć fakt licznego występowania różnorakich alergii, o których jeszcze kilkadziesiąt lat temu nikt nie słyszał? Są dwie możliwości:
1. Albo w środowisku znajdują się nowe czynniki, wygenerowane przez cywilizację (środki czystości, nadmierna sterylność w okresie dzieciństwa, dodatki do żywności), które upośledzają ludzki układ odpornościowy - i wtedy należy podjąć radykalne działania zmierzające do ich zidentyfikowania i wyeliminowania, albo
2. Rzecz polega na czynnikach nabytych, zwiększających wrażliwość układu immunologicznego.

Nie wydaje mi się, żeby w Polsce wzrósł jakoś dramatycznie poziom higieny w ciągu ostatnich lat, natomiast komunikaty dla alergików nadawane przy prognozach pogody świadczą o powszechności problemu. Błagam, proszę mi nie wmawiać, że to nie jest w jakiś sposób związane z ekspozycją na nowe, nieznane (lub nie poznane do końca) czynniki.


Nie Bóg, lecz Człowiek potrzebuje obrony.
25-10-2012 12:12 
 Ocena 11 na 11
Ania. (14138 punktów)
>Dostałem minusy i nie wiem za co! Przepraszam bardzo, jak zatem wytłumaczyć fakt licznego występowania różnorakich alergii, o których jeszcze kilkadziesiąt lat temu nikt nie słyszał? Są dwie możliwości:
>1. Albo w środowisku znajdują się nowe czynniki, wygenerowane przez cywilizację (środki czystości, nadmierna sterylność w okresie dzieciństwa, dodatki do żywności), które upośledzają ludzki układ odpornościowy - i wtedy należy podjąć radykalne działania zmierzające do ich zidentyfikowania i wyeliminowania, albo
>2. Rzecz polega na czynnikach nabytych, zwiększających wrażliwość układu immunologicznego.
>Nie wydaje mi się, żeby w Polsce wzrósł jakoś dramatycznie poziom higieny w ciągu ostatnich lat,
Wzrósł i to dramatycznie. W pokoleniu mojej babci normalne było, że dzieci korzystały z jednej pary butów na zmianę. Nie było wody bieżącej w wielu domach. O środkach dezynfekcyjnych nikt nie słyszał. Dzieci rosły w otoczeniu zwierząt, a wiemy, że ich towarzystwo zmniejsza ryzyko alergii. Więcej dzieci rosło w środowisku wiejskim, a paradoksalnie to również zmniejsza, a nie podnosi (jak myślano początkowo) ryzyko alergii.

Uważasz, że przez te 6-8 dekad nie zmieniło się nic? Nie pojawiły się obsesyjnie dezynfekujące domy mamusie?

> natomiast komunikaty dla alergików nadawane przy prognozach pogody świadczą o powszechności problemu. Błagam, proszę mi nie wmawiać, że to nie jest w jakiś sposób związane z ekspozycją na nowe, nieznane (lub nie poznane do końca) czynniki.
Komunikaty są istotne tylko dla osób z alergią. Występowanie antygenu nie ma wpływu na powstanie alergii, to naturalne czynniki, nie powinny powodować alergii. Wystąpienie alergii wynika z nieprawidłowego funkcjonowania organizmu.
Nieprawidłowości pojawiają się najczęściej w wyniku zaburzeń rozwoju układu odpornościowego przez właśnie nadmierną sterylność. Ale i są czynniki genetyczne.

To nie są nowe, nieznane czynniki - to najnormalniejsze czynniki, które powinny być rozpoznawane jako "niegroźne", a organizm się myli się.

Paradoksalnie - wzrasta częstotliwość alergii na własne ciało. To tzw. choroby autoimmunologiczne. Przez pomyłkę własne związki są rozpoznawane jako obce i groźne.

To nie pojawienie się nowych związków chemicznych, a uniemożliwienie treningu układu odpornościowego u dzieci jest problemem.

Do tego dodajmy wykrywalność. Kiedyś nie mówiono o alergii na białko, dziecko umierało bo nie tolerowało pokarmu. Nie mówiono o alergii na pyłek brzozy, kichał i smarkał całe lato. I tyle. Nazwanie i diagnostyka choroby nie zmienia faktu, że przedtem ona występowała, ale nie była opisana.
25-10-2012 10:56 
 Ocena 1 na 1
Rosa L. (625 punktów)

Nikt o tym nie mówi, a jesteśmy świadkami strasznej plagi.

www.amirrorclear.net/academic/papers/scourge.pdf
25-10-2012 15:42 
 Ocena 8 na 8
liliac (147340 punktów)
Mówi się, mówi, tylko żeby usłyszeć, trzeba się wysilić i zajrzeć do podręczników czy literatury naukowej (powyższy artykuł - bardzo dobry zresztą - linkowałam swego czasu w Znalezionych w sieci):



Embryo and Fetal Pathology - color atlas with ultrasound correlation
, Enid Gilbert-Barness, Diane Debich-Spicer
Jacek Głodzik (35558 punktów)
Zwracam tylko uwagę na moją odpowiedź Tobie (coś nie zagrało, Twoja pełna wypowiedź nie jest na forum w odpowiednim miejscu wątku widoczna, choć jakimś cudem przyszła do mnie mailem)
www.racjonalista.pl/forum.php/s,526561#w534779

---
24-10-2012 18:46
 Ocena 10 na 10
Kowalski (2244 punktów)
Skąd przypuszczenie, że problemy z płodnością mają podłoże genetyczne? Często czytamy o coraz gorszej jakości nasienia, a jako powód tego stanu rzeczy uważa się zmiany środowiskowe i tryb życia. Trzeba się więc przygotować na to, że być może coraz częściej zapłodnienie będzie musiało być wspomagane medycznie. W dyskusji o in vitro zapomina się, że Kościół przeciwny jest także inseminacji, w zasadzie dość prostemu zabiegowi, polegającemu na wprowadzeniu nasienia do macicy, a stosowanemu na przykład, gdy plemniki wykazują małą ruchliwość. Etyka watykańska nie pierwszy raz nie nadąża za wiedzą i możliwościami medycyny. Prawodawca powinien mieć tego świadomość.
24-10-2012 19:37 
 Ocena 1 na 1
Hodża (11172 punktów)
>Skąd przypuszczenie, że problemy z płodnością mają podłoże genetyczne?

Powiem inaczej - spośród wielu rozmaitych przyczyn, które wywołują niepłodność, można podejrzewać również występowanie i czynników genetycznych. To jedynie mam na myśli i tak to przedstawiłem - nie twierdzę, że genetyczne są przyczyny wszystkich takich przypadków.

Nie Bóg, lecz Człowiek potrzebuje obrony.
25-10-2012 12:15 
 Ocena 5 na 5
Ania. (14138 punktów)
>>Skąd przypuszczenie, że problemy z płodnością mają podłoże genetyczne?
>Powiem inaczej - spośród wielu rozmaitych przyczyn, które wywołują niepłodność, można podejrzewać również występowanie i czynników genetycznych. To jedynie mam na myśli i tak to przedstawiłem - nie twierdzę, że genetyczne są przyczyny wszystkich takich przypadków.
Jak wielu innych problemów.

Czy uważasz, że osoby z jaskrą nie powinny mieć dzieci, aby poprawić stan populacji? Albo cukrzycą?

Jeśli nie, to dlaczego te akurat problemy genetyczne traktujesz inaczej?
25-10-2012 20:34 
 Ocena 2 na 2
Hodża (11172 punktów)
>Czy uważasz, że osoby z jaskrą nie powinny mieć dzieci, aby poprawić stan populacji? Albo cukrzycą?
>Jeśli nie, to dlaczego te akurat problemy genetyczne traktujesz inaczej?

To jest już decyzja rodziców. "Powinny" - cóż tutaj może znaczyć to słowo? O jakiego rodzaju powinności, względem czego/kogo mowa?

Na pewno nie powinny mieć dzieci pary, u których wykryto by np. geny recesywne, których połączenie czyniłoby wystąpienie jakiejś strasznej choroby bardzo prawdopodobnym. Tak ja to widzę, natomiast rozumiem również fakt, że dla większości takich osób, nawet ostrzeżonych o takim ryzyku, wystąpienie degeneracji jest tylko "wolą bożą" a nie zdarzeniem, którego można było uniknąć (nie mówię tu o aborcji a o powstrzymaniu się od prokreacji).

Nie Bóg, lecz Człowiek potrzebuje obrony.
26-10-2012 21:19 
 Ocena 7 na 7
Ania. (14138 punktów)
>>Czy uważasz, że osoby z jaskrą nie powinny mieć dzieci, aby poprawić stan populacji? Albo cukrzycą?
>>Jeśli nie, to dlaczego te akurat problemy genetyczne traktujesz inaczej?
>To jest już decyzja rodziców. "Powinny" - cóż tutaj może znaczyć to słowo? O jakiego rodzaju powinności, względem czego/kogo mowa?
Sugerujesz, że metoda in vitro nie powinna być realizowana, bowiem rodzice obarczeni są genami utrudniającymi rozród. A zatem w imię dobra populacji ograniczymy ich możliwość rozmnażania, pomimo, że medycyna jest w stanie im to zapewnić.
Czy od decyzji utrudnienia lub uniemożliwienia jednym parom, z jednej przyczyny medycznej lub losowej (co jest bardzo ważne, często problem z płodnością nie wynika z genów, a urazu, zakażenia, powikłań po chorobie zakaźnej itd.), to rozumiem, że przekłada się to i na inne pary, które mogą geny przeszkadzające w funkcjonowaniu bez pomocy medycznej dzieciom przekazać.
Na pewno życie z wadą wzroku przeszkadza. Co z tego, że okulary pomagają - przecież nie chcemy utrwalać genów chorych! Nie rozmnażajmy par z wadami wzroku!
Itd.

>Na pewno nie powinny mieć dzieci pary, u których wykryto by np. geny recesywne, których połączenie czyniłoby wystąpienie jakiejś strasznej choroby bardzo prawdopodobnym. Tak ja to widzę, natomiast rozumiem również fakt, że dla większości takich osób, nawet ostrzeżonych o takim ryzyku, wystąpienie degeneracji jest tylko "wolą bożą" a nie zdarzeniem, którego można było uniknąć (nie mówię tu o aborcji a o powstrzymaniu się od prokreacji).
Takie pary mogą mieć dzieci pozbawione tych recesywnych genów właśnie dzięki in vitro i selekcji zarodków.
Hodża (11172 punktów)
>Sugerujesz, że metoda in vitro nie powinna być realizowana, bowiem rodzice obarczeni są genami utrudniającymi rozród. A zatem w imię dobra populacji ograniczymy ich możliwość rozmnażania, pomimo, że medycyna jest w stanie im to zapewnić.

Nie sugeruję tego. Sugeruję, że stosowanie metod zapłodnienia pozaustrojowego wprowadza, moim zdaniem laika, ryzyko, że może jej towarzyszyć - oprócz tej selekcji zarodków, o której dalej piszesz, również selekcja nieświadoma, związana z taką procedurą dokonującą się w innych niż naturalne warunkach. Dam przykład - podczas zapłodnienia naturalnego następuje konkurencja plemników o to, który pierwszy dotrze do komórki jajowej i przeniknie przez jej ściankę. Przecież osoba dokonująca zapłodnienia "w szkle" również jest pewnym czynnikiem selekcyjnym, ale innego rodzaju. Żeby labornt nie wiem jak się starał zastąpić naturę, to wybieranie najbardziej ruchliwego plemnika na podstawie widoku w okularze mikroskopu nie jest tym samym, co "naturalny tor przeszkód". Zaznaczam cały czas, że są to tylko spekulacje. Jednak jestem pewien, że już po kilku pokoleniach i przy rozpowszechnionej metodzie zapłodnienia pozaustrojowego musi dojść do radykalnych zmian natury genetycznej - po prostu z tego powodu, że ta metoda nie odzwierciedla warunków reprodukcji, jakie w toku milionów lat ewolucji zostały zakodowane w ludzkim genomie.

>Czy od decyzji utrudnienia lub uniemożliwienia jednym parom, z jednej przyczyny medycznej lub losowej (co jest bardzo ważne, często problem z płodnością nie wynika z genów, a urazu, zakażenia, powikłań po chorobie zakaźnej itd.), to rozumiem, że przekłada się to i na inne pary, które mogą geny przeszkadzające w funkcjonowaniu bez pomocy medycznej dzieciom przekazać.

Tutaj się z Tobą zgadzam, ale różnica w moim i Twoim podejściu do sprawy jest natury ilościowej. Ja nie sprzeciwiam się całkowicie tej metodzie i uważam, że można ją stosować - tylko trzeba być świadomym tego, że jeśli jej zastosowanie przybierze charakter masowy i długotrwały, skutki mogą być (i zapewne będą) groźne.

>>Na pewno nie powinny mieć dzieci pary, u których wykryto by np. geny recesywne, których połączenie czyniłoby wystąpienie jakiejś strasznej choroby bardzo prawdopodobnym. Tak ja to widzę, natomiast rozumiem również fakt, że dla większości takich osób, nawet ostrzeżonych o takim ryzyku, wystąpienie degeneracji jest tylko "wolą bożą" a nie zdarzeniem, którego można było uniknąć (nie mówię tu o aborcji a o powstrzymaniu się od prokreacji).
>Takie pary mogą mieć dzieci pozbawione tych recesywnych genów właśnie dzięki in vitro i selekcji zarodków.

Oby i mam nadzieję, że tak będzie.

Nie Bóg, lecz Człowiek potrzebuje obrony.
27-10-2012 10:23 
 Ocena 3 na 3
grzmot (741 punktów)
>Nie sugeruję tego. Sugeruję, że stosowanie metod zapłodnienia pozaustrojowego wprowadza, moim zdaniem laika, ryzyko, że może jej towarzyszyć - oprócz tej selekcji zarodków, o której dalej piszesz, również selekcja nieświadoma, związana z taką procedurą dokonującą się w innych niż naturalne warunkach. Dam przykład - podczas zapłodnienia naturalnego następuje konkurencja plemników o to, który pierwszy dotrze do komórki jajowej i przeniknie przez jej ściankę. Przecież osoba dokonująca zapłodnienia "w szkle" również jest pewnym czynnikiem selekcyjnym, ale innego rodzaju. Żeby labornt nie wiem jak się starał zastąpić naturę, to wybieranie najbardziej ruchliwego plemnika na podstawie widoku w okularze mikroskopu nie jest tym samym, co "naturalny tor przeszkód". Zaznaczam cały czas, że są to tylko spekulacje. Jednak jestem pewien, że już po kilku pokoleniach i przy rozpowszechnionej metodzie zapłodnienia pozaustrojowego musi dojść do radykalnych zmian natury genetycznej - po prostu z tego powodu, że ta metoda nie odzwierciedla warunków reprodukcji, jakie w toku milionów lat ewolucji zostały zakodowane w ludzkim genomie.
Ewolucja (bo o nią się martwisz, stawiając konkretnych ludzi na drugim miejscu - w tej argumentacji) polega (m.in.) na zmianach. A utrzymanie większej puli genowej jest korzystne z ewolucyjnego punktu widzenia. Nie możesz wiedzieć w tej chwili, czy para używająca metody in vitro nie jest nosicielami jakiegoś korzystnego genu, który by w innym przypadku przepadł.

Wykorzystanie dostępnej technologii w tym celu też jest korzystne - potraktuj to jako skutek ewolucji - rozwinęła się nam inteligencja, i możemy zachować więcej linii genetycznych dzięki temu, że potrafimy poszerzać nasze metody rozmnażania.

Twierdząc, że coś kiedyś zaszkodzi, bo jest nienaturalne, bo wcześniej było inaczej, używasz retoryki, hmm, religijnej. Oczywiście, że wcześniej było inaczej, ale teraz możemy więcej i powinniśmy z tego korzystać. Sztuczne światło, duża dostępność pożywienia i szczepionki też mogą być potraktowane jako "ewolucyjnie niekorzystne" - wracamy do jaskiń?
Hodża (11172 punktów)
>Ewolucja (bo o nią się martwisz, stawiając konkretnych ludzi na drugim miejscu - w tej argumentacji) polega (m.in.) na zmianach. A utrzymanie większej puli genowej jest korzystne z ewolucyjnego punktu widzenia. Nie możesz wiedzieć w tej chwili, czy para używająca metody in vitro nie jest nosicielami jakiegoś korzystnego genu, który by w innym przypadku przepadł.

Nie wziąłem tego pod uwagę. Chyba masz rację, są przesłanki, że nawet krzyżowanie wsobne zachodzące np. na Islandii mogło przyczynić się do zachowania i upowszechnienia pewnych korzystnych genów.

>Wykorzystanie dostępnej technologii w tym celu też jest korzystne - potraktuj to jako skutek ewolucji - rozwinęła się nam inteligencja, i możemy zachować więcej linii genetycznych dzięki temu, że potrafimy poszerzać nasze metody rozmnażania.

Racja.

>Twierdząc, że coś kiedyś zaszkodzi, bo jest nienaturalne, bo wcześniej było inaczej, używasz retoryki, hmm, religijnej. Oczywiście, że wcześniej było inaczej, ale teraz możemy więcej i powinniśmy z tego korzystać. Sztuczne światło, duża dostępność pożywienia i szczepionki też mogą być potraktowane jako "ewolucyjnie niekorzystne" - wracamy do jaskiń?

Nie zastanawiam się, czy religijna jest ta retoryka, jakkolwiek podjąłem wątek od ks. Klocha, więc poniekąd tak jest. Nie jest dla mnie ważne, jakiego rodzaju retoryki będę używał w celu wywołania dyskusji, która prowadzi do pewnych konkluzji, jak w tym wątku - podejmowanie dyskusji z pozycji religijnych przez kogoś, kto nie myśli dogmatycznie jest całkiem dobrą metodą sprawdzania błędności wierzeń oraz natury prawd nauki. Nie mówiąc już o tym, że ożywia dyskusję


Nie Bóg, lecz Człowiek potrzebuje obrony.
Olek Mularski (3178 punktów)
>Kiedy uzna się za normę pośrednictwo pozaustrojowych technik zapłodnienia, nie będzie już w
>przyszłości żadnych oporów przed tym, by np. leczyć genetycznie niektóre choroby, wtedy, kiedy takie
>techniki zostaną opracowane. Pojawi się kwestia granicy - kiedy dopuszczalne etycznie będzie
>ingerowanie w genom zarodka?

Wprost nie mogę się doczekać, kiedy medycyna dokona takiego postępu, że będzie można wyeliminować szkodliwe, chorobotwórcze mutacje z naszego DNA. Owszem zmienność genetyczna jest dobra, ale nie wtedy, kiedy prowadzi do chorób! Poza tym nasza zmienność genetyczna nie powinna ucierpieć na inżynierii genetycznej.

>Czy usunięcie genu odpowiedzialnego za zwiększone ryzyko nowotworu jest
>etyczne, ale genu odpowiedzialnego np. za ryzyko wystąpienia wad wzroku już nie?

A czy mutacje odpowiedzialne za powstanie jakichkolwiek chorób dziedzicznych są nam po coś potrzebne? Moim zdaniem nie i chyba wątpię, żeby zdanie większości światłych ludzi było inne! Zdaniem księży (z tym że to nie są ludzie światli, lecz ciemnota) może i jest, bo wtedy ludzie mogą się modlić, a cofnięcie się choroby uznawać za cud. A każdy cud to pełna sakiewka pieniędzy za pielgrzymki do miejsc rzekomego cudu...

>Nawet powiem, że
>dziwi mnie, iż Kościół nie dostrzega tego zagrożenia ukrytego w zaakceptowaniu pośrednictwa
>technologii w procesie prokreacji człowieka. Jakkolwiek nie polega on na obecnym etapie ludzkiej
>wiedzy na bezpośrednim ingerowaniu w genom, to pośrednio już jest (poprzez powoływanie do życia
>dzieci, spośród których część będzie obdarzona genami, które z jakichś powodów wywołują niepłodność,
>zatem "powinny" ulec usunięciu z puli genowej) a co więcej - stanowi precedens i otwarcie drogi, na
>której horyzoncie rysuje się tworzenie hybrydy człowieka i urządzeń technologii medycznej, o
>eugenice nie wspominając.

Tak jak napisałem wcześniej, w poście wyżej nie ma żadnych obaw co do dziedziczenia chorób będących wskazaniem do zapłodnienia in vitro, a kościół jako, że mentalnie znajduje się obecnie we wczesnym średniowieczu (i dopiero co zgodził się na transplantacje, bo ustalił w swych głupawych dogmatach, że posiadanie nerki, wątroby czy serca nie jest niezbędne zmarłemu do rzekomego zbawienia duszy). Za dwadzieścia lat zgodzą się, że wojna z in vitro była zła. Ale nie martwmy się, bo znajdą sobie kolejnego wroga, prawdopodobnie będzie to inżynieria genetyczna, na którą już ostrzą sobie zęby; z resztą już odsądzają ją od czci i wiary.
Hybrydy człowieka z elektroniką? Znowu trzeba zadać to samo pytanie: co ma piernik do wiatraka? Owe dziwaczne połączenia będące dziełem różnych nienormalnych, ekscentrycznych pseudonaukowców i ich prawdopodobnie równie głupich "pacjentów", czy też raczej klientów już istnieją. Do stworzenia kogoś takiego nie jest potrzebna genetyka, a raczej nóż. Nie ma przecież genu odpowiadającego za to, że komuś wyrośnie na czterech literach wejście do telefonu komórkowego (no chyba że wiesz o takim)
Eugenika i klonowanie w celach nieterapeutycznych to raczej sprawa dla prawników, nie dla naukowców. Wystarczy wymyślić odpowiednie ustawodawstwo (co z resztą nie jest specjalnie trudne i wprowadzić je w życie). Z resztą już obecnie istnieją odpowiednie zapisy dotyczące ochrony genomu ludzkiego i są wystarczające.
Są to wiec raczej strachy na lachy, a raczej na moherki, żeby nie uciekły od kościółka! Z resztą religia od zawsze wykorzystywała strach przed nieznanym.

>Chyba mogę mieć rację, że taka perspektywa jest niepokojąca.

Niepokojąca jest raczej głupota kościoła i to bardzo! Do czego prowadzi to nie będę pisał, bo żal się powtarzać!

>Kościół natomiast, nie dopuszczając aborcji w żadnym przypadku, sprowadza postulat ochrony życia do
>absurdu.

Jedyna rzecz, w której zgodzę się z Tobą! Z resztą oni wszystko sprowadzają do absurdu, bo sama wiara jest absurdalna!

>Wiadomo bowiem, że są przypadki tak uszkodzonych płodów o praktycznie nie rozwiniętym mózgu
>(może tu medycy powinni raczej zabrać głos, jak bardzo zdegenerowany może być płód), żądanie
>urodzenia których jest, moim zdaniem, aktem nieludzkim wobec kobiety, która by chciała poddać się
>aborcji w takim przypadku.

To raczej klechy powinny się zgodzić z tym, że w sprawach medycznych powinni siedzieć cicho i się nie odzywać! Skoro lekarze nie wtrącają się do liturgii, bo się na tym nie znają, to dlaczego księża za wszelką cenę próbują wetknąć swoje pazerne łapy w proces leczenia!!!

>(Tutaj zamieszczam link do strony, której wiarygodności nie potrafię
>ocenić, jednak podejrzewam, że są to zdjęcia prawdziwe:
>www.wykop.(*)rzadkich-wad-wrodzonych-plodu/ UWAGA, tylko dla osób o
>bardzo silnych nerwach).

Strona raczej niewiarygodna, ale artykuł w pełni prawdziwy.
Arystyp z Cyreny (6368 punktów)
A: Nikt nie urodzi się chory!

B: Ale niektórzy będą mogli selekcjonować dzieci ze względu na płeć albo np. kolor oczu.

A: Nie róbmy tego!



"Mądrość jest dobrem, aczkolwiek jest pożądana nie sama dla siebie, ale z uwagi na konsekwencje"
Hodża (11172 punktów)
>A: Nikt nie urodzi się chory!
>B: Ale niektórzy będą mogli selekcjonować dzieci ze względu na płeć albo np. kolor oczu.
>A: Nie róbmy tego!

No właśnie, w skrócie dobrze opisany problem. Wydaje się, że to, co Kościół nazywa "zdaniem się na Boga", zaś dla niewierzącego jest grą na loterii chaosu natury, w jakimś stopniu konstytuuje człowieczeństwo. Element nieprzewidywalności. To, co z góry zaplanowane jest sztuczne, nawet zaplanowany człowiek. Wiem, wiem, brzmi to nienaukowo. Ale warto się nad tym zastanowić, naprawdę.

Nie Bóg, lecz Człowiek potrzebuje obrony.
24-10-2012 20:14 
 Ocena 13 na 13
Arystyp z Cyreny (6368 punktów)
Ale ja też jestem takim sztucznym człowiekiem.

Gdybyśmy nie medycyna, to bym się nie urodził. Gdyby nie cesarskie cięcie to byłaby kiszka.

Ingerencja medycyny w nasze życie będzie coraz większa. Już teraz można eliminować wady genetyczne dzięki in vitro. To jest przyszłość. Po co decydować się na dziecko, które będzie obdarzone wadą genetyczną, skoro można zostać rodzicem zdrowego dziecka?

Od powstania tragedii antycznej sztuka odbija ludzki strach przed ingerowaniem w naturę i kolej rzeczy. W ostatnich dekadach świetnie obrazują to filmy katastroficzne, horrory i science fiction.

Jest to oczywiście zupełnie nieuzasadniony lęk przed nauką. Ludzie boją się nauki i protestują przeciwko elektrowniom jądrowym, tak jak protestowali przeciwko zderzaczowi hadronów w CERNie. Lęk przed nową technologią towarzyszy ludzkości od dawna.

Rozumiem obawy, przed czymś nowym... Nie widzę jednak powodu by widzieć w selekcji genetycznej zagrożenia dla ludzkości. Wręcz przeciwnie. Eliminowanie chorób w tak wczesnym momencie tylko oszczędza naturze pracy, którą rodzice i dzieci okupowaliby dodatkowym cierpieniem.


"Mądrość jest dobrem, aczkolwiek jest pożądana nie sama dla siebie, ale z uwagi na konsekwencje"
24-10-2012 21:15 
 Ocena 5 na 5
Scarabaeus (2198 punktów)
>Ale ja też jestem takim sztucznym człowiekiem.
>Gdybyśmy nie medycyna, to bym się nie urodził. Gdyby nie cesarskie cięcie to byłaby kiszka.

Pewnie gdyby jakiś nasz pra-przodek nie wymyślił kamiennych narzędzi i nie nauczył się termicznej obróbki żywności to dziś nie dyskutowalibyśmy tutaj a nasze geny przepadły by bezpowrotnie i tak zatryumfowałby dobór "naturalny"
25-10-2012 10:27 
 Ocena 1 na 1
Hodża (11172 punktów)
>Rozumiem obawy, przed czymś nowym... Nie widzę jednak powodu by widzieć w selekcji genetycznej zagrożenia dla ludzkości. Wręcz przeciwnie. Eliminowanie chorób w tak wczesnym momencie tylko oszczędza naturze pracy, którą rodzice i dzieci okupowaliby dodatkowym cierpieniem.

Zgadzam się.

Nie Bóg, lecz Człowiek potrzebuje obrony.
04-11-2012 22:01 
 Ocena 2 na 2
Kuba K. (3909 punktów)
>Jest to oczywiście zupełnie nieuzasadniony lęk przed nauką. Ludzie boją się nauki i protestują przeciwko elektrowniom jądrowym, tak jak protestowali przeciwko zderzaczowi hadronów w CERNie. Lęk przed nową technologią towarzyszy ludzkości od dawna.
>Rozumiem obawy, przed czymś nowym... (...)

Co ciekawsze, ten lęk nie ogranicza się bynajmniej do ludzi niewykształconych. W czasie realizacji projektu Manhattan kilku uczestniczących w przedsięwzięciu fizyków całkiem poważnie obawiało się "zapalenia" całej ziemskiej atmosfery w wyniku próbnego wybuchu jądrowego. Pisze o tym choćby Richard Rhodes w nagrodzonej Pulitzerem książce "Jak powstała bomba atomowa".
panTeista (6809 punktów)
>Wydaje się, że to, co Kościół nazywa "zdaniem się na Boga", zaś dla niewierzącego jest grą na loterii chaosu natury, w jakimś stopniu konstytuuje człowieczeństwo. Element nieprzewidywalności. To, co z góry zaplanowane jest sztuczne, nawet zaplanowany człowiek.

Czy sztuczne oznacza zawsze gorsze od naturalnego? Zaplanowane są domy, drogi, a chyba nikt nie wątpi że są lepsze od jaskiń, dróg gruntowych.


Nadzieją na deklerykalizację Polski są wybory i Ruch Palikota.
Scarabaeus (2198 punktów)
>...stanowić będzie jeszcze jeden sposób na utrwalanie w populacji
>materiału genetycznego, który nie został poddany selekcji naturalnej.

Niestety używasz pojęcia "selekcja naturalna" w tym samym znaczeniu co "żywność naturalna", "medycyna naturalna" i tym podobne.

>...osłabieniem przez postęp cywilizacyjny (nie tylko medyczny) procesów naturalnej selekcji.

I znów pojęcie "naturalnej selekcji" tylko o jaką naturę tu chodzi bo chyba nie ludzką?

I podstawowe pytanie. Dlaczego uważasz, że "selekcja naturalna" jest dobra?
Jedną z zasad doboru naturalnego jest to, że promuje on cechy zwiększające szanse pozostawienia po sobie potomstwa nawet wtedy, gdy zmiany te nieuchronnie doprowadzą do wyginięcia gatunku.

>...dzieci, spośród których część będzie obdarzona genami, które z jakichś powodów wywołują niepłodność,
>zatem "powinny" ulec usunięciu z puli genowej)...

I co z tego? Czy istnieje słuszny dobór naturalny i niesłuszny?

>Chyba mogę mieć rację, że taka perspektywa jest niepokojąca.

czy ja wiem. Możliwość bycia zdrowszym, inteligentniejszym, sprawniejszym fizycznie nie wydaje mi się niepokojąca.

>Kościół natomiast, nie dopuszczając aborcji w żadnym przypadku, sprowadza postulat ochrony życia do
>absurdu. Wiadomo bowiem, że są przypadki tak uszkodzonych płodów o praktycznie nie rozwiniętym mózgu...

Co do kościoła to zgoda. Tylko czytając to co napisałeś wcześniej zapytam czy aborcja nie jest ingerencją w selekcję naturalną?
Usuwamy przecież z puli genowej geny, które powinny się powielać.

Może po tym podsuwaniu zauważysz gdzie popełniłeś błędy.
25-10-2012 10:40 
 Ocena 2 na 2
Hodża (11172 punktów)
>I podstawowe pytanie. Dlaczego uważasz, że "selekcja naturalna" jest dobra?

Nie, tego nie uważam i nigdzie tego nie napisałem. Pojęcia "dobra" i "zła" są koncepcjami kulturowymi, istnieją wyłącznie w świadomości człowieka. Natura zaś nie zna czegoś takiego, chyba, że za "dobre" w sensie "naturalnym" będziemy rozumieć "efektywne", "skuteczne", "żywotne" itd., itp.

>>zatem "powinny" ulec usunięciu z puli genowej)...
>I co z tego? Czy istnieje słuszny dobór naturalny i niesłuszny?

Cudzysłów! Zwracam uwagę na cudzysłów, gdyż nie twierdzę, że człowiek powinien podporządkowywać się mechanizmom natury, owszem, wręcz przeciwnie - to, co czyni z nas ludźmi, tak naprawdę jest ruchem w poprzek sił natury (albo nawet pod prąd), nie zaś bezrefleksyjnym poddawaniem się biologii. Gdyby tak było, nie istniałaby żadna medycyna oraz milion innych cywilizacyjnych udogodnień, czyniących nasze życie jako tako znośnym.

To, o czym piszę, to zwrócenie uwagi na to, że biologia cały czas działa, pomimo istniejących coraz bardziej zaawansowanych technologii. Jeśli medycyna, technika czy etyka będą, jak to się teraz dzieje, pozostawać krok za biologią, cywilizacja sama sobie ukręci technologiczny stryczek na swoją szyję. Etyka, technologia czy medycyna powinny wychodzić o ten jeden krok naprzód, ale człowiek najwyraźniej nie jest władny przewidywać następstw swoich czynów, reaguje tylko i wyłącznie na bieżące zagrożenia. To wydaje mi się być miarą bezrefleksyjności cywilizacji. Cywilizacja, w której nie mają decydującego głosu intelektualiści, próbujący przewidywać dalekosiężne następstwa ingerencji człowieka w naturę (również w swoją naturę) jest w najwyższym stopniu narażona na katastrofalne załamania swojego rozwoju.

>>Chyba mogę mieć rację, że taka perspektywa jest niepokojąca.
>czy ja wiem. Możliwość bycia zdrowszym, inteligentniejszym, sprawniejszym fizycznie nie wydaje mi się niepokojąca.

Owszem, zasadniczo chodzi o to właśnie, by udoskonalić człowieka biologicznie. Tylko, że jeśli się powie w tej grze "a", trzeba też powiedzieć "b".

Nie Bóg, lecz Człowiek potrzebuje obrony.
25-10-2012 11:40
 Ocena 12 na 12
Ania. (14138 punktów)
>Otóż, moim zdaniem, rozwijanie technologii pozaustrojowego zapłodnienia jest drogą, która prędzej
>czy później zaprowadzi ludzkość w ślepy zaułek.
Jak każda inna droga. W końcu i tak Ziemia zniknie, a nawet cały układ słoneczny...

>Uważam, że posiłkowanie się technologią, aby
>zrekompensować niepłodność, która być może również ma jakiś związek z genetycznymi uwarunkowaniami
>osób, które nie posiadają dzieci, stanowić będzie jeszcze jeden sposób na utrwalanie w populacji
>materiału genetycznego, który nie został poddany selekcji naturalnej. Kiedyś rolę takiego selektora
>stanowiły choroby wieku dziecięcego; dziś, wraz z postępem medycyny, z masowymi szczepieniami, nie
>spełniają one tej roli.
A jaki jest związek in vitro z wyeliminowaniem tych czynników selekcyjnych?
Metody naturalnego rozmnażania nie cofną tego, nie zapewnią takowego czynnika selekcyjnego. Przeciwnie - wiele chorób występujących można w przyszłości wyeliminować lub zmniejszyć ich występowanie, np. przez selekcję zarodków nie obarczonych mutacją.

>Jakkolwiek nikt nie robił chyba badań tego procesu (byłoby to chyba
>"niepoprawne politycznie") można domniemywać, że przynajmniej część z nieuleczalnych genetycznych
>chorób, które pojawiają się ostatnio wśród dzieci częściej, niż np. 100 lat temu może mieć związek z
>osłabieniem przez postęp cywilizacyjny (nie tylko medyczny) procesów naturalnej selekcji. Wiem, że
>to brzmi dość brutalnie, ale biologia jest brutalna.
Nie jestem przekonana, czy choroby pojawiają się częściej, czy też są częściej opisywane, diagnozowane i leczone. Kiedyś dzieci nie trafiały do lekarza, po prostu umierały. Porównaj śmiertelność dzieci 100 lat temu i dziś.
Skąd masz dane na temat większego występowania chorób genetycznych?
Jakieś źródło?

>Kiedy uzna się za normę pośrednictwo pozaustrojowych technik zapłodnienia, nie będzie już w
>przyszłości żadnych oporów przed tym, by np. leczyć genetycznie niektóre choroby, wtedy, kiedy takie
>techniki zostaną opracowane. Pojawi się kwestia granicy - kiedy dopuszczalne etycznie będzie
>ingerowanie w genom zarodka? Czy usunięcie genu odpowiedzialnego za zwiększone ryzyko nowotworu jest
>etyczne, ale genu odpowiedzialnego np. za ryzyko wystąpienia wad wzroku już nie?
A dlaczego ma być to nieetyczne?
Czy naprawienie jakiegokolwiek problemu zdrowotnego zarodka jest nieetyczne?

> Nawet powiem, że
>dziwi mnie, iż Kościół nie dostrzega tego zagrożenia ukrytego w zaakceptowaniu pośrednictwa
>technologii w procesie prokreacji człowieka.
Moim zdaniem kościół dostrzega ten problem. Kiedyś bluźnierstwem był sam pomysł na leczenie chorób - w końcu ingerujemy w wolę bożą. Teraz przesunięto tę granicę, ale jak zawsze wola boża jest istotna dla wierzących fanatyków.

>Jakkolwiek nie polega on na obecnym etapie ludzkiej
>wiedzy na bezpośrednim ingerowaniu w genom, to pośrednio już jest (poprzez powoływanie do życia
>dzieci, spośród których część będzie obdarzona genami, które z jakichś powodów wywołują niepłodność,
>zatem "powinny" ulec usunięciu z puli genowej) a co więcej - stanowi precedens i otwarcie drogi, na
>której horyzoncie rysuje się tworzenie hybrydy człowieka i urządzeń technologii medycznej, o
>eugenice nie wspominając.
O ile są takowe. Niepłodność wynika często z trywialnych powodów - niedrożność jajowodów po stanie zapalnym lub operacji, jako powikłanie po śwince itd.
Poza tym druga sprawa - niepłodność wynikająca nawet z genów, np. problem z osłonką przejrzystą nie ma się w żaden sposób do funkcjonowania osobników, bowiem ten właśnie osobnik może mieć niezwykle wartościowe dla przeżywalności populacji inne geny.
Czy jesteś zdania, że osobniki genetycznie podatne na dżumę powinny nie mieć dzieci w imię dobra populacji?
Albo nietolerujące laktozy?

>Chyba mogę mieć rację, że taka perspektywa jest niepokojąca.
Nie jest.

>Kościół natomiast, nie dopuszczając aborcji w żadnym przypadku, sprowadza postulat ochrony życia do
>absurdu.
Tu się zgadzam bez uwag.
25-10-2012 13:11 
 Ocena 2 na 2
Sobiepan (87 punktów)

>A jaki jest związek in vitro z wyeliminowaniem tych czynników selekcyjnych?
>Metody naturalnego rozmnażania nie cofną tego, nie zapewnią takowego czynnika selekcyjnego. Przeciwnie - wiele chorób występujących można w przyszłości wyeliminować lub zmniejszyć ich występowanie, np. przez selekcję zarodków nie obarczonych mutacją.
Wątek jest w dziale nauka i wiedza.
Wątpię by państwo zarobiło na tym biznesie go dotując.
Jednostce wolno kierować się egoizmem na swój koszt, w przeciwieństwie do robienia tego z podatków innych.
Są tacy którzy by zakazali tej metody z przyczyn czysto biologicznych.
www.gazeta(*)nes-a-nie-nauka,1,id,t,sa.html
Czy metoda in-vitro znacząco zwiększa ilość chorób genetycznych, wad rozwojowych i defektów genetycznych w stosunku do naturalnych poczęć?
Czy nawet gdyby istniała selekcja zarodków to zmiejszy się ilość chorób genetycznych w tej metodzie?
25-10-2012 14:29 
 Ocena 8 na 8
Ania. (14138 punktów)
>>A jaki jest związek in vitro z wyeliminowaniem tych czynników selekcyjnych?
>>Metody naturalnego rozmnażania nie cofną tego, nie zapewnią takowego czynnika selekcyjnego. Przeciwnie - wiele chorób występujących można w przyszłości wyeliminować lub zmniejszyć ich występowanie, np. przez selekcję zarodków nie obarczonych mutacją.
>Wątek jest w dziale nauka i wiedza.
Tak. Mam nadzieję, że jako biolog spełnię warunki wypowiedzi.
>Jednostce wolno kierować się egoizmem na swój koszt, w przeciwieństwie do robienia tego z podatków innych.
>Wątpię by państwo zarobiło na tym biznesie go dotując.
Państwo zarabia na produktywnych obywatelach.
Stymulacja tworzenia nowych produktywnych obywateli się w prosty sposób opłaca.
Poza tym nie rozmawiamy tu o warunkach finansowania.

>Są tacy którzy by zakazali tej metody z przyczyn czysto biologicznych.
>www.gazeta(*)nes-a-nie-nauka,1,id,t,sa.html
prof. Cebrat dyskutuje raczej z mitami, ale to jego opinia. Szczerze mówiąc - dość dziwna, biorąc pod uwagę wyniki badań, wykazujących bardzo nieznaczne różnice rozwojowe dzieci z metod in vitro w porównaniu z dziećmi z metod naturalnych.

>Czy metoda in-vitro znacząco zwiększa ilość chorób genetycznych, wad rozwojowych i defektów genetycznych w stosunku do naturalnych poczęć?
W zasadzie nie. Głównym czynnikiem ryzyka jest ciąża mnoga, a ryzyko to zmniejsza się przez ograniczenie liczby transferowanych zarodków.
humrep.oxfordjournals.org/content/15/4/944.short
"The medical records were retrieved for 1139 infants, 736 singletons, 200 sets of twins and one set of triplets. The total number of infants with an identified anomaly was 87 (7.6%), 40 of which were minor. The incidence of malformations in children born after ICSI was also compared with all births in Sweden using data from the Swedish Medical Birth Registry and the Registry of Congenital Malformations. For ICSI children, the odds ratio (OR) for having any major or minor malformation was 1.75 [95% confidence interval (CI) 1.19-2.58] after stratification for delivery hospital, year of birth and maternal age. If stratification for singletons/twins was also done, the OR was reduced to 1.19 (95% CI 0.79-1.81). The increased rate of congenital malformations is thus mainly a result of a high rate of multiple births. The only specific malformation which was found to occur in excess in children born after ICSI was hypospadias (relative risk 3.0, exact 95% CI 1.09-6.50) which may be related to paternal subfertility."

>Czy nawet gdyby istniała selekcja zarodków to zmiejszy się ilość chorób genetycznych w tej metodzie?
Tak.
25-10-2012 16:45 
 Ocena 8 na 8
liliac (147340 punktów)
>>Czy nawet gdyby istniała selekcja zarodków to zmiejszy się ilość chorób genetycznych w tej metodzie?
>Tak.

...co zresztą już się właściwie dzieje...

Tu trochę więcej przykładów:
-Preimplantation genetic diagnosis for Down syndrome pregnancy.
-Preimplantation Diagnosis for Fanconi Anemia Combined With HLA Matching
-Preimplantation genetic diagnosis for mutated BRCA genes.
-First successful double-factor PGD for Lynch syndrome: monogenic analysis and comprehensive aneuploidy screening.
-Outcome of twin babies free of Von Hippel-Lindau disease after a double-factor preimplantation genetic diagnosis: monogenetic mutation analysis and comprehensive aneuploidy screening.
-Preimplantation genetic diagnosis (embryo screening) for enlarged vestibular aqueduct due to SLC26A4 mutation.
-Six unaffected livebirths following preimplantation diagnosis for spinal muscular atrophy.

A tu szczególnie interesująca (zwłaszcza w kontekście pytań natury ekonomicznej, które padły w poprzedniej wypowiedzi) analiza - PGD for all cystic fibrosis carrier couples: novel strategy for preventive medicine and cost analysis:
Cytat:

Over 1000 children affected with cystic fibrosis (CF) are born annually in the USA. Since IVF with preimplantation genetic diagnosis (PGD) is an alternative to raising a sick child or to aborting an affected fetus, a cost-benefit analysis was performed for a national IVF-PGD program for preventing CF. The amount spent to deliver healthy children for all CF carrier-couples by IVF-PGD was compared with the average annual and lifetime direct medical costs per CF patient avoided. Treating annually about 4000 CF carrier-couples with IVF-PGD would result in 3715 deliveries of non-affected children at a cost of $57,467 per baby. Because the average annual direct medical cost per CF patient was $63,127 and life expectancy is 37 years, savings would be $2.3 million per patient and $2.2 billion for all new CF patients annually in lifetime treatment costs. Cumulated net saving of an IVF-PGD program for all carrier-couples for 37 years would be $33.3 billion. A total of 618,714 cumulative years of patients suffering because of CF and thousands of abortions could be prevented. A national IVF-PGD program is a highly cost-effective novel modality of preventive medicine and would avoid most births of individuals affected with debilitating genetic disease.


Na ten sam temat - A cost-benefit analysis of preimplantation genetic diagnosis for carrier couples of cystic fibrosis.
25-10-2012 17:18 
 Ocena 2 na 2
Sobiepan (87 punktów)

>>Wątek jest w dziale nauka i wiedza.
>Tak. Mam nadzieję, że jako biolog spełnię warunki wypowiedzi.
Profesor Cebrat jako genetyk obecnie zajmuje się analizą genomów i ich strukturą w aspekcie ewolucyjnym oraz dynamiką populacji i stworzył nowoczesną pracownię bioinformatyczną.
>>Jednostce wolno kierować się egoizmem na swój koszt, w przeciwieństwie do robienia tego z podatków innych.
>>Wątpię by państwo zarobiło na tym biznesie go dotując.
>Państwo zarabia na produktywnych obywatelach.
>Stymulacja tworzenia nowych produktywnych obywateli się w prosty sposób opłaca.
Produktywni obywatale mają własną kasę na własne dzieci.
Cytat z wywiadu: ,,W jednym ze szpitali australijskich wyliczono również, jakie są koszty przyjęcia kobiety do porodu. One nawet dla pojedynczego dziecka są trzy razy wyższe po in vitro niż po normalnym poczęciu. Natomiast poród bliźniaków, które jak wspomniałem rodzą się wskutek tej metody 27 razy częściej niż normalnie, kosztuje około 10 razy więcej.''
Jak znam życie to prace pana profesora będą wykorzystane przez firmy ubezpieczeniowe, gdzie są bardzo dobrzy statystycy i odbiją sobie na stawkach ubezpieczeń.
Inny cytat profesora z innego wywiadu: ,,Czy może Pan wskazać inne negatywne skutki in vitro w obszarze genetycznym?
- Obecnie dysponujemy metodami, które pozwalają nam zmierzyć aktywność poszczególnych genów, a mamy ich w każdej naszej komórce około 25 tysięcy. Pierwsze wyniki badań, tym razem przeprowadzonych na myszach, wykazały, że z jakichś nieznanych powodów samo środowisko zapłodnienia komórki jajowej ma wielki wpływ na aktywność genów w komórkach zarodkowych. Porównując zarodki myszy hodowane w probówce, z których jedne powstały przez naturalne zapłodnienie, a drugie przez zapłodnienie in vitro, wykazano, że różnią się one aktywnością 2,5 tys. genów. Świadczy to o tym, że od warunków, w których dochodzi do wniknięcia plemnika do komórki jajowej, zależy aktywność bardzo wielu genów. Niestety, nie mamy pojęcia, jakie dokładnie funkcje są zaburzane i w jakim stopniu mogą one być kompensowane w zarodkach poczętych w warunkach sztucznych.
Nie odniosę się do danych z tekstu w języku angielskim.
Nasz Naczelnik państwa postanowił refundować in-vitro.
Mnie to ani grzeje ani ziębi. Jak będzie wtopa z in-vitro to napewno wypłynie.
Kasa państwowa musi być liczona.
25-10-2012 18:13 
 Ocena 6 na 6
Ania. (14138 punktów)
>>>Wątek jest w dziale nauka i wiedza.
>>Tak. Mam nadzieję, że jako biolog spełnię warunki wypowiedzi.
>Profesor Cebrat jako genetyk obecnie zajmuje się analizą genomów i ich strukturą w aspekcie ewolucyjnym oraz dynamiką populacji i stworzył nowoczesną pracownię bioinformatyczną.
Co nie oznacza chyba, że ma monopol na wypowiadanie się w temacie, czy się mylę?

>>>Jednostce wolno kierować się egoizmem na swój koszt, w przeciwieństwie do robienia tego z podatków innych.
>>>Wątpię by państwo zarobiło na tym biznesie go dotując.
>>Państwo zarabia na produktywnych obywatelach.
Jednak opieka lekarska jest refundowana. Dlaczego ten rodzaj opieki traktować odmiennie?

>>Stymulacja tworzenia nowych produktywnych obywateli się w prosty sposób opłaca.
>Produktywni obywatale mają własną kasę na własne dzieci.
>Cytat z wywiadu: ,,W jednym ze szpitali australijskich wyliczono również, jakie są koszty przyjęcia kobiety do porodu. One nawet dla pojedynczego dziecka są trzy razy wyższe po in vitro niż po normalnym poczęciu. Natomiast poród bliźniaków, które jak wspomniałem rodzą się wskutek tej metody 27 razy częściej niż normalnie, kosztuje około 10 razy więcej.''
Proszę o źródło, bo te dane są sprzeczne z tymi, które podałam.
Bardzo możliwe, że opierał się na starych danych, gdzie podawano zbyt dużo zarodków i skutkiem były ciąże mnogie. W takim układzie są to dane, które należy porównać z kosztami przyjęcia kobiet z odpowiednio mnogimi ciążami. Przypomnę, że obecnie podaje się zwykle 2 zarodki, co znacznie zmniejszyło ryzyko ciąży mnogiej.

>Inny cytat profesora z innego wywiadu: ,,Czy może Pan wskazać inne negatywne skutki in vitro w obszarze genetycznym?
>- Obecnie dysponujemy metodami, które pozwalają nam zmierzyć aktywność poszczególnych genów, a mamy ich w każdej naszej komórce około 25 tysięcy. Pierwsze wyniki badań, tym razem przeprowadzonych na myszach, wykazały, że z jakichś nieznanych powodów samo środowisko zapłodnienia komórki jajowej ma wielki wpływ na aktywność genów w komórkach zarodkowych. Porównując zarodki myszy hodowane w probówce, z których jedne powstały przez naturalne zapłodnienie, a drugie przez zapłodnienie in vitro, wykazano, że różnią się one aktywnością 2,5 tys. genów. Świadczy to o tym, że od warunków, w których dochodzi do wniknięcia plemnika do komórki jajowej, zależy aktywność bardzo wielu genów. Niestety, nie mamy pojęcia, jakie dokładnie funkcje są zaburzane i w jakim stopniu mogą one być kompensowane w zarodkach poczętych w warunkach sztucznych.
Nadal - trudno mi się odnosić do wywiadu, potrzebuję dane źródłowe.
25-10-2012 19:21 
 Ocena 2 na 2
Sobiepan (87 punktów)
>Nadal - trudno mi się odnosić do wywiadu, potrzebuję dane źródłowe.
Każdy znajdzie to co chce znaleźć.
Profesor nawet napisał książkę "Człowiek przejrzysty, czyli jego problemy z własną genetyką" cena 28 zł

Inne stwierdzenia: ,,Szacuje się, że przy naturalnym poczęciu pojawia się tylko jedna dodatkowa mutacja''.
,,Przy in vitro takich mutacji zdarza się kilka razy więcej i oczywiście w znakomitej większości są one niewidoczne, i mogą pozostać niewidoczne przez całe życie. Ale te uszkodzenia też kiedyś się spotkają i będą musiały być wtedy "zabrane do grobu", tylko że ponieważ jest ich kilkakrotnie więcej, to i liczba tej tzw. śmierci genetycznej będzie musiała wzrosnąć''

,,Różnych defektów genetycznych znamy już tysiące. Zapewne dzięki in vitro poznamy ich wkrótce więcej. Im więcej dzieci będzie przychodzić na świat poprzez sztuczne zapłodnienie, tym więcej będzie się ich ujawniać. Bezpośrednio w samej populacji ludzi poczętych in vitro oprócz defektów, o których mówiłem wcześniej, należy się spodziewać... bezpłodności.''
Najciekawsze:
,,Z zupełnie innych badań wynika, że naturalnie obserwowana częstość mutacji nie jest przypadkowa, ale precyzyjnie dostrojona. Dzięki mutacjom populacje mogą przystosowywać się do zmieniających się warunków. Przekroczenie progu naturalnej częstości mutacji może jednak doprowadzić populację do katastrofy. Symulacje komputerowe pokazują, że taka katastrofa ma bardzo gwałtowny przebieg.''

By ludzi przekonać genetycy powinni np. udowodnić że przy in-vitro statystycznie nie ma więcej mutacji niż jedna.
Jako laik oczekiwał bym zaprzeczeń takich danych.
Osobiście mi zwisa co robią ludzie w sprawie in-vitro.
Ale rząd powinien przedstawić wszystkie naukowe za i przeciw.
25-10-2012 19:36 
 Ocena 9 na 9
Ania. (14138 punktów)
Ale źródeł nie masz...

Szkoda. Książka to tylko książka, bez poparcia w badaniach źródłowych jest mało warta. Nawet Daeniken napisał książkę - tak się pisze to nazwisko? Nie będę sprawdzać, bo nie warto.
28-10-2012 06:00 
 0 na 2
Sobiepan (87 punktów)
>Ale źródeł nie masz...
>Szkoda. Książka to tylko książka, bez poparcia w badaniach źródłowych jest mało warta. Nawet Daeniken napisał książkę - tak się pisze to nazwisko? Nie będę sprawdzać, bo nie warto.
>humrep.oxfordjournals.org/content/15/4/944.short
Z tego co zrozumiałem, twoje źródło opublikowane 13 lat temu, podaje przy metodzie ICSI znaczący wzrost ilość wad i wspiera mimo małej próby tezy profesora Cebrata (wielokrotny wzrost ilości niektórych wad).
Dla ciąż pojedynczych jak się z grubsza policzy dalej wychodzą duże wartości.(dla ciąż mnogich różnice między in-vitro a naturalnym są małe).
29-10-2012 20:30 
 Ocena 5 na 5
Ania. (14138 punktów)
>>Ale źródeł nie masz...
>>Szkoda. Książka to tylko książka, bez poparcia w badaniach źródłowych jest mało warta. Nawet Daeniken napisał książkę - tak się pisze to nazwisko? Nie będę sprawdzać, bo nie warto.
>>humrep.oxfordjournals.org/content/15/4/944.short
>Z tego co zrozumiałem, twoje źródło opublikowane 13 lat temu, podaje przy metodzie ICSI znaczący wzrost ilość wad i wspiera mimo małej próby tezy profesora Cebrata (wielokrotny wzrost ilości niektórych wad).
>Dla ciąż pojedynczych jak się z grubsza policzy dalej wychodzą duże wartości.(dla ciąż mnogich różnice między in-vitro a naturalnym są małe).
Znaczące różnice wynikały z ciąży mnogich, jedyną różnicą znaczącą statystycznie, która ostała się po wyeliminowaniu efektu ciąży mnogiej było spodziectwo - jeśli uznasz to za drastyczną wadę wrodzoną, Twoje prawo. Jeśli badanie na ponad 1000 urodzeń uznajesz za małą próbę, to również Twoje prawo. Nie wiem jak w medycynie, dla botanika impact factor ponad 4 jest nie do osiągnięcia praktycznie, więc dla mnie to podnosi wiarygodność wydawnictwa.

Czyli wyniki źródłowe na tezę o braku istotnych różnic mamy. A na tezę przeciwną mamy prywatną opinię prof. Cebrata. Przypomnę, że prywatną opinią pewnego profesora dendrologii jest młoda Ziemia i dinozaury jako smoki...
30-10-2012 16:46 
 Ocena-1 na 1
Sobiepan (87 punktów)

>Znaczące różnice wynikały z ciąży mnogich, jedyną różnicą znaczącą statystycznie, która ostała się po wyeliminowaniu efektu ciąży mnogiej było spodziectwo - jeśli uznasz to za drastyczną wadę wrodzoną, Twoje prawo. Jeśli badanie na ponad 1000 urodzeń uznajesz za małą próbę, to również Twoje prawo. Nie wiem jak w medycynie, dla botanika impact factor ponad 4 jest nie do osiągnięcia praktycznie, więc dla mnie to podnosi wiarygodność wydawnictwa.
>Czyli wyniki źródłowe na tezę o braku istotnych różnic mamy. A na tezę przeciwną mamy prywatną opinię prof. Cebrata. Przypomnę, że prywatną opinią pewnego profesora dendrologii jest młoda Ziemia i dinozaury jako smoki...
A już myślałem że doczekam się poważnego omówienia jakiegoś żródła z 2012, bo niektóre podają dla ciąż naturalnych 5,8%, IVF 7,2% i ICSI 9,9% przy większej próbie, ale to nie moja działka. I jeszcze jakieś wycieczki do dinozaurów, smoków i dendrologów.
Hodża (11172 punktów)
>O ile są takowe. Niepłodność wynika często z trywialnych powodów - niedrożność jajowodów po stanie zapalnym lub operacji, jako powikłanie po śwince itd.
>Poza tym druga sprawa - niepłodność wynikająca nawet z genów, np. problem z osłonką przejrzystą nie ma się w żaden sposób do funkcjonowania osobników, bowiem ten właśnie osobnik może mieć niezwykle wartościowe dla przeżywalności populacji inne geny.
>Czy jesteś zdania, że osobniki genetycznie podatne na dżumę powinny nie mieć dzieci w imię dobra populacji?
>Albo nietolerujące laktozy?

OK. Jestem przekonany. O ile nie znajdę przesłanek, żeby wywołać kolejną burzliwą dyskusję - a wtedy będę walczył jak lew. Ale na razie pass.



Nie Bóg, lecz Człowiek potrzebuje obrony.
26-10-2012 21:23 
 Ocena 1 na 1
Ania. (14138 punktów)
>OK. Jestem przekonany. O ile nie znajdę przesłanek, żeby wywołać kolejną burzliwą dyskusję - a wtedy będę walczył jak lew. Ale na razie pass.
Pozdrawiam
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Czy jesteś zdania, że osobniki genetycznie podatne na dżumę
> powinny nie mieć dzieci w imię dobra populacji?
> Albo nietolerujące laktozy?
> OK. Jestem przekonany (..) a wtedy będę walczył jak lew. Ale na razie pass.

Tak, obyś walczył jak lew i nie zginął jak mucha
miłego dnia
05-12-2012 10:03 
 Ocena 1 na 1
Hodża (11172 punktów)
>Tak, obyś walczył jak lew i nie zginął jak mucha
>miłego dnia

To było do Ani.

Nie Bóg, lecz Człowiek potrzebuje obrony.
Jacek Głodzik (35558 punktów)
Przecież widzę, to taki żarcik był. I ja tu czasem zmieniam poglądy,
miłego dnia
kogut59 (3090 punktów)
>Na marginesie wywiadu w RMF z rzecznikiem Konferencji Episkopatu Polski, ks. J. Klochem
www.youtub(*)?v=Joez0QIVhko&feature=related
i nic więcej...

Anna Salman (16360 punktów)
>"Nie jest etyczne chcieć posiadać dzieci za wszelką cenę" .
To właśnie kapłani stosują w tym zakresie presję wobec wiernych, co przekłada się na klimat społeczny wokół bezdzietnych par.
>Otóż, moim zdaniem, rozwijanie technologii pozaustrojowego zapłodnienia jest drogą, która prędzej czy później zaprowadzi ludzkość w ślepy zaułek. ...
Plus za odwagę. Wbrew pozorom jest to temat, który od początku jest pewnym tabu. W dyskusji polegniesz na pewno, bo jeżeli są nawet jakieś badania dotyczące przeciwskazań, to ich publikacja nie przedrze się do szerszego obiegu - są politycznie niepoprawne.
Osobiście jestem zdania, że temat in vitro jest tematem zastępczym oraz wybitnie politycznym. Tzw. liberałowie robią kampanię wizerunkową (komu bardziej zależy na prawach obywatelskich), a druga strona pod przykrywką walki o ochronę życia broni swojego monopolu na kierowanie polityką reprodukcyjną. Podnosi się tu "prawa reprodukcyjne" - jedyne, które są silnie zdeterminowane biologicznie, czyli de facto mówienie o "prawach" jest swego rodzaju nadużyciem, zwłaszcza gdy w tle mamy bardzo restrykcyjne wobec obywateli ustawy, chociażby: antyaborcyjną, antynarkotykową, czy ograniczającą wolność zgromadzeń. Nie słychać natomiast z żadnej strony głosów domagających się praw innego rodzaju - np. prawa do mieszkania, czystego powietrza, wody, podstawowej opieki lekarskiej itd.. No ale to wymagałoby czegoś więcej, niż paru dętych wypowiedzi o miłości do nienarodzonych lub podsypania grosza ze wspólnej kasy na refundację (w porównaniu z wydatkami na wojnę to nie są naprawdę żadne pieniądze).
Jestem przeciwna refundacji in vitro obecnie, gdy służba zdrowia jest w zapaści i należałoby ustalić priorytety - czy najpierw protezy / rehabilitacja dla osób po wypadkach, żeby mogły wrócić na rynek pracy, czy troska o pojawienie się potencjalnych nowych obywateli.
A o naturę bym się nie martwiła. Genom ludzki nie jest jeszcze dobrze rozpoznany i być może wskutek sztucznej selekcji pojawią się takie choroby, jakich jeszcze nie ma.
Zresztą ze sztuczną selekcją mamy do czynienia od bardzo dawna. Zakazy zawierania małżeństw międzykastowych / międzyklasowych / międzyrasowych / międzywyznaniowych też stanowiły selekcję. Czasem kończyło się to degeneracją grupy, zwłaszcza tam, gdzie łamano przy tym jeden z najstarszych zakazów - kazirodztwa, obowiązujący praktycznie we wszystkich znanych kulturach (wielopokoleniowa obserwacja skutków?).
Z bezpłodnością mężczyzn też był ogromny problem, chociaż całą winę zrzucało się na kobiety. Wiedziałeś, że mężczyźni często jeżdżący konno mogą się takich problemów nabawić? To był przez wieki podstawowy sposób przemieszczania się osób zamożnych. A ich żony, zwłaszcza te z najwyższych warstw społecznych były pod presją i przeważnie ... miały dzieci. Słuszałeś o Izabelli Czartoryskiej? - Sześcioro dzieci, każde z innym ojcem, żadne z mężem.Przestali ze sobą sypiać już kilka tygodni po ślubie. Tak się kiedyś robiło "in vitro" i wszyscy byli zadowoleni.
>Kościół natomiast, nie dopuszczając aborcji w żadnym przypadku, sprowadza postulat ochrony życia do absurdu. ...
Bo to nie jest postulat ochrony życia, tylko konieczność udowodnienia swojej przewagi wobec obywatela.
I nie stoją za tym względy etyczne, a jedynie polityczne.
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Wiedziałeś, że mężczyźni często jeżdżący konno mogą się takich
> problemów nabawić? To był przez wieki podstawowy sposób
> przemieszczania się osób zamożnych.

Masz rację. Mam kolegę który nie jest zamożny, ani nie jeździ na koniu, ale.. ten problem (jak sam mówi) ma.
7 lat po ślubie. Wcześniej w młodości ponoć jeździł jak diabeł na rowerze z twardym siodełkiem. Z tego co wyczułem z rozmowy niedokrwienie musiał odczuwać, ale bagatelizował.

> A ich żony, zwłaszcza te z najwyższych warstw społecznych były
> pod presją i przeważnie ... miały dzieci. Słuszałeś o Izabelli
> Czartoryskiej? - Sześcioro dzieci, każde z innym ojcem, żadne
> z mężem.Przestali ze sobą sypiać już kilka tygodni po ślubie.
> Tak się kiedyś robiło "in vitro" i wszyscy byli zadowoleni.

Taja.. szczególnie ów mąż

> Kościół natomiast, nie dopuszczając aborcji w żadnym przypadku,
> sprowadza postulat ochrony życia do absurdu. ...
> Bo to nie jest postulat ochrony życia, tylko konieczność udowodnienia
> swojej przewagi wobec obywatela. I nie stoją za tym względy
> etyczne, a jedynie polityczne.

Moze Kościół rzeczywiscie nie bierze pod uwagę kwestii etycznych - dla niego ważne jest to co powiedziałaś + argumenty teologiczne i moralne - jednak moim zdaniem etyka do powiedzenia trochę tu ma. Oraz psychologia.
Wg mojej wiedzy kobiety odczuwają przez długie lata po aborcji żal. Żałują podjęcej deczyji, nieraz odczuwają z jej powodu traumę. Niektóre z nich idą z tym do psychoterapeuty, inne świadomość aborcji przetrzymują męcząc się z tym do końca życia bez leczenia. Jeszcze inne nie pamiętają albo potrafią to przekształcić (zepchnąć?) do mało istotnego szczegółu biografii, choć osobiscie w to wątpię (że bez żadnych konsekwencji). Ale nie przeczę.
Ze zrozumiałych przyczyn niezmiernie trudno to wszystko komukowliek ubrać w procenty i liczby.. Kościół może mieć tu jednak trochę racji.
łącząc pozdrowienia
29-11-2012 21:35 
 Ocena 6 na 6
Anna Salman (16360 punktów)
>> Tak się kiedyś robiło "in vitro" i wszyscy byli zadowoleni.
>Taja.. szczególnie ów mąż
Czartoryski nie miał zastrzeżeń. Była niepisana umowa - on miał kochanki, ona kochanków. Oficjalnie dzieci były jego i wszyscy byli zadowoleni. Małżeństwo, zwłaszcza w takich sferach to był jedynie kontrakt z określonymi obowiązkami dla obu stron.
>Wg mojej wiedzy kobiety odczuwają przez długie lata po aborcji żal.
Znam kilka kobiet, które dokonały aborcji - zero żalu, zero traumy. Po udanym zabiegu przeważnie było poczucie ulgi, a nie dyskomfortu. I nie są to przykłady ze środowisk patologicznych, ani osoby zaburzone emocjonalnie.
>Żałują podjęcej deczyji, nieraz odczuwają z jej powodu traumę. Niektóre z nich idą z tym do psychoterapeuty, inne świadomość aborcji przetrzymują męcząc się z tym do końca życia bez leczenia. ...
Skąd się bierze takie poczucie winy? Z wychowania. Kobiety przekonane, że dokonały "zabójstwa" odczuwają żal jak po zabójstwie. Jednak większość rzymskich katoliczek wcale nie żywi takiego przekonania, mogą je ewentualnie deklarować na pokaz. Przypadki, o których wspomniałam to tylko rzymskie katoliczki. Nawet się z tego nie spowiadały. Zresztą w krk obowiązuje niepisana umowa, że o najważniejszych "grzechach" nie mówi się przy konfesjonale. Ci, którzy tej zasady nie znają mogą się w trakcie spowiedzi nabawić jeszcze większej traumy.
A hierarchowie krk to mężczyźni kompletnie wyizolowani społecznie - nie tylko nie mają pojęcia o psychice ludzkiej, ale nie starają się dowiedzieć, jak odnoszą się do tego zagadnienia inne kultury. Osoby spoza krk mogą mieć kompletnie inne podejście do kwestii aborcji. Np. "stare" wyznania protestnckie akcentują indywidualną odpowiedzialność przed bogiem.
Nie - tu chodzi o coś zupełnie innego. Pod płaszczykiem "troski" o dobrostan kobiet i tzw. tradycyjnej rodziny chcą zachować kontrolę nad zachowaniami reprodukcyjnymi. To, że sami wycofali się z odpowiedzialności za założenie i utrzymanie rodzin na rzecz bezpieczeństwa socjalnego, odbiera im prawo do wypowiadania się w imieniu innych.
30-11-2012 06:28 
 Ocena 1 na 1
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Czartoryski nie miał zastrzeżeń. Była niepisana umowa - on
> miał kochanki, ona kochanków. Oficjalnie dzieci były jego i
> wszyscy byli zadowoleni. Małżeństwo, zwłaszcza w takich
> sferach to był jedynie kontrakt z określonymi obowiązkami dla obu stron.

Jeśli tak było (a pewnie tak) to współczuję. Oficjalnie pewnie były jego, ale założe się że całe otoczenie aż huczało od plotek. Oczywiscie dzieci były skołowane najbardziej, ale co tam real, ważna przecież dobra zabawa, Czartoryski/Czatrotyska i "wolność".

> Znam kilka kobiet, które dokonały aborcji - zero żalu, zero
> traumy. Po udanym zabiegu przeważnie było poczucie ulgi,
> a nie dyskomfortu. I nie są to przykłady ze środowisk patologicznych,
> ani osoby zaburzone emocjonalnie.

Również znam kilka kobiet po drugiej stronie. Drogę do równowagi emocjonalnej pzrechodziły przez psychoterapię, wyznanie win w prosty i sugestywny sposób "zabiłam" bez odgrywania kogokolwiek i czegokolwiek. Ludzie są różni.

> Skąd się bierze takie poczucie winy? Z wychowania.

Jedni mówią że z wychowania, inni że jest gdzieś w środku zakodowane od zawsze (natura)

> Kobiety przekonane, że dokonały "zabójstwa" odczuwają żal
> jak po zabójstwie

Właśnie. Choć słowo "przekonane" specjalnie mi tu nie pasuje. Wg mniektórych psychologów jezdżących po świecie taki żal jak po zabójstwie jest uniwersalny, odnajdują go w ludziach niezależnie od wyznawanej religii (niekoniecznie nawet z kręgów chrześcijańskich) tudzież braku wiarzy w cokolwiek/kogokolwiek. Ale tak jak mówiłem, dużo zależy od człowieka, jego wrażliwości i charakteru.

> Jednak większość rzymskich katoliczek wcale nie żywi takiego
> przekonania, mogą je ewentualnie deklarować na pokaz.

I tak może być. Ludzie którzy nie mają kontaktu ze sobą, ze swoimi uczuciami często kogoś odgrywają. Szczególnie u zagorzałych katolików jest to b. powszechne.

> Zresztą w krk obowiązuje niepisana umowa, że o najważniejszych
> "grzechach" nie mówi się przy konfesjonale.

Z jakiego źródła tą wiedzę posiadasz? Mnie trudno to ocenić, ale może.

> Ci, którzy tej zasady nie znają mogą się w trakcie
> spowiedzi nabawić jeszcze większej traumy.

Myślę że masz tu wiele racji.

> A hierarchowie krk to mężczyźni kompletnie wyizolowani społecznie
> - nie tylko nie mają pojęcia o psychice ludzkiej, ale nie
> starają się dowiedzieć, jak odnoszą się do tego zagadnienia inne kultury.

Zgadzm się. Inne kultury obchodzą ich o tyle, o ile to dobry materiał na poszerzenie swoich wpływów, czy też dodanie głów do jedynie słusznej wiary "Dominus Iesus".

> Osoby spoza krk mogą mieć kompletnie inne podejście
> do kwestii aborcji. Np. "stare" wyznania protestnckie akcentują
> indywidualną odpowiedzialność przed bogiem.

Tak.. to bardziej tolerancyjne, myślę że też zdrowsze.

> Nie - tu chodzi o coś zupełnie innego. Pod płaszczykiem
> "troski" o dobrostan kobiet i tzw. tradycyjnej rodziny chcą
> zachować kontrolę nad zachowaniami reprodukcyjnymi.

Dobrze, ale po jakiego grzyba?

> To, że sami wycofali się z odpowiedzialności za założenie
> i utrzymanie rodzin na rzecz bezpieczeństwa socjalnego,
> odbiera im prawo do wypowiadania się w imieniu innych.

Myślę tu trochę inaczej niż Ty. Tam również są ludzie o dużej mądrości, które często wycofują sie w tło jeśli mają do czynnienia z głębszymi dylematami małżeńskimi. Sam znam z widzenia takich ludzi np. ks. Jan Andrzej Kłoczowski.
Jednak statysztycznie niestety z reguły będzie jak mówisz. Dodatkowe zło to zwyczaje społeczne, które ludziom wierzącym karzą iść po wsparcie, rady w sprawach swojej rodziny do księdza, który często jest zupełnie nieprzygotowany do udzielanai ich.
Niestety tu nie ma tu wolnego rynku (jak u psychoterapeutów) wykluczającego jednostki ksenofobiczne, nafaszerowane ideologią lub po prostu dewocyjne.
A to z kolei rodzi wynaturzenia i cierpienie.
łącząc pozdrowienia
30-11-2012 12:24 
 Ocena 5 na 5
Anna Salman (16360 punktów)
>... Oficjalnie pewnie były jego, ale założe się że całe otoczenie aż huczało od plotek.
Niekoniecznie - większość małżeństw w tych sferach "zabawiała się" podobnie. Takie czasy...
>Również znam kilka kobiet po drugiej stronie. Drogę do równowagi emocjonalnej pzrechodziły przez psychoterapię, wyznanie win w prosty i sugestywny sposób "zabiłam" ...
Jednak trzeba mieć najpierw przekonanie, że to zabójstwo. Wewnętrznie to większość ludzi ma zakodowany opór przed zabiciem innego człowieka - istoty funkcjonującej samodzielnie, odrębnie, odczuwającej co najmniej strach i ból. Wmawianie komuś, że aborcja jest tożsama z zabójstwem prowadzi do takich sytuacji, jak ta na Podlasiu.
>... Wg mniektórych psychologów jezdżących po świecie taki żal jak po zabójstwie jest uniwersalny, odnajdują go w ludziach niezależnie od wyznawanej religii...
Żal, a zdolność dodokonania czegoś to dwie różne sprawy. Nie wierzę w żadnego demiurga, ale zabić bym nie potrafiła nawet zwierzęcia (unikam jedzenia mięsa). Jestem też przeciwna karze śmierci, torturom oraz naszym "misjom" zagranicznym, w przeciwieństwie do wielu (większości?) wierzących.
>> ...o najważniejszych "grzechach" nie mówi się przy konfesjonale.
>Z jakiego źródła tą wiedzę posiadasz? ...
Od samych zainteresowanych, czyli tych co chodzą do spowiedzi.
>> ..."stare" wyznania protestnckie akcentują indywidualną odpowiedzialność przed bogiem.
>Tak.. to bardziej tolerancyjne, myślę że też zdrowsze.
Bynajmniej - to wpędza w depresję. Tam człowiek wierzący do końca nie wie, czy dostąpi zbawienia. Nie ma też kategorii grzechów lekkich i ciężkich. Nie bez powodu wśród luteran do niedawna popełniana była największa liczba samobójstw. Dlatego pastorzy złagodzili retorykę kazań. Teraz już mówią dużo o miłosierdziu.
>> ... chcą zachować kontrolę nad zachowaniami reprodukcyjnymi.
>Dobrze, ale po jakiego grzyba?
Po pierwsze - statystyka. Poza tym penalizacja zachowań, zwłaszcza tych najzupełniej normalnych (stosowanie antykoncepcji), czyli powszechnych, prowadzi do wywołania poczucia winy, a ludzie którym się wydaje, że robią coś zdrożnego są podatniejsi na manipulację. Chcą niejako "zadośćuczynić" za swoje przewiny i tym żarliwiej popierają władzę - odsuwając od siebie podejrzenia. Nawet ci, którzy takiego poczucia nie mają, przyjmują taką postawę, bojąc się stygmatyzacji. Na zasadzie, że złodziej najgłośniej krzyczy "łapaj złodzieja".
>... Tam również są ludzie o dużej mądrości, które często wycofują sie w tło jeśli mają do czynnienia z głębszymi dylematami małżeńskimi. ...
Wybacz, mam podejście, jak w starożytnej Grecji - dla mnie "człowiek dużej mądrości" to również osoba o wysokich kwalifikacjach moralnych, a człowiek świadomie przyłaczający się do tej grupy, stanowiącej dla mnie bagno moralne, nie jest taką osobą.
Jacek Głodzik (35558 punktów)
>>... Oficjalnie pewnie były jego, ale założe się że całe otoczenie
>> aż huczało od plotek.
>> Niekoniecznie - większość małżeństw w tych sferach
> "zabawiała się" podobnie. Takie czasy...

Więc sfery huczały od plotek do kwadratu Pal licho plotki.. skołowanych dzieci Ci nie szkoda?

>> przechodziły przez psychoterapię, wyznanie win w prosty i
>> sugestywny sposób "zabiłam" ...
> Jednak trzeba mieć najpierw przekonanie, że to zabójstwo

Tu raczej nie o przekonanie chodzi. Tylko o wypierany, wewnętrzny ból. Wierz mi lub nie, w tym nie ma grama indoktrynacji. Są natomiast autentyczne przeżycia oczyszczajace, których one potrzebują. I nikt je nie zmusza je do płacenia kupy kasy żeby tam iść. Założę się że gdyby był jakiś inny sposób np. "położenie się w łóżku i gruntowne przemyślenie spraw w 5 minut" - zrobiłyby to, od zaraz.

> Wewnętrznie to większość ludzi ma zakodowany opór przed
> zabiciem innego człowieka - istoty funkcjonującej samodzielnie,
> odrębnie, odczuwającej co najmniej strach i ból.

Zgadza sie. Małe dziecko, właściwie nie dzieco - płód, usunąć łatwo. Później jednak żyć z tym już trudniej.

> Wmawianie komuś, że aborcja jest tożsama z zabójstwem
> prowadzi do takich sytuacji, jak ta na Podlasiu.

Nie bardzo kojarzę. Chętnie coś o tym przeczytam.

>>... Wg mniektórych psychologów jezdżących po świecie taki żal
>> jak po zabójstwie jest uniwersalny, odnajdują go w ludziach
>> niezależnie od wyznawanej religii...
> Żal, a zdolność dodokonania czegoś to dwie różne sprawy.

Mówiłem o żalu po dokonaniu aborcji. A właściwie bólu, który powoduje później m.in. depresje, nerwice itp.

> Nie wierzę w żadnego demiurga, ale zabić bym nie potrafiła nawet
> zwierzęcia (unikam jedzenia mięsa). Jestem też przeciwna karze
> śmierci, torturom oraz naszym "misjom" zagranicznym, w przeciwieństwie
> do wielu (większości?) wierzących.

A to, o czym tu mówimy - jesteś do tego zdolna, czy nie? Tylko pytam, nie mnie oceniać Twoje motwyacje/zdolnosci/poglądy ni karać, ani nagradzać.

>>> ...o najważniejszych "grzechach" nie mówi się przy konfesjonale.
>> Z jakiego źródła tą wiedzę posiadasz? ...
> Od samych zainteresowanych, czyli tych co chodzą do spowiedzi.

No ładne kwiatki. To ufają Ci bardziej od księdza (jeszcze ładniejsze)
A czy tejemnica spowiedzi Cię też obowiązuje?

>>> ..."stare" wyznania protestnckie akcentują indywidualną odpowiedzialność przed bogiem.
>>Tak.. to bardziej tolerancyjne, myślę że też zdrowsze.
>Bynajmniej - to wpędza w depresję.

Myślałem bardziej o typie spowiedzi. W katolicyzmie, to dopiero można się deprechy nabawić przy księdzu w konfesjonale..

> Tam człowiek wierzący do końca nie wie, czy dostąpi zbawienia.

Tja.. to może być dopiero obsesja

> Nie ma też kategorii grzechów lekkich i ciężkich. Nie bez powodu
> wśród luteran do niedawna popełniana była największa liczba
> samobójstw. Dlatego pastorzy złagodzili retorykę kazań. Teraz
> już mówią dużo o miłosierdziu.

Tego nie wiedziałem.
.. nic dodać, nic ująć. Chciałoby sie powiedzieć "krew ich parafian.. na ich dzieci".

> penalizacja zachowań, zwłaszcza tych najzupełniej normalnych
> (stosowanie antykoncepcji), czyli powszechnych, prowadzi do
> wywołania poczucia winy, a ludzie którym się wydaje, że robią
> coś zdrożnego są podatniejsi na manipulację. Chcą niejako
> "zadośćuczynić" za swoje przewiny i tym żarliwiej popierają władzę
> - odsuwając od siebie podejrzenia. Nawet ci, którzy takiego poczucia
> nie mają, przyjmują taką postawę, bojąc się stygmatyzacji.
> Na zasadzie, że złodziej najgłośniej krzyczy "łapaj złodzieja".

Co racja, to racja. Jacek Tabisz podsumował to kiedyś krótko i węzłowato, dość moim zdniem celnie "w grupie ćpa się raźniej".
Choć sam nigdy nie byłem głęboko w wierze katolickiej, ani tym bardziej w jej wspólnotach (których jak ognia z resztą unikałem - teraz okazało się, że słusznie) jest to w sumie b. smutne jak się zna "background" , patrzy na to z zewnątrz - szczególnie na b. zaangażowane w to osoby.

>>... Tam również są ludzie o dużej mądrości, które często
>> wycofują sie w tło jeśli mają do czynnienia z głębszymi dylematami małżeńskimi. ...
> Wybacz, mam podejście, jak w starożytnej Grecji - dla mnie
> "człowiek dużej mądrości" to również osoba o wysokich
> kwalifikacjach moralnych, a człowiek świadomie przyłaczający
> się do tej grupy, stanowiącej dla mnie bagno moralne, nie jest taką osobą.

Masz dość skarajny pogląd, ale ok.
Z mojego świata: są różne wspólnoty katolickie, nie tylko takie jak opisujesz. Wprawdzie nigdy w nich nie byłem, ale też parę rzeczy do mnie dotarło od osób, którzy nie wydają się być świrnięci.
Ale nie ma co się spierać, mimo wszystko jakiś głos mowił mi zawsze "z daleka" i tego się trzymam
Pozadrawiam Cię Ania i życzę miłego dnia
(słowa te pisze ten sam gość, z którym kiedyś rozmawiałeś z nickiem Jacek_G)
Anna Salman (16360 punktów)
>... Pal licho plotki.. skołowanych dzieci Ci nie szkoda?
Analizujesz to w kategoriach współczesnych. Wtedy w najwyższych sferach nie było szczególnych więzi między dziećmi, a rodzicami, poza kwestią dziedziczenia tytułu i majątku. To nie były rodziny, jak w telenowelach.
>Tu raczej nie o przekonanie chodzi. Tylko o wypierany, wewnętrzny ból. Wierz mi lub nie, w tym nie ma grama indoktrynacji. ...
Wierzę raczej, że są kobiety, które zrobią wiele dla pozyskania czyjegoś zainteresowania / współczucia. Mogą nawet opowiadać o aborcji, której ... nigdy nie dokonały. Nie takie rzeczy już widziałam.
>... Małe dziecko, właściwie nie dzieco - płód, usunąć łatwo. Później jednak żyć z tym już trudniej.
Jak napisałam - istotę, która funkcjonuje samodzielnie, czyli poza organizmem matki.
>> Wmawianie komuś, że aborcja jest tożsama z zabójstwem prowadzi do takich sytuacji, jak ta na Podlasiu.
>Nie bardzo kojarzę. Chętnie coś o tym przeczytam.
Kilkoro noworodków zabijanych przez matkę zaraz po urodzeniu. Chociaż podobno niektóre zostały zakopane żywcem. Ja jakoś nie chcę pogłębiać wiedzy nt. tego przypadku.
>A to, o czym tu mówimy - jesteś do tego zdolna, czy nie? Tylko pytam, nie mnie oceniać Twoje motwyacje/zdolnosci/poglądy ni karać, ani nagradzać.
Nawet bym twoich ocen nie wzięła pod uwagę (bez urazy). Nigdy nie chciałam mieć dziecka. Podstawowa zasada - unikać zajścia w ciążę. Ale gdybym zaszła, widziałam zawsze jedno wyjście dla siebie - na torach kolejowych. Samobójstwo traktuję w tych samych kategoriach - wolna wola do dysponowania własnym życiem.
>A czy tejemnica spowiedzi Cię też obowiązuje?
Nie poznałam tych "niewyspowiadanych" grzechów. Wiem jedynie, że nie zostały wyliczone. I, oczywiście, standard - stosowanie antykoncepcji, aborcje pewnie też.
>Myślałem bardziej o typie spowiedzi. W katolicyzmie, to dopiero można się deprechy nabawić przy księdzu w konfesjonale..
Bo księża są często chamscy i nietaktowni (a niektórzy chyba zboczeni). Jednak katolik wychodzi z poczuciem odpuszczenia grzechów, a protestant ma wciąż poczucie winy. Pewnie dlatego żyją uczciwiej.
>Z mojego świata: są różne wspólnoty katolickie, nie tylko takie jak opisujesz. ...
Też słyszałam, że polski katolicyzm to szczególna odmiana. Np. we Włoszech wygląda to nieco inaczej. Natomiast w Portugalii i w Irlandii chyba bardzo podobnie.
Też ci życzę ... miłej nocy.
01-12-2012 10:54 
 Ocena 1 na 1
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Wtedy w najwyższych sferach nie było szczególnych więzi między
> dziećmi, a rodzicami, poza kwestią dziedziczenia tytułu i majątku.

Z pewnością nie były to rodziny, jak w telenowelach (na szczeście ). Troszku wątpię aby "brak więzi" działał jakoś szczególnie terapeutycznie na dzieci, poza tym zadowolenie pana i pani Czartoryskich z zastanego stanu rzeczy to jest raczej argument za ewidentną hipokryzją tamtej epoki albo brakiem zdolności do głębszych związków/uczuć, ale faktycznie, można to też uznać za stan specyficznego samo-zadowolenia.

> Wierzę raczej, że są kobiety, które zrobią wiele dla pozyskania
> czyjegoś zainteresowania / współczucia. Mogą nawet opowiadać
> o aborcji, której ... nigdy nie dokonały. Nie takie rzeczy już widziałam.

Temat trudny, a ja nie jestem fachowcem aby to oceniać. Z resztą przyznam że po poniższej rozmowie z liliac muszę się solidnie zastanowić nad moim sposobem widzenia tego.

>> nie mnie oceniać Twoje motwyacje/zdolnosci/poglądy ni karać, ani nagradzać.
> Nawet bym twoich ocen nie wzięła pod uwagę (bez urazy)

W porządku. O to przecież chodzi.

> Nigdy nie chciałam mieć dziecka. Podstawowa zasada - unikać zajścia w ciążę.

Hm.. ok

> Ale gdybym zaszła, widziałam zawsze jedno wyjście dla siebie -
> na torach kolejowych. Samobójstwo traktuję w tych samych
> kategoriach - wolna wola do dysponowania własnym życiem.

Przyznam, że samobójstwo to dość daleko idąca konsekwencja tego zdarzenia.

> Wiem jedynie, że nie zostały wyliczone. I, oczywiście,
> standard - stosowanie antykoncepcji, aborcje pewnie też.

Niestety kolejny przykład hipokryzji, też smutny przykład człowieka złapanego w katolicką pułapkę. Założę się, że dobrze dobrana i mało dewocyjna para na rok-dwa przed ślubem również nie spowiada sie ze swojego udanego życia erotycznego.
Są jednak wyjątki, które czasem.. trafiają do prof. Lwa Starowicza.
Przykład któy samo opisuje: skrzętnie zachowywali wszystkie reguły reguły, więc spowiadać nie mieli się z czego, a poczatkowy ogień w kilka lat wygasł . A tu paradoksalnie trzebaby już podejmowac jakąś decyzję..
Smutne.

> Jednak katolik wychodzi z poczuciem odpuszczenia grzechów,
> a protestant ma wciąż poczucie winy. Pewnie dlatego żyją uczciwiej.

Z tym poczuciem odpuszczenia grzechów nie przesadzajmy
Ja nic takiego nie czułem. Raczej ulgę, że już mam to za sobą (mówienie własnych grzechów człowiekowi którego właściwie nie znam bywa stresujące)
miłego dnia!
PS Właśnie czytam "Nieprzystojne obnażenie" Nieźle się zaczyna
02-12-2012 13:26 
 Ocena 1 na 1
Anna Salman (16360 punktów)
>...Troszku wątpię aby "brak więzi" działał jakoś szczególnie terapeutycznie na dzieci, poza tym zadowolenie pana i pani Czartoryskich z zastanego stanu rzeczy to jest raczej argument za ewidentną hipokryzją tamtej epoki albo brakiem zdolności do głębszych związków/uczuć, ale faktycznie, można to też uznać za stan specyficznego samo-zadowolenia.
Nie należy przyjmować perspektywy współczesnej ukształtowanej przez teorie psychologiczne stworzone na przełomie XIX i XXw. Dawniej dzieci liczyły się jako zabezpieczenie na starość lub z przyczyn dynastycznych. Nie znaczy to, że nie istniały uczucia, zwłaszcza w sferach niższych, gdzie kontakty były częste i bezpośrednie. W wyższych sferach te uczucia łaczyły dzieci raczej z opiekunami - niańkami, bonami, guwernantkami / guwernerami itd.
>PS Właśnie czytam "Nieprzystojne obnażenie" Nieźle się zaczyna
Jeżeli przekonasz się do autora, może sięgniesz po inne jego książki. Też polecam i pozdrawiam.
03-12-2012 13:16 
 Ocena 2 na 2
Jacek Głodzik (35558 punktów)
Po lekturze Twojego wpisu mam pewne swoje spostrzeżenie, którym chciałbym się z Tobą podzielić. To również potwierdza większości moich znajomych: kiedyś dzieci się chowało, dziś próbuje się świadmie wychowywać.
Moje pokolenie żyje właśnie na przełomie tych dwóch krańcowo różnych podejść: jako dzieci poznaliśmy na sobie dotkliwość chowu, obecnosć wszelkich tematów tabu, braku poświęcania czasu na nasze emocje, dylematy itp. (za to poznaliśmy aż zanadto kontrolę naszych rodziców nad czystością spodni, koszul, obecnością bułki do szkoły, odrobionych lekcji)

Sami w swoich rodzinach próbujemy dziś to niwelować, ale stąpamy trochę po omacku.
Parę lat temu uświadomienie sobie, że naszych rodziców też nikt nie uczył co mają robić w życiu, ta beznadzieja trochę boli.

Np. nie wiem czy to jest i Twoje doświadczenie, ale niedawno 55letnia znajoma mówiła mi o dniu, w którym miała pierwszą miesiączkę, jak duży lęk wtedy przeżyła (co robi ta wielka czerwona plama krwi na moim prześcieradle?)

Podobnie w sprawach seksu: "nie no... wiesz... Twoi koledzy na podwórku znali się na tym z pewnością 100x lepiej i na pewno wszystko ci już wylozyli"
A ja w wieku 15 lat myśłałem, że w ciążę zachodzi się od pocałunku hehe!
Na takiej zasadzie, w przeszłosci za każdym razem nowe pokolenie musiało męczyć się od nowa.
Niestety to wszytko optymistycznie wyglada tylko na kartach historycznych ksiażek.
Wiem jak jest, że w życiu nie ma lekko, ale szczerze mowiąc wątpię, czy setki lat temu było to wszystko tak całkiem bezbolesne.
łącząc pozdrowienia
04-12-2012 07:38 
 Ocena 3 na 3
Irracja (4721 punktów)
>Niestety to wszytko optymistycznie wygląda tylko na kartach historycznych książek.
>Wiem jak jest, że w życiu nie ma lekko, ale szczerze mówiąc wątpię, czy setki lat temu było to wszystko tak całkiem bezbolesne.
>łącząc pozdrowienia

... kiedyś wiele nauk życiowych mogła być dużo lżejsza. A to za przyczyną wielopokoleniowych rodzin, mieszkających wspólnie w jednej, dwóch izbach. Dotyczy to zwłaszcza tych uboższych warstw społeczeństwa. Wbrew pozorom, człowiek tak samo jak zwierzęta, szybciej i lepiej się uczy na bezpośrednich przykładach najbliższej rodziny i otoczenia...


... jedyne co wiadomo o ateista i agnostykach to fakt, iż nie wierzą w "Boga takiego jak chciałyby religie"... reszta to zwykłe insynuacje...
Jacek Głodzik (35558 punktów)
Masz rację, w pozytywnym sensie jednak pod warunkiem, że wiedza tą drogą przekazywana ma w sobie jakąś realną wartość, mądrość, opartą na czymś co konkretnie działa, na rzeczywistosci.
Np. w kwestie relacji między płciami - to rzeczywiscie idzie głównie drogą przykładu z góry, również i dziś.
Niestety idzie i zły i dobry przykład,
łącząc pozdrowienia
04-12-2012 15:33 
 Ocena 2 na 2
Irracja (4721 punktów)
>Masz rację, w pozytywnym sensie jednak pod warunkiem, że wiedza tą drogą przekazywana ma w sobie jakąś realną wartość, mądrość, opartą na czymś co konkretnie działa, na rzeczywistości.
>Np. w kwestie relacji między płciami - to rzeczywiście idzie głównie drogą przykładu z góry, również i dziś.
>Niestety idzie i zły i dobry przykład,

... w tym momencie zostaje już tylko słowo, czyli odpowiedzi na wątpliwości dziecka i zaspokojenie jego ciekawości, na poziomie jego wieku. Odpada odpowiedź typu "to głupie pytanie", lub "masz jeszcze czas". Wtedy dziecko zacznie szukać wiadomości na podwórku, a efekty mogą być "bardzo dziwne i zaskakujące". Niestety, czego większość rodziców nie rozumie, wymaga to zainteresowania dzieckiem, a zwłaszcza multum czasu...

... miłego popołudnia...

... jedyne co wiadomo o ateista i agnostykach to fakt, iż nie wierzą w "Boga takiego jak chciałyby religie"... reszta to zwykłe insynuacje...
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Odpada odpowiedź typu "to głupie pytanie", lub "masz
> jeszcze czas". Wtedy dziecko zacznie szukać wiadomości
> na podwórku, a efekty mogą być "bardzo dziwne i zaskakujące".
> Niestety, czego większość rodziców nie rozumie, wymaga to
> zainteresowania dzieckiem, a zwłaszcza multum czasu...

Wiesz.. jakakolwiek odpowiedź (porada) to jeszcze nie dobra odpowiedź a rodzice zazwyczaj puszczają dalej swoje dobre rozwiązania, ale i złe.
Właśnie, z tym zainsteresowaniem też bywa różnie, a już najgorzej gdy rodzic interesuje się dzieckiem b. intensywnie.. wdrukowując mu takie idee wyczytane chyba w książkach, jak np. grzecznośc i pacyfizm (nadstawianie drugiego policzka), wzlględnie rada na agresywnego kolegę-7latka to zaprzestanie zabawy z nim.
A przydałoby się trochę rozsądku i odrobina empatii, czego tak naprawdę brzdąc potrzebuje.
Mam wrażenie, że to jest b. popularne u nas. Przy okazji - kuknij sobie na moje moto, mam je prawie od poczatku rejestracji tu
Spokojnej nocy
04-12-2012 19:22 
 Ocena 1 na 1
Irracja (4721 punktów)
... w tej kwestii, drugiego policzka, przytoczę fragment mojej rozmowy z mamą, na temat brata. Mama jest wierząca, choć wierząca w Boga, a nie w kościół. Zbyt wiele dostała po du** od kleru. Jest też ostatnio dość religijna, ale ma trochę lat (76), no i choroby ją trapią. Nie zdziw się więc, że rozmowa toczy się na "jej poletku"...

... proszę Cię, wybacz bratu. Ja wiem, że znów Cię skrzywdził, ale pamiętaj o słowach Biblii...
... mamo, ale po co mam policzek nadstawić? By pocałunkiem okazał mi miłość braterską, czy po to by znów "liścia" wymierzył. Poza tym gdzie w Biblii pisze o trzecim, czwartym i następnym policzku. A i Bóg dał nam tylko dwa policzki...


... wzajemnie, spokojnej nocy...




... jedyne co wiadomo o ateista i agnostykach to fakt, iż nie wierzą w "Boga takiego jak chciałyby religie"... reszta to zwykłe insynuacje...
Jacek Głodzik (35558 punktów)
Ale ale, co na tą argumentację Twoja mama?!?
U mnie z ojcem bywa podobnie. Jak jestem akurat w domu i coś podobnego się zadrzy (niekoniecznie z siostrą, ale jakieś np. żądanie mojej usługi komuś, komu absolutnie się nie należy), mam dobry dzień i w riposcie "pójdzie mi z brzucha" (ale bez agresji, na spokojnie) to tato zaczyna najpierw niespokojnie śmigać oczami.
To jest oznaka jednej z najwspanialszych chwil: później uśmiecha się i odpuszcza, a ja wtedy czuję, że między nami coś przepływa
teraz już naprawdę dobranoc
04-12-2012 22:12 
 Ocena 2 na 2
Irracja (4721 punktów)
>Ale ale, co na tą argumentację Twoja mama?!?

... w sumie to nic wielkiego. Od bardzo dawna jestem jej powiernikiem i często (jak się spotkamy, bo nie mieszkam z nią) dyskutujemy na różne tematy, w tym i religijne. Mama, choć wierząca w Boga, to dość mocno sceptyczna do całej otoczki jaką serwują księża. Czasami, w ramach "obawy o moją duszę" podsunie jakiś cytat z Biblii, modlitwy czy innej książeczki. Trochę podyskutujemy na ten temat. Ona przedstawi swoje argumenty, ja swoje i jest dobrze. Może nie tyle akceptuje moje poglądy, co je toleruje. Owszem chciałaby bym był religijny, ale bardziej ją interesuje to jaki jestem w stosunku do innych ludzi. Kwestia mszy i inne są na dalszym planie. A teraz ciekawostka. Mama, od kilku ładnych lat chodzi na spotkania grupy - chyba maryjnej, albo coś takiego. Podejrzewam że bardziej szuka towarzystwa. Rodzina ojca, bliższa nie żyje a o dalszej szkoda gadać. Jest jedynaczką, jej siostra cioteczna też. Zresztą są pokłócone, mimo że mieszkają przez płot. Choć ciotka to niezła plotkara, to wina leży po stronie ojca i wuja. Mieszka z moją siostrą ale wiesz jak to jest. A i siostrzeńcy już dorosłe, "studenty" w domu nie siedzą. Ale wróćmy do meritum. Kiedyś, jakieś 5-6 lata temu, miała wielkie pretensje, że nie chodzę do kościoła. Kłócić się nie chciałem, więc podsunąłem jej cytat z Biblii (ew.Mat.6:5-7). Sprawa przycichła, już nie wraca do tego tematu, przynajmniej nie z taką zaciętością. Ale ciekawie zrobiło się z rok temu. Na spotkaniu rozmawiali o modlitwie, mszach itp. I ktoś zarzucił jej, że słabo się udziela w tych "wątpliwych ekstazach" odprawianych dla grupy. Acha, na te spotkania musi dojeżdżać przez całe miasto, bo grupa nie w jej parafii. Zresztą z proboszczem swojej parafii prędzej by się pobiła, niż dyskutowała. Nieźle zalazł parafii za skórę. Na tym spotkaniu broniła się jak umiała, ale sprawa została odłożona do następnego spotkania, za tydzień. I wtedy zaserwowała im ten cytat, z oskarżeniem, że to oni są obłudnikami. Podobno "niezła jazda" była. Ksiądz - z opowieści mamy wychodzi, że też niezły oszołom - ale okazał więcej rozumu niż część wiernych. Taka jest moja mama. Cicha, spokojna i tolerancyjna. ale "żądło" pokazać potrafi...

... no cóż, dobranoc...


... jedyne co wiadomo o ateista i agnostykach to fakt, iż nie wierzą w "Boga takiego jak chciałyby religie"... reszta to zwykłe insynuacje...
Jacek Głodzik (35558 punktów)
No ciekawe
Kiedyś kolega kilka razy zaciągał mnie na podobne grupy na studiach. Trzeba przyznać, że sam też byłem ciekaw, chciałem to zobaczyć - tzn. jak tam jest. W jakimś nie do końca dla mnie wtedy zrozumiałem aspekcie odczuwałem osamotnienie, pomimo że na moim roku kumpli i koleżanki miałem fajnych, a na sekcji sportowej w którą też się angażowałem podobnie.
Oprócz tego co tam zobaczyłem ciekawostką jest to, że ten kolega zwany przez zdystansowanych do niego współlokatorów akademika "prawdziwym chrześcijaninem" (co go notabene b. wkurzało) trochę się opuszczał w nauce, zaniedbywał rówież swoją higienę.
A co do grupy - generalnie wrażenie że ludzie tam znaleźli towarzystwo i z kimś jakoś tam się dogadują, wspierają, spędzają czas odprawiając również takie i inne rytuały, normalnie nieobecne w Kościele.
Jedna z grup była charyzmatyczna, ale to już opowieść na inny czas.

> Podobno "niezła jazda" była. Ksiądz - z opowieści mamy wychodzi,
> że też niezły oszołom - ale okazał więcej rozumu niż część wiernych.
> Taka jest moja mama. Cicha, spokojna i tolerancyjna. ale "żądło"
> pokazać potrafi...

I takie to właśnie w praktyce nadstawianie drugiego policzka
Mam ciocię chyba trochę podobną do Twojej mamy. Jest emerytką trochę przed 70ką, też uczęszcza na takie grupy, słucha RM, czyta intensywnie katolickie gazetki itp. Dyskusje z nią są niemożliwe, nikt ich już dziś z resztą nie próbuje, również z powodu iż jest ponad nas, przyziemnych racjonalistów - do tego z niższego pokolenia.
Żeby było ciekawiej, jeden z jej zięciów robi karierę na jednym z polskich uniwersytetów (wydział humanistyczny). Gościu jest obeznany w historii ale nie tylko, do tego b. inteligentny i sympatyczny, b. go lubię.
Przez te wszystkie lata styczności co jakiś czas z teściową (mieszkają w innych miastach) szkoła dyplomacji nieoceniona
miłego dnia
04-12-2012 15:23 
 Ocena 3 na 3
Anna Salman (16360 punktów)
>...kiedyś dzieci się chowało, dziś próbuje się świadmie wychowywać...
Może miałam szczęście, ale moi rodzice byli "wychowywani" dość świadomie, jak pamiętam ze wspomnień. I to pomimo, że pochodzili z niższych warstw społecznych. Większość moich koleżanek (o kolegach mniej wiem) też była wychowywana - rodzicom zawsze starczało czasu dla dzieci. Co do kontroli np. sposobu odżywiania, to może lepiej, żeby współcześni rodzice przejawiali jej więcej, zamiast zostawiać pole reklamie. Wystarczy zachować kilka zasad, żeby dziecko nie miało nadwagi - naprawdę. Natomiast wczesne wpojenie pewnych zasad pozwala ograniczyć późniejszą kontrolę zachowań - moi rodzice nigdy nie musieli nadzorować czy odrabiamy lekcje, mogli mieć pewność, że w przypadku skargi o pobicie koleżanki, nie ja byłam stroną prowokującą.
Uświadomienie nie przedstawiało trudności, bo były książeczki dla dzieci i młodzieży w różnym wieku - w pewnym momencie pokazały się nawet dla 3-latków (jakaś seria francuska). Szkoła (moja, bo to inicjatywa nauczycieli) przygotowywała do tematu, zapraszając specjalistów w różnych dziedzinach oraz puszczając filmy dokumentalne. Z tego, co teraz do mnie dociera chyba nastąpił regres, a książeczek z serii jw. nie widziałam od lat w żadnej księgarni. Szkoda - to był mniej krępujący wstęp do rozmowy dla dorosłych.
>Wiem jak jest, że w życiu nie ma lekko, ale szczerze mowiąc wątpię, czy setki lat temu było to wszystko tak całkiem bezbolesne.
Myślę, że było dużo bardziej naturalne. Raz, o czym pisze Irracja, że wychowanie następowało w rodzinach wielopokoleniowych, dwa - obecna pruderia jest wynikiem przeszczepienia zachodniej kultury mieszczańskiej, która przez wieki stanowiła margines na naszych ziemiach.
Kultura ludowa była raczej bezpruderyjna, bo oparta na naturalnych skłonnościach. Wiedziałeś, że jeszcze na początku XIX w. najlepszą partią wśród góralek była ... panna z dzieckiem? Kilkoro też mogło być. Po prostu udowodniła, że może mieć dzieci. Jakoś cudze ojcostwo kawalerom nie przeszkadzało.
04-12-2012 15:51 
 Ocena 2 na 2
Irracja (4721 punktów)
>>... Co do kontroli np. sposobu odżywiania, to może lepiej, żeby współcześni rodzice przejawiali jej więcej, zamiast zostawiać pole reklamie. Wystarczy zachować kilka zasad, żeby dziecko nie miało nadwagi - naprawdę.

... kiedyś koleżanka miała problem z synem-niejadkiem. Co ona kombinowała by syn jadł. Od różnego sposobu podstępów i szantażu, aż po rozwiązania wręcz siłowe. W końcu jej wytłumaczyłem, że dziecko nie da się oszukać, jeżeli chodzi o jedzenie. Samo się na czas upomni. A ona niech tylko kontroluje by nie zaspakajał głodu wyłącznie słodyczami, i trochę częściej chodziła na badania kontrolne. Jakiś rok później, chłopak wszedł w okres dość intensywnego rozwoju fizycznego. Wtedy zaczęła się skarżyć, że lodówkę musi na łańcuch zamykać. Nie nadążała z zakupami żywności. Warto zaznaczyć, że chłopak był owszem dość szczupły, jednak zawsze żywy i nie wykazywał jakiś objawów choroby czy niedożywienia...

>Uświadomienie nie przedstawiało trudności, bo były książeczki dla dzieci i młodzieży w różnym wieku - w pewnym momencie pokazały się nawet dla 3-latków (jakaś seria francuska). Szkoła (moja, bo to inicjatywa nauczycieli) przygotowywała do tematu, zapraszając specjalistów w różnych dziedzinach oraz puszczając filmy dokumentalne. Z tego, co teraz do mnie dociera chyba nastąpił regres, a książeczek z serii jw. nie widziałam od lat w żadnej księgarni. Szkoda - to był mniej krępujący wstęp do rozmowy dla dorosłych.

... a to raczej wina KRK. Dla nich wszystko co nie pochodzi z kościoła, jest "baaa"... zwłaszcza gdy dotyczy tematów seksualnych...

>>Wiem jak jest, że w życiu nie ma lekko, ale szczerze mówiąc wątpię, czy setki lat temu było to wszystko tak całkiem bezbolesne.
>Myślę, że było dużo bardziej naturalne. Raz, o czym pisze Irracja, że wychowanie następowało w rodzinach wielopokoleniowych, dwa - obecna pruderia jest wynikiem przeszczepienia zachodniej kultury mieszczańskiej, która przez wieki stanowiła margines na naszych ziemiach.

... hmmm, u mnie w miejscowości istniało miejsce zwane "broszczakowym laskiem". Idealne miejsce na bardziej intymne randki... a i miejsce pierwszych "wizualnych nauk" dla młodszych adeptów "ars amandi"... resztę można było poznać z książeczek typu "Co każdy chłopak wiedzieć powinien". Oczywiście odmiana tej książeczki dla dziewcząt też istniała...

>Kultura ludowa była raczej bezpruderyjna, bo oparta na naturalnych skłonnościach. Wiedziałeś, że jeszcze na początku XIX w. najlepszą partią wśród góralek była ... panna z dzieckiem? Kilkoro też mogło być. Po prostu udowodniła, że może mieć dzieci. Jakoś cudze ojcostwo kawalerom nie przeszkadzało.
>

... jeszcze nie tak dawno, początkiem zeszłego wieku, poszukiwane były dziewczęta/kobiety o szerokich biodrach. To była oznaka, że łatwo i bez nadmiernego bólu będą rodzić...

... pozdrawiam...

... jedyne co wiadomo o ateista i agnostykach to fakt, iż nie wierzą w "Boga takiego jak chciałyby religie"... reszta to zwykłe insynuacje...
04-12-2012 16:21 
 Ocena 2 na 2
Anna Salman (16360 punktów)
>... dziecko nie da się oszukać, jeżeli chodzi o jedzenie. Samo się na czas upomni. A ona niech tylko kontroluje by nie zaspakajał głodu wyłącznie słodyczami, i trochę częściej chodziła na badania kontrolne...
Właśnie - najpierw owoce, potem posiłek, potem słodycze - nawet oporowo. Tyle, że syty człowiek nie ma ochoty na słodkie. A po słodyczach nie ma ochoty na normalny posiłek, ani na owoce.

>... a to raczej wina KRK. Dla nich wszystko co nie pochodzi z kościoła, jest "baaa"... zwłaszcza gdy dotyczy tematów seksualnych...
Coś jest na rzeczy, bo te książeczki mówiły głównie o zmianach fizjologicznych, zasadach higieny, czy chorobach (no tak - wenerycznych też ).

PS. Apropos innego wątku - gratuluję wiedzy historycznej nt. naszego, szczególnie mojego, regionu.
04-12-2012 17:07 
 Ocena 2 na 2
Irracja (4721 punktów)
... dziękuję... historia to taki mój "malutki konik". Raz że próbowałem zweryfikować opowieści prababci o korzeniach części mojej "polskiej tylko od 800 lat" rodziny. A i mieszkam w rejonie gdzie różne poglądy i trendy historyczne się ścierają. A że nigdy nie traktowałem autorytetów jak "Bogów", więc zdarza się dotrzeć i do innych, "mniej oficjalnych" źródeł...

... miłego wieczoru życzę...

... jedyne co wiadomo o ateista i agnostykach to fakt, iż nie wierzą w "Boga takiego jak chciałyby religie"... reszta to zwykłe insynuacje...
05-12-2012 07:31 
 Ocena 1 na 1
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Większość moich koleżanek (o kolegach mniej wiem) też była wychowywana
> - rodzicom zawsze starczało czasu dla dzieci.

Czytajac Danuję Wałęsę "Marzenia i Tajemnice", ale i wspomnienia autobiograficzne np. Jerzego Stuhra (wraz w stawkami jego dwójki dzieci z mojego pokolenia) odnajduję tam i te treści, o których piszę.
Ojciec w wychowaniu syna jest b. często w Polsce nieobecny.
*
Miałaś dużo szczęścia ze wzięłaś tylke uwagi i wrażliwości od swoich rodziców. Zazdroszczę.

> Co do kontroli np. sposobu odżywiania, to może lepiej, żeby współcześni
> rodzice przejawiali jej więcej, zamiast zostawiać pole reklamie. Wystarczy
> zachować kilka zasad, żeby dziecko nie miało nadwagi - naprawdę.

Zagdzam się w 100%. A drugie to troska o ilość (nie za dużo, nie za mało) Też jestem zdania, że dziecko z reguły wie, jak dużo jeść.
Na marginesie - słodkie jest u nas uwarunkowane kulturowo. Wiedziałaś, że np. Chińczycy specjalnie słodkiego nie cenią?
Pamiętam jak kiedyś spędziłem kilka miesiący na rozmowach z koleżanką (niech jej będzie Agnieszka) która panikowała że jej syn to niejadek (nie miała najmnieszych podstaw) Później nagle to zrozumiała że przenosi na niego lęki własnej matki z jej dzieciństwa i.. lęk minął.
A najwiekszą statysfakcję miałem wtedy, gdy jakiś czas później opisała mi wyprawę nad Morze Bałtyckie z jej dobrą koleżanką (oraz dziećmi i mężami) których również znam. Taki familijny urlop. No więc ona obserwuje (ta Agnieszka) swoją koleżankę na plaży, jak ta gania za swoją córką z wielką drożdżówą w ręku, a ta jej ucieka ze zwinnością dziecka. Agnieszka na ten kabatertowy obrazek wybucha niepohamowanym śmiechem, koleżanka trochę sie na nią naburmusza. Później wywiązała się ponoć zacięta dysusja

> Natomiast wczesne wpojenie pewnych zasad pozwala ograniczyć
> późniejszą kontrolę zachowań - moi rodzice nigdy nie musieli
> nadzorować czy odrabiamy lekcje, mogli mieć pewność, że w
> przypadku skargi o pobicie koleżanki, nie ja byłam stroną prowokującą.

Jak to zrobili? Chyba jednak główną rolę gra charakter, obserwacja zachowania rodziców itp. Jeśli oni są lojalni względem swoich obowiązków, wykonują je sumiennie i tak też dbają o właśnie dzieci, to i one takie będą. Przykład z góry to podstawa. Ale faktycznie, zaraz w pierwszych latach dziecka trzeba mu to i owo mechanicznie pokazywac, tego się nie uniknie.

> Uświadomienie nie przedstawiało trudności, bo były książeczki dla dzieci
> i młodzieży w różnym wieku - w pewnym momencie pokazały się
> nawet dla 3-latków (jakaś seria francuska)

Mam wątpliwości czy same książeczki załatwiaja sprawę, ale z pewnością częściowo tak.

> Szkoła (moja, bo to inicjatywa nauczycieli) przygotowywała
> do tematu, zapraszając specjalistów w różnych dziedzinach
> oraz puszczając filmy dokumentalne. Z tego, co teraz do mnie dociera
> chyba nastąpił regres, a książeczek z serii jw. nie widziałam od lat w
> żadnej księgarni. Szkoda

Niestety tak. W dobie internetu i upadku autorytetów (szczególnie w szkołach) dzieci się edukują same od siebie, patrząc na to co znajdą w komputerze czasem zupełnie bezkrytycznie.

> - to był mniej krępujący wstęp do rozmowy dla dorosłych.

No właśnie. Czyli coś z tego skrępowania w temacie seksu pozostaje nadal.
A jak pozostaje, to i z pewnością zostanie przekazane dalej..

> Wiedziałeś, że jeszcze na początku XIX w. najlepszą partią wśród góralek była
> ... panna z dzieckiem? Kilkoro też mogło być. Po prostu udowodniła, że może
> mieć dzieci. Jakoś cudze ojcostwo kawalerom nie przeszkadzało.

Nie wiedziałem. Panna z dzieckiem, no kto to widział!?

> obecna pruderia jest wynikiem przeszczepienia zachodniej
> kultury mieszczańskiej, która przez wieki stanowiła margines
> na naszych ziemiach.

Pięknie oddaje to co mowisz Agnieszka Holland w filmie "Janosik. Prawdziwa historia"

miłego dnia
05-12-2012 12:32 
 Ocena 5 na 5
Anna Salman (16360 punktów)
>Czytajac Danutę Wałęsę ...

>Ojciec w wychowaniu syna jest b. często w Polsce nieobecny.
W wychowaniu ... dzieci. Pokutuje niestety takie przekonanie, że synów się wychowuje, a córki wystarczy nauczyć gotować, sprzątać i odmawiać pacierze .
>Miałaś dużo szczęścia ...
Pewnie tak. Jednak większość moich rówieśników była tak wychowywana, duża część rozpieszczana, niestety. Pokłosie wojny i biedy czasów powojennych - rodzice chcieli, żeby ich dzieci miały jak najlepiej. Potem wiele z tych dzieci nie zdołało dojrzeć i wychować własnych dzieci. Obecnie to te dzieci zaczynają mieć dzieci.
>Na marginesie - słodkie jest u nas uwarunkowane kulturowo. Wiedziałaś, że np. Chińczycy specjalnie słodkiego nie cenią?
Nie lubię słodyczy, ale w przypadku Chińczyków to może być uwarunkowane genetycznie. Np. większość Azjatów nie przyswaja mleka krowiego, a Europejczycy z reguły nie mają z tym problemu.
>...Chyba jednak główną rolę gra charakter, obserwacja zachowania rodziców itp. ...
Prawda - najwięcej można się nauczyć, obserwując starszych. Przy tym ja wychowałam się jeszcze w tzw. wielkiej rodzinie (babcie, ciocie i wujkowie oraz ich dzieci, niekiedy już dość odległe pod względem pokrewieństwa), więc wzorów miałam pod dostatkiem i zdecydowana większość była pozytywna. Również wspomnienia o nieżyjących - żałuję, że nie poznałam dziadków. Teraz mamy głównie rodziny tzw. nuklearne - rodzice i dzieci. Jeżeli coś nawala, to alternatywą jest TV, czyli lukrowane obrazeczki z seriali. Zderzenie realu z wydumanym światem może wywołać traumę.
>Mam wątpliwości czy same książeczki załatwiaja sprawę, ale z pewnością częściowo tak.
Ułatwiają wstęp do rozmowy i zawierają informacje, których rodzice też mogą nie znać. Oglądałeś ten odcinek "Wojny domowej", gdy ojciec Pawła chce go uświadomić?
Wiekszość rodziców faktycznie nie dysponowała wiedzą fachową i sami "dokształcali się" z tych książeczek. Myśmy mieli w szkole Naukę o człowieku, oni ... obowiązkową religię.
A teraz znowu ... zmiana pokoleniowa
>... W dobie internetu i upadku autorytetów (szczególnie w szkołach) dzieci się edukują same od siebie ...
Tak zawsze było i będzie. Z rówieśnikami rozmawia się swobodniej. Powinna być tylko zachowana równowaga pomiędzy sensacyjkami (często wulgaryzmami lub wręcz pornografią), a wiedzą istotną dla młodego człowieka.
Jacek Głodzik (35558 punktów)
>>Czytajac Danutę Wałęsę ...
>

To spojrzenie jest pełne przerażenia, czy zdziwienia?

>>Ojciec w wychowaniu syna jest b. często w Polsce nieobecny.
>W wychowaniu ... dzieci. Pokutuje niestety takie przekonanie,
> że synów się wychowuje, a córki wystarczy nauczyć gotować, sprzątać
> i odmawiać pacierze .

Ano pokutuje. Z tym wychowywaniem synów jednak bym nie przesadzał.
To głównie ojcu się tak zdaje, szczerze mówiąc jest to też moja pewna życiowa obawa..

>> Miałaś dużo szczęścia ...
> Pewnie tak. Jednak większość moich rówieśników była tak wychowywana,
> duża część rozpieszczana, niestety. Pokłosie wojny i biedy czasów
> powojennych - rodzice chcieli, żeby ich dzieci miały jak najlepiej.
> Potem wiele z tych dzieci nie zdołało dojrzeć i wychować własnych
> dzieci. Obecnie to te dzieci zaczynają mieć dzieci.

Otóż to. To tak trochę jak Wiara i wiara (jak sama gdzieś wczesniej komuś tą różnicę wyklarowałaś) Wychowywać kogoś, a wychowywać to czasem całkiem dwie różne rzeczy.

> Nie lubię słodyczy, ale w przypadku Chińczyków to może być
> uwarunkowane genetycznie. Np. większość Azjatów nie przyswaja
> mleka krowiego, a Europejczycy z reguły nie mają z tym problemu.

A ciekawe, może też tak być. Mimo wszystko z tego co zaobserwowałem nie odrzuca ich. Po prostu tam nie można kupić dobrych słodyczy, są takie jakieś mdławe. Ale jak Chinczyk jedzie do Europy to spokojnie podje sobie tej i innej czekolady np. Milka (i wie dobrze, że u nas dostanie ją taniej, niż u siebie)

> wzorów miałam pod dostatkiem i zdecydowana większość
> była pozytywna. Również wspomnienia o nieżyjących - żałuję, że
> nie poznałam dziadków

Bardzo fajnie. Nie powiem żeby u mnie było jakoś straszno, ale b. podobają mi się takie rodziny wielopokoleniowe jakie opisujesz, w których panuje szacunek i jest bez liku pozytywnych wzorców.

> Teraz mamy głównie rodziny tzw. nuklearne - rodzice i dzieci.

Hehe dobre! Tego określenia wcześniej nie znałem

> Oglądałeś ten odcinek "Wojny domowej", gdy ojciec Pawła chce go uświadomić?

Coś mi się kojarzy. Przy okazji odświeżę pamięć na youtube

> Wiekszość rodziców faktycznie nie dysponowała wiedzą fachową i
> sami "dokształcali się" z tych książeczek. Myśmy mieli w szkole Naukę
> o człowieku, oni ... obowiązkową religię.
>A teraz znowu ... zmiana pokoleniowa



> Tak zawsze było i będzie. Z rówieśnikami rozmawia się
> swobodniej. Powinna być tylko zachowana równowaga pomiędzy
> sensacyjkami (często wulgaryzmami lub wręcz pornografią), a wiedzą
> istotną dla młodego człowieka.

Bardzo rozsądne spostrzeżenie.
W podsumowaniu: myślę, że z Tobą te dzieciaki miałyby całkiem całkiem..
miłego dnia
PS tak trochę piszę o prof. Lwie Statrowiczu w innym wątku, również dlatego że facet zaimponował mi poza suchą naukową wiedzą badawczą: kiedyś w jakims programie w TV ubolewał, że w seksie katolików w Polsce przeważnie nie ma ciepła, nawet w samych rozmowach o nim (o ile takowe nie są w ogóle okryte tabu). To było b. fajne widzeć, jak profesor się tym autentycznie martwi
05-12-2012 14:37 
 Ocena 3 na 3
Anna Salman (16360 punktów)
> To spojrzenie jest pełne przerażenia, czy zdziwienia?
Both
>... Ale jak Chinczyk jedzie do Europy to spokojnie podje sobie tej i innej czekolady np. Milka
Ale oryginalnego "Wedla" już nie dostanie, ha!
>...Tego określenia wcześniej nie znałem
Bo to z obszaru socjologii wychowania / rodziny (teraz wszystko musi mieć swoją socjologię)
>W podsumowaniu: myślę, że z Tobą te dzieciaki miałyby całkiem całkiem..
Ale ja ... nie przepadam
>... tak trochę piszę o prof. Lwie Starowiczu ... kiedyś w jakimś programie w TV ubolewał, że w seksie katolików w Polsce przeważnie nie ma ciepła, ...
A w innych dziedzinach życia jest? Seks to tylko wycinek (niewielki) całości.
Poza tym ten profesor tetryczeje. Nadal promuje patriarchalny model życia. Kiedyś wydawał się bardziej nowoczesny, przynajmniej w porównaniu z dr. M. Wisłocką z jej radami: Co kobieta powinna zrobić, żeby małżeństwo było udane? (Miałam dopiero 17 czy 18 lat i walnęłam książką o podłogę)
05-12-2012 16:29 
 Ocena 1 na 1
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Ale ja ... nie przepadam

Leo, why??

>>... tak trochę piszę o prof. Lwie Starowiczu ... kiedyś w jakimś programie
>> w TV ubolewał, że w seksie katolików w Polsce przeważnie nie ma ciepła, ...
> A w innych dziedzinach życia jest? Seks to tylko wycinek (niewielki) całości.

Zależy gdzie, zależy z kim. "U nas chodzi się z ksieżycem w butonierce"

> Poza tym ten profesor tetryczeje. Nadal promuje patriarchalny
> model życia.

Wiesz co mi wczoraj powiedział pewien Serb /trener couchingu/, jak był w Posce i co zauważył w kwestii modelu rodziny, w góle realcji między płaciami?
"U was kobieta dominuje"

> Miałam dopiero 17 czy 18 lat i walnęłam książką o podłogę)

Chyba tylko raz przerzuciłem, równie dawno. Utkwiło mi w pamięci o opalaniu nago + miłosci w plenerze
A co tam złego wg Ciebie wysmażyła?
łącząc pozdrowienia
06-12-2012 15:09 
 Ocena 3 na 3
Anna Salman (16360 punktów)
>Leo, why??
Tak jakby zapytać - dlaczego nie lubisz szpinaku (ja lubię) - nie lubię i już.
>... "U nas chodzi się z księżycem w butonierce"
Nie zrozumiałam ... Że to niby tacy romantyczni jesteśmy? Bzdura. To samo, co w innych dziedzinach - wiele wzniosłych haseł (pustosłowia), a na co dzień przemoc, pijaństwo i korupcja.
>Wiesz co mi wczoraj powiedział pewien Serb ... co zauważył w kwestii modelu rodziny, w ogóle relacji między płciami?
>"U was kobieta dominuje"
Bo system patriarchalny degeneruje mężczyzn. Pewna pani psycholog wyjaśniła genialnie mechanizm kształtowania się tego zjawiska. Niestety, chyba wyrzuciałam ten artykuł (papierowy - nie z netu). W skrócie polega to na tym, że w społeczeństwie, gdzie kobiety nie mogą się otwarcie realizować, czynią to za pośrednictwem synów, od dzieciństwa uzależniając ich od siebie. W ten sposób powstają zupełnie chore konstrukcje - symbiozy nadopiekuńczych matek i wiecznie niedojrzałych synów, związki toksyczne, niekiedy ocierające się o psychiczne kazirodztwo. Tacy mężczyźni nie potrafią być samodzielni, przez całe życie poszukują kobiet "matkujących", których jest coraz mniej. Z kolei kobiety, które mają o wiele więcej barier do pokonania i nie mogą liczyć na pomoc otoczenia (tak - to właśnie kobiety muszą być bardziej samodzielne), szybciej dojrzewają emocjonalnie, uczą się odporności i tzw. zaradności życiowej. W efekcie mamy taki obraz społeczny ... ("tu przerwał, lecz róg trzymał" ... wykasowałam, bo uświadomiłam sobie, że czasem ktoś jeszcze czytuje stare wątki, a po co mam sobie dokładać nowych wrogów), jaki dominuje również w krajobrazie społecznym Włoch, czy Hiszpanii. W islamie wygląda to trochę inaczej, ale wcale nie lepiej. Tamte baby są jeszcze bardziej agresywne, a mężczyźni jeszcze ... (autocenzura ).
>A co tam złego wg Ciebie wysmażyła?
No przecież podkreśliłam, czy tam pogrubiłam wcześniej - o sferze seksu pisała bezpruderyjnie, a o relacjach w związku, jakby to był XIX w. - że tylko "do kobiety należy dbałość o ciepło domowego ogniska". I te rady chyba średnioskuteczne, bo była trzykrotną rozwódką, o ile pamiętam.
06-12-2012 17:31 
 Ocena 2 na 2
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Tak jakby zapytać - dlaczego nie lubisz szpinaku
> (ja lubię) - nie lubię i już.

W porządku.

>>... "U nas chodzi się z księżycem w butonierce"
>Nie zrozumiałam ... Że to niby tacy romantyczni jesteśmy? Bzdura.

Tak śpiewał jeden bard z Krakowa, Sikorowski "u nas (tzn w Krakowie) chodzi sięeeee.." pamiętasz?

> To samo, co w innych dziedzinach - wiele wzniosłych haseł
> (pustosłowia), a na co dzień przemoc, pijaństwo i korupcja.

Myślę że dużo zależy od tego, na co i na kogo bardziej się zwraca uwagę.
Z moich kolegów (przeważnie starszych) właściwie żaden nie przystaje do tego schematu. Z młodszych powiedziałbym 50/50.

> w społeczeństwie, gdzie kobiety nie mogą się otwarcie realizować,
> czynią to za pośrednictwem synów, od dzieciństwa uzależniając ich
> od siebie

Jest wiele teorii tłumaczących kompleks Edypa. Mnie osobiście przekonuje ta, że matka boi się otwartej i pełnej satysfakcji (gównie seksualnej) z partnerem, więc znajduje sobie zastępczego partnera, który nigdy jej nie będzie krytykował, będzie ją kochał bez stawiania warunków. To jest właśnie syn, który jest zarazem pretekstem do blokowania seksualności, ale i pozwala odczuwać odwzajemnioną miłość.
Musi tu być i drugi biegun - pogarda dla męża, dobiera go sobie tak, żeby choć częściowo miał negatywne cechy.

Przykład z książki którą właśnie czytam:
(..) dlatego tym razem znowu będzie o symbolicznym i bardzo ważnym śnie pewnej kobiety w średnim wieku. Dajmy jej kryptonim Aniela. Sprawa ponownie dotyczy relacji matka-córka, czyli rozliczeń w ramach jednej płci. Choć wszystko zaczęło się od problemów z mężczyznami, od poczucia krzywdy, niedowartościowania, wykorzystania i braku satysfakcji, których Aniela doświadczała w kontaktach z nimi.
To było przed laty, ale dobrze pamiętam Anielę, wyglądała na osobę znacznie starszą, niż w rzeczywistości była, bezradną wobec swojej wybujałej, lecz zaniedbywanej kobiecości.
- Dlaczego przyszła do Ciebie?
- W jej małżeństwie źle się układało, nie mogła porozumieć się ze swoim mężem. Jej zdaniem był niedojrzałym chłopcem, spędzającym czas z kolegami na piłkarskich meczach, oglądaniu katalogów samochodowych i bieganiu na długie dystanse. Uważała że skazał ją na siedzenie w domu i że nie interesuje się nią. Deklarowała wielką potrzebę autentycznej z nim bliskosci, ale tak się jakoś składało, że wszelkie jego propozycje wspólnego spędzania czasu uznawała za niepoważne, zbyt młodzieżowo - sportowe. W rezultacie gównie siedziała sama w domu, zajmując się obsesyjnie sprzątaniem, praniem i gotowaniem.
- Mieli dzieci?
- Nie mieli. Miała poważny problem z zajściem w ciążę i jej utrzymaniem. Według lekarzy problem był po jej stronie. Od wielu lat seks w jej życiu praktycznie nie istniał.
Nasza wspólna praca zmierzała do tego, by Aniela odkryła swój nieświadomy udział w tym, jakiego wybrała sobie męża, w kształtowaniu swojej relacji z nim i w ich wspólnym problemie prokreacyjnym
- Miała jakieś neurotyczne objawy?
- Oprócz obsesyjnego sprzątania, oraz okresowych stanów depresyjnych miała bardzo bolesne miesiączki i ostry syndrom napięcia przedmiesiączkowego
- Więc te niedostępne nam, mężczyznom "przyjemności" mogą też mieć podłoże psychiczne?
- Często bywają efektem wewnętrznych konfliktów związanych z kobiecością i seksualnością. Moje podejrzenia w sprawie Anieli szły właśnie w tym kierunku. Gdy jej słuchałem i patrzyłem na nią, nie mogłem uwierzyć, że cała wina za jej zaniedbanie i wszystkie inne problemy leży po stronie męża.
- Domyślam się, że weszła w ten związek zaniedbana, a nie zaniedbała się w związku.
- Właśnie. W dodatku Aniela nieświadomie acz niezwykle skrupulatnie pielęgnowała swoją rolę kury domowej, zaniedbywanej przez wysportowanego, zabawowego, dbającego o siebie i dobrze trzymającego się męża. Dlatego bardzo niechętnie przyjmowała wszelkie moje sugestie, że mogłaby przyjąć choćby częściowo odpowiedzialność za swoje życie. Tak było do momentu, kiedy przyśnił jej się ten sen (..)
W. Eichelberger / T. Jastrun "Sny, które budzą"


> Tacy mężczyźni nie potrafią być samodzielni, przez całe życie
> poszukują kobiet "matkujących", których jest coraz mniej.

Tak, czasem prawda. Fajnie że się o nas - mężczyzn - martwisz
A propos słowa, które użyłaś "samodzielni" niżej.

> Z kolei kobiety, które mają o wiele więcej barier do pokonania
> i nie mogą liczyć na pomoc otoczenia (tak - to właśnie kobiety
> muszą być bardziej samodzielne)

Tu nie do końca sie zgodzę. Czasem spotykałem się z odtrącaniem propozycji męskiej pomocy (tu pisałem przykład, ale się nie zmieścił)
Również z narzucaniem tej pomocy przez koleżanki swoim kolegom (np. w pracy), co bywa nieprzyjemne dla obu stron.
Ciekawe, że słowo "samodzielny" ma dwa aspekty: ten dobry (dojrzałość, samowystarczalność) i ten negatywny: samo-dzielny. Czyli "dzielny" wobec jakiegoś przewyższającego daną osobę zadania, którym ktoś ją obarczył (lub sama się obarczyła) i "samo" - wybór samotności w dźwiganiu go.

> Tamte baby są jeszcze bardziej agresywne, a mężczyźni
> jeszcze ... (autocenzura ).

Hihi Strzeż mnie Panie od Arabów.

> tylko "do kobiety należy dbałość o ciepło domowego ogniska".
> I te rady chyba średnioskuteczne, bo była trzykrotną rozwódką, o ile pamiętam.

Faktycznie, przestarzałe to. Choć, o ile dobrze pamiętam ona twierdziła też, że to kobieta ma do tego większe predyspozycje niż mężczyzna. Ale to również nie jest do końca prawda. Dbać muszą obydwoje i predyspozycje do tego obydwoje mają, tylko w nieco innej w formie (a nie w zakresie ani intensywności)
W ogóle sprawa jest trudna, myślę że jak człowiek nie wyniósł ciepła z domu, ne dośwadczał go to później w warunkach dorosłości znikąd go nie weźmie. Tylko p. Marek Bielecki uważa, że wystarczy głęboko i żarliwie się modlić.. a pewnego pięknego dnia BĘC - mamy co chcieliśmy.
łącząc pozdrowienia
PS Właśnie mi przypomniałaś, muszę się rozglądnąć za prezentami
07-12-2012 12:41 
 Ocena 5 na 5
Meretseger (61860 punktów)

>- Miała jakieś neurotyczne objawy?
>- Oprócz obsesyjnego sprzątania (...)

Przez najbliższe dwa tygodnie nic nie robię
07-12-2012 13:02 
 Ocena 1 na 1
Jacek Głodzik (35558 punktów)
Ok, ale obiecasz mi, że nie wpadniesz ze skrajności w skrajnosć?
www.racjonalista.pl/forum.php/s,533144#w534727
08-12-2012 15:07 
 Ocena 2 na 2
Anna Salman (16360 punktów)
>... "u nas (tzn w Krakowie) chodzi sięeeee.." pamiętasz?
A to to...
>...Z moich kolegów (przeważnie starszych) właściwie żaden nie przystaje do tego schematu. ...
Też zauważyłam. Może dlatego, że innymi metodami osiąga się teraz awans społeczny.
>Jest wiele teorii tłumaczących kompleks Edypa. ...
A ja w te bajdurzenia psychologiczne i kompleksy Edypa nie wierzę. To Freud zaczął wszystko wyjaśniać poprzez zachowania / potrzeby seksualne, zupełnie ignorując kontekst społeczny - pozostałe relacje międzyludzkie. Nawet cytowany przez ciebie tak chętnie Starowicz napisał kiedyś, że "gra wstępna zaczyna się ... przy śniadaniu".
>... dobiera go sobie tak, żeby choć częściowo miał negatywne cechy.
W większości przypadków własna decyzja nie miała nic do rzeczy. Obecnie też niewiele.
> ...Sprawa ponownie dotyczy relacji matka-córka, czyli rozliczeń w ramach jednej płci. Choć wszystko zaczęło się od problemów z mężczyznami, ...
Nie tyle dotyczy jakiejś "tłumionej seksualności", co konieczności rywalizacji w codziennym życiu. Kobiety w wielu przypadkach zachowują się, jak mieszkańcy getta - walczą między sobą, bo przestrzeń za mała, a możliwości jej opuszczenia znikome.
>... Fajnie że się o nas - mężczyzn - martwisz
Żarty na bok.
>... Czasem spotykałem się z odtrącaniem propozycji męskiej pomocy ...
Zależy jak sformułowana jest ta propozycja.
>Również z narzucaniem tej pomocy przez koleżanki swoim kolegom ...
To jest to, o czym pisałam - chorobliwe macierzyństwo.
>Ciekawe, że słowo "samodzielny" ma dwa aspekty: ... "samo" - wybór samotności w dźwiganiu go.
Zawsze wybór?
>Hihi Strzeż mnie Panie od Arabów.
Nie obraź się, ale jak widzę tych agresywnych rzymskich katolików (zwłaszcza naszych polityków), to bardzo przypominają wrzeszczących, rozchełstanych Arabów.
>...myślę że jak człowiek nie wyniósł ciepła z domu, ...to później w warunkach dorosłości znikąd go nie weźmie.
Fakt, chociaż znam takich, co dali radę. Geny?
> Tylko p. Marek Bielecki uważa, że wystarczy głęboko i żarliwie się modlić..
Nie wiem, kto to ten Bielecki, ale już nie lubię.
10-12-2012 12:02 
 Ocena 1 na 1
Jacek Głodzik (35558 punktów)
>>... dobiera go sobie tak, żeby choć częściowo miał negatywne cechy.
> W większości przypadków własna decyzja nie miała nic do rzeczy.
> Obecnie też niewiele.

Jak mawia pewne przysłowie "mężczyzna żeni się z kobietą głęboko wierząc, że ona nie nie zmieni się nigdy.. a ona się zmienia. Kobieta wychodzi za mąż z nadzieją, że połowica się zmieni.. a on się nie zmienia"

> Nie tyle dotyczy jakiejś "tłumionej seksualności", co konieczności
> rywalizacji w codziennym życiu. Kobiety w wielu przypadkach zachowują
> się, jak mieszkańcy getta - walczą między sobą, bo przestrzeń za mała,
> a możliwości jej opuszczenia znikome.

A moze im się tylko tak wydaje. Musiałabyś podać jakiś przykład.

>>... Czasem spotykałem się z odtrącaniem propozycji męskiej pomocy ...
> Zależy jak sformułowana jest ta propozycja.

- To jutro na pl. Szczepańskim o 19?
- Dobra, jesteśmy umówieni.
- Będziesz jechać z domu czy z miasta? Jeśli z domu, to może po ciebie przyjadę.
- Nie.. dziekuję. Z domu, ale sama przyjadę.
- Nie no, coś ty.. będzies jechac przez pół miasta tramwajem? A jeśli będzie padać? Nie chce żebyś się zmoczyła.
- Nie
- Ok

>>Również z narzucaniem tej pomocy przez koleżanki swoim kolegom ...
>To jest to, o czym pisałam - chorobliwe macierzyństwo.

Otóż to. Co ciekawe ona miała 55 lat, a on 70 (koleżenstwo w firmie)

>> Ciekawe, że słowo "samodzielny" ma dwa aspekty: ... "samo" -
> wybór samotności w dźwiganiu go.
> Zawsze wybór?

Nie wiem, ale gdy mi coś nie pasowało, to po pewnym czasie przeważnie szukałem czegoś innego.

>>Hihi Strzeż mnie Panie od Arabów.
> Nie obraź się, ale jak widzę tych agresywnych rzymskich katolików
> (zwłaszcza naszych polityków), to bardzo przypominają wrzeszczących,
> rozchełstanych Arabów.



>>...myślę że jak człowiek nie wyniósł ciepła z domu, ...to później w
>> warunkach dorosłości znikąd go nie weźmie.
> Fakt, chociaż znam takich, co dali radę. Geny?

Może.. a może też czasem własny upór?

> Nie wiem, kto to ten Bielecki, ale już nie lubię.

Odpowiedziałaś mu na jeden wątek, bodajże tydzień temu,
www.racjonalista.pl/forum.php/s,533518#w533748
łącząc pozdrowienia
10-12-2012 19:18 
 Ocena 1 na 1
Anna Salman (16360 punktów)
Wiesz, wydaje mi się, że nikt się zdecydowanie nie zmienia, pomijając oczywiście dojrzewanie. Tyle, że kobiety lepiej udają kogoś, kim nie są.
>> ...Kobiety w wielu przypadkach zachowują się, jak mieszkańcy getta ...
>...Musiałabyś podać jakiś przykład.
To by wymagało zbyt długiego wywodu.

Odnośnie propozycji pomocy - może nie chciała żebyś się dowiedział, gdzie mieszka? A może ma fobię samochodową? Może jesteś kiepskim kierowcą? ... setki możliwości
>Nie chcę żebyś się zmoczyła.
...cóż ...
>> Nie wiem, kto to ten Bielecki, ...
>Odpowiedziałaś mu na jeden wątek, bodajże tydzień temu,
Ale on mi nie odpowiedział ... Nie lubi mnie?
A przecież tak się starałam .
10-12-2012 20:04 
 Ocena 1 na 1
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Wiesz, wydaje mi się, że nikt się zdecydowanie nie zmienia,
> pomijając oczywiście dojrzewanie. Tyle, że kobiety lepiej
> udają kogoś, kim nie są.

Hm.. Ty je znasz lepiej.

> To by wymagało zbyt długiego wywodu.

Ok.

> Odnośnie propozycji pomocy - może nie chciała żebyś
> się dowiedział, gdzie mieszka? A może ma fobię samochodową?
> Może jesteś kiepskim kierowcą? ... setki możliwości

Nic z tych rzeczy. Historia miała swoją kontynujację - znaliśmy się wtedy już parę miesięcy a lody w końcu przełamałem.

>>Nie chcę żebyś się zmoczyła.
> ...cóż ...

No właśnie. To bardzo często niełatwo zrozumieć. Czasem trudno Wam wziąść od faceta. Ot, tak po prostu

> Ale on mi nie odpowiedział ... Nie lubi mnie?
> A przecież tak się starałam .

Udanego wieczoru

Mod:
Wziąć. Nie "wziąść".
10-12-2012 20:25 
 Ocena 1 na 1
Anna Salman (16360 punktów)
>Nic z tych rzeczy. Historia miała swoją kontynujację ...
No to co jęczysz? Jak wy szybko wymiękacie.
>No właśnie. To bardzo często niełatwo zrozumieć. Czasem trudno Wam wziąść od faceta. Ot, tak po prostu
Zasób doświadczeń - niektórzy potem chcą odebrać z nawiązką.
> Udanego wieczoru
Wzajemnie
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> No to co jęczysz? Jak wy szybko wymiękacie.

Nie bardzo rozumiem, ale mniesza o to.

> niektórzy potem chcą odebrać z nawiązką.

Pytanie, co to znaczy z nawiązką. Czasem jak nic nie dostają to coś tam chcą, choć wtedy właściwie należy już zwijać żagle. Fakt, czasem bywamy b. naiwni

---
05-12-2012 13:19 
 Ocena 10 na 10
Meretseger (61860 punktów)

>Ojciec w wychowaniu syna jest b. często w Polsce nieobecny.
W ogóle jest nieobecny w wychowaniu dzieci. Córki też mógłby wychowywać, niekoniecznie tylko syna. Dziećmi powinni się zajmować wszyscy rodzice, jakich te dzieci posiadają. Bez względu na płeć.
Jacek Głodzik (35558 punktów)
A gdyby byli dwoma tatusiami, albo dwiema mamusiami?
06-12-2012 07:00 
 Ocena 5 na 5
Meretseger (61860 punktów)
>A gdyby byli dwoma tatusiami, albo dwiema mamusiami?
Napisałam: "Bez względu na płeć".
Jacek Głodzik (35558 punktów)
Szczerze mówiąc trochę się tego obawiam, ale zobaczymy co z tego wyniknie (na szczęście już nie dla mnie)
06-12-2012 19:27 
 Ocena 2 na 2
Irracja (4721 punktów)
>>Ojciec w wychowaniu syna jest b. często w Polsce nieobecny.
>W ogóle jest nieobecny w wychowaniu dzieci. Córki też mógłby wychowywać, niekoniecznie tylko syna. Dziećmi powinni się zajmować wszyscy rodzice, jakich te dzieci posiadają. Bez względu na płeć.

... a jednak tylko bardzo często nieobecny. Chyba że jestem ewenementem na skalę Polski - a może Europy?. Córka miała lepszy kontakt ze mną niż z matką, co też było powodem dość dużych pretensji z jej (matki) strony...

... jeżeli chodzi o płeć, to fakt, dwoje "rodziców tej samej płci" równie dobrze może sobie radzić. Jeżeli mam duże wątpliwości, w tej kwestii to ze względu na brak bezpośrednich przykładów poprawnych stosunków damsko-męskich na linii matka-ojciec. A dzieci najszybciej i najlepiej uczą się na bezpośrednich przykładach z własnego otoczenia. No i co w sytuacji gdy oboje "rodziców tej samej płci" reprezentują zdecydowane postawy "anty" wobec płci przeciwnej. Może to mieć duży wpływ na zdolność założenia własnej rodziny, jeżeli dziecko byłoby heteroseksualne. Uprzedzam pytanie. Nie, nie zawsze będzie możliwa obserwacja poprawnych zachowań w rodzinach dalszych krewnych, czy sąsiadów. Dziecko może być izolowane. Ze strony rodziców, by nie było buntowane wobec nich. Również inni mogą je izolować od siebie, jako wychowywane przez "dziwolągów"...

... pozdrowienia...

... jedyne co wiadomo o ateista i agnostykach to fakt, iż nie wierzą w "Boga takiego jak chciałyby religie"... reszta to zwykłe insynuacje...
07-12-2012 07:16 
 Ocena 3 na 3
Meretseger (61860 punktów)
>>>Ojciec w wychowaniu syna jest b. często w Polsce nieobecny.
>>W ogóle jest nieobecny w wychowaniu dzieci.
>... a jednak tylko bardzo często nieobecny.
Zgadzam się w zupełności, chodziło mi tylko o to, żeby nie wyróżniać specjalnie obecności ojca w wychowaniu syna.
Irracja (4721 punktów)
>>>>Ojciec w wychowaniu syna jest b. często w Polsce nieobecny.
>>>W ogóle jest nieobecny w wychowaniu dzieci.
>>... a jednak tylko bardzo często nieobecny.
>Zgadzam się w zupełności, chodziło mi tylko o to, żeby nie wyróżniać specjalnie obecności ojca w wychowaniu syna.

... to "wyróżnianie", jak na razie nam chyba nie grozi... prędzej bym powiedział o pewnej "dyskryminacji jego roli"... długi temat, a ja dziś muszę choć na "suchy chleb" zarobić. Będę wieczorem...

... miłego dnia życzę...




... jedyne co wiadomo o ateista i agnostykach to fakt, iż nie wierzą w "Boga takiego jak chciałyby religie"... reszta to zwykłe insynuacje...
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Córka miała lepszy kontakt ze mną niż z matką, co też było
> powodem dość dużych pretensji z jej (matki) strony...

Zabawię sie tu w psychologa. Niedobrze Wiesz co to kompleks Elektry?

>... jeżeli chodzi o płeć, to fakt, dwoje "rodziców tej samej płci" równie
> dobrze może sobie radzić.

Skąd ten wniosek? No i skąd ten cudzysłów?

> Jeżeli mam duże wątpliwości, w tej kwestii to ze względu na brak
> bezpośrednich przykładów poprawnych stosunków damsko-męskich
> na linii matka-ojciec. A dzieci najszybciej i najlepiej uczą się na
> bezpośrednich przykładach z własnego otoczenia.

Otóż to, tu rozumiem podobnie.

> No i co w sytuacji gdy oboje "rodziców tej samej płci" reprezentują
> zdecydowane postawy "anty" wobec płci przeciwnej

Z tego co wiem (wprawdzie głównie z literatury oraz filmu, więc z rzetelnoscią tych źródeł może być różnie) homoseksualiści mają często dość dobre kontakty z płcią przeciwną. Przyjaźnią się, to wcale nie musi tak, że się nie lubią, unikają itp.
Jeśli jednak jest tak, jak piszesz (reprezentują postawy "anty") to jest to dodatkowe obciażenie tak dla nich samych, jak i dziecka.

> Nie, nie zawsze będzie możliwa obserwacja poprawnych zachowań
> w rodzinach dalszych krewnych, czy sąsiadów. Dziecko może być
> izolowane. Ze strony rodziców, by nie było buntowane wobec nich.
> Również inni mogą je izolować od siebie, jako wychowywane
> przez "dziwolągów"...

Generalnie w naszym społeczenstwie przydałoby się trochę wiecej tolerancji dla "dziwolągów"
Choć co do dzieci w ich małżenstwach (związkach partenrskich) to mam wątpliwości. Raczej jestem przeciw takiej adopcji, chyba że dziecko jest synem/córką jednego z partnerów. Nie mniej adopcji przez obcych homoseksualistów też nie wykluczam.
Wg mnie czysto prawnie (nie wdając sie w niuanse konkretnych sytuacji i konkretnych ludzi) winna być tu wprowadzona jakaś hierarachia, priorytety rozpatrywania wniosków, gdzie 1 jest teoretycznie najbardziej korzystnym rozwiązaniem, a ostatnia liczba najmniej.
1. Dziadkowie i inni krewni dziecka (np. ciocia/wujek)
2. Obce pary heteroseksualne
3. Obce pary homoseksualne
łącząc pozdrowienia
07-12-2012 09:02 
 Ocena 1 na 1
Irracja (4721 punktów)
>Zabawię się tu w psychologa. Niedobrze Wiesz co to kompleks Elektry?

... wiem. I odpada w tym przypadku. By nie wchodzić w szczegóły, po prostu miałem więcej czasu dla niej. I nie zbywałem jej byle czym...

>>... jeżeli chodzi o płeć, to fakt, dwoje "rodziców tej samej płci" równie
>> dobrze może sobie radzić.
>Skąd ten wniosek? No i skąd ten cudzysłów?

... wniosek? Bo każdy kochający rodzić dba o dobro dziecka i o jego wychowanie - i każdy ma takie możliwości, wystarczy chcieć. Dotyczy to każdej płci...
... cudzysłów potraktuj tutaj jako wyróżnik, by nikt nie odebrał słowa "rodzic" w potocznym znaczeniu. Niektórym (a każdy może naszą dyskusję czytać) bez "łopatologii" pewnych rzeczy nie przekażesz. A mnie chodzi, że w tej właśnie kwestii, "rodzice tej samej płci", nie różnią się niczym szczególnym od potocznie rozumianych tzw. "normalnych rodziców"...

>> No i co w sytuacji gdy oboje "rodziców tej samej płci" reprezentują
>> zdecydowane postawy "anty" wobec płci przeciwnej
>Z tego co wiem (wprawdzie głównie z literatury oraz filmu, więc z rzetelnością tych źródeł może być różnie) homoseksualiści mają często dość dobre kontakty z płcią przeciwną. Przyjaźnią się, to wcale nie musi tak, że się nie lubią, unikają itp.

... miałem na myśli np. lesbijki o poglądach feministycznych. Feminizm różne ma barwy. Oczywiście, u płci przeciwnej też mogą różne kompilacje zachodzić, ale trochę brak mi teraz czasu. Zaraz spadam "zarobić na chleb". Będę wieczorem...

>Jeśli jednak jest tak, jak piszesz (reprezentują postawy "anty") to jest to dodatkowe obciążenie tak dla nich samych, jak i dziecka.

... otóż to. Zadne zachowania nie odnoszą się wyłącznie do jednej strony...

>> Nie, nie zawsze będzie możliwa obserwacja poprawnych zachowań
>> w rodzinach dalszych krewnych, czy sąsiadów. Dziecko może być
>> izolowane. Ze strony rodziców, by nie było buntowane wobec nich.
>> Również inni mogą je izolować od siebie, jako wychowywane
>> przez "dziwolągów"...
>Generalnie w naszym społeczeństwie przydałoby się trochę więcej tolerancji dla "dziwolągów"

... to chyba wina nagminnego równania pojęć "tolerancji i akceptacji", a jest drobna lecz istotna różnica. Ale tego trzeba by uczyć obie strony sporu...

>Choć co do dzieci w ich małżeństwach (związkach partnerskich) to mam wątpliwości. Raczej jestem przeciw takiej adopcji, chyba że dziecko jest synem/córką jednego z partnerów. Nie mniej adopcji przez obcych homoseksualistów też nie wykluczam.
>Wg mnie czysto prawnie (nie wdając się w niuanse konkretnych sytuacji i konkretnych ludzi) winna być tu wprowadzona jakaś hierarchia, priorytety rozpatrywania wniosków, gdzie 1 jest teoretycznie najbardziej korzystnym rozwiązaniem, a ostatnia liczba najmniej.
>1. Dziadkowie i inni krewni dziecka (np. ciocia/wujek)
>2. Obce pary heteroseksualne
>3. Obce pary homoseksualne

... ogólnie mówiąc, patrzymy w tę "sama stronę". Ale co do samej "drogi" możemy mieć różne opinie. Może będzie okazja do wymiany poglądów?

... miłego dnia życzę...

... jedyne co wiadomo o ateista i agnostykach to fakt, iż nie wierzą w "Boga takiego jak chciałyby religie"... reszta to zwykłe insynuacje...
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> po prostu miałem więcej czasu dla niej. I nie zbywałem jej byle czym...

Dzięki, to mi wystarcza.

> Bo każdy kochający rodzić dba o dobro dziecka i o jego
> wychowanie - i każdy ma takie możliwości, wystarczy chcieć.
> Dotyczy to każdej płci...

Z tym że płcie zazwyczaj się od siebie dość różnią. Dziecko natomiast, w zależnosci od wieku i od jego z kolei płci potrzebuje jednych i drugich wzorców, zdolności z jednej i drugiej płci.
Bardzo trywializując - przykład pierwszy z brzegu: chłopiec w wieku ok 6 lat i więcej potrzebuje wzorca męskiego a dziewczynka żeńskiego (choć np. córka potrzebuje też wtedy czuć i wyrażać ostatecznie nigdy niespełnioną miłosci do ojca). Czasem chcieć to mało.
Nie kwestionuję ogólnie dobrej woli, wyksztacenia itp. par homo, ale dobrze by było, gdyby się tu nikt na nic nie silił.
To tyle moich amatorskich i intuicyjnych rozważań
Chętnie wysłucham Twoje zdanie, mam świadomosć że moje nie jest ani ostatecznie, ani b. ugruntowane - przyszłosć i takie lub inne badania mogą je zrewidować. Jestem otwarty na wszelki rozsądny głos.

> mnie chodzi, że w tej właśnie kwestii, "rodzice tej samej płci",
> nie różnią się niczym szczególnym od potocznie rozumianych
> tzw. "normalnych rodziców"...

Mam inne zdanie. Wydaje mi się że się mylisz, różnią się i to dość oczywiste, dla mnie to tak jakby na siłę wyzmazywać z określenia "rodzic płci żeńskiej" albo "rodzic płci męskiej" dwa ostatnie słowa.
Ale ok, porozmawiajmy.

>... to chyba wina nagminnego równania pojęć "tolerancji i akceptacji",
> a jest drobna lecz istotna różnica. Ale tego trzeba by uczyć obie strony sporu...

Oczywiscie

> ogólnie mówiąc, patrzymy w tę "sama stronę". Ale co do samej "drogi"
> możemy mieć różne opinie. Może będzie okazja do wymiany poglądów?

I mnie o to chodzi. No to zaczynajmy.
Choć odrzucam kompletnie poglądy pochodzące tylko z ideologii i wprost od religii, uważam ze nad badaniami popartymi metodologią już przechodzić do porządku nie można. Kiedyś znalażłem taki wniosek z ankiet przeprowadzonych przez amerykańskiego naukowca prof. Marka Regnerusa. Próbowałem przez chwilę dojść czy jest wierzący ewent jakiego jest wyznania (mam intuicję, że to chrześcijanin) ale jesli nawet by tak było, to jego pracy ignorować raczej nie można.
Niektóre jego wnioski są po prostu mało prawdopodobne.. ale dajmy mu dojśc do głosu. Może z resztą są i inne kontrprzykłady, innych autorów? Byle nie o orientacji homo, bo to wiele nam nie da.
Przytaczam skrót za artykułem w
www.bibula.com/?p=60880
A tu CVka profesora (młody gość)
[Załącznik]
Cytat:
Renegus wykazał w swoich badaniach, że dzieci z tradycyjnych rodzin są szczęśliwsze i zdrowsze niż te wychowane przez pary jednopłciowe i wzbudizł tym w USA spore kontrowersje. Sprawą zajęła się specjalna komisja Uniwersytetu Texas w Austin, gdzie uczony jest zatrudniony.
Raport Regnerusa oparty był na analizie odpowiedzi, jakich udzieliły dorosłe dzieci wychowane przez ich biologicznych rodziców lub przez rodzica homoseksualnego wraz z jego lub jej partnerem.
Wnioski:
12 proc. dzieci wychowanych przez matkę lesbijkę i 24 proc. tych, którymi opiekował się ojciec gej przyznawało, że myślało ostatnio o popełnieniu samobójstwa. Dla porównania w przypadku kompletnych rodzin i samotnego rodzica biologicznego odsetek dzieci rozważających odebranie sobie życia wyniósł 5 proc.

28 proc. dzieci wychowanych przez matkę lesbijkę podawało, że nie ma obecnie pracy. Do braku zatrudnienia przyznawało się 20 proc. dzieci wychowanych przez ojca geja, a tylko 8 proc. z kompletnych rodzin biologicznych i 13 proc. wychowanych przez jednego rodzica.

23 proc. dzieci wychowanych przez matkę lesbijkę mówiło, że było "dotykane seksualnie" przez ich rodzica lub jej partnerkę. Odsetek ten w przypadku pełnej rodziny biologicznej wyniósł 2 proc., w przypadku ojca geja - 6 proc. natomiast pojedynczego rodzica - 10 proc.

Molestowanie:
23 proc. dzieci wychowanych przez matkę lesbijkę mówiło o "dotyku seksualnym" przez ich rodzica lub jej partnerkę. Odsetek ten w przypadku pełnej rodziny biologicznej wyniósł 2 proc., w przypadku ojca geja - 6 proc. natomiast pojedynczego rodzica - 10 proc.

19 proc. wychowanych przez matkę lub ojca homoseksualistów przechodzi lub ostatnio przechodziło psychoterapię. Tymczasem o potrzebie konsultacji z psychoterapeutą mówiło 8 proc. wychowanych w rodzinie biologicznej.

20 proc. wychowywanych przez matkę lesbijkę i 25 proc. przez ojca geja podawało, że nabawiło się infekcji przenoszonych drogą płciową. Odsetek takich przypadków w odniesieniu do dzieci z rodzin tradycyjnych wyniósł 8 proc.

61 proc. wychowanych przez matkę lesbijkę i 71 proc. wychowanych przez ojca geja określało siebie jako "całkowicie heteroseksualnych". Do takiej tożsamości przyznawało się natomiast 90 proc. tych wychowanych w pełnej biologicznej rodzinie.


W międzyczasie przeszukałem jeszcze kilka wątków (ok 10 ), coby sprawdzić czy ktoś już tutaj o tym nie pisał. Niestety rozpatrywane są gównie aspekty prawne (dotatacje państwa, pozwalanie/zabranianie oraz stosunek do tej adopcji ludzie wierzących ) Poza moją rozmową z vifix'em w wątku "Jak państwo wspiera religię, gnębiąc kobiety" (u niego krótka wzmianka) można przeczytać o tym jedynie w jedenym poście u Micoud'a. Jego pogląd jest mi dość bliski.
www.racjonalista.pl/forum.php/s,410083#w410435

łącząc pozdrowienia
PS informuję że Jacek Tabisz odpowiedział nam na nasz wątek a propos Konstantyna Wielkiego
www.racjonalista.pl/forum.php/s,525127#w534676
07-12-2012 14:04 
 Ocena 1 na 1
mayolina (2278 punktów)
Sprawdzam cytat. Najpierw nazwisko naukowca. I tu pierwszy błąd artykułu: nie Renegus a Regnerus. Mark Regnerus. I pierwsza z brzegu opinia na temat wniosków z badań pochodzi z artykułu w Los Angeles Times (wszystkie pogrubienia w cytatach pochodzą ode mnie)

Cytat:
While Regnerus critiques "same-sex couples" raising kids, his study does not actually compare children raised by same-sex couples with those raised by different-sex couples. The criterion it uses is whether a parent "ever ha[d] a romantic relationship with someone of the same sex." In fact, only a small proportion of its sample spent more than a few years living in a household headed by a same-sex couple. Indeed, the study acknowledges that what it's really comparing with heterosexual families is not families headed by a same-sex couple but households in which parents broke up


NYTimes o krytyce metod naukowych

Cytat:
Some criticism of Dr. Regnerus was well deserved; for example, he included in the same category the children of stable same-sex couples and children whose parents' marriage dissolved after a gay affair.


Zarzucono Regnerusowi manipulowanie danymi. Okazało się to nieprawdą, ale też uniewinnienie go z tych zarzutów nie oznacza atomatycznej akceptacji jego metod naukowych:
Cytat:
The university's finding that Regnerus did not commit scientific misconduct has been seen by some as proof that his conclusions are valid. For instance, Tony Perkins, president of the Family Research Council, which opposes gay marriage, Tweeted the following: "Good news: U of Texas has vindicated sociologist Mark Regnerus methodology/finding."

But that's not true. In fact, the university's report goes out of its way to say that the narrow finding that Regnerus did not commit misconduct does not mean his methodology is sound and conclusions are valid. It means only that Regnerus is not guilty of an ethical breach like fabricating data.

Więcej na temat w Chronicle of Higher Education
Jacek Głodzik (35558 punktów)
W odpowiedzi liliac (nie wiem czemu jej wypowiedź się nie wyświetliła, w każdym razie dotarła do mnie na maila)

> A tak konkretnie, gdybyś miał te wzorce i zdolności doprecyzować
> i podzielić względem płci, to jakie podziały byś zaproponował?
> I ile byłoby w nich rzeczywistości, a ile stereotypów? I czy aby na
> pewno ich implementowanie rzeczywiście jest dla dzieci korzystne?

Nie chodzi o implementowanie, tylko o to, co dziecko zechce i potrzebuje z tego wziąść.
Liliac, my naprawdę (faceci i kobiety) sie różnimy
Tak konkretnie to my chłopcy, kiedy dorastamy to pojawia się w nas instynkt walki, eksploracji, budowania i konstruowania.
Częściej niż dziewczynki sprawdzamy się w rywalizacji, organizujemy sobie właściwie w każdej zabawie próby odwagi i sprytu. Ważne dla nas jest ryzyko, którego często szukamy (z różnym skutkiem) a w konsekwencji zbieramy siniaki, złamania, traumy, blizny i historie do opowiadania / chwalenia się (zazwyczaj im starsze, tym bardziej wyolbrzymione). Oj, ile tego było w moim dzieciństwie...!
Ojcowie rozumieją to lepiej niż matki. Niestety.
Lubimy się trzymać razem, wspierać. Dla nas własna klasa, własny blok, własna wieś, własna dzilnica, własna drużyna to świętość i za nie oddalibyśmy wiele. Nawet gdy wewnątrz grupy między sobą się różnimy i bierzemy za fraki, na zewnątrz jesteśmy monolitem.
Jeśli ojciec ma dobry kontakt z synem, to umożliwia mu poznawanie tego wszystkiego w rozsądnych granicach bezpieczeństwa. Polecam oglądnąć film "Gran Torino" - Clint Eastwood świetnie to oddał w wielu scenach.
Ojciec uczy syna odporności, wytrzymałości, dzięki czemu chłopak nie wpada w pułapkę nadopiekuńczości i trzymania pod kloszem przez matkę, uczenia bycia grzecznym za wszelką cenę.
Sama rozumiesz: przesiadywanie godzinami nad rozebranym motocyklem, oglądanie każdej częsci po 5 razy. Bycie uwalanym po łokcie w smarze.. to dla nas frajda. Chyba, że dla Ciebie też?
Kiedyś ojcowie ze swobodą potrafili budować, naprawiać, polować, walczyć, bronić, śpiewać, zarządzać uprawami i tańczyć itp. - a też cieszyć się synem jako naturalnym spadkobiercą ojcowskiej schedy. Dziś z tym bywa różnie, nie mniej tęsknota aby wszystkie te umiejętności posiąść pozostała.
No i rzecz jasna, ojcowie uczą młodego syna jak postępować z kobietą, wykładają mu arkana wiedzy których ona nigdy się nie dowiedziała (no chyba że potrafi wyciagać pewne wnioski, dość dobrze rozwinęla w sobie pierwiastek męski)

> dlaczego a priori odrzucasz prace potencjalnych autorów
> homoseksualnych, a jednocześnie deklarujesz, że pracy
> żarliwego katolika (łatwe do sprawdzenia) dotyczącej kwestii
> kategorycznie potępianej przez jego wspólnotę religijną
> ignorować nie można?

Przede wszystkim nie napisałem że odrzucam, tylko że wiele nam nie da.
Prawda, nie wyraziłem się dośc precyzyjnie. Podałem przykład Marka Regnerusa (dzięki mayolina za cenne uwagi) aby rozpocząć dyskusję.
Oczywiscie pracy żarliwych autorów homoseksualnych również ignorować nie można, ale będzie to tylko i aż stanowisko drugiej strony. Ja mam potrzebę zdystansowania się od obydwóch biegunów na rzecz jakiegoś autora, który nie fiksuje się na żadnym z góry założonym stanowisku. Mam nadzieję że tą moją aluzję uchwyciłaś.

> Można by założyć, że socjolog powinien uwzględnić jako
> osobne kategorie dzieci ze związków "rozbitych" oraz dzieci
> wychowywane w stabilnych związkach, nieprawdaż? Tymczasem
> kategorie typu "rozwód" autor uwzględnił jedynie w przypadku
> rodzin heteroseksualnych.

Akurat rozwód nie jest dla mnie miarą szczęścia, czy też nieszczęścia dziecka.

> Autor zresztą sam przyznaje się do słabości swojego podziału -
> on tak naprawdę nie badał dzieci par lesbijskich czy gejowskich.
> On porównywał dzieci z różnych (podzielonych na grupy typu
> "po rozwodzie" czy "adoptowane") rodzin heteroseksualnych
> z dziećmi wrzuconymi do ogólnych grup "rodzic, u którego
> notowano relację/gejowską/lesbijską".

Rozumiem. Dzięki za zwrócenie uwagi.

> Przy okazji (zastanawiałeś się nad kwestią religii) swojego
> wyznania i chęci "inkorporowania" go w swoją działalność
> naukową autor pracy nie ukrywa. (..)

Ok, celny cytat i uwaga, dziękuję. Dobrze to wiedzieć precyzyjnie.
łącząc pozdrowienia
07-12-2012 17:50 
 Ocena 7 na 7
liliac (147340 punktów)
>W odpowiedzi liliac (nie wiem czemu jej wypowiedź się nie wyświetliła, w każdym razie dotarła do mnie na maila)

Nie wyświetliła się, bo zauważyłam, że mayolina mnie ubiegła w większości kwestii merytorycznych i uznałam, że nie ma sensu się powtarzać, zatem swój kawałek wykasowałam. Zapewne umknęły ci edycje:
Cytat:
Edit:
Mówisz, że szukałeś dyskusji na ten temat na forum. Być może to ci umknęło.
Edit2:
Widzę, że mayolina mnie ubiegła, więc się wykasuję, bo treść się zasadniczo pokrywa.


>Liliac, my naprawdę (faceci i kobiety) sie różnimy

Podobno. Ale też żadne dziecko nie żyje w próżni ze swoim rodzicem/rodzicami dowolnej płci. Jest bliższa i dalsza rodzina, znajomi, etc. Wzorców tam się zapewne pojawia sporo.

>Tak konkretnie to my chłopcy, kiedy dorastamy to pojawia się w nas instynkt walki, eksploracji, budowania i konstruowania.

Yhm. Chodziliśmy razem po drzewach i biliśmy ze sobą przez całą podstawówkę. Może nie wszystkie spośród dziewcząt czyniły to z równą intensywnością, ale wystarczająco wiele, by nie doszukiwać się ostrych podziałów, a raczej pewnego continuum zachowań. Zastanawiam się, na ile byłyby to continuum wyrównane, gdyby nie nacisk oczekiwań społecznych.

>Ojciec uczy syna odporności, wytrzymałości, dzięki czemu chłopak nie wpada w pułapkę nadopiekuńczości i trzymania pod kloszem przez matkę, uczenia bycia grzecznym za wszelką cenę.

Obawiam się, że żadne z moich rodziców nie wykazywało zrozumienia dla bójek i awantur moich czasów dziecinnych, co jednakowoż nijak nie wpływało na moje w nie zaangażowanie. Należało po prostu je ukrywać przed obojgiem
Dlaczego upatrujesz niewłaściwości trzymania pod kloszem i przymuszania do grzeczności tylko względem chłopców? Czy uważasz, że dziewczętom mniej to szkodzi?

>Sama rozumiesz: przesiadywanie godzinami nad rozebranym motocyklem, oglądanie każdej częsci po 5 razy. Bycie uwalanym po łokcie w smarze.. to dla nas frajda. Chyba, że dla Ciebie też?

Mój ojciec nigdy nie był fanem motoryzacji. Był (i nadal jest) modelarzem. Owszem, kleiliśmy trochę razem, a do dziś jestem stałą obstawą fotograficzną organizowanych przezeń wystaw modelarskich.

>Kiedyś ojcowie ze swobodą potrafili budować, naprawiać, polować, walczyć, bronić, śpiewać, zarządzać uprawami i tańczyć itp. - a też cieszyć się synem jako naturalnym spadkobiercą ojcowskiej schedy.

Zauważ, jak samymi takimi sformułowaniami wyrzucasz z tych doświadczeń córki.

>Dziś z tym bywa różnie, nie mniej tęsknota aby wszystkie te umiejętności posiąść pozostała.

Nie wydaje mi się, by kiedykolwiek umiejętności taneczne były dla mojego ojca w jakimkolwiek stopniu pożądane. Dla mnie również

>No i rzecz jasna, ojcowie uczą młodego syna jak postępować z kobietą

A jak postępować z kobietą?

>Przede wszystkim nie napisałem że odrzucam, tylko że wiele nam nie da.

Odniosłam wrażenie, jakobyś prezentował jednak mniej sceptyczne podejście do równie potencjalnie zaangażowanego autora katolickiego.

>Ja mam potrzebę zdystansowania się od obydwóch biegunów na rzecz jakiegoś autora, który nie fiksuje się na żadnym z góry założonym stanowisku.

Nie jesteś w stanie jednoznacznie tego ocenić (stopnia fiksacji) na "pierwszy rzut oka". Możesz tylko oceniać kolejne badania pod kątem poprawności metodologicznej, powtarzalności wyników, etc. Jeśli metodologia jest poprawna, dane dostępne do ponownych analiz, a wyniki powtarzalne, orientacja seksualna, wyznanie czy ekscentryczne hobby naukowca nie powinno wpływać na ocenę jego pracy. Im więcej danych, tym więcej można wnioskować. A prac na temat rodzicielstwa homoseksualnego powstaje coraz więcej wraz ze zmianami społecznymi, które to rodzicielstwo umożliwiają.

>Akurat rozwód nie jest dla mnie miarą szczęścia, czy też nieszczęścia dziecka.

Powiedziałabym, że o ile sam rozwód rzeczywiście niekoniecznie, o tyle sposób jego przeprowadzenia i wzajemnych stosunków rodziców do siebie już tak. Tu już potencjał traumatyzacji dziecka drastycznie rośnie - nie wszyscy potrafią się rozwodzić w sposób cywilizowany.

"...a świniobicie, łaskawa pani, to to samo, jak kiedy ksiądz odprawia mszę świętą, bo zawsze idzie o krew i o mięso, czyli ciało." (B. Hrabal, "Postrzyżyny")
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Widzę, że mayolina mnie ubiegła, więc się wykasuję,
> bo treść się zasadniczo pokrywa.

Dodajesz sporo nowych treści

> Ale też żadne dziecko nie żyje w próżni ze swoim rodzicem/rodzicami
> dowolnej płci. Jest bliższa i dalsza rodzina, znajomi, etc. Wzorców
> tam się zapewne pojawia sporo.

Truizmem jest to, co teraz powiem: wujkowie/ciocie/kuzynostwo/dziadkowie są ważni. Ale rodzice sa najważniejsi.

> Chodziliśmy razem po drzewach i biliśmy ze sobą przez całą podstawówkę.
> Może nie wszystkie spośród dziewcząt czyniły to z równą intensywnością,
> ale wystarczająco wiele, by nie doszukiwać się ostrych podziałów,
> a raczej pewnego continuum zachowań

Za continuum jestem jak najbardziej za. Ale wiesz, ja jakoś poza kilkoma wyjatkami nie przypominam sobie dziewcząt w naszych grupach rówieśniczych do gry w piłkę, napieprzania się kamieniami lub pięściami, kopania dołów tzw bunkrów, całodniowych eskapad nad rzekę i kąpania się w niej nago, buszowania w chaszczach, palenia ognisk z różnycm świństwem wnich, łącznie z niewybuchami itp.
Przepraszam teraz w imieniu wszystkich moich rówiesniko, że Was nie zapraszaliśmy.. choc może byłoby nieraz ciekawie

> Zastanawiam się, na ile byłyby to continuum wyrównane,
> gdyby nie nacisk oczekiwań społecznych.

Na nas nikt nie naciskał. Myślę, że to po prostu jest uniwersalne w większosci kultur.
Szczerze mówiąc boję się w przyszłosci czasów, gdy pomiędzy kobietą a mężczyzną nie będzie już żadnej istotnej różnicy. Boże uchowaj!

>>Ojciec uczy syna odporności, wytrzymałości, dzięki czemu
>> chłopak nie wpada w pułapkę nadopiekuńczości i trzymania
> pod kloszem przez matkę, uczenia bycia grzecznym za wszelką cenę.
> Obawiam się, że żadne z moich rodziców nie wykazywało
> zrozumienia dla bójek i awantur moich czasów dziecinnych. Należało
> je ukrywać przed obojgiem

Nie mówię że u mnie tak akurat było. Ale są ocjowie którzy to w pewnym zakresie robią. Popatrz choćby na moje motto które mam prawie od poczatku rejestracji tu.

> Dlaczego upatrujesz niewłaściwości trzymania pod kloszem
> i przymuszania do grzeczności tylko względem chłopców?
> Czy uważasz, że dziewczętom mniej to szkodzi?

Dobrze by było, gdybyś rozpatrywała to co napisałem bardziej w podanym kontekście. To co dla aktywnego chłopca będzie trzymaniem pod kloszem, dla dziewczynki wcale nie musi takie być.

> Mój ojciec nigdy nie był fanem motoryzacji. Był (i nadal jest)
> modelarzem. Owszem, kleiliśmy trochę razem, a do dziś jestem stałą
> obstawą fotograficzną organizowanych przezeń wystaw modelarskich.

Mój ojciec był, to akurat jest z autopsji. Lubiłaś to robić ze swoim? (kleić modele)
Ja mam aktualnie dwa pojazdy dwukołowe (miałem trzy) i jeden 4-o kołowy, właściwie ciągle przy nich coś w grażu grzebię (który notabene zafundował mi ojciec)

>>Kiedyś ojcowie ze swobodą potrafili budować, naprawiać,
>> polować, walczyć, bronić, śpiewać, zarządzać uprawami i tańczyć
>> itp. - a też cieszyć się synem jako naturalnym spadkobiercą ojcowskiej schedy.
> Zauważ, jak samymi takimi sformułowaniami wyrzucasz z tych doświadczeń córki.

Gdzie? Piszę tu tylko i wyłącznie oraz celowo o synu i ojcu. Co do córki - możesz dodać coś od siebie, nawet chętnie się czegoś dowiem. Ja nigdy nie byłem córką, więc nie bardzo czuję się kompetenty aby to opisywać. Nie mniej nie neguję, że relacja i doświadcznie są - bo są! Tylko prozaicznie nie znam jej, a opisywanie wyznań mojej siostry poczynionych do mnei w wieku dorosłym byłoby nie fair w stosunku do niej. Może z resztą sama tu coś doda, od pewnego czasu nasze dyskusje tu obserwuje.
Na marginesie zauważ, jak się obawiasz, żebym kogoś nie wykluczył, jabym miał nad Wami jakąś władzę. Albo jakbyś się o mnie bała. Niepotrzebnie

>> Dziś z tym bywa różnie, nie mniej tęsknota aby wszystkie te
>> umiejętności posiąść pozostała.
> Nie wydaje mi się, by kiedykolwiek umiejętności taneczne były dla
> mojego ojca w jakimkolwiek stopniu pożądane. Dla mnie również

Strasznie jesteś podejrzliwa, takiej kobiecej cechy zupełnie nie znam
Może lepiej byłoby przyglądnąć się matce?
Mój też nie ma zdolnosci tanecznych. Słuch muzyczny zerowy, a ja głos i słuch mam (jak mówią moi przyjaciele) Matka miała. Ale też nie o to do końca chodzi. Piszę tu o pewnym archetypie, uniwersalnym ojcu i uniwersalnym synu.
Z natury rzeczy tu nie można być szczególnie precyzyjnym, jak w fizyce czy matematyce. Chodzi gównie o tendencję.

>>No i rzecz jasna, ojcowie uczą młodego syna jak postępować z kobietą
> A jak postępować z kobietą?

Czemu pytasz? Potrzebne Ci to do czegoś?
Może chcesz mnie sprawdzić

>> Przede wszystkim nie napisałem że odrzucam, tylko że wiele nam nie da.
> Odniosłam wrażenie, jakobyś prezentował jednak mniej sceptyczne
> podejście do równie potencjalnie zaangażowanego autora katolickiego.

Rozumiem i zarazem uspokajam: tak nie jest.

> Nie jesteś w stanie jednoznacznie tego ocenić (stopnia fiksacji)

Ty precyzyjnie również nie. Jednak czegoś domyślać się można, co z resztą wczesniej zaznaczyłem.

> Możesz tylko oceniać kolejne badania pod kątem poprawności
> metodologicznej, powtarzalności wyników, etc.

O to i mnie chodzi. Chętnie zaznajomię się z innymi badaniami, jesli je znasz to podaj.

> Im więcej danych, tym więcej można wnioskować

Oczywiscie.

> A prac na temat rodzicielstwa homoseksualnego powstaje coraz
> więcej wraz ze zmianami społecznymi, które to rodzicielstwo umożliwiają.

Jak juz pisałem, chętnie się zaznajomię.

>> Akurat rozwód nie jest dla mnie miarą szczęścia, czy też nieszczęścia dziecka.
> Powiedziałabym, że o ile sam rozwód rzeczywiście niekoniecznie, o
> tyle sposób jego przeprowadzenia i wzajemnych stosunków rodziców do
> siebie już tak.

Tutaj w pełni się z Tobą zagadzam, widzę że doskolanle swoją kobiecą intuicją to czujesz i to jest super

serde
07-12-2012 19:32 
 Ocena 5 na 5
tomoyo (480 punktów)
>Za continuum jestem jak najbardziej za. Ale wiesz, ja jakoś poza kilkoma wyjatkami nie przypominam sobie dziewcząt w naszych grupach rówieśniczych do gry w piłkę, napieprzania się kamieniami lub pięściami, kopania dołów tzw bunkrów, całodniowych eskapad nad rzekę i kąpania się w niej nago, buszowania w chaszczach, palenia ognisk z różnycm świństwem wnich, łącznie z niewybuchami itp.
>Przepraszam teraz w imieniu wszystkich moich rówiesniko, że Was nie zapraszaliśmy.. choc może byłoby nieraz ciekawie

W jakim świecie Ty żyjesz?? Dokładnie tym zajmowałam się z moimi koleżankami na przełomie przedszkole/podstawówka.. Za wyjątkiem rzeki bo nigdzie nie było

>To co dla aktywnego chłopca będzie trzymaniem pod kloszem, dla dziewczynki wcale nie musi takie być.

To tylko stereotyp i nic więcej, w praktyce jest nic nie wart.

Myślę, że bardzo generalizujesz. Czy można się czegoś dowiedzieć z powtarzanych w kółko stereotypów? To jak religia, wierzysz w nie i wszędzie szukasz potwierdzenia, a jak coś nie pasuje to uznajesz że wyjątek potwierdza regułę (nie mówię o Tobie tylko ogólnie).
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> W jakim świecie Ty żyjesz?? Dokładnie tym zajmowałam
> się z moimi koleżankami na przełomie przedszkole/podstawówka

Brzmi coraz ciekawiej. A co konkretnie razem z tymi chłopcami tam robiłyście?

>>To co dla aktywnego chłopca będzie trzymaniem pod kloszem,
>> dla dziewczynki wcale nie musi takie być.
> To tylko stereotyp i nic więcej, w praktyce jest nic nie wart.

Zastanów się wpierw, co mowisz. Skąd się dowiedziałaś, że to tylko stereotyp? Sądzisz że ot tak sobie to kupię, bo to przecież szanowna Pani tomoyo napisała?
Podaj jakieś szersze uzasadnenie, chętnie się z nim zaznajomię.

> To jak religia, wierzysz
> w nie i wszędzie szukasz potwierdzenia, a jak coś nie pasuje
> to uznajesz że wyjątek potwierdza regułę (nie mówię o Tobie
> tylko ogólnie).

Hehe, piękne porównanie rzeczywistosci w której się żyło i uczestniczyło.. do religi (mitu). Skąd żeś takie porównanie znalazła? A masz coś bliżej do powiedzienia o swoich doświadczeniach, przemyśleniach, wizji kobiecość/męskość zamiast suchego "to stereotyp, nic wiecej"?
Przypomnę również, że wyszliśmy od wątku w którym zastanawiamy sie wspólnie, czy dla dziecka dobrze/lepiej/gorzej jest posiadać dwóch tatusiów, dwie mamusie czy też klasycznie: tatuś i mamusia.
łącząc pozdrowienia
09-12-2012 11:42 
 Ocena 3 na 3
tomoyo (480 punktów)
> Brzmi coraz ciekawiej. A co konkretnie razem z tymi chłopcami tam robiłyście?
Nie wiem ile masz lat, ale myślę że może nas po prostu dzielić różnica pokoleń Może kiedyś było tak jak piszesz, ale na pewno nie jak ja dorastałam, a teraz tym bardziej. Raz na jakiś czas słyszy się o "gangach" agresywnych dziewczynek itd.

>Zastanów się wpierw, co mowisz. Skąd się dowiedziałaś, że to tylko stereotyp? Sądzisz że ot tak sobie to kupię, bo to przecież szanowna Pani tomoyo napisała?

To jest moje zdanie na ten temat i nie musisz się z nim zgadzać. Wynika ono z tego, że nie zauważyłam, żeby chłopcy byli dużo bardziej aktywni niż dziewczynki. Raczej ich aktywność bywa ukierunkowana przez otoczenie w różne strony.

>Podaj jakieś szersze uzasadnenie, chętnie się z nim zaznajomię.

Chyba nie jestem wystarczająco kompetentna w temacie, żeby pokusić się o jakieś ogólne teorie

>Hehe, piękne porównanie rzeczywistosci w której się żyło i uczestniczyło.. do religi (mitu). Skąd żeś takie porównanie znalazła? A masz coś bliżej do powiedzienia o swoich doświadczeniach, przemyśleniach, wizji kobiecość/męskość zamiast suchego "to stereotyp, nic wiecej"?

Dla mnie to jest mit bo to nie jest rzeczywistość w której ja żyłam Poza tym piszę tutaj o stereotypowych małych dziewczynkach i małych chłopcach, owszem zdarzają się, ale równie często dzieci nie pasują do tych stereotypów, więc po co zawracać sobie tym głowę?

>Przypomnę również, że wyszliśmy od wątku w którym zastanawiamy sie wspólnie, czy dla dziecka dobrze/lepiej/gorzej jest posiadać dwóch tatusiów, dwie mamusie czy też klasycznie: tatuś i mamusia.

Myślę, że najważniejsze żeby był ktoś, komu na tym dziecku zależy. Dzieci nie są głupie i są w stanie odnaleźć się w różnych rodzinach (jak dla mnie ludzkość nie przetrwałaby gdyby było inaczej), ważne żeby był ktoś kto odpowie na ich pytania - nauczy je myśleć oraz da im poczucie bezpieczeństwa. Jednak nie mam w tej materii żadnego doświadczenia, więc jest to tylko opinia
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Nie wiem ile masz lat, ale myślę że może nas po prostu dzielić
> różnica pokoleń

Kto wie, może Ja też nie wiem, ile Ty masz lat. Strzelajac - 20.

> Raz na jakiś czas słyszy się o "gangach" agresywnych dziewczynek itd.

Może i dziewczynek, ale tylko z nazwy. W moich, nie tak odległych znowu czasach na kobiete czy też dziewczynę posiadajacą ponadprzeciętną ilość męskich cech mówiliśmy "chłopczyca".

> Raczej ich aktywność bywa ukierunkowana przez otoczenie w różne strony.

Skąd wnosisz, że przez otoczenie, a nie np. od środka? Albo od środka i równolegle przez otoczenie?
Poza tym - czy to zawsze źle, skoro otoczenie kogoś kierunkuje?

> Dla mnie to jest mit bo to nie jest rzeczywistość w której ja żyłam

Piękny argument. A Soilidarność, kryzys lat 80tych, Lech Wałęsa (nie ten pocieszny dziadunio wypowiadajacy dzisiaj patetycznym głosem osądy, których prawie nikt nie bierze sero, tylko ten z czarnym wąsem i mikrofonem podłączonym do szczekaczki) to też mit?

> Poza tym piszę tutaj o stereotypowych małych dziewczynkach
> i małych chłopcach, owszem zdarzają się, ale równie często dzieci
> nie pasują do tych stereotypów, więc po co zawracać sobie tym głowę?

Trochę Ci tą głowę jednak pozawracam.
A jak odróżniasz archetyp, rolę i dwiste formowanie dziecka przez społeczeństwo w pewnym określonym celu, od stereotypu?

>Myślę, że najważniejsze żeby był ktoś, komu na tym dziecku zależy.
> Dzieci nie są głupie i są w stanie odnaleźć się w różnych rodzinach
> (jak dla mnie ludzkość nie przetrwałaby gdyby było inaczej),
> ważne żeby był ktoś kto odpowie na ich pytania - nauczy je myśleć
> oraz da im poczucie bezpieczeństwa. Jednak nie mam w tej materii
> żadnego doświadczenia, więc jest to tylko opinia

Rozumiem. Wcale nie głupia ta opinia
łącząc pozdrowienia

---
09-12-2012 21:30 
 Ocena 2 na 2
tomoyo (480 punktów)
>Kto wie, może Ja też nie wiem, ile Ty masz lat. Strzelajac - 20.

Cóż,prawie zgadłeś - 25

>Może i dziewczynek, ale tylko z nazwy. W moich, nie tak odległych znowu czasach na kobiete czy też dziewczynę posiadajacą ponadprzeciętną ilość męskich cech mówiliśmy "chłopczyca".

No i jest to raczej negatywnie nacechowane określenie, czyli na swój sposób piętnowanie niepasujących do stereotypu dziewczynek. Na szczęście nigdy nie słyszałam żeby faktycznie ktoś użył takiego określenia, bo takie stereotypy odchodzą już do lamusa, czy się to komuś podoba czy nie

>Skąd wnosisz, że przez otoczenie, a nie np. od środka? Albo od środka i równolegle przez otoczenie?

Nie wykluczam żadnej kombinacji.

>Poza tym - czy to zawsze źle, skoro otoczenie kogoś kierunkuje?

Zależy co rozumiesz przez kierunkowanie

>Piękny argument. A Soilidarność, kryzys lat 80tych, Lech Wałęsa (nie ten pocieszny dziadunio wypowiadajacy dzisiaj patetycznym głosem osądy, których prawie nikt nie bierze sero, tylko ten z czarnym wąsem i mikrofonem podłączonym do szczekaczki) to też mit?

To historia Nie przeczę, że kiedyś role były mocniej zdefiniowane, nawet zasugerowałam to pisząc o naszej różnicy pokoleń.

>Trochę Ci tą głowę jednak pozawracam.

Skoro nalegasz..

>A jak odróżniasz archetyp, rolę i dwiste formowanie dziecka przez społeczeństwo w pewnym określonym celu, od stereotypu?

Rola nie jest cechą dziecka i można sobie wybrać jaką się chce pełnić (oczywiście w pewnym zakresie no i wszystko zależy od definicji ). Natomiast jeżeli chodzi o archetypy i dwoiste formowanie dziecka to nie jestem pewna co przez to rozumiesz.
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Cóż,prawie zgadłeś - 25

Piękny wiek

> No i jest to raczej negatywnie nacechowane określenie, czyli
> na swój sposób piętnowanie niepasujących do stereotypu
> dziewczynek. Na szczęście nigdy nie słyszałam żeby faktycznie
> ktoś użył takiego określenia, bo takie stereotypy odchodzą
> już do lamusa, czy się to komuś podoba czy nie

Hehe, a może Twoi koledzy wszystkiego Ci nie mówią?
Nie wiem czy chłopczyca to określenie negatywnie, ja bym tego tak nie rozpatrywał.
Po prostu płcie, przynajniej faceci szukają w kobietach czegoś odmiennego, niż już znają. Zachowania, sposobu bycia, poruszania się, wyglądu, filozofii życiowej i wartosci. Innego całokształtu. Jak w którejś z was więcej jest pierwiastka męskiego to czują że coś nie gra i mogą unikać lub traktować bardziej jak kumpla "do bitki i do wypitki". Mowię tu o ludziach o orientacji typowo hetero.

>> Poza tym - czy to zawsze źle, skoro otoczenie kogoś kierunkuje?
> Zależy co rozumiesz przez kierunkowanie

Kierunkwoanie czyli pokazywanie postaw oraz sposobow do których i tak odczuwasz wewnętrzny pociąg, ale wcześniej jako dziecko nie wiesz "jak to się onkretnie robi".
Przykład pierwszy z brzegu: ojciec małemu synowi pokazuje jak sobie radzić na podwórku i dzieciak, z potencjalnej ofiary staje się przywódcą, liderem.

> To historia Nie przeczę, że kiedyś role były mocniej zdefiniowane,
> nawet zasugerowałam to pisząc o naszej różnicy pokoleń.

Z tą różnicą pokoleń to nie przesadzałbym. Musiałbym b. wcześnie zaczyanać

> Rola nie jest cechą dziecka i można sobie wybrać jaką
> się chce pełnić (oczywiście w pewnym zakresie no i wszystko
> zależy od definicji )

To mam właśnie na myśli. W pewnym zakresie, bo wyborów tak dużo znowu nie mamy. Ale troche mamy.

> Natomiast jeżeli chodzi o archetypy i dwoiste formowanie
> dziecka to nie jestem pewna co przez to rozumiesz.

Prawdę mówiąc szukałem lepszego słowa niż "dwoistosć" ale nie znalazłem.
Moze lepsza byłaby polaryzacja na dwa bieguny. Czyli archetypy typowo męskie i żeńskie.
W kontekście archetypu (nie odnosi się on tylko do kobiety mężczyzny, ale też) mamy, zdaniem np. Junga:

- archetyp bohatera, przywódcy (najczęściej mężczyzna)
- matki - symbol natury zwłaszcza w jej namacalnym, rzeczowym aspekcie, dajacej i odbierającej życie, żywicielki
- ojca - uosabiającego opiekę, dającego poczucie bezpieczeństwa i stabilizację
- wojownnika (najczęściej mężczyzna)

Czasem wychowanie daje umiejętności dziecku, który czuje w sobie pociąg do tych czy innych archetypów.
Czasem jednak się rozmija z jego potrzebami czy też tęskonatami, które są całkowiecie inne: jeśli dziewczynka chce być np. artystką, pisarką to nikt jej tego nie nauczy, można jedynie dać jej pole do ekspertymentów, udostępnić środowisko które ją inspiruje (lub pozwolić jej, by sobie sama znalazła) a potem wspierać.
łącząc pozdrowienia

---
11-12-2012 16:56 
 Ocena 2 na 2
tomoyo (480 punktów)
>Hehe, a może Twoi koledzy wszystkiego Ci nie mówią?
>Nie wiem czy chłopczyca to określenie negatywnie, ja bym tego tak nie rozpatrywał.
>Po prostu płcie, przynajniej faceci szukają w kobietach czegoś odmiennego, niż już znają. Zachowania, sposobu bycia, poruszania się, wyglądu, filozofii życiowej i wartosci. Innego całokształtu. Jak w którejś z was więcej jest pierwiastka męskiego to czują że coś nie gra i mogą unikać lub traktować bardziej jak kumpla "do bitki i do wypitki". Mowię tu o ludziach o orientacji typowo hetero.
Akurat z tego co pamiętam to, od momentu jak wyrosły mi piersi, mój "całokształt" zszedł tak jakby na drugi plan i został wygląd, więc tu się na chłopczycę nie łapię a mówiąc poważnie, to o czym piszesz sprowadza się do oceny dziewczynki pod kątem przydatności do współżycia dla heteroseksualnych mężczyzn, a ja nie uważam że dziewczynki są od tego żeby podobać się chłopcom - wszyscy jesteśmy przede wszystkim ludźmi, a dopiero później mężczyznami czy kobietami, hetero czy homo i dlatego według mnie takie określenia są czasami nie na miejscu.

>Kierunkwoanie czyli pokazywanie postaw oraz sposobow do których i tak odczuwasz wewnętrzny pociąg, ale wcześniej jako dziecko nie wiesz "jak to się onkretnie robi".
>Przykład pierwszy z brzegu: ojciec małemu synowi pokazuje jak sobie radzić na podwórku i dzieciak, z potencjalnej ofiary staje się przywódcą, liderem.
Jeżeli chłopak sam odnajduje w sobie cechy lidera i uczy się ich wykorzystywać dzięki ojcu to dobrze, ale jeżeli ojciec na siłę chce z niego zrobić kogoś kim nie jest to źle

>W kontekście archetypu (nie odnosi się on tylko do kobiety mężczyzny, ale też) mamy, zdaniem np. Junga:
>- archetyp bohatera, przywódcy (najczęściej mężczyzna)
>- matki - symbol natury zwłaszcza w jej namacalnym, rzeczowym aspekcie, dajacej i odbierającej życie, żywicielki
>- ojca - uosabiającego opiekę, dającego poczucie bezpieczeństwa i stabilizację
>- wojownnika (najczęściej mężczyzna)
>Czasem wychowanie daje umiejętności dziecku, który czuje w sobie pociąg do tych czy innych archetypów.
>Czasem jednak się rozmija z jego potrzebami czy też tęskonatami, które są całkowiecie inne: jeśli dziewczynka chce być np. artystką, pisarką to nikt jej tego nie nauczy, można jedynie dać jej pole do ekspertymentów, udostępnić środowisko które ją inspiruje (lub pozwolić jej, by sobie sama znalazła) a potem wspierać.
No więc, odnosząc się do pytania o rozróżnienie stereotypu od archetypu z poprzedniego posta, jak dla mnie ciężko je pomylić. Archetyp to pewien koncept, wymyślona postać posiadająca określone cechy, natomiast stereotyp to przesąd. Nie zakłada się, że wszystkie matki będą faktycznie odpowiadać jakiemuś wybranemu archetypowi matki, ale niektórzy zakładają, że blondynki są głupie. Ciężko mówić tu o archetypie blondynki. Dlatego według mnie jeżeli piszesz, że dziewczynki są spokojniejsze niż chłopcy to jest to stereotyp. Jeżeli chodzi Ci o cechy archetypów, a nie żywych ludzi, to trzeba by to zaznaczyć.

>Prawdę mówiąc szukałem lepszego słowa niż "dwoistosć" ale nie znalazłem.
>Moze lepsza byłaby polaryzacja na dwa bieguny. Czyli archetypy typowo męskie i żeńskie.
Według mnie takie archetypy to trochę sztuka dla sztuki. W rzeczywistości i tak lepiej podchodzić indywidualnie, a archetypy bohaterów i wojowników przydają się głównie w grach rpg i tam nie brakuje żeńskich przykładów
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Akurat z tego co pamiętam to, od momentu jak wyrosły mi
> piersi, mój "całokształt" zszedł tak jakby na drugi plan i
> został wygląd, więc tu się na chłopczycę nie łapię

Hm, no to nie za dobrze świadczy o Twoich kolegach..

> a mówiąc poważnie, to o czym piszesz sprowadza się do
> oceny dziewczynki pod kątem przydatności do współżycia
> dla heteroseksualnych mężczyzn, a ja nie uważam że
> dziewczynki są od tego żeby podobać się chłopcom

Nie? A ja myślałem że od rodzenia Bogumiłowi kopy dzieci (małych Bogumiłków i Boguś), zadowalania go rano-wieczór-we dnie-w nocy, robienie śniadania i kolacji, pranie, pokazywanie się w pięknych kieckach..
Napisałem co facetów ciągnie do kobiety ZANIM z nią się zwiąże. Nic więcej, nic mniej.
Pozostaje oczywiście jeszcze kwestia uczuć, obopólnego szacunku, radości z obcowania, inspiracji itp. Są i kolejne etapy. Nie bój się aż tak!
Facet ma też swoje własne sprawy i tesknoty, niezależne od partnerki.
A na serio jak Ty uważasz, do czego są dziewczynki?

> - wszyscy jesteśmy przede wszystkim ludźmi, a dopiero
> później mężczyznami czy kobietami, hetero czy homo

Oczywiście.

> i dlatego według mnie takie określenia są czasami nie na miejscu.

Przepraszam, widzę że wielu rzeczy nie dopowiedziałem. Następny raz będę się starał być bardziej kompletny i czytać lepiej w Twoich myślach

>> Przykład pierwszy z brzegu: ojciec małemu synowi pokazuje
>> jak sobie radzić na podwórku i dzieciak, z potencjalnej ofiary
>> staje się przywódcą, liderem.
> Jeżeli chłopak sam odnajduje w sobie cechy lidera i uczy
> się ich wykorzystywać dzięki ojcu to dobrze, ale jeżeli ojciec
> na siłę chce z niego zrobić kogoś kim nie jest to źle

Masz rację, z tym się zgadzam się w 100%

> odnosząc się do pytania o rozróżnienie stereotypu od archetypu
> z poprzedniego posta, jak dla mnie ciężko je pomylić.

Otóż to.

> Archetyp to pewien koncept, wymyślona postać posiadająca
> określone cechy, natomiast stereotyp to przesąd. Nie zakłada
> się, że wszystkie matki będą faktycznie odpowiadać jakiemuś
> wybranemu archetypowi matki, ale niektórzy zakładają, że blondynki
> są głupie. Ciężko mówić tu o archetypie blondynki. Dlatego według
> mnie jeżeli piszesz, że dziewczynki są spokojniejsze niż chłopcy
> to jest to stereotyp. Jeżeli chodzi Ci o cechy archetypów, a nie
> żywych ludzi, to trzeba by to zaznaczyć.

Jak dla mnie, to trochę przemieszałaś tu groch z kapustą.
Przede wszystkim archetyp nie jest czymś wymyślonym.

Za Encyklopedią PWN:
Cytat:
archetyp [gr., 'prawzór'], psychol. w psychologii analitycznej C.G. Junga pojęcie oznaczające symbole i wzory reagowania wchodzące w skład tzw. nieświadomości zbiorowej, <wspólne> stanowiące wyposażenie "gatunkowe" człowieka, determinujące jego zachowanie; ich przejawem są symboliczne obrazy i motywy powtarzające się w mitach, wierzeniach, sztuce różnych epok i kultur, a także w snach.


Stereotyp - tego terminu nie przytaczam z żadnej encyklopedii, widzę że Twoje rozumienie potoczne jest ok.
To oczywiście nieprawdziwe lub fałszywe wyobrażenie lub tłumaczenie najczęściej czyjegoś zachowania, którego nie rozumiemy, albo rozumiemy opacznie. Nie powiedziałbym, że dziewczynki są tak samo niespokojne jak faceci. Z grubsza rzecz ujmując testosteron pociąga za sobą m.in, większą agresję, zauważ że to z reguły faceci zaczynają wojny i biorą w nich udział, szybciej jeżdżą na ulicach i powodują więcej wypadków. Biją sie pod dyskotekami, na meczach, w barach. Dopiero od tegorocznej Olimpady mamy boks kobiet jako dyscyplinę olimpijską. Kiedyś Gladiatorzy to byli tylko mężczyśni.
To nie stereotyp, moje spostrzeżenie jest uprawnione biorąc pod uwagę średnią statystykę zachowań dziewcząt i chłopców (indywidualnie oczywiście wyjątki będą)

> Według mnie takie archetypy to trochę sztuka dla sztuki. W
> rzeczywistości i tak lepiej podchodzić indywidualnie, a archetypy
> bohaterów i wojowników przygdy dają się głównie w grach rpg i tam
> nie brakuje żeńskich przykładów

W praktyce oczywiście lepiej nie wybierać drogi "mam córkę która w przyszłości powinna mieć w małym placu archetyp matki-żywicielki, więc będę ją uczył od małego przewijania noworodków, niańczenia dzieci, gotowania kleików itp".

Jeśli już w ogóle będę o tym wszystkim pamiętał, to może pomyślę: córka wybrała rolę żony i mamy.. ocho! Karl Gustaw Jung od archetypów się kłania, uśmiechnę się do niego i powiem "akurat a propos mojej córki. miałeś stary rację"

Choć też wcale nie będzie musiała (córka) takiej roli wybrać, może zostać np. operatorem zgniatacza na odludziu w kamieniołomach i pracować tam 12h/dobę, to będzie prawie całe jej życie (przypadek z realu)
Zauważ jednak, ile jest na świecie matek, a ile fanatycznych operatorek zgniatacza?
łącząc pozdrowienia

---
11-12-2012 23:28 
 Ocena 9 na 9
liliac (147340 punktów)
>Przede wszystkim archetyp nie jest czymś wymyślonym.
>Za Encyklopedią PWN:
> Cytat:
archetyp [gr., 'prawzór'], psychol. w psychologii analitycznej C.G. Junga pojęcie oznaczające symbole i wzory reagowania wchodzące w skład tzw. nieświadomości zbiorowej, <wspólne> stanowiące wyposażenie "gatunkowe" człowieka, determinujące jego zachowanie; ich przejawem są symboliczne obrazy i motywy powtarzające się w mitach, wierzeniach, sztuce różnych epok i kultur, a także w snach.


Ależ oczywiście, że jest czymś wymyślonym. Wymyślonym - w kontekście, którego używasz - przez pana Junga. Junga koncepcja nieświadomości zbiorowej, której "emanacją" miałyby być być archetypy, nigdy nie zyskała potwierdzenia naukowego. Nie wydaje mi się zatem do końca uczciwym chwytem w dyskusji próba sugerowania rozmówcom, jakoby nieświadomość zbiorowa/archetypy były faktem.


"...a świniobicie, łaskawa pani, to to samo, jak kiedy ksiądz odprawia mszę świętą, bo zawsze idzie o krew i o mięso, czyli ciało." (B. Hrabal, "Postrzyżyny"
12-12-2012 07:59 
 Ocena 1 na 1
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Ależ oczywiście, że jest czymś wymyślonym. Wymyślonym - w
> kontekście, którego używasz - przez pana Junga. Junga
> koncepcja nieświadomości zbiorowej, której "emanacją"
> miałyby być być archetypy, nigdy nie zyskała potwierdzenia
> naukowego


Sugerujesz że wydumanym. Nie zgadzam się z tym.
Po pierwsze - psychologia nie jest ściśle nauką, choć zaliczana jest do nauk społecznych, także do nauk humanistycznych. Ostatnio jest także zaliczana do nauk behawioralnych (nauk o zachowaniu) razem z socjologią, etologią, antropologią kulturową, kryminologią, niektórymi działami medycyny (psychiatrią, medycyną behawioralną).
Raczej postuluje się tu pewne zasady i pojęcia; często jeśli jakieś z nich się sprawdza się np. w 40% to już uważa się je za coś pożytecznego - to a propos Twojego zarzutu odnośnie nieświadomości zbiorowej/archetypów które nie są faktami. Nigdy tak nie twierdziłem, to są po prostu uogólnienia płynące z obserwowanej rzeczywistości, teoria w której ważną rolę pełni to pojęcie.
Pojęcie to nie fakt.

Po drugie - jeśli trzmiel lata, a fizyk (nomen-omen naukowiec ścisły) mówi że nie może, to nie oznacza że wszystkie trzmiele na świecie nagle spadną . Wciąż istnieje sporo instytutów które świadczą usługi m.in. w oparciu o koncepcje Junga, też rozwinięte przez jego uczniów. Jego i kontynuatorów teorie wykładane są na uniwersytetach np. UJ, UW, działają koła w których koncepcje są szeroko dyskutowane i wdrażane np to

Z Jungiem współpracowało wielu wybitnych naukowców i myślicieli. Należeli do nich m.in.: laureat Nobla fizyk Wolfgang Pauli, etnolog Paul Radin oraz hellenista Karl Kerenyi. W roczniku "Eranos" wydawanym pod auspicjami Junga i redagowanym kolejno przez Olgę Froebe-Kapteyn i Adolfa Portmanna (55 tomów w latach 1933-1985), publikowała swe sporo uczonych, z których wielu korzystało z inspiracji idei Jungowskich. Myśl Junga wywarta wpływ na wielu ludzi. Stworzona przezeń szkoła psychologii analitycznej wydała wielu wybitnych teoretyków i praktyków: Ericha Neumanna, uważanego za najoryginalniejszego ucznia Junga, Jamesa Hillmanna, twórcę tzw. psychologii archetypowej i innych.

Ja nic nie sugeruję rozmówcom. Po prostu precyzuję to co funkcjonuje i to całkiem nieźle. Tobie się nie wydaje, a mnie ta formuła pomaga rozumieć rzeczywistość. Może jeszcze komuś oprócz mnie?
Nie uważam, żeby coś co tu mówię było nieuczciwe.
łącząc pozdrowienia

---
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Junga koncepcja nieświadomości zbiorowej, której "emanacją"
> miałyby być być archetypy, nigdy nie zyskała potwierdzenia
> naukowego
. (..) jakoby nieświadomość zbiorowa/archetypy
> były faktem.

W uzupełnieniu:
Porzućmy na chwilę temat adopcji i różnic między płciami, myślę że sporo się tu już naraziłem
A propos Twoje wcześniejszego wpisu: uważam że warto o czymś rozmawiać, jeśli spełnia dwa warunki:
a) jest użyteczne
b) są przesłanki, że dobrze oddaje rzeczywistość.
Naukowość danego podejścia, czy też jego brak, który Ty tak obsesyjnie tropisz dla mnie osobiście jest sprawą drugorzędną (choć również niezwykle ważną).
Ale też zależy o czym mówimy, domyślam się że w Twoim fachu potwierdzenie eksperymentalne skuteczności leków i terapii będzie sprawą pierwszorzędną, na szczęście też znacznie łatwiejszą niż w psychoterapii.

Terapia jungowska opiera się głównie na analizie snów i fantazji.
Niestety działa choć też trzeba przyznać że na rynku jedyną nie jest.
W jednym ze źródeł Jung pisał: "To prawda, że istnieją sny, które są odzwierciedleniem wypartych pragnień i obaw, jednakże czy jest coś poza tym, czego sen nie może przy tej okazji odzwierciedlać? Sny mogą być wyrazem nieuchronnych prawd, filozoficznych teorii, iluzji, dzikich fantazji..., oczekiwań, irracjonalnych doświadczeń, nawet telepatycznych wizji i kto wie czego jeszcze".
"Ponoć " wskazują również drogę do samourzeczywistnienia oraz spełnienia.
Czasem śnią mi się sny, które kompletnie nie potrafię umiejscowić w moich doświadczeniach - tzn osoby tam występujące, czas, okoliczności i emocje są jakby z innej bajki. Nie powiem, że potrafię nad nimi przejść do porządku dziennego. Zastanawia mnie to.

A jak jest z Tobą? Śnisz?

Osobiście bardziej jednak przemawia do mnie podejście innego wpływowego psychologa XXw - Fritza Perlsa (1893 - 1970)
W każdym razie wygląda za mniej rozmazane i praktyczniejsze. Perls jest twórcą terapii Gestalt (metody polegającej m.in. na wprowadzeniu wyobcowanych części osobowości w stan wzajemnej harmonii, pewnymi specyficznymi dla tego podejścia metodami). Ten pan uważał odwrotnie niż Jung, że ważne postacie i przedmioty pojawiające się w naszych snach są z reguły projekcją nas samych - reprezentują te części naszej osobowości, których nie akceptujemy lub których sobie nie uświadamiamy - oraz naszego postrzegania innych, ważnych dla nas osób. Ze względu na to, że jesteśmy twórcami naszych snów, wszystko, co zostaje w nich przedstawione, musi być aspektem naszego wewnętrznego "ja" i naszych myśli.
(częściowo za fragmentem książki: Symbolika snów. Seriaporad.pl, HarperCollins Publishers, wyd Helion)
Jego i uczniów Perlsa metoda interpretacji snów pozwala nawet dostrzec osobisty wątek w śnie o wyprawie kosmicznej na Marsa

Jeśli to jest dla Ciebie ważne - podejście gestalt bywa częścią seminariów lub przynajmniej wykładów właściwie na wszystkich uczelniach wyższych na świecie, w Krakowie gdzie na codzień mieszkam studentów psychologii z UJ wysyła się w celach praktyk m.in. do komercyjnych instytutów psychoterapii pracujących w tej konwencji (prowadzących swoje usługi dla ludności).

Temant jednak odbiegł już znacznie od głównego wątku..
łącząc pozdrowienia

---
18-12-2012 23:36 
 Ocena 10 na 10
liliac (147340 punktów)
>A propos Twoje wcześniejszego wpisu: uważam że warto o czymś rozmawiać, jeśli spełnia dwa warunki:
>a) jest użyteczne
>b) są przesłanki, że dobrze oddaje rzeczywistość.
>Naukowość danego podejścia, czy też jego brak, który Ty tak obsesyjnie tropisz dla mnie osobiście jest sprawą drugorzędną (choć również niezwykle ważną).

Nie tropię obsesyjnie naukowości. Po prostu jedynie przy pomocy metody naukowej można stwierdzić czy dana teza oddaje rzeczywistość. W przypadku konceptów pana Junga nijakich dowodów na to nie ma. Na użyteczność zresztą takoż. Dobrze to wyjaśnił martok.

A czy warto rozmawiać? Czemu nie? Przy piwie na przykład. Ale nie powołując się na takie niepotwierdzone idee jako na istotny argument za czymkolwiek.

>Ale też zależy o czym mówimy, domyślam się że w Twoim fachu potwierdzenie eksperymentalne skuteczności leków i terapii będzie sprawą pierwszorzędną

Daj spokój. Dla każdego, kto nie jest szarlatanem lub naiwniakiem potwierdzenie skuteczności czegokolwiek winno być równie istotne. Dla psychologów również.

>Terapia jungowska opiera się głównie na analizie snów i fantazji.
>Niestety działa

Sorry. Żeby to stwierdzić, musiałbyś powołać się na wyniki odpowiednio przeprowadzonych badań. Argumenty z autorytetu ("bardzo ważni ludzie" twierdzący, że działa), którymi w tej kwestii tak ochoczo szermujesz są naprawdę słabe. Zwłaszcza przywoływane na tym forum.

Homeopaci i orędownicy modlitwy wstawienniczej również masowo twierdzą, że działa

>Ten pan uważał odwrotnie niż Jung, że (...)

I dlatego właśnie sporą część współczesnej psychologii uważam za funta kłaków niewartą. Dziesiątki (to optymistyczna rachuba) wzajemnie sobie przeczących opinii, spośród których rzekomo wszystkie tłumaczą rzeczywistość. Szczęśliwie są tam też nurty dążące do pewnej obiektywizacji metod i merytorycznego dokumentowania hipotez.

>Jeśli to jest dla Ciebie ważne - podejście (...) bywa częścią seminariów lub przynajmniej wykładów właściwie na wszystkich uczelniach wyższych na świecie

Argument z seminariów...
Lubisz - zdaje się - dane anegdotyczne. Moja przyjaciółka kończy specjalizację z psychiatrii oraz - jednocześnie - podyplomówkę z psychoterapii. Podyplomówkę akurat na uczelni tzw. renomowanej. Same znane nazwiska polskiej psychologii. Ostatnio wróciła nieco (będę dyplomatyczna) zirytowana z seminarium, gdzie pewna psycholo(lo)giczna sława podważała jakiekolwiek podstawy biologiczne schizofrenii, klarując przyszłym psychoterapeutom dyplomowanym, jak to psychoterapia jest w zupełności wystarczającą, w pełni skuteczną, metodą radzenia sobie z tym schorzeniem. Za argument "z seminariów" uprzejmie dziękuję.

A że poza danymi anegdotycznymi powoływałeś się gdzieś niżej na pana Yalom, pozwolę sobie wspomnieć w kontekście snów i ich interpretacji historyjkę z "Psychologii egzystencjalnej" tegoż. Rozdział bodajże na temat samotności egzystencjalnej (nie mam książki przy sobie). Sesja terapeutyczna. Pacjentowi śnił się tukan. Niestety, nie był w stanie rzeczonego tukana zinterpretować. Na szczęście miał błyskotliwego terapeutę. Ten w mig skojarzył, że tukan czytany jest przecież w sposób nieomalże identyczny jak zlepka wyrazowa "two can" - "dwoje może" (w kontraście do samotnego "ja", które "nie może"). Tak oto z tukana wynikła jasna diagnoza dotycząca gnębiącej pacjenta samotności.

Chętnie tą opowiastką dzielę się ze znajomymi dziwiącymi się memu niekoniecznie poważnemu podejściu do niektórych nurtów psychologii. Ale może tobie się spodobała.


"...a świniobicie, łaskawa pani, to to samo, jak kiedy ksiądz odprawia mszę świętą, bo zawsze idzie o krew i o mięso, czyli ciało." (B. Hrabal, "Postrzyżyny")
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Nie tropię obsesyjnie naukowości. Po prostu jedynie przy pomocy
> metody naukowej można stwierdzić czy dana teza oddaje
> rzeczywistość. W przypadku konceptów pana Junga nijakich
> dowodów na to nie ma. Na użyteczność zresztą takoż. Dobrze to wyjaśnił martok.

Nie wiem czy wyjaśnił. Po prostu pytał o dowody którymi sama psyochoterapia zajmuje się rzeczywiście skąpo.
"Tzmiel latając przeczyt prawom fizyki, ale on o tym nie wie i lata".
Myślę, że podobnie jest z psychoterapią ale ok, uznaję że trzeba szukać poważnych dowodów na skutecznośc lub jej brak.

> A czy warto rozmawiać? Czemu nie? Przy piwie na przykład. Ale nie
> powołując się na takie niepotwierdzone idee jako na istotny
> argument za czymkolwiek.

Ok, zatem kończymy rozmowę.

> Daj spokój. Dla każdego, kto nie jest szarlatanem lub naiwniakiem
> potwierdzenie skuteczności czegokolwiek winno być równie istotne.
> Dla psychologów również.

Oczywiście że jest istotne. Przy okazji trochę poszperam i jak coś znajdę - dam znać.

>>Terapia jungowska opiera się głównie na analizie snów i fantazji.
>>Niestety działa
>Sorry. Żeby to stwierdzić, musiałbyś powołać się na wyniki odpowiednio
> przeprowadzonych badań. Argumenty z autorytetu ("bardzo ważni ludzie"
> twierdzący, że działa), którymi w tej kwestii tak ochoczo szermujesz
> są naprawdę słabe. Zwłaszcza przywoływane na tym forum.

Ok, masz rację. Patrz wyżej.

> Lubisz - zdaje się - dane anegdotyczne

Rozumiem Twoją ironię i dystans.
Nie wiem, czy lubię. Po prostu rozmawiamy, nie prowadzimy naukowej krytyki czyjejś pracy semestralnej.

> Ostatnio wróciła nieco (będę dyplomatyczna) zirytowana z
> seminarium, gdzie pewna psycholo(lo)giczna sława podważała
> jakiekolwiek podstawy biologiczne schizofrenii, klarując przyszłym
> psychoterapeutom dyplomowanym, jak to psychoterapia jest
> w zupełności wystarczającą, w pełni skuteczną, metodą radzenia
> sobie z tym schorzeniem

Spotkałem się z tym. Sprawa jest z pewnością skomplikowana - jedno wpływa na drugie (soma na psyche i odwrotnie). Wiadomo - każdy obóz będzie ciągnał w swoją stronę. Jest dyskusja, jest ferment, jest postęp. Ostatecznie badania powinny wykazać które z podejść jest efektywneijsze.

> Sesja terapeutyczna. Pacjentowi śnił się tukan. Niestety, nie był w
> stanie rzeczonego tukana zinterpretować. Na szczęście miał
> błyskotliwego terapeutę. Ten w mig skojarzył, że tukan czytany
> jest przecież w sposób nieomalże identyczny jak zlepka wyrazowa
> "two can" - "dwoje może" (w kontraście do samotnego "ja", które
> "nie może"). Tak oto z tukana wynikła jasna diagnoza dotycząca
> gnębiącej pacjenta samotności.
> Chętnie tą opowiastką dzielę się ze znajomymi dziwiącymi się
> memu niekoniecznie poważnemu podejściu do niektórych nurtów psychologii.

Nie wyciągałbym tak pochopnych wniosków z jednego przykładu dr Yalloma do uogólnienia na "niektóre nurty psychologii" ale kazdy robi, co uważa za dobre dla siebie i innych.
Znam dziesiątki trafniejszych interpretacji, ale mieliśmy kończyć, inaczej trzeba nam chyba otworzyć jakieś piwo.
łącząc pozdrowienia

---
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Dla każdego, kto nie jest szarlatanem lub naiwniakiem potwierdzenie
> skuteczności czegokolwiek winno być równie istotne. Dla psychologów również.

Na szybko, konkluzja z artykułu Bogusława Włodawiec "Badania nad efektywnością psychoterapii"

Cytat:
Aktualny stan badan pozwala uznać kwestie ogolnej efektywności psychoterapii za rozstrzygnietą. Ważnym problemem badawczym pozostaje ustalenie czynnikow leczących specyficznych i wspolnych dla roznych szkół terapeutycznych, a także eksperymentalne sprawdzenie, czy ścisle określone interwencje terapeutów rzeczywiście przynoszą przypisywane im okreslone efekty. Zagadnieniem interesującym lokalną lub centralna administrację służby zdrowia przy podejmowaniu decyzji o rozdziale srodków finansowych może też być oceną stopnia efektywności takich a nie innych programow terapeutycznych, oferowanych w okreslonych placowkach przez taki a nie inny zespół terapeutow dla pacjentow z określona diagnoza, czy ze specyficznymi problemami.


Załączam skrót artykułu z istotnymi dla naszej dyskusji wątkami, mam nadzieję że Ci się spodoba.
[Załącznik]
Tematu nie odkładam, jak coś znajdę więcej i nowszego - chętnie skonfrontuję z Twoim niekoniecznie poważnym podejściem /wraz z przykładami/ do niektórych nurtów psychologii i psychoterapii
łącząc pozdrowienia
12-12-2012 17:29 
 Ocena 2 na 2
tomoyo (480 punktów)
> Nie bój się aż tak!
?
>A na serio jak Ty uważasz, do czego są dziewczynki?
Ja akurat nie jestem kreacjonistką i nie uważam że dziewczynki, czy chłopcy zostali stworzeni w jakimś celu. Powinni sami znaleźć cel swojego życia i nie koniecznie musi to być atrakcyjność dla płci przeciwnej

Mam trochę wrażenie, że sprowadzasz relacje między kobietami i mężczyznami do flirtowania, a jeżeli chodzi o mnie, to z przeważającą liczbą mężczyzn nie utrzymuję tego typu relacji. Takie relacje damsko-męskie to jedynie mały wycinek wszystkich relacji pomiędzy ludźmi i dlatego nie widzę powodu by patrzeć na małe dziewczynki głównie w tym kontekście.

>Przepraszam, widzę że wielu rzeczy nie dopowiedziałem. Następny raz będę się starał być bardziej kompletny i czytać lepiej w Twoich myślach
Bywa, ale ja akurat nie oczekuję od nikogo czytania w moich myślach, a nawet jestem temu zdecydowanie przeciwna

>Przede wszystkim archetyp nie jest czymś wymyślonym.
>Za Encyklopedią PWN:
> Cytat:
archetyp [gr., 'prawzór'], psychol. w psychologii analitycznej C.G. Junga pojęcie oznaczające symbole i wzory reagowania wchodzące w skład tzw. nieświadomości zbiorowej, <wspólne> stanowiące wyposażenie "gatunkowe" człowieka, determinujące jego zachowanie; ich przejawem są symboliczne obrazy i motywy powtarzające się w mitach, wierzeniach, sztuce różnych epok i kultur, a także w snach.

Za wikipedią:
Cytat:
Pojęcie - abstrakcyjny, myślowy odpowiednik przedmiotu. Po zdefiniowaniu pojęcie staje się terminem.

W tym sensie jest to coś wymyślonego.

>To nie stereotyp, moje spostrzeżenie jest uprawnione biorąc pod uwagę średnią statystykę zachowań dziewcząt i chłopców (indywidualnie oczywiście wyjątki będą)
Zgoda, problem pojawia się dopiero jeśli wymagasz więcej samokontroli od dziewczynek na podstawie "swoich spostrzeżeń".

>W praktyce oczywiście lepiej nie wybierać drogi "mam córkę która w przyszłości powinna mieć w małym placu archetyp matki-żywicielki, więc będę ją uczył od małego przewijania noworodków, niańczenia dzieci, gotowania kleików itp".
>Jeśli już w ogóle będę o tym wszystkim pamiętał, to może pomyślę: córka wybrała rolę żony i mamy.. ocho! Karl Gustaw Jung od archetypów się kłania, uśmiechnę się do niego i powiem "akurat a propos mojej córki. miałeś stary rację"
No i o to chodzi

>Zauważ jednak, ile jest na świecie matek, a ile fanatycznych operatorek zgniatacza?
Może to też wynikać z tego, że matką można łatwo zostać przypadkowo
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Ja akurat nie jestem kreacjonistką i nie uważam że dziewczynki,
> czy chłopcy zostali stworzeni w jakimś celu

Zacznijmy od początku. Uważasz, że zostali stworzeni?

> Powinni sami znaleźć cel swojego życia i nie koniecznie
> musi to być atrakcyjność dla płci przeciwnej

Rozumiem co do mnie piszesz, choć pomimo pewnego ostrzeżenia niżej to mrugnięcie okiem wprawia mnie w pewną dwoistość jaźni.. sam już nie wiem
A czy Ty ten cel już odkryłaś?

> Mam trochę wrażenie, że sprowadzasz relacje między
> kobietami i mężczyznami do flirtowania, a jeżeli chodzi o
> mnie, to z przeważającą liczbą mężczyzn nie utrzymuję tego typu relacji

Ok, aluzju paniał.

> Takie relacje damsko-męskie to jedynie mały wycinek wszystkich
> relacji pomiędzy ludźmi i dlatego nie widzę powodu by patrzeć
> na małe dziewczynki głównie w tym kontekście.

Nie twierdzę, że należy patrzeć tylko w tym kontekście. Akurat o tym kontekście rozmawialiśmy, ale masz rację. Są i inne.

> Bywa, ale ja akurat nie oczekuję od nikogo czytania w moich
> myślach, a nawet jestem temu zdecydowanie przeciwna

To tez rozumiem. W takim razie biorę do zaraz moje neurony lustrzane w ryzy

> W tym sensie jest to coś wymyślonego.

Ze sformułowaniem za pomocą myślenia ostatecznie mogę się zgodzić. Ale nie wydumanym (bo taki przydźwięk tu pada)
www.racjonalista.pl/forum.php/s,526561#w535836

>> To nie stereotyp, moje spostrzeżenie jest uprawnione biorąc
>> pod uwagę średnią statystykę zachowań dziewcząt i chłopców
>> (indywidualnie oczywiście wyjątki będą)
> Zgoda, problem pojawia się dopiero jeśli wymagasz więcej
> samokontroli od dziewczynek na podstawie "swoich spostrzeżeń".

Zgoda. Obiecują Ci nigdy "nie wymagać więcej samokontroli od dziewczynek na podstawie "swoich spostrzeżeń" ".

>No i o to chodzi

Ty się cieszysz, to i ja się cieszę

>> Zauważ jednak, ile jest na świecie matek, a ile fanatycznych
> operatorek zgniatacza?
> Może to też wynikać z tego, że matką można łatwo zostać przypadkowo

Teraz dowaliłaś. Zaczynam się o Ciebie troszku bać..
pozdrowienia łączę

---
12-12-2012 20:24 
 Ocena 1 na 1
tomoyo (480 punktów)
>> Ja akurat nie jestem kreacjonistką i nie uważam że dziewczynki,
>> czy chłopcy zostali stworzeni w jakimś celu
>Zacznijmy od początku. Uważasz, że zostali stworzeni?
Kurcze, ciężko się z Tobą dogadać, przecież piszę, że nie jestem kreacjonistką.

>Rozumiem co do mnie piszesz, choć pomimo pewnego ostrzeżenia niżej to mrugnięcie okiem wprawia mnie w pewną dwoistość jaźni.. sam już nie wiem
Ja właśnie zupełnie Ciebie nie rozumiem, napisz wprost o co Ci chodzi. Wydaje mi się, że napisałam już to samo na kilka sposobów żeby sprecyzować co mam na myśli, ale masz coraz więcej pytań więc ewidentnie mi nie idzie

>A czy Ty ten cel już odkryłaś?
Można powiedzieć że tak, choć to nie takie proste.

>To tez rozumiem. W takim razie biorę do zaraz moje neurony lustrzane w ryzy
Nie wiem czy neurony lustrzane działają jak nie widzisz drugiej osoby? Chodzi mi o to żebyś się na siłę nie domyślał o co może mi chodzić, tylko zapytał jak nie jesteś pewien, bo z mojego doświadczenia rozmowa wtedy przestaje mieć sens

>Ze sformułowaniem za pomocą myślenia ostatecznie mogę się zgodzić. Ale nie wydumanym (bo taki przydźwięk tu pada)
>www.racjonalista.pl/forum.php/s,526561#w535836
Ale przecież najpierw Ty odpowiedziałeś na mojego posta, że
>archetyp nie jest czymś wymyślonym
dopiero później włączyła się liliac. Ja nie oceniam trafności archetypów, bo z założenia są one jedynie konceptami, a ja wolę skupić się na prawdziwych ludziach wokół mnie. Do interakcji w rodzinie, wśród znajomych i w pracy nie potrzebuję znajomości archetypów i zamiast je studiować wolę się zająć czymś co na prawdę mnie interesuje

>> Zgoda, problem pojawia się dopiero jeśli wymagasz więcej
>> samokontroli od dziewczynek na podstawie "swoich spostrzeżeń".
>Zgoda. Obiecują Ci nigdy "nie wymagać więcej samokontroli od dziewczynek na podstawie "swoich spostrzeżeń" ".
Trochę to dramatycznie zabrzmiało, odnosiłam się do:
>To co dla aktywnego chłopca będzie trzymaniem pod kloszem,
> dla dziewczynki wcale nie musi takie być.
Czyli jeżeli wymagasz więcej samokontroli od dziewczynki niż od chłopca w analogicznej sytuacji. Wydaje mi się to niesprawiedliwe.

>Teraz dowaliłaś. Zaczynam się o Ciebie troszku bać..
Cóż, ja akurat mam dostęp do skutecznej antykoncepcji i wiem jak jej używać, więc nie ma o co
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Kurcze, ciężko się z Tobą dogadać, przecież piszę, że
> nie jestem kreacjonistką.

Faktycznie, coś mi się pokręciło. Przepraszam.

>> A czy Ty ten cel już odkryłaś?
> Można powiedzieć że tak, choć to nie takie proste.

Mam trochę pytań, bo mnie zaciekawiłaś
W życiu nic nie jest proste. Opisz proszę jaki cel odkryłaś (jeśli możesz i chcesz).

>>To tez rozumiem. W takim razie biorę do zaraz moje neurony lustrzane w ryzy
> Nie wiem czy neurony lustrzane działają jak nie widzisz drugiej osoby?
> Chodzi mi o to żebyś się na siłę nie domyślał o co może mi chodzić,
> tylko zapytał jak nie jesteś pewien, bo z mojego doświadczenia rozmowa
> wtedy przestaje mieć sens

No dobra. Jeśli coś mi jeszcze przyjdzie do głowy to zapytam, tylko nie miej później pretensji że z Tobą jest coś nie tak, bo wciąż pytam

>> Ze sformułowaniem za pomocą myślenia ostatecznie mogę
>> się zgodzić. Ale nie wydumanym (bo taki przydźwięk tu pada)
>> www.racjonalista.pl/forum.php/s,526561#w535836
> Ale przecież najpierw Ty odpowiedziałeś na mojego posta, że
>> archetyp nie jest czymś wymyślonym

Co zakwestionowałaś "w tym sensie jest to coś wymyślonego", podobnie jak zrobiła to później liliac. Więc do mojej odpowiedzi jej dałem Ci linka, gdzie potraktowałem temat nieco szerzej, to nie jest tak, ze grupa facetów siedzi sobie i wymyśla zupełnie niużyteczne słowa i terminy.

> Ja nie oceniam trafności archetypów,
> bo z założenia są one jedynie konceptami, a ja wolę skupić się
> na prawdziwych ludziach wokół mnie. Do interakcji w rodzinie,
> wśród znajomych i w pracy nie potrzebuję znajomości archetypów
> i zamiast je studiować wolę się zająć czymś co na prawdę mnie interesuje

Ok, w takim razie jeśli się zgodzisz to temat archetypów zamykamy.

> Czyli jeżeli wymagasz więcej samokontroli od
> dziewczynki niż od chłopca w analogicznej sytuacji.
> Wydaje mi się to niesprawiedliwe.

Tak, bo to jest niesprawiedliwe. Przy okazji ośmielę się zauważyć, że w przeważającej części ludzi których znam i mogę o tym powiedzieć - to ojcowie są tym "wentylem bezpieczeństwa" dla córek, robią dla nich wiele i bardzo im pobłażają, wymagając gównie określonych ram (np. przychodzenia a 22:00) a nie detalicznego wpływania na takie czy inne odruchy.
Kwestia samokontroli to już chyba bardziej domena matki (również, jeśli chodzi o jej własny przykład dawany córce podświadomie). Nie mniej jednak tematu bliżej nie znam - nigdy nie byłem córką a i córki też nie mam (na razie)

>> Teraz dowaliłaś. Zaczynam się o Ciebie troszku bać..
> Cóż, ja akurat mam dostęp do skutecznej antykoncepcji i
> wiem jak jej używać, więc nie ma o co

Tak trochę żartowałem. Ale czemu mi tu marudzisz, że dziewczyny mogą łatwo wpaść? Skoroś taka mądra, to edukuj koleżanki, ale już!
łącząc pozdrowienia
12-12-2012 21:31 
 Ocena 1 na 1
tomoyo (480 punktów)
>Mam trochę pytań, bo mnie zaciekawiłaś
>W życiu nic nie jest proste. Opisz proszę jaki cel odkryłaś (jeśli możesz i chcesz).
To nie jest uniwersalny cel tylko taki na mój użytek. Chciałabym, żeby suma moich działań zmieniła chociaż trochę świat na lepsze, niż gdyby mnie w ogóle nie było

>No dobra. Jeśli coś mi jeszcze przyjdzie do głowy to zapytam, tylko nie miej później pretensji że z Tobą jest coś nie tak, bo wciąż pytam
Ok, postaram się

>Ok, w takim razie jeśli się zgodzisz to temat archetypów zamykamy.
Dobrze.

>Tak, bo to jest niesprawiedliwe. Przy okazji ośmielę się zauważyć, że w przeważającej części ludzi których znam i mogę o tym powiedzieć - to ojcowie są tym "wentylem bezpieczeństwa" dla córek, robią dla nich wiele i bardzo im pobłażają, wymagając gównie określonych ram (np. przychodzenia a 22:00) a nie detalicznego wpływania na takie czy inne odruchy.
W moim przypadku było tak że rodzice mieli podobne zdanie na takie tematy, a ja byłam na tyle krnąbrna, że i tak respektowałam je tylko jak mnie do niego przekonali

>Kwestia samokontroli to już chyba bardziej domena matki (również, jeśli chodzi o jej własny przykład dawany córce podświadomie).
Masz zupełnie inny sposób patrzenia na takie sprawy, więc ciężko mi odpowiedzieć. Ja nie widzę takich różnic w roli rodziców, widzę tylko różnice w ich charakterach i wiem że to odnosi się tylko do moich konkretnych rodziców.

>Tak trochę żartowałem. Ale czemu mi tu marudzisz, że dziewczyny mogą łatwo wpaść?
Zaraz tam marudzę
>Skoroś taka mądra, to edukuj koleżanki, ale już!
Z moich koleżanek to te co miały wpaść to już wpadły, a te co nie mają jeszcze dzieci to już tylko dzięki antykoncepcji
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> To nie jest uniwersalny cel tylko taki na mój użytek.
> Chciałabym, żeby suma moich działań zmieniła chociaż
> trochę świat na lepsze, niż gdyby mnie w ogóle nie było

Szczytny cel. Powodzenia zatem

> W moim przypadku było tak że rodzice mieli podobne zdanie
> na takie tematy, a ja byłam na tyle krnąbrna, że i tak
> respektowałam je tylko jak mnie do niego przekonali

Tak potwierdzam, to baaardzo krnąbrne. Wszystko w normie

>>Kwestia samokontroli to już chyba bardziej domena matki
>> (również, jeśli chodzi o jej własny przykład dawany córce podświadomie).
> Masz zupełnie inny sposób patrzenia na takie sprawy, więc
> ciężko mi odpowiedzieć.

Ale chyba o to chodzi? Gdybyśmy mieli ten sam punkt widzenia i sposób rozumowania - szybko byśmy się we wszystkim zgodzili, a w efekcie rozmowę zakończyli.
U mnie w rodzinie matka absolutnie wszystko i wszystkich kontrolowała, nawet do dziś usiłuje.
Siostra sporo tego odziedziczyła, przyznam że ja też - i cóż robić, pozostało mi z tym walczyć jak lew

Myślę że kobietom - moim koleżankom, przyjaciółkom i znajomym - często bardziej zależy, żeby dobrze wypaść albo ot po prostu żeby był porządek. Facet natomiast chyba z natury (albo z wychowania) mniej się pilnuje, ot choćby wczoraj: umówiłem się z kolegą na basen i ten nie wziął ze sobą dosłownie żadnego sprzętu (slipek, ręcznika - nic ). Może się mylę, ale w przypadku kobiety taka wpadka wydaje mi się niemożliwa, w każdym razie ja nigdy jej z pierwszej ręki nie doświadczyłem.

> Ja nie widzę takich różnic w roli rodziców, widzę tylko różnice
> w ich charakterach i wiem że to odnosi się tylko do moich konkretnych rodziców.

Nie tylko Twoich Ale charaktery to chyba trochę inna sprawa.
Myślę że to niezależne.

>> Skoroś taka mądra, to edukuj koleżanki, ale już!
> Z moich koleżanek to te co miały wpaść to już wpadły,
> a te co nie mają jeszcze dzieci to już tylko dzięki antykoncepcji

Oj tam - zaraz wpadły Takie to suche. W moim środowisku na owoce takich zdarzeń mówi się "dziecko prawdziwej miłości". To wielka duma taką/takim być
łącząc pozdrowienia

---
13-12-2012 10:15 
 Ocena 5 na 5
martok (1115 punktów)

> ocho! Karl Gustaw Jung od archetypów się kłania,

   Chciałbym się dołączyć do zastrzeżeń Liliac, a także je uzupełnić. Piszesz dalej:

Cytat:
Terapia jungowska opiera się głównie na analizie snów i fantazji.


   Otóż w związku z terapiami tego rodzaju pojawiają się trzy problemy metodologiczne, które w oczach racjonalisty w zasadzie te terapie dyskwalifikują. Zarzuty pod adresem różnych odmian psychoanalizy są w kółko powtarzane od czasów neopozytywistów (np. Kemeny w latach czterdziestych) i nie spotykają się ze strony freudystów właściwie z żadną reakcją, prócz ogólników. Jak woda po kaczce; jak groch o ścianę.

   Po pierwsze: sposób interpretowania słów pacjenta nie podlega żadnym wyraźnym rygorom, akceptowanym przez wszystkich - a choćby tylko przez większość - terapeutów, co prowadzi do prognoz (diagnoz) ad hoc. Po drugie: nie ma jasnych procedur, które by wskazywały jednoznacznie, na podstawie wcześniejszych wyników terapii, jakie dokładnie mają być jej dalsze etapy oraz kiedy terapię można zakończyć. Po trzecie: brak badań podłużnych - nie monitoruje się losów pacjentów po zakończeniu terapii, co uniemożliwia kontrolę jej skuteczności.

   W związku z tym ostatnim zarzutem przypomina mi się książka pewnego amerykańskiego przedstawiciela psychoterapii dynamicznej. Niestety, za Boga Ojca nie mogę sobie przypomnieć jego nazwiska, ale myślę, że uwierzysz mi na słowo. Otóż wpadł on pewnego dnia na pomysł, aby podzwonić do swoich pacjentów z ostatnich piętnastu lat. W czasie tych rozmów włosy jeżyły mu się na głowie. Okazało się bowiem, że: 1) jednej trzeciej swoich pacjentów pomógł; 2) jednej trzeciej ani nie pomógł, ani nie zaszkodził; 3) a jednej trzeciej zaszkodził! Takie same wyniki uzyskuje się bez żadnej terapii. W rezultacie pan doktor uznał, że stosowane przez niego metody są bezwartościowe. Obecnie jest nadal szanowanym terapeutą, tyle że poznawczo-behawioralnym, a nie psychoanalitykiem. A jego książka dotyczyła właśnie terapii poznawczo-behawioralnej.

Pozdrawiam - M
*
Jacek Głodzik (35558 punktów)
Kurcze, miałem już gotową odpowiedź i mi ją wcięło

> nie spotykają się ze strony freudystów właściwie z żadną
> reakcją, prócz ogólników. Jak woda po kaczce; jak groch o ścianę.

Rozumiem że stawiasz mnie tu w roli adwokata dbała Ok, bierz jednak po uwagę, że jestem tylko fanem szkoleń miękkich i takich lub innych form poznawania siebie typu np. treningi inteligencji emocjonalnej, pracy z ciałem itp.
Lubię też czytać, fachowcem jednak nie jestem.

Ad 1. Rzeczywiście takich ścisłych zasad a propos interpretowania słów (ba, żeby tylko słów!) pacjenta nie ma, a nawet być nie może. Rolę gra konkretny kontekst, mimika, sytuacje życiowe w których znajduje się pacjent itp.
Ramy jednak jakieś zawsze są, problem tylko, że są one bardzo różne w zależności od szkoły. W tych środowiskach mówi się, że to pacjent wybiera sobie terapeutę, a więc na niego spada ciężar znalezienia sobie odpowiedniej do jego potrzeb. Gdzieś czytałem, że to implikuje czasem nawet wieloletnie trwanie w miejscu.

Ad 2. Etapy są definiowane, z resztą też zależne od danej szkoły. To b. szerokie zagadnienie.
Terapię kończy się zazwyczaj po wspólnym ustaleniu tego faktu pacjentem. Czasem jest to osiągnięcie przez pacjenta autonomii (samodzielności) czasem jakiegoś założonego celu (np. satysfakcji w byciu z partnerem, relacji z dzieckiem, w życiu seksualnym itp.)

Jeśli chcesz to podeślę Ci pewną broszurkę psychoterapeutów z Wrocławia którzy całkiem sensownie o tym końcu piszą.

Ad 3. monitoruje się, ale chyba nie w takiej skali jak chcesz. Niektórzy terapeuci stosują spotkania kontrolne miesiąc, pół roku, dwa lata po zakończeniu terapii. Jednak "prawdziwy" naukowy monitoring jakiejś większej grupy pacjentów na przestrzeni wielu lat znany mi nie jest (choć możliwe, że istnieje).
Mam kolegę który robiąc doktorat na temat pewnej szkoły psychoterapii taki monitoring przeprowadził, choć nie dość że w krótkiej skali czasowej (z tego co pamiętam ok 0.5 roku) i była to tylko jego grupa laboratoryjna, której prowadził przez pewien czas warsztat - ok 10 osób.

Twój przykład: wg mnie to świadczy raczej o tym, że facet chciał się rozwijać i znalazł subiektywnie coś lepszego niż robił dotąd (albo te rozmowy były dla niego właśnie impulsem do przejścia ze szkoły psychoanalitycznej do poznawczo-behawioralnej)

Co znaczy jednak, że "jednej trzeciej zaszkodził"? A porównywał to z jakąś równoległą grupą z tych samych środowisk, nie poddaną jego terapii?

Dziś "modne" jest łączenie wielu szkół i wielu podejść + świadome stosowanie ich procedur w zależności do tego jaki problem zgłasza pacjent. Jest ich niezmiernie wiele, przepuszczam że żaden z profesjonalistów (takich jak np. prof. Yalom Irvin) nie zna więcej niż dwa - trzy.
Konkretniej:
Leslie Greenberg, profesor psychologii na Uniwersytecie York w Toronto, twórca psychoterapii zorientowanej na proces doświadczania łączy w swojej praktyce terapię skoncentrowaną na osobie, podejście gestaltowskie i egzystencjalne.

Gdybym sam szukał psychoterapeuty - chyba wybrałbym faceta lub bakę po 50tce (co niestety jeszcze niczego nie gwarantuje).

Sam widzisz że wyraźnych, jasnych i powtarzalnych procedur i reguł tu nie ma, więc z typowo racjonalnym podejściem oceniając ten zawód trzeba być ostrożnym, można wylać dziecko z kąpielą. A może po prostu nie korzystać Obyśmy tylko zdrowi byli,
łącząc pozdrowienia
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Po trzecie: brak badań podłużnych - nie monitoruje się
> losów pacjentów po zakończeniu terapii, co uniemożliwia kontrolę
> jej skuteczności.

Cześć! Może to (na razie) Twój niepokój zaspokoi.
www.racjonalista.pl/forum.php/s,526561#w537829
www.racjonalista.pl/forum.php/s,526561#w537610
miłego dnia

---
20-12-2012 08:54 
 Ocena 3 na 3
martok (1115 punktów)

>Cześć! Może to (na razie) Twój niepokój zaspokoi.
>www.racjonalista.pl/forum.php/s,526561#w537829
>www.racjonalista.pl/forum.php/s,526561#w537610

   Moje zastrzeżenia nie dotyczyły wszystkich form psychoterapii. Niepodważalna jest np. skuteczność terapii poznawczo-behawioralnej w leczeniu depresji. Mówiłem wyłącznie o psychoanalizie, ostro krytykowanej także przez wielu psychologów.

Pozdrawiam - M
*
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Mówiłem wyłącznie o psychoanalizie, ostro
> krytykowanej także przez wielu psychologów.

Rozumiem. Tu juz jednak "adwokatem diabła" ani się nie podejmuję być, ani sam też tej formy zwolennikiem wielkim nie jestem, nawet podobnie jak Ty - jestem sceptykiem.
Ogólnie: jakoś do mnie nie przemawia siedzenie na kozetce / krześle i wyłaczne gadanie. Patrząc na dzisiejszą różnorodność metod, szkół i form psychoterapii (nieraz b. twórczych, angażujących klienta jak i psychoterapeutę nie tylko intelektualnie) - tamto wydaje się już być pewnym anachronizmem.
Co nie znaczy, że inne, nowsze szkoły wycinkowo z analizy nie czerpią.
miłego dnia

---
20-12-2012 13:16 
 Ocena 1 na 1
Irracja (4721 punktów)
>Ogólnie: jakoś do mnie nie przemawia siedzenie na kozetce / krześle i wyłączne gadanie. Patrząc na dzisiejszą różnorodność metod, szkół i form psychoterapii (nieraz b. twórczych, angażujących klienta jak i psychoterapeutę nie tylko intelektualnie) - tamto wydaje się już być pewnym anachronizmem.
>Co nie znaczy, że inne, nowsze szkoły wycinkowo z analizy nie czerpią.

... bo psychoanaliza to dobry sposób diagnozowania - zwłaszcza wstępnego. Z terapią nie ma nic wspólnego...

... pozdrawiam Jacku, przedświątecznie...




... jedyne co wiadomo o ateista i agnostykach to fakt, iż nie wierzą w "Boga" takiego jak chciałyby religie... reszta to zwykłe insynuacje...
08-12-2012 13:00 
 Ocena 8 na 8
liliac (147340 punktów)
>Dodajesz sporo nowych treści

Głównie pytanie o rzekomo uniwersalne wzorce.

>Truizmem jest to, co teraz powiem: wujkowie/ciocie/kuzynostwo/dziadkowie są ważni. Ale rodzice sa najważniejsi.

To chyba rzecz podejścia. Cenniejsza wydaje mi się różnorodność. Patrząc na rodziców, obserwujesz tylko jeden z licznych możliwych wzorców relacji. Niekoniecznie optymalny, niekoniecznie najbardziej pasujący do twoich własnych predyspozycji.

>> Chodziliśmy razem po drzewach i biliśmy ze sobą przez całą podstawówkę.
>> Może nie wszystkie spośród dziewcząt czyniły to z równą intensywnością,
>> ale wystarczająco wiele, by nie doszukiwać się ostrych podziałów,
>> a raczej pewnego continuum zachowań
>Za continuum jestem jak najbardziej za. Ale wiesz, ja jakoś poza kilkoma wyjatkami nie przypominam sobie dziewcząt w naszych grupach rówieśniczych do gry w piłkę, napieprzania się kamieniami lub pięściami, kopania dołów tzw bunkrów, całodniowych eskapad nad rzekę i kąpania się w niej nago, buszowania w chaszczach, palenia ognisk z różnycm świństwem wnich, łącznie z niewybuchami itp.

Ja byłam miejskim dzieckiem, dzieckiem z centrum sporego miasta. Nie kąpaliśmy się w miejskich ciekach wodnych
Za to wspinaliśmy się na drzewa i dachy, doły - i owszem - kopaliśmy (wilcze doły - pułapki), paliliśmy dziwne rzeczy za śmietnikami, kaleczyliśmy na podwórkowej "budowie", wynosząc z niej gwoździe, cegły, deski czy papę. Biliśmy i goniliśmy nawzajem. To kwestia indywidulnych predyspozycji.

>> Zastanawiam się, na ile byłyby to continuum wyrównane,
>> gdyby nie nacisk oczekiwań społecznych.
>Na nas nikt nie naciskał. Myślę, że to po prostu jest uniwersalne w większosci kultur.

Nie mówię o bezpośrednich naciskach, tylko o pewnym formatowaniu, które odbywa się niejako od kołyski. Są inne ciuszki dla noworodków i niemowląt innej płci, inne zabawki i inne oczekiwania społeczne, a stąd - inne wzorce wychowawcze. W dziewczynkach standardowo rozwija się zupełnie inne przymioty - mają być grzeczniejsze, czystsze, bawić się spokojniej, bezpieczniej i innymi zabawkami. Czy nie uważasz, że siłą rzeczy po kilku latach takiej selektywnej hodowli należy się spodziewać pewnych różnic pomiędzy kilkuletnimi ludźmi? U chłopców zupełnie inaczej postrzega się bijatyki i porwane, brudne spodnie niż u dziewczynek, zatem dziewczynki uczestniczące w postrzeganych jako chłopięce zabawach będą zapewne rzadszym zjawiskiem. Piszesz, że to kulturowe i ja się z tym zgadzam. Podważam tylko właściwość wdrukowywania takich wzorców i oczekiwania ich. A do tego między innymi sprowadza się narzekanie na brak odpowiednich wzorców męskich i żeńskich. Do konserwowania wzorców kulturowych, które wcale nie są dla każdego optymalne.

O wtłaczaniu dzieci od przedszkola (i wcześniej) w standardy kościółkowe - bozie, paciorki, komunie, etc też niemal wszyscy mówią, że to dobre kulturowe wzorce.

>Szczerze mówiąc boję się w przyszłosci czasów, gdy pomiędzy kobietą a mężczyzną nie będzie już żadnej istotnej różnicy.

Pomiędzy ludźmi zasadniczo występują różnice. Które z nich chciałbyś przypisać konkretnie poszczególnym płciom? Konkretnie - które cechy zachowania są specyficznie męskie, a które specyficznie kobiece?

>> Dlaczego upatrujesz niewłaściwości trzymania pod kloszem
>> i przymuszania do grzeczności tylko względem chłopców?
>> Czy uważasz, że dziewczętom mniej to szkodzi?
>Dobrze by było, gdybyś rozpatrywała to co napisałem bardziej w podanym kontekście. To co dla aktywnego chłopca będzie trzymaniem pod kloszem, dla dziewczynki wcale nie musi takie być.

Dla spokojnego chłopca takoż nie musi. Dla aktywnej dziewczynki też może być ograniczające (mój Mężczyzna mówi, bym ci zaproponowała rozmowę na ten temat z panią Sylwią Gruchałą). Po prostu sugeruję, że płeć dziecka nie determinuje optymalnych rozmiarów klosza.

>Lubiłaś to robić ze swoim? (kleić modele)

Lubiłam. Jeździliśmy też do modelarni, na zloty żaglowców, na zwiedzanie odwiedzających port okrętów. Czytaliśmy te same książki. Mój brat wykazywał dużo mniej entuzjazmu.

>>>Kiedyś ojcowie ze swobodą potrafili budować, naprawiać,
>>> polować, walczyć, bronić, śpiewać, zarządzać uprawami i tańczyć
>>> itp. - a też cieszyć się synem jako naturalnym spadkobiercą ojcowskiej schedy.
>> Zauważ, jak samymi takimi sformułowaniami wyrzucasz z tych doświadczeń córki.
>Gdzie? Piszę tu tylko i wyłącznie oraz celowo o synu i ojcu.

Otóż to - sugerujesz, że jest to relacja specjalna, specyficzna. Zupełnie gatunkowo inna niż pozostałe w konfiguracjach rodzinnych.

>Na marginesie zauważ, jak się obawiasz, żebym kogoś nie wykluczył, jabym miał nad Wami jakąś władzę.

Ja się nie obawiam - ja wytykam fakt, że pewne przyzwyczajenie myślowe generują rozmaite - mniej czy bardziej formalne - ograniczenia społeczne.

>Strasznie jesteś podejrzliwa, takiej kobiecej cechy zupełnie nie znam

Bo tzw. "kobiece cechy" to w znacznej mierze konstrukt kulturowy.

>Może lepiej byłoby przyglądnąć się matce?

Szczerze mówiąc, nie wiem czy lubi tańczyć. Chyba nie umie.

>Piszę tu o pewnym archetypie, uniwersalnym ojcu i uniwersalnym synu.

Archetypy bywają przydatne (i to nie zawsze) w literaturze.

>>>No i rzecz jasna, ojcowie uczą młodego syna jak postępować z kobietą
>> A jak postępować z kobietą?
>Czemu pytasz? Potrzebne Ci to do czegoś?

Nie. Domyślam się kolejnych stereotypów po prostu.

>> Możesz tylko oceniać kolejne badania pod kątem poprawności
>> metodologicznej, powtarzalności wyników, etc.
>O to i mnie chodzi.

Ale zacząłeś "przygodę" z naukową perspektywą tematu od pracy gorliwego katolika powszechnie krytykowanej przez środowiska naukowe.

>Chętnie zaznajomię się z innymi badaniami, jesli je znasz to podaj.

Kilka linkowałam w wyedytowanym linku.

>doskolanle swoją kobiecą intuicją to czujesz i to jest super

Bez obrazy, ale... Obserwuję rzeczywistość, czytam raporty, reportaże, opracowania i wyciągam wnioski. Nie nazywałabym tego kobiecą intuicją.


"...a świniobicie, łaskawa pani, to to samo, jak kiedy ksiądz odprawia mszę świętą, bo zawsze idzie o krew i o mięso, czyli ciało." (B. Hrabal, "Postrzyżyny")
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Patrząc na rodziców, obserwujesz tylko jeden z licznych możliwych
> wzorców relacji. Niekoniecznie optymalny, niekoniecznie najbardziej
> pasujący do twoich własnych predyspozycji.

To co piszesz kojarzy mi się z inżynierią dusz. To już zdaje się było, a jak pamiętam nie skończyło się zanadto sukcesem..

> Ja byłam miejskim dzieckiem, dzieckiem z centrum sporego miasta.
> Nie kąpaliśmy się w miejskich ciekach wodnych

Dla nas było to obojętne (tzn jak brudny jest ciek)

> Za to wspinaliśmy się na drzewa i dachy(..) Biliśmy i
> goniliśmy nawzajem. To kwestia indywidulnych predyspozycji.

Z pewnością. Dzieci jednak się indywidualizują z wiekiem tzn paroletni chłopczyk i dziewczynka od środka tak naprawdę różnią sie niewiele. Później już ten proces postępuje mocniej i dalej.

>>Na nas nikt nie naciskał. Myślę, że to po prostu jest uniwersalne w większości kultur.
> Nie mówię o bezpośrednich naciskach, tylko o pewnym formatowaniu, które
> odbywa się niejako od kołyski

To jest fakt, tu pełna zgoda.
Na marginesie powiem pewną ciekawostkę. Miałem kolegę, z którym chodziłem do podstawówki. On miał starszego i dużo młodszego brata. Temu najmłodszemu bratu z całej 3ki matka wiązała w młodym wieku na głowie kokardki (widać chciała mieć w końcu dziewczynkę, ale nie wyszło)
To było dla niego dość specyficzne doświadczenie, dokładnie widzieliśmy, co to za sobą pociąga

> Czy nie uważasz, że siłą rzeczy po kilku latach takiej selektywnej
> hodowli należy się spodziewać pewnych różnic pomiędzy
> kilkuletnimi ludźmi?

Coś ich musi formatować i robi to właśnie taka a nie inna kultura społeczna.
Dlaczego tą naszą akurat kwestionujesz? Co chciałabyś w niej zmienić?
Czy widzisz jakieś inne, lepsze wzorce np. w innych krajach?

> zatem dziewczynki uczestniczące w postrzeganych jako chłopięce
> zabawach będą zapewne rzadszym zjawiskiem.

Z dwóch powodów. Mają po prostu mniej testosteronu więc się mniej wytarzają
A drugi powód - formatowanie i oczekiwania. Lecz czy one są zawsze złe?

> Piszesz, że to kulturowe i ja się z tym zgadzam. Podważam tylko
> właściwość wdrukowywania takich wzorców i oczekiwania ich.

Masz jakiś inny, lepszy pomysł na te struktury?

> A do tego między innymi sprowadza się narzekanie na
> brak odpowiednich wzorców męskich i żeńskich. Do konserwowania
> wzorców kulturowych, które wcale nie są dla każdego optymalne.

Jeszcze sie taki nie narodził, co by wszystkim dogodził. Oczywiście że nie są dla każdego, bo każdy jest trochę inny i dobrze by było, aby w określonym wieku tej wolności poznawał coraz to więcej i aby z tego formatowania w końcu się uwolnił. Ale człowiek tak już jest skonstruowany, że coś łykać/kopiować musi.

> Szczerze mówiąc boję się w przyszłosci czasów, gdy pomiędzy
> kobietą a mężczyzną nie będzie już żadnej istotnej różnicy.
> Pomiędzy ludźmi zasadniczo występują różnice. Które z nich
> chciałbyś przypisać konkretnie poszczególnym płciom? Konkretnie
> - które cechy zachowania są specyficznie męskie, a które specyficznie kobiece?

Podam dwa podstawowe:
Pełna empatii i wrażliwości umiejętność opiekowania się noworodkiem, do tego potrzeba cech typowo matczynych. Ojciec nigdy nie będzie w tym wystarczająco dobry.
Umiejętność podejmowania ryzyka i suchej, mechanicznej oceny sytuacji np. na drodze. Szybkiego reagowania. Kobiety nie potrafią tego robić tak sprawnie jak mężczyźni, dlatego jeżdżą dużo wolniej, co nawet w efekcie jest nieco bardziej bezpieczne.
Niektóre z nich z resztą już pisałem. Odrzuciłaś.

>> to co dla aktywnego chłopca będzie trzymaniem pod kloszem,
>> dla dziewczynki wcale nie musi takie być.
> Dla spokojnego chłopca takoż nie musi.

Spokojnych chłopców jest statystycznie mniej, niż spokojnych dziewczynek (na zewnątrz, bo w środku - tak gdzieś słyszałem, ale nie wiem czy to prawda - już bywa zdecydowanie różne)

> Dla aktywnej dziewczynki też może być ograniczające (mój
> Mężczyzna mówi, bym ci zaproponowała rozmowę na ten temat
> z panią Sylwią Gruchałą). Po prostu sugeruję, że płeć dziecka nie
> determinuje optymalnych rozmiarów klosza.

Dla mnie w ogóle klosz ma raczej wydźwięk negatywny. To, co dla 10 letniego chłopca może dać mu jego matka jest dla niego później mniej cenne, niż to co daje mu ojciec.
Matka w tym wieku, jak i późniejszym pociąga za sobą dla chłopca bardziej ograniczenia (to stąd ten klosz). Tak przynajmniej ja czułem, co ciekawe spotykam się z tym poglądem dość często np. w literaturze pięknej, filmach czy też literaturze psychologicznej. A co na to Twój Mężczyzna?

> Ja się nie obawiam - ja wytykam fakt, że pewne przyzwyczajenie
> myślowe generują rozmaite - mniej czy bardziej formalne - ograniczenia społeczne.

A wytykaj, wytykaj. Fakt, zawsze coś za coś. Ale do rzeczy: co konkretnie proponujesz zmienić, jakie przyzwyczajenia myślowe?

>> Strasznie jesteś podejrzliwa, takiej kobiecej cechy zupełnie nie znam
> Bo tzw. "kobiece cechy" to w znacznej mierze konstrukt kulturowy.

"Znacznej", przynamniej to. Uspokajasz mnie

>> Piszę tu o pewnym archetypie, uniwersalnym ojcu i uniwersalnym synu.
>Archetypy bywają przydatne (i to nie zawsze) w literaturze.

Niekoniecznie. Carl Gustaw Jung

>>>> No i rzecz jasna, ojcowie uczą młodego syna jak postępować z kobietą
>>> A jak postępować z kobietą?
>> Czemu pytasz? Potrzebne Ci to do czegoś?
> Nie. Domyślam się kolejnych stereotypów po prostu.

Ok, Twój pogląd.

> zacząłeś "przygodę" z naukową perspektywą tematu od pracy gorliwego
> katolika powszechnie krytykowanej przez środowiska naukowe.

Niekoniecznie. Widzę że próbujesz mi na siłę przypiąć pewną łatkę. Religia katolicka (a tym bardziej gorliwa) nie ma tu nic do rzeczy. Mój pogląd opieram na dobru dziecka i jego zdrowiu, o którym traktuje w tym kontekście m.in. psychologia rozwojowa. Na tyle biorę jej argumenty pod uwagę, na ile jest mi znana.

łącząc pozdrowi

---
09-12-2012 16:46 
 Ocena 9 na 9
liliac (147340 punktów)
>To co piszesz kojarzy mi się z inżynierią dusz. To już zdaje się było, a jak pamiętam nie skończyło się zanadto sukcesem.

Stwierdzenie, że wzorce osobowe prezentowane przez rodziców niekoniecznie muszą być dla konkretnego dziecka optymalne kojarzy ci się z inżynierią dusz? To interesujące.

A czymże innym od "inżynierii dusz" (tyle, że społecznie powszechnie akceptowanej) jest wychowywanie zgodnie z aktualną wizją męskości i kobiecości? Po prostu do tej konkretnej formy inżynierii społecznej jesteś przyzwyczajony.

>> Czy nie uważasz, że siłą rzeczy po kilku latach takiej selektywnej
>> hodowli należy się spodziewać pewnych różnic pomiędzy
>> kilkuletnimi ludźmi?
>Coś ich musi formatować i robi to właśnie taka a nie inna kultura społeczna.
>Dlaczego tą naszą akurat kwestionujesz? Co chciałabyś w niej zmienić?

Nie wiem skąd koncepcja niezbędnego formatowania płciowego od wczesnego dzieciństwa. Czy brak odrębnych względem dzieci różnych płci oczekiwań to już formatowanie? Czy nie pozwala w większym stopniu na indywidualny rozwój dziecka?

>Czy widzisz jakieś inne, lepsze wzorce np. w innych krajach?

Owszem. Podoba mi się odchodzący od formatowania płciowego model skandynawski.

>> zatem dziewczynki uczestniczące w postrzeganych jako chłopięce
>> zabawach będą zapewne rzadszym zjawiskiem.
>Z dwóch powodów. Mają po prostu mniej testosteronu więc się mniej wytarzają

I mówisz, że to poziom hormonów u dziecka determinuje odmienny stosunek rodziców do dziury w spodniach u dziewczynek i u chłopców? To ciekawe.

Jeśli dobór zabaw i zabawek miałby być naturalną pochodną płci, zróżnicowanie wychowawcze nie byłoby potrzebne, tymczasem spokojni i "grzeczni" chłopcy oraz aktywne, "niegrzeczne" dziewczynki nadal się zdarzają, a społeczeństwo nadal usiłuje formatować ich nieco na siłę. Daj dzieciom podobne, swobodne warunki bazowe i niech się rozwijają charakterologicznie niezależnie od twojej/społecznej wizji kobiecości i męskości.

>A drugi powód - formatowanie i oczekiwania. Lecz czy one są zawsze złe?

A czy są potrzebne? I czy są właściwe (korzystne dla dzieci)? Ważne jest czy "zawsze złe" czy tylko "czasami"? Dlaczego dla chłopca ma być lepszy samochodzik i młotek, a dla dziewczynki wózek i lalka?

>> A do tego między innymi sprowadza się narzekanie na
>> brak odpowiednich wzorców męskich i żeńskich. Do konserwowania
>> wzorców kulturowych, które wcale nie są dla każdego optymalne.
>Jeszcze sie taki nie narodził, co by wszystkim dogodził.

Rzucasz strasznymi truizmami, podczas gdy ja zadaję ci pytania, zakładając, że się nad nimi zastanowisz.

>Oczywiście że nie są dla każdego, bo każdy jest trochę inny i dobrze by było, aby w określonym wieku tej wolności poznawał coraz to więcej i aby z tego formatowania w końcu się uwolnił.

Jasne. Niewątpliwie łatwiej mu będzie, jeśli formatowano go i wciskano w rameczki od niemowlęctwa. Bo i różowe śpioszki, i różowy kucyk dla dziewczynki to najlepszy sposób uczenia optymalnych "ról społecznych". Do czego konkretnie ma ta różowość i wózeczek z lalkami dziewczynkę przygotowywać poza funkcją rozpłodowo-dekoracyjną?

>> Pomiędzy ludźmi zasadniczo występują różnice. Które z nich
>> chciałbyś przypisać konkretnie poszczególnym płciom? Konkretnie
>> - które cechy zachowania są specyficznie męskie, a które specyficznie kobiece?
>Podam dwa podstawowe:
>Pełna empatii i wrażliwości umiejętność opiekowania się noworodkiem, do tego potrzeba cech typowo matczynych. Ojciec nigdy nie będzie w tym wystarczająco dobry.

To znaczy - konkretnie w czym nie będzie dobry poza karmieniem sutkiem? Nie potrafi dziecka wykąpać, ubrać czy poświęcić kilku chwil, by z nim pochodzić, kiedy płacze? Nie umie ubrać niemowlaka, pogrzać zupki czy podać smoczka? W znajomych rodzinach ojcowie dysponują tego typu umiejętnościami - sugerujesz, że są wybitnie zdolni? Moja kuzynka wykąpała po raz pierwszy swoje dziecko po kilku miesiącach od porodu, gdy się pokłóciła z mężem i ten - zirytowany - wyszedł z domu na cały wieczór.

Ja osobiście dzieci nie lubię, zwłaszcza na etapie niemowlęcym. Dziecko nie interesuje mnie do momentu, kiedy jest w stanie formułować zdania.
Nadal posługujesz się stereotypami. Od ojców rzadziej wymaga się opieki nad małym dzieckiem, to jednak nie znaczy, że się do niej nie nadają. Od matek się wymaga i standardowo oczekuje, czego nie zmieniają nawet zaskakująco dla niektórych częste przypadki poporodowych zaburzeń depresyjnych czy psychotycznych.

>Niektóre z nich z resztą już pisałem. Odrzuciłaś.

Yhm. Wszystkie zalatują stereotypem i uwarunkowaniami społecznymi. To trochę tak, jak z rzekomo gorszą wyobraźnią przestrzenną u kobiet.

>Spokojnych chłopców jest statystycznie mniej, niż spokojnych dziewczynek (na zewnątrz, bo w środku - tak gdzieś słyszałem, ale nie wiem czy to prawda - już bywa zdecydowanie różne)

A w jaki sposób wpływa to na uzależnianie akceptowalnych rozmiarów "klosza" od płci dziecka?

>Dla mnie w ogóle klosz ma raczej wydźwięk negatywny. To, co dla 10 letniego chłopca może dać mu jego matka jest dla niego później mniej cenne, niż to co daje mu ojciec.

Prywatna opinia bez obiektywnego pokrycia w rzeczywistości, za to z dużym pokryciem w stereotypie. Wybacz. Nie jesteś w stanie zweryfikować, co może dać konkretnemu dziecku konkretny ojciec czy konkretna matka. I nie możesz ocenić, co będzie temu konkretnemu dziecku przydatne. Natomiast danych statystycznych powyższe oceniających po prostu nie ma.

>Matka w tym wieku, jak i późniejszym pociąga za sobą dla chłopca bardziej ograniczenia (to stąd ten klosz). Tak przynajmniej ja czułem, co ciekawe spotykam się z tym poglądem dość często np. w literaturze pięknej, filmach czy też literaturze psychologicznej.

Ta matka to też wytwór społeczeństwa. I efekt formatowania, które krytykuję. I chyba w coraz mniejszym stopniu standard.
Ojciec Mężczyzny nie wtrącał się do wychowywania dzieci. Ewentualnie egzekwował kary.

>A wytykaj, wytykaj. Fakt, zawsze coś za coś. Ale do rzeczy: co konkretnie proponujesz zmienić, jakie przyzwyczajenia myślowe?

Ja proponuję maksymalnie ograniczyć przyzwyczajenia myślowe w tej kwestii.

Od przyzwyczajeń myślowych poprzednich epok się jakoś zdołaliśmy odzwyczaić. Nie tak dawno jeszcze nie do pomyślenia była dziewczynka lekarka, obecnie dziwą jeszcze te zajmujące się chirurgią. Przestaje być standardem, że kobieta zajmuje się domem, a mężczyzna pracuje, chociaż mężczyzna, który zostaje w domu przy pracującej kobiecie nadal dziwi. Sensu standardu wychowywania dziewczynki na różową kokietkę z wózeczkiem czy wytykania chłopcu, że się maże "jak baba" jakoś nie widzę.

>>> Piszę tu o pewnym archetypie, uniwersalnym ojcu i uniwersalnym synu.
>>Archetypy bywają przydatne (i to nie zawsze) w literaturze.
>Niekoniecznie. Carl Gustaw Jung

De facto literatura. Przecież nie nauka.

>> zacząłeś "przygodę" z naukową perspektywą tematu od pracy gorliwego
>> katolika powszechnie krytykowanej przez środowiska naukowe.
>Niekoniecznie. Widzę że próbujesz mi na siłę przypiąć pewną łatkę.

Nie, nie usiłuję. To, na co się powołałeś jest obserwowalnym faktem, podobnie jak to, że nie trzeba było intensywnie szukać, by znaleźć zastrzeżenia do tego badania.


"...a świniobicie, łaskawa pani, to to samo, jak kiedy ksiądz odprawia mszę świętą, bo zawsze idzie o krew i o mięso, czyli ciało." (B. Hrabal, "Postrzyżyny")
Jacek Głodzik (35558 punktów)
Trochę się nakręcasz liliac, wnoszę to m.in. po ilości retorycznych pytań.
Odczuwam, że nasze pisanie tymczasowo przestaje być frajdą.
Zakończmy to, zanim każde z nas okopie się na z góry upatrzonych pozycjach (o ile już sie tak nie stało) i zacznie strzelać.
Niech bedzie tak, że pokazalaś mi którędy droga.
łącząc pozdrowienia

---
11-12-2012 17:00 
 Ocena 5 na 5
liliac (147340 punktów)
>Trochę się nakręcasz liliac, wnoszę to m.in. po ilości retorycznych pytań.

Większość z nich nie miała być retoryczna, ale - oczywiście - nikt cię nie zmusza do rozmowy.

"...a świniobicie, łaskawa pani, to to samo, jak kiedy ksiądz odprawia mszę świętą, bo zawsze idzie o krew i o mięso, czyli ciało." (B. Hrabal, "Postrzyżyny"
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> ale - oczywiście - nikt cię nie zmusza do rozmowy.

Nie jest w stanie
pozdrowienia

---
vifix (2315 punktów)
>Nie mówię o bezpośrednich naciskach, tylko o pewnym formatowaniu, które odbywa się niejako od kołyski. Są inne ciuszki dla noworodków i niemowląt innej płci, inne zabawki i inne oczekiwania społeczne, a stąd - inne wzorce wychowawcze.

Uważasz, że to źle? A jaki model Ty byś zaproponowała? Kupowałabyś swoim dzieciom te same zabawki (przy założeniu, że byłby to chłopiec i dziewczynka)?

>U chłopców zupełnie inaczej postrzega się bijatyki i porwane, brudne spodnie niż u dziewczynek,

A nie myślisz, że to może mieć związek z faktem, iż to mężczyźni zawsze bronili dobytku swoich rodzin przed agresorem? Uczestniczyli w bitwach na polu walki itd?
08-12-2012 21:44 
 Ocena 10 na 10
Ania. (14138 punktów)
>>Nie mówię o bezpośrednich naciskach, tylko o pewnym formatowaniu, które odbywa się niejako od kołyski. Są inne ciuszki dla noworodków i niemowląt innej płci, inne zabawki i inne oczekiwania społeczne, a stąd - inne wzorce wychowawcze.
>Uważasz, że to źle? A jaki model Ty byś zaproponowała? Kupowałabyś swoim dzieciom te same zabawki (przy założeniu, że byłby to chłopiec i dziewczynka)?
Nie widzę w tym nic złego.
O ile te same zabawki dzieci interesują, bo bez sensu jest wciskać dziewczynkom samochody, jeśli marzą o lalkach.
Ale nie ma niczego złego w kupnie dziewczynce małego technika, jeśli lubi skręcać konstrukcje, a w kupnie misia chłopcu, jeśli misia chce dostać.

>>U chłopców zupełnie inaczej postrzega się bijatyki i porwane, brudne spodnie niż u dziewczynek,
>A nie myślisz, że to może mieć związek z faktem, iż to mężczyźni zawsze bronili dobytku swoich rodzin przed agresorem? Uczestniczyli w bitwach na polu walki itd?
Oczywiście, ale nie wiem, czy te pierwotne instynkty należy wzmacniać. Ja raczej ukierowałabym je jakoś sensownie.
Zresztą... zawsze byłam druga od końca w skali czystości w moim gronie dzieciaków. Więc coś z tym brudzeniem za bardzo też się nie zgadza. Dzieci są różne i zamiast wciskać je w dwa szablony - poznajmy je i wzmacniajmy fajne cechy i fajne zachowania.
To naprawdę nie jest tak, że dziewczynki są takie a chłopcy tacy. Są różni.
vifix (2315 punktów)
>Nie widzę w tym nic złego.
>O ile te same zabawki dzieci interesują, bo bez sensu jest wciskać dziewczynkom samochody, jeśli marzą o lalkach.
>Ale nie ma niczego złego w kupnie dziewczynce małego technika, jeśli lubi skręcać konstrukcje, a w kupnie misia chłopcu, jeśli misia chce dostać.

Bo to też inaczej wygląda w przypadku wychowywania przez rodziców i przez szkołę. Często słyszałem pretensję, że szkoła uczy poprzez przedstawianie rysunków na których jest np. Pan strażak, Pan górnik, Pan budowniczy. Moim zdaniem nie ma w tym nic złego natomiast rolą rodzica jest uświadomić dziecko, że na budowie może spotkać również panie, aby potem się nie zdziwiło co ta pani na budowie robi.

>Oczywiście, ale nie wiem, czy te pierwotne instynkty należy wzmacniać. Ja raczej ukierowałabym je jakoś sensownie.

Tak, ale tutaj wolną drogę mają już rodzice, którzy wpajają swoim dzieciom wzorce na podstawie własnej wiedzy i doświadczenia. Robią to, bo sądzą, że to dla dobra dziecka i w dużym stopniu mają rację.

>Dzieci są różne i zamiast wciskać je w dwa szablony - poznajmy je i wzmacniajmy fajne cechy i fajne zachowania.

Tylko, że o ile na poziomie domu rodzinnego to jest relatywnie proste (choć zdarzają się tacy rodzice, którzy w ogóle swego dziecka nie znają) o tyle na poziomie szkoły, gdzie pod opieką jest kilkanaście dzieci jest to niemożliwe.
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Często słyszałem pretensję, że szkoła uczy poprzez
> przedstawianie rysunków na których jest np. Pan strażak,
> Pan górnik, Pan budowniczy. Moim zdaniem nie ma w tym
> nic złego natomiast rolą rodzica jest uświadomić dziecko,
> że na budowie może spotkać również panie, aby potem się
> nie zdziwiło co ta pani na budowie robi.

W praktyce to jest tak, że na mojej budowie tutaj (jestem obecnie w Rosji) spotkałem.. w ubiegły czwatek jedną, jedyną panią. A tych budów już trochę "zaliczyłem" i wszędzie było to samo (w Polsce, w Chinach a od kolegów wiem to samo z Holandi, Arabi)

Niedawno rozmawiałem o kwestii rekrutacji ze znajomym biznesmenem (ma w Krakowie niewielką firmę informatyczną, zatrudnia około 30 osób). Z niechęcią, ale jadnak powiedział, że zdecydowanie mniej przyjmuje kobiet, bo są w programowaniu mniej efektywne.

Może jednak są zawody, w których nieco lepiej się będzie sprawadzała statystyczna kobieta, a w innych statystyczny mężczyzna?
Nie ulegajmy jednak stereotypom: ciekawe, że w Chinach w biurze inżynierskim gdzie pracowałem 0.5 roku kobiet i mężczyzn jest pół na pół, zdecydowanie więcej niż w analogicznym biurze u nas w Poslce. Ciekawe jak to się będzie w przyszłości zmieniać.
łącząc pozdrowienia

---
09-12-2012 19:28 
 Ocena 1 na 1
vifix (2315 punktów)
>W praktyce to jest tak, że na mojej budowie tutaj (jestem obecnie w Rosji) spotkałem.. w ubiegły czwatek jedną, jedyną panią. A tych budów już trochę "zaliczyłem" i wszędzie było to samo (w Polsce, w Chinach a od kolegów wiem to samo z Holandi, Arabi)

Bo generalnie ciężko jest kobietę na budowie spotkać. Jak już to na stanowisku inżyniera. Nie zmienia to faktu, że można spotkać kobietę na budowie, choć bardzo rzadko. Najczęściej w biurze parzą kawę i odbierają telefony

>Niedawno rozmawiałem o kwestii rekrutacji ze znajomym biznesmenem (ma w Krakowie niewielką firmę informatyczną, zatrudnia około 30 osób). Z niechęcią, ale jadnak powiedział, że zdecydowanie mniej przyjmuje kobiet, bo są w programowaniu mniej efektywne.

No i właśnie na wolnym rynku weryfikuję się zazwyczaj prawdziwa przydatność kobiet na określonych stanowiskach. Przecież żaden pracodawca nie zrezygnuje z pracownika kobiety, tylko dlatego, że jest kobietą, o ile ma określone umiejętności.

>Nie ulegajmy jednak stereotypom: ciekawe, że w Chinach w biurze inżynierskim gdzie pracowałem 0.5 roku kobiet i mężczyzn jest pół na pół, zdecydowanie więcej niż w analogicznym biurze u nas w Poslce. Ciekawe jak to się będzie w przyszłości zmieniać.

Ciężko powiedzieć, z czego to wynika. Może z edukacji? Chiny to generalnie bardzo dziwny kraj z ich polityką jednego dziecka.
Ciekaw jestem czy w chinach też się sprawdzi taki (japoński) pomysł na biznes:
gameplay.pl/news.asp?ID=72330
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Nie zmienia to faktu, że można spotkać kobietę na budowie,
> choć bardzo rzadko. Najczęściej w biurze parzą kawę i
> odbierają telefony

Trochę tak, a trochę nie, z mojej autopsji: na stanowisku specjalisty ds BHP, asystentka szefa budowy, inżynier sprawujacy nadzór autorski, czasem kierownik budowy (żona kumpla w innej firmie) lub z rzadka kierownik projektu (całego - raz się zdarzyło, była stosunkowo kiepska)

> żaden pracodawca nie zrezygnuje z pracownika kobiety,
> tylko dlatego, że jest kobietą, o ile ma określone umiejętności.

Dokładnie. Zdarzyło mi się też mieć podwładne kobiety. Cóż mogę powiedzieć: z zalet czasem bardzo duża dokładność, czasem taka sobie ale, niekiedy kłopoty z pola "public relations". Były jednak i kobiety, które chwaliłem
i podziwiałem (np. za umiejętnosc asertywnego walczenia o swoje i dbania o ludzi)
Ogólnie mam wrażenie, ze w Polsce, ale i za granicą na stanowiskach typowo inżynierskich kobietom brakuje pewnych zdolnosci mękkich typu PR (szczególnie w Chinach, które pod tym względem są wciaż nieco zacofane, nie tylko jeśli chodzi o płeć piękną, ale i brzydką) a nadrabiają to swoją pilnością oraz większą determinacją niż mężczyźni, którzy jak im się coś odwidzi, gotowi odejść z dnia na dzień.
Pokutuje też chyba niższa pewność siebie.

> Ciężko powiedzieć, z czego to wynika. Może z edukacji?
> Chiny to generalnie bardzo dziwny kraj z ich polityką jednego dziecka.

Może, ale chyba jeszcze dziwniejsza jest Japonia vide artykuł który podlinkowałeś (japoński pomysł na biznes)
Dla mnie to jest trochę szok, o co w tym właściwie chodzi?
lącząc pozdrowienia

---
vifix (2315 punktów)
>Dokładnie. Zdarzyło mi się też mieć podwładne kobiety. Cóż mogę powiedzieć: z zalet czasem bardzo duża dokładność, czasem taka sobie ale, niekiedy kłopoty z pola "public relations". Były jednak i kobiety, które chwaliłem
>i podziwiałem (np. za umiejętnosc asertywnego walczenia o swoje i dbania o ludzi)
>Ogólnie mam wrażenie, ze w Polsce, ale i za granicą na stanowiskach typowo inżynierskich kobietom brakuje pewnych zdolnosci mękkich typu PR (szczególnie w Chinach, które pod tym względem są wciaż nieco zacofane, nie tylko jeśli chodzi o płeć piękną, ale i brzydką) a nadrabiają to swoją pilnością oraz większą determinacją niż mężczyźni, którzy jak im się coś odwidzi, gotowi odejść z dnia na dzień.

Ja w technikum i na studiach miałem zdecydowaną dominację kobiet. Jak tak sobie myślę, o tych wszystkich osobach, z którymi się kształciłem, to mam raczej złe zdanie o kobietach. Jeżeli miałbym decydować o zatrudnieniu na jakieś poważniejsze stanowisko to zdecydowałbym się wybrać tylko parę kobiet z tej ok setki, z którymi miałem kontakt na studiach i w technikum. A z mężczyzn to byłoby pewnie ok 35% z tych kilkunastu osób.
Mam wrażenie, że problemem większości kobiet jest to, że nie interesują się "poważniejszymi sprawami" takimi jak ekonomia, polityka, gospodarka. Z moich obserwacji wynika, że kobiety zazwyczaj interesują się gotowaniem, kosmetykami, związkami damsko-męskimi, plotkowaniem. Rzadko słyszałem w grupie kobiet rozmowy na inny temat. Myślę więc, że to też jest jakaś przyczyna ich problemów na rynku pracy, ponieważ jak ktoś się nie interesuję daną dziedziną, to trudniej jest mu nadrobić później takie zaległości, tym bardziej, że musi się do tego zmuszać. Przesłuchiwałem już niejedną kobietę na rozmowie kwalifikacyjnej i miałem wrażenie, że musiałbym ją uczyć podstaw rynku, by mogła efektywnie pracować. Mężczyźni wydawali się być jakoś bardziej zainteresowani tematem

>Może, ale chyba jeszcze dziwniejsza jest Japonia vide artykuł który podlinkowałeś (japoński pomysł na biznes)
>Dla mnie to jest trochę szok, o co w tym właściwie chodzi?

O spanie obok dziewczyny Zapewne ma to zaspokajać w jakiś sposób potrzebę bliskości.
Generalnie Japonia ma duży demograficzny problem a młodym japończykom szkoda czasu na flirt i inne podchody.
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Myślę więc, że to też jest jakaś przyczyna ich problemów na rynku
> pracy, ponieważ jak ktoś się nie interesuję daną dziedziną, to trudniej
> jest mu nadrobić później takie zaległości, tym bardziej, że musi się
> do tego zmuszać.

Mam podobne zdanie do Ciebie. Generalnie zauważyłem podobne zaleznosci, że kobieta jest bardziej skierowana na ludzi, a mniej na "obcowanie" z maszyną lub konstrukcją.
Trochę w swoim życiu interesowałem się rozwojemi i uczestniczyłem w różnych stażach, warsztatach psychologiczno-rozwojowych np. z inteligencji emocjonalnej, pracy z traumą, pracy z ciałem itp.
Zadziwiające jest to, ze z reguły nas facetów było tam ok 10% a kobiet 90%. Spostrzeżenia te powterdza i moja siostra (ku jej rozczarowaniu).

> Przesłuchiwałem już niejedną kobietę na
> rozmowie kwalifikacyjnej i miałem wrażenie, że musiałbym ją uczyć
> podstaw rynku, by mogła efektywnie pracować. Mężczyźni wydawali
> się być jakoś bardziej zainteresowani tematem

To widzę niezły kozak z Ciebie! W tym wieku i już szef?

> O spanie obok dziewczyny Zapewne ma to zaspokajać w
> jakiś sposób potrzebę bliskości.

Wiem wiem, zastanawiam się tylko jak oni mogli tam tak zwyczajnie zasnać.. (pomijając już kwestie moralne oraz światopoglądu). Dziwny naród.

> Generalnie Japonia ma duży demograficzny problem
> a młodym japończykom szkoda czasu na flirt i inne podchody.

To się zgadza. Kult pracy i perfekcja jej wykonania zbierają olbrzymie negatywne żniwo (depresje, samobójstwa, pobieżnośc relacji itp)
Myślę że ze względu na tamtejsze przeludnienie tymczasowy problem demograficzny dobrze im zrobi,
łącząc pozdrowienia

---
10-12-2012 10:09 
 Ocena 1 na 1
vifix (2315 punktów)
>Mam podobne zdanie do Ciebie. Generalnie zauważyłem podobne zaleznosci, że kobieta jest bardziej skierowana na ludzi, a mniej na "obcowanie" z maszyną lub konstrukcją.

Myślę, że podobnie jest z polityką. Feministki chcą na siłę wpychać kobiety na lisy wyborcze podczas, gdy one tego nie chcą. Naprawdę rzadko kiedy spotyka się kobietę, która interesowałaby się polityką. A przecież osoby tworzące listy wyborcze to nie są samobójcy, to jest przecież najzwyklejszy biznes i gdyby widzieli w kobietach potencjał do dostania się do sejmu, to pewnie by je wpisali. A wpisują po protu te osoby, które mają największą szansę pozyskać jak najwięcej głosów.

>To widzę niezły kozak z Ciebie! W tym wieku i już szef?

Wystarczy zarejestrować działalność gospodarczą. To nic trudnego

>To się zgadza. Kult pracy i perfekcja jej wykonania zbierają olbrzymie negatywne żniwo (depresje, samobójstwa, pobieżnośc relacji itp)
>Myślę że ze względu na tamtejsze przeludnienie tymczasowy problem demograficzny dobrze im zrobi,

Ja osobiście japończyków bardzo lubię, podoba mi się ich szacunek do drugiego człowieka i sposób, w jaki okazują sobie uprzejmości. Nie jest to generalnie tak drapieżny naród jak my, czy amerykanie. Również firmy działają w bardziej etyczny sposób, choć, gdy patrzy się na perspektywę bankructwa tak kultowej firmy jak sony, to dochodzi się do wniosku, że etyka nie popłaca.
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> przecież osoby tworzące listy wyborcze to nie są
> samobójcy, to jest przecież najzwyklejszy biznes i
> gdyby widzieli w kobietach potencjał do dostania
> się do sejmu, to pewnie by je wpisali. A wpisują po
> protu te osoby, które mają największą szansę pozyskać
> jak najwięcej głosów.

Generalnie nie mam z tym środowiskiem osobiscie styczności, ale myślę że coś na rzeczy może być.
Wyobrażam sobie to tak, że w zależności jaka grupa w danej chwili opanowała np. Prezesa Kaczyńskiego (damska albo męska) to takie panie i ich koleżanki (lub panowie i koledzy) są od dołu promowani. Kiedyś pani Beata Kempa, tuż przed wyrzuceniem z PiSu została odgórnie wsadzona na szefową okręgu, bodajże łódzkiego, choć nic z tym okręgiem dotąd wspólnego nie miała.
Tambylcy (mężczyźni) prostestowali. I słusznie.
U nas chyba nie ma takiej swobody, żeby meżczyzna z kobietą się dogadywał i vice wersa. Każdy trzyma swoją stronę, a drugiej albo się boi, albo nie rozumie.

> Ja osobiście japończyków bardzo lubię, podoba mi się ich
> szacunek do drugiego człowieka i sposób, w jaki okazują sobie
> uprzejmości. Nie jest to generalnie tak drapieżny naród jak my,
> czy amerykanie. Również firmy działają w bardziej etyczny sposób,
> choć, gdy patrzy się na perspektywę bankructwa tak kultowej firmy
> jak sony, to dochodzi się do wniosku, że etyka nie popłaca.

To się zgadza. Koledzy i koleżanki z pracy, którzy byli tam w latach 90tych parę lat, bardzo sobie chwalili i ten szacunek, i to poukładanie w firmie, z którą wtedy współpracowaliśmy. Wszystko nieomal było perfekcyjne.
Tylko człowiek taki jakiś wysysany trybik.. zupełnie jak w Matrixie
pozdrowienia

---
vifix (2315 punktów)
>Generalnie nie mam z tym środowiskiem osobiscie styczności

Ja też nie

>Wyobrażam sobie to tak, że w zależności jaka grupa w danej chwili opanowała np. Prezesa Kaczyńskiego (damska albo męska) to takie panie i ich koleżanki (lub panowie i koledzy) są od dołu promowani.

No ja też sobie mogę coś takiego wyobrazić, no ale skoro taka jest decyzja szefa partii. Kogokolwiek on chcę promować, nie wyobrażam sobie aby działał na szkodę własnej partii, a celem partii jest zebranie jak największej liczby głosów. Może podejmuję czasami inne decyzję, gdyż uważa, że to nie zaszkodzi partii, podobnie jak robi to szef zatrudniając ładną asystentkę, bo wie, że jej niekompetencja nie zaszkodzi firmie, a przyjemniej mu się pracuję z ładną dziewczyną.

>To się zgadza. Koledzy i koleżanki z pracy, którzy byli tam w latach 90tych parę lat, bardzo sobie chwalili i ten szacunek, i to poukładanie w firmie, z którą wtedy współpracowaliśmy. Wszystko nieomal było perfekcyjne.

Pamiętam jak kiedyś w wiadomościach mówili o zapotrzebowaniu na inżynierów w państwach arabskich. Jakiś polski inżynier się tam wypowiadał mówiąc, że polacy sprawdzają się tam bo są przygotowani na ekstremalne warunku typu: nic nie jest na czas, nie ma towaru, nie ma odpowiednich ludzi, nikt się na niczym nie zna, generalnie całkowity chaos.
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> no ale skoro taka jest decyzja szefa partii. Kogokolwiek on chcę
> promować, nie wyobrażam sobie aby działał na szkodę własnej
> partii, a celem partii jest zebranie jak największej liczby głosów

No własnie. Feministkom się wydaje, że wiedzą lepiej co jest dobre, nawet od szefa partii.
Pozostaje więc tylko założyć przez nie partię "żeby słowo stało się ciałem", czekam na to z niecierpiwością od lat.. nie mogę sie doczekać

> kiedyś w wiadomościach mówili o zapotrzebowaniu na inżynierów
> w państwach arabskich. Jakiś polski inżynier się tam wypowiadał
> mówiąc, że polacy sprawdzają się tam bo są przygotowani na
> ekstremalne warunku typu: nic nie jest na czas, nie ma towaru,
> nie ma odpowiednich ludzi, nikt się na niczym nie zna, generalnie całkowity chaos.

W państwach arabskich od lat 80tych pracowały setki, o ile nie tysiące polskich inżynierów i robotników. Libia, Iran, Arabia Saudyjska, Irak.
Chaos moze nie, z tych opowieści co znam wyłania się dość ciekawy obraz /np. na oficjalnym protokole przyczyn pożaru transformatora "Bóg tak chciał"/, ale to już temat na inną dyskusję.
łącząc pozdrowienia

---
vifix (2315 punktów)
>Pozostaje więc tylko założyć przez nie partię "żeby słowo stało się ciałem", czekam na to z niecierpiwością od lat.. nie mogę sie doczekać

Jak to nie możesz się doczekać:
pl.wikipedia.org/wiki/Partia_Kobiet

>Chaos moze nie, z tych opowieści co znam wyłania się dość ciekawy obraz /np. na oficjalnym protokole przyczyn pożaru transformatora "Bóg tak chciał"/, ale to już temat na inną dyskusję.

No właśnie. Dokładnie tak jest:

"Podejście do pracy w tej części świata można określić jednym słowem: Insha'Allah. Jak zdążę, to dobrze, jak nie zdążę, to widocznie tak miało być. Nikt się tutaj nigdzie nie spieszy, nikomu nie zależy na tym, żeby osiągać jakieś ponadprzeciętne wyniki."

przewodnik(*)c-i-zyc,1,5018478,artykul.html
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Jak to nie możesz się doczekać:

Widzę, że jestem trochę nieprecyzyjny. Chodzi o zdobycie władzy.
Za wiki:
Cytat:
Wybory parlamentarne w 2011. Przed wyborami parlamentarnymi w 2011 Partia Kobiet ponownie zawarła porozumienie w sprawie startu z list SLD . Żadna z jej kandydatek nie uzyskała mandatu poselskiego. Łącznie kandydatki ugrupowania uzyskały ponad 12 tys. głosów (0,082% w skali kraju).


>"Podejście do pracy w tej części świata można określić
> jednym słowem: Insha'Allah. Jak zdążę, to dobrze, jak nie
> zdążę, to widocznie tak miało być. Nikt się tutaj nigdzie nie
> spieszy, nikomu nie zależy na tym, żeby osiągać jakieś
> ponadprzeciętne wyniki."

Ano tak właśnie. Poza tym, co tam robić oprócz pracy i spędzania czasu w hotelu? Właściwie dysponując naszym portfelem nie ma gdzie iść i nic nie wolno.
łącząc pozdrowienia
11-12-2012 17:27 
 Ocena 3 na 3
tomoyo (480 punktów)
>> Nie zmienia to faktu, że można spotkać kobietę na budowie,
>> choć bardzo rzadko. Najczęściej w biurze parzą kawę i
>> odbierają telefony
>Trochę tak, a trochę nie, z mojej autopsji: na stanowisku specjalisty ds BHP, asystentka szefa budowy, inżynier sprawujacy nadzór autorski, czasem kierownik budowy (żona kumpla w innej firmie) lub z rzadka kierownik projektu (całego - raz się zdarzyło, była stosunkowo kiepska)
>Zdarzyło mi się też mieć podwładne kobiety. Cóż mogę powiedzieć: z zalet czasem bardzo duża dokładność, czasem taka sobie ale, niekiedy kłopoty z pola "public relations". Były jednak i kobiety, które chwaliłem
>i podziwiałem (np. za umiejętnosc asertywnego walczenia o swoje i dbania o ludzi)
>Ogólnie mam wrażenie, ze w Polsce, ale i za granicą na stanowiskach typowo inżynierskich kobietom brakuje pewnych zdolnosci mękkich typu PR

Wtrącę się, bo pracuję przy projektowaniu, ale obiektów przemysłowych. W mojej firmie jest akurat dość dużo kobiet na stanowiskach projektantów i ich praca polega na projektowaniu instalacji i obiektów, a nie parzeniu kawy.. Tutaj PR nie jest szczególnie potrzebny, wiec do tego się nie odnoszę. Jeżdżą też na obiekty itd. Nie wiem jak w innych firmach z branży, ale myślę że jednak wasze opinie są nieco jednostronne. Jednak każdy ma prawo do swojej opinii(nie mylić z faktami), więc czepiać się nie będę.
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Wtrącę się, bo pracuję przy projektowaniu, ale
> obiektów przemysłowych. W mojej firmie jest
> akurat dość dużo kobiet na stanowiskach projektantów

Ciekawe, a możesz to określić procentowo? Pytam o dziły typowo inżyneirskie, spodziewam się że w księgowości i finansach bedzie raczej domena kobiet.

> i ich praca polega na projektowaniu instalacji i
> obiektów, a nie parzeniu kawy.. Tutaj PR nie jest
> szczególnie potrzebny

Rozumiem. Ja pisałem o moim grajdołku, u mnie z reguły jest. Na marginesie również pracuję w firmie zajmującej się projektowaniem gotowych instalacji przemysłowych (na bazie własnej lub cudzej technologii) + kompletacją dostaw materiałów i urządzeń oraz budową.

> Nie wiem jak w innych firmach z branży

To już wiesz ode mnie o co najmniej jednej innej.

> ale myślę że jednak wasze opinie są nieco jednostronne

A nawet na pewno. Tak samo z resztą Twoja.
Tylko statystyka by tu coś pokazała, choć nie spodziwam się, że ktoś coś takiego robi.
Ale może..
łącząc pozdrowienia

---
tomoyo (480 punktów)
>Ciekawe, a możesz to określić procentowo? Pytam o dziły typowo inżyneirskie, spodziewam się że w księgowości i finansach bedzie raczej domena kobiet.
Raczej w księgowości nie pracuje się przy projektowaniu Ponad 1/3 to kobiety w mojej pracowni(instalacje, maszyny, sterowanie itd.), a u budowlańców to ciężko mi powiedzieć, wydaje się że podobnie. Facetów jest więcej, ale nie jest to jakaś przytłaczająca większość.
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Raczej w księgowości nie pracuje się przy projektowaniu

Dobra dobra, firma to również księgowość

> Ponad 1/3 to kobiety w mojej pracowni(instalacje, maszyny,
> sterowanie itd.), a u budowlańców to ciężko mi powiedzieć,
> wydaje się że podobnie. Facetów jest więcej, ale nie
> jest to jakaś przytłaczająca większość.

Rozumiem. U mnie u budowlańców będzie dużo kobiet, jakoś 2/5. U mechaników chyba coś jak u Ciebie. W pracowni automatyki zdecydowanie mniej kobiet - około 1/5, w elektrycznej też 1/5.
W dziale technologicznym kobiet jest wiecej, może nawet 1/2.

Jako ciekawostkę podam, że w działach finansowych tzn księgowoci, kontrolingu, płac oraz HR oceniam że kobiet jest 4/5.
Nigdy nie rozumiałem dlaczego przy najmniej u nas na budowach kobiet się prawie nie spotyka (oprócz sekretarek względnie tłumaczek i od przypadku do przypadku panie ds. BHP)
Masz na to może jakąś swoją teorię?
pozdrowienia

---
12-12-2012 20:48 
 Ocena 1 na 1
tomoyo (480 punktów)
>Masz na to może jakąś swoją teorię?
Nie , jeszcze z krótko pracuję i nie zwróciłam na to uwagi bo sama nie jeżdżę ale akurat w moim przypadku wynika to z tego, że obecnie pracuję nad nowymi technologiami, które dopiero będą wdrażane
08-12-2012 22:38 
 Ocena 10 na 10
i.czaplicka (5782 punktów)

>Uważasz, że to źle? A jaki model Ty byś zaproponowała? Kupowałabyś swoim dzieciom te same zabawki (przy założeniu, że byłby to chłopiec i dziewczynka)?
My z siostra bylysmy wsciekle, jak dostawalysmy lalki. Od dalszej rodziny i znajomych, bo najblizsi wiedzieli, co nam kupic. Koniki, pieski, ksiazki. Przygodowe - Verne, Szklarski, Centkiewicze. Przyrodnicze- Zabinski, Grzimek. Lem.
"Ani z Zielonego Wzgorza" nie udalo mi sie przeczytac ani w dziecinstwie, ani pozniej. Bylam znudzona po paru stronach.
Wracajac do lalek - ciocia byla zszokowana tym, co zrobilysmy z prezentem - sznurek na szyje i "wiatraczek".
>A nie myślisz, że to może mieć związek z faktem, iż to mężczyźni zawsze bronili dobytku swoich rodzin przed agresorem? Uczestniczyli w bitwach na polu walki itd?
Kiedy ostatnio widziales na ulicy mamuta?
09-12-2012 10:10 
 Ocena 1 na 1
vifix (2315 punktów)
>Wracajac do lalek - ciocia byla zszokowana tym, co zrobilysmy z prezentem - sznurek na szyje i "wiatraczek".

A dziwisz się? Nie zaniepokoiło by Cię gdyby Twoje dziecko rysowało śmierć?

>Kiedy ostatnio widziales na ulicy mamuta?

Hmm... w sklepie?
09-12-2012 11:40 
 Ocena 4 na 4
i.czaplicka (5782 punktów)

>A dziwisz się? Nie zaniepokoiło by Cię gdyby Twoje dziecko rysowało śmierć?
To byl protest przeciwko roli grzecznych dziewczynek.
Jedna z najlepszych zabaw dziecinstwa- na poligonie w Stawach k.Deblina. Ojciec ze stryjkiem wzieli nas (jakies 5-6 lat),naszego mlodszego kuzyna, kbks( dla dzieci) pistolet tetetke(dla doroslych,nazwy nie jestem pewna, bylam za mala) i pare paczek naboi. Oboje panowie dobrze wypici.
Kiedys drugi syn stryjka, ten z kolei starszy o rok, obiecal nam pokazac prawdziwe rakiety. Rakieta nam sie kojarzyla z Sojuzem czy Apollo. Bylysmy rozczarowane- to byly jakies dziala.
Z kuzynem od strony Mamy -odpalanie patronow gorniczych, lazenie po dachach, straszenie grzecznych kuzynek zdechla swinia. I wspolna pasja - zwierzeta. Konie, psy, golebie, nawet kury i swinie.
Zawsze bardzo zle odczuwalam narzucanie mi "kobiecej" roli. Ze zawsze musze byc czysta, grzeczna, nie upierac sie przy swoim, bo dziewczynce "nie wypada". To mi zostalo do dzisiaj, siostrze tez.
09-12-2012 11:52 
 Ocena 1 na 1
vifix (2315 punktów)
>Ze zawsze musze byc czysta, grzeczna, nie upierac sie przy swoim, bo dziewczynce "nie wypada". To mi zostalo do dzisiaj, siostrze tez.

Mnie ten "argument" również bardzo drażni. Od pewnego czasu próbuję tłumaczyć ludziom krytykującym niewiedzę, osób występujących w "Matura to bzdura", że nie muszą tego wiedzieć, a "argumenty" jakie dostaję to: muszą, bo tak wypada
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Zawsze bardzo zle odczuwalam narzucanie mi "kobiecej" roli.
> Ze zawsze musze byc czysta, grzeczna, nie upierac sie przy
> swoim, bo dziewczynce "nie wypada". To mi zostalo do dzisiaj,
> siostrze tez.

Inspirujące dzieciństwo opisujesz
Tak naprawdę my faceci ( tu gównie ja z vifixem) którzy uparliśmy się o tym pisać, choć znamy temat gównie połowicznie (a propos potrzeb tęsknot gównie męskiej duszy) nie wiemy wiele o Waszych potrzebach i realnych marzeniach.
Teraz, po tych wielu krytycznych głosach kobiet zastanawiam się, co jest tak naprawdę Waszą potrzebą, inną od naszych? (bo różnice zapewne są, skoro organizuje się np, festwiale tylko dla kobiet z różnymi warsztatami, jak ten niżej).
Akurat przypomniał mi się ten festiwal, bo mam w tych "Progresteronach" czy jak to się pisze daleką koleżankę, prowadzącą niektóre z tych warsztatów.

Cytat:
Grupa wsparcia i rozwoju kobiet
Kobiety w wewnętrznej podróży
Zapraszamy do grupy wsparcia i rozwoju "Kobiety w wewnętrznej podróży" - dla kobiet poszukujących inspiracji, siły i wsparcia. Trwa jeszcze nabór do grupy Beaty Kupiec.
Zapraszamy kobiety, które szukają inspiracji, siły i wsparcia, po to aby iść w swoim życiu tam, gdzie chcą i cieszyć się większym spełnieniem w kontaktach z innymi.
Wspierająca atmosfera kobiecej grupy, stwarzająca bezpieczną przestrzeń do przyglądania się sobie i zdobywania nowych umiejętności, a wśród nich przyjmowania i dawania wsparcia. W podróż wyruszają kobiety i dziewczyny. W każdym wieku możemy szukać siebie, swoich wartości, mądrości i odwagi do życia w zgodzie z tym, co uznajemy za najważniejsze.
W czasie warsztatów będziemy się uczyć przyjmować i dawać empatię, poczujemy jej siłę, która czasem wydaje się magiczna. Będziemy oswajać lęk przed cieniem, czyli tym wszystkim, czego nie chcemy w sobie mieć i zobaczymy, jak wiedza o tym może wzbogacić nasze życie. Nauczymy się nowego spojrzenia na krytykę i krytyków - tych najbardziej nam bliskich i całkiem obcych. Potrenujemy asertywność, w której - choć trudno uwierzyć w to na słowo - możemy odmawiać i jednocześnie mówić "tak" potrzebom wszystkich zaangażowanych stron. Poszukamy w zakamarkach naszej psyche przekonań na temat seksualności, kobiecości, przypisanych nam ról i zobaczymy czy kierują nas tam, gdzie chcemy dojść i czy chcemy je zmienić? Będziemy się uczyć odróżniać głębokie potrzeby i wartości, które chcemy w życiu realizować od krótkoterminowych strategii, rzeczy dla nas istotne od mniej ważnych, aby naszą życiową energię wykorzystać tak, jak naprawdę chcemy.

Do grupy zapraszamy kobiety, które
•chcą mieć więcej pewności siebie,
•chcą dokonać zmian w swoim życiu,
•chcą realizować własne pomysły na życie,
•szukają własnych rozwiązań na kobiece dylematy,
•chcą doświadczyć empatycznego wsparcia i nauczyć się go dawać.
Praca w grupie oparta jest na Porozumieniu bez Przemocy.

Chcemy towarzyszyć kobietom w przechodzeniu przez proces poznawania i wzmacniania siebie oraz dojściu do takiego momentu, w którym życie staje się przyjemnością, nie będąc spisem zadań i ról, którym musimy sprostać. Pragniemy, żeby każda z nas umiała witać nowy dzień z radością, zaufaniem i z przekonaniem, że jest gotowa i na tyle silna, by przyjąć wszystko, co on przyniesie.


Skiopiowane z www.dojrze(*)ety_w_wewnetrznej_podrozy.html
pozdrowienia

---
09-12-2012 11:59Nie na temat 
 Ocena 3 na 3
i.czaplicka (5782 punktów)
Nie moglam sie powstrzymac. Na dowod, ze pasja pozostala. Moja siostra z dwoma adoptowanymi z Anglii exracerami- greyhoundami. Rudy pies Dusty, teraz Dustus-Plastus. Nazwa wyscigowa Drumena Wilde. Czarna suczka Polly ( Polisia, Polinka). Droopys Pansy. Prosze o wyrozumialosc dla siostry, jest nieco"zmeczona". Zdjecie robione na zjezdzie wlascicieli adoptowanych greyhoundow w Czechach. To wesole towarzystwo.


vifix (2315 punktów)
>Moja siostra z dwoma adoptowanymi z Anglii exracerami- greyhoundami.

W Polsce jest również wiele psów czekających na adopcję
Psy z Anglii są lepsze?
12-12-2012 19:21 
 Ocena 1 na 1
i.czaplicka (5782 punktów)
>>Moja siostra z dwoma adoptowanymi z Anglii exracerami- greyhoundami.
>W Polsce jest również wiele psów czekających na adopcję
>Psy z Anglii są lepsze?
Siostra pomaga na codzien. Obnizajac rachunek, lub przyjmujac za darmo. Dlatego z swoim mezczyzna nie dorobili sie majatku- maja za miekkie serca.
12-12-2012 21:06 
 Ocena 1 na 1
i.czaplicka (5782 punktów)
Kiedys ludzie przyniesli jej jerzyka - uwiazl lapka w elewacji, wisial kilka dni. Opiekowala sie nim, oczywiscie za darmo - ludzie rzucili go na stol i poszli. Wlewaie elektrolitow co godzina, w nocy tez. Siostra pracuje 7 dni w tygodniu.
09-12-2012 12:59 
 Ocena 2 na 2
Andrzej Bogusławski (52271 punktów)
.
>"Ani z Zielonego Wzgórza" nie udało mi się przeczytać ani w dzieciństwie, ani później. Byłam znudzona po paru stronach.
Przeczytałem i nie żałuje. Natomiast nie przeczytałem w dzieciństwie "Kubusia Puchatka" i żałuję do teraz.
Znajomość klasyki (nawet tej dziecięcej i młodzieżowej) ułatwia własną tożsamość kulturową, jak i porozumienie z innymi ludźmi wewnątrz tej kultury.

Pozdrawiam.

@@@
.
09-12-2012 20:13 
 Ocena 5 na 5
-jad- (18783 punktów)
>Natomiast nie przeczytałem w dzieciństwie "Kubusia Puchatka" i żałuję do teraz.

Więc przeczytaj teraz.
Ja uwielbiam Kubusia. Czytam i oglądam go z córkami ale nawet nie udaję, że robię to tylko dla nich
09-12-2012 20:25 
 Ocena 4 na 4
liliac (147340 punktów)
>>Natomiast nie przeczytałem w dzieciństwie "Kubusia Puchatka" i żałuję do teraz.
>Więc przeczytaj teraz.
>Ja uwielbiam Kubusia. Czytam i oglądam go z córkami ale nawet nie udaję, że robię to tylko dla nich

To jeszcze przeczytaj im "Dawno, dawno temu" tego samego autora. Urocze jest


"...a świniobicie, łaskawa pani, to to samo, jak kiedy ksiądz odprawia mszę świętą, bo zawsze idzie o krew i o mięso, czyli ciało." (B. Hrabal, "Postrzyżyny")
09-12-2012 20:59 
 Ocena 2 na 2
Andrzej Bogusławski (52271 punktów)
.
>>>>Natomiast nie przeczytałem w dzieciństwie "Kubusia Puchatka" i żałuję do teraz.
>Więc przeczytaj teraz.
Taki mądry to i ja jestem. Przeczytałem Szanowny Panie już dawno, ale jako człowiek dorosły i zapewniam Pana, że to wcale nie to samo.

Pozdrawiam.

@@@
.
09-12-2012 21:09 
 Ocena 2 na 2
-jad- (18783 punktów)
>Taki mądry to i ja jestem. Przeczytałem Szanowny Panie już dawno, ale jako człowiek dorosły i zapewniam Pana, że to wcale nie to samo.

Ja czytałem jako dziecko i wydaje mi się, że teraz wcale nie jest gorzej. Ekranizacje też są świetne swoją drogą.
09-12-2012 10:01 
 Ocena 12 na 12
Amai (3012 punktów)
>Uważasz, że to źle? A jaki model Ty byś zaproponowała? Kupowałabyś swoim dzieciom te same zabawki (przy założeniu, że byłby to chłopiec i dziewczynka)?

Zupelnie nie rozumiem, skąd ta potrzeba tworzenia modelu, który miałby wszystkich obowiązywać. Nie można po prostu pozwalać dziecku rozwijać się w sposób, który samo dla siebie wybiera?
Tak się składa, że ja też nigdy w życiu nie bawiłam się lalkami, chociaż moja babka szyła im coraz lepsze ubranka, żeby mnie zainteresować. Kiedy miałam sześć lat, zażyczyłam sobie pistolet, bo wszyscy koledzy już mieli (całkiem niedaleko mieliśmy w lesie poligon, wtedy jeszcze nie ogrodzony i nie pilnowany, świetny teren do zabawy). Sklejałam z ojcem modele, teoretycznie kupowane dla brata, który nigdy do nich nie miał cierpliwości i któremu do szczęścia wstarczyło, że je potem postawił na półce. Nie czytałam "babskich" książek, tylko Szklarskiego, Verne'a, Curwooda. I tak dalej.
Kolejny wyjątek nie pasujący do stereotypów. Trochę nas jest, jak widać.

>A nie myślisz, że to może mieć związek z faktem, iż to mężczyźni zawsze bronili dobytku swoich rodzin przed agresorem? Uczestniczyli w bitwach na polu walki itd?

Pewien? A kto twoim zdaniem bronił rodziny, kiedy mężczyźni prowadzili wojny daleko od domu? Nie wydaje ci się, że ta "kobieca" bezradność - w sumie typowa dla naszej kultury, bo dla innych niekoniecznie - może być jednak wyuczona?
vifix (2315 punktów)
>>Uważasz, że to źle? A jaki model Ty byś zaproponowała? Kupowałabyś swoim dzieciom te same zabawki (przy założeniu, że byłby to chłopiec i dziewczynka)?
>Zupelnie nie rozumiem, skąd ta potrzeba tworzenia modelu, który miałby wszystkich obowiązywać. Nie można po prostu pozwalać dziecku rozwijać się w sposób, który samo dla siebie wybiera?

O ile w domu żadnego modelu się nie tworzy, chociaż korzysta się z wzorców uznawanych powszechnie za właściwe, o tyle w szkole jakiś uniwersalizm, choćby dla podręczników, trzeba zastosować.

>Kolejny wyjątek nie pasujący do stereotypów. Trochę nas jest, jak widać.

Zauważ, że to forum, na którym duża część, jeśli nie większość, ma "bardzo określone poglądy"
Ja myślę, że chęć dziewczynek do zabaw chłopięcych w dzieciństwie jest dość powszechna. Zmienia się to dopiero później. Bardzo często mówi się, że dzieci nie są tak zakłamane i nieszczere jak dorośli i myślę, że tutaj warto szukać przyczyny zmiany zachowań.

>Pewien? A kto twoim zdaniem bronił rodziny, kiedy mężczyźni prowadzili wojny daleko od domu? Nie wydaje ci się, że ta "kobieca" bezradność - w sumie typowa dla naszej kultury, bo dla innych niekoniecznie - może być jednak wyuczona?

Być może jest wyuczona. Tego nie wiem. Jednak jak zrobisz ankietę, kto powinien bronić rodziny to myślę, że wiem co odpowie większość ludzi no i właśnie na tej podstawie przekazują wzorce dziecku.
09-12-2012 11:20 
 Ocena 6 na 6
Amai (3012 punktów)
>O ile w domu żadnego modelu się nie tworzy, chociaż korzysta się z wzorców uznawanych powszechnie za właściwe, o tyle w szkole jakiś uniwersalizm, choćby dla podręczników, trzeba zastosować.
No właśnie. Uniwersalizm, nie kultywowanie stereotypów i wprowadzanie podziałów w zależności od płci.
W odpowiedzi dla Ani napisałeś: Często słyszałem pretensję, że szkoła uczy poprzez przedstawianie rysunków na których jest np. Pan strażak, Pan górnik, Pan budowniczy. Moim zdaniem nie ma w tym nic złego natomiast rolą rodzica jest uświadomić dziecko, że na budowie może spotkać również panie, aby potem się nie zdziwiło co ta pani na budowie robi.
Według mnie jest dokładnie odwrotnie - to szkoła powinna zadbać o to, żeby dzieci widziały różne wzorce, a nie tylko te, które akurat ich rodzina uważa za słuszne. Po prostu dlatego, że rodzice nie zawsze chcą i potrafią o to zadbać.

>Ja myślę, że chęć dziewczynek do zabaw chłopięcych w dzieciństwie jest dość powszechna. Zmienia się to dopiero później.
Dokładnie. Później, kiedy uczą się, że pewnych rzeczy, jako dziewczynki, robić nie powiny. Bo tak.

>>Pewien? A kto twoim zdaniem bronił rodziny, kiedy mężczyźni prowadzili wojny daleko od domu? Nie wydaje ci się, że ta "kobieca" bezradność - w sumie typowa dla naszej kultury, bo dla innych niekoniecznie - może być jednak wyuczona?
>Być może jest wyuczona. Tego nie wiem. Jednak jak zrobisz ankietę, kto powinien bronić rodziny to myślę, że wiem co odpowie większość ludzi
Wiekszość odpowie tak, jak ich nauczono, dokładnie tak samo, jak wiekszość trzyma się wpojonej w dzieciństwie religii i nie próbuje zastanawiać, na ile ich przekonania mają sens. Weź pod uwagę, że mówisz o ludziach, którzy mają za sobą przynajmniej kilkanaście lat socjalizacji.
vifix (2315 punktów)
>No właśnie. Uniwersalizm, nie kultywowanie stereotypów i wprowadzanie podziałów w zależności od płci.

No chyba, że mówimy o podziałach obiektywnych np. dotyczących różnicy w sile fizycznej mężczyzn i kobiet.

>Według mnie jest dokładnie odwrotnie - to szkoła powinna zadbać o to, żeby dzieci widziały różne wzorce, a nie tylko te, które akurat ich rodzina uważa za słuszne.

No w sumie masz rację

>Po prostu dlatego, że rodzice nie zawsze chcą i potrafią o to zadbać.

Tylko pamiętaj, że żyjemy w kraju w którym nawet dróg się nie umie porządnych budować, a co dopiero wyedukować dzieci

>Dokładnie. Później, kiedy uczą się, że pewnych rzeczy, jako dziewczynki, robić nie powiny. Bo tak.

To nie jest tak do końca. Pewnych rzeczy musimy się uczyć, bo ludzki umysł jest ułomny. Dziecko będąc na pogrzebie nie zachowuję się jak dorosły, bo nie wie, że trzeba się smucić mimo, że Ci smutno nie jest. Twoje otoczenie nie będzie się wgłębiało w sposób w jaki Ty przeżywasz żałobę tylko ocenia Twoją ekspresję, dlatego gdybyś się nie smuciła na pogrzebie osoby której np. nie znasz to uznają, że lekceważysz zmarłych. Myślę, że dziecko takich rzeczy nie jest w stanie całkowicie zrozumieć.

>Weź pod uwagę, że mówisz o ludziach, którzy mają za sobą przynajmniej kilkanaście lat socjalizacji.

Zgadza się, tylko socjalizacja socjalizacją a fakty faktami. Ludzie wiedzą, że na wojnach ginęli mężczyźni oraz, że światem rządzą mężczyźni, więc mężczyźni na ogół bronią i stąd też wynikają poglądy społeczeństwa na rolę mężczyzn.
09-12-2012 18:40 
 Ocena 3 na 3
Amai (3012 punktów)
>Tylko pamiętaj, że żyjemy w kraju w którym nawet dróg się nie umie porządnych budować, a co dopiero wyedukować dzieci

Nie wydaje mi się, żeby drobna zmiana ilustracji w podręczniku - i na przykład zastapienie jednego ze strazaków czy policjantów postacią kobiecą - wymagała jakiejś specjalistycznej wiedzy.

>>Dokładnie. Później, kiedy uczą się, że pewnych rzeczy, jako dziewczynki, robić nie powiny. Bo tak.
>To nie jest tak do końca. Pewnych rzeczy musimy się uczyć, bo ludzki umysł jest ułomny. Dziecko będąc na pogrzebie nie zachowuję się jak dorosły, bo nie wie, że trzeba się smucić mimo, że Ci smutno nie jest. Twoje otoczenie nie będzie się wgłębiało w sposób w jaki Ty przeżywasz żałobę tylko ocenia Twoją ekspresję, dlatego gdybyś się nie smuciła na pogrzebie osoby której np. nie znasz to uznają, że lekceważysz zmarłych. Myślę, że dziecko takich rzeczy nie jest w stanie całkowicie zrozumieć.

Co to ma do rzeczy? Rozmawiamy o ograniczeniach narzucanych dzieciom ze względu na płeć, a nie o uczeniu dobrych manier.

>>Weź pod uwagę, że mówisz o ludziach, którzy mają za sobą przynajmniej kilkanaście lat socjalizacji.
>Zgadza się, tylko socjalizacja socjalizacją a fakty faktami. Ludzie wiedzą, że na wojnach ginęli mężczyźni oraz, że światem rządzą mężczyźni

I właśnie tę "wiedzę" przydałoby się odrobinę rozszerzyć.
Poza tym - jak wyżej - co to ma do rzeczy? Czy fakt, że w kilku ostatnich wojnach brali udział głównie mężczyźni (zakładając, że mówimy o regularnym wojsku, bo w praktyce to naprawdę może różnie wyglądać) oznacza, że już zawsze wszystkie dziewczynki mają być na siłę wtłaczane w rolę tych, którym... bo ja wiem, nie wypada walczyć? Bo naprawdę nie widzę sensownego argumentu. Tylko pewien stereotypowy wizerunek kobiety.
vifix (2315 punktów)
>Nie wydaje mi się, żeby drobna zmiana ilustracji w podręczniku - i na przykład zastapienie jednego ze strazaków czy policjantów postacią kobiecą - wymagała jakiejś specjalistycznej wiedzy.

Nie doceniasz polskich ekspertów od edukacji.
Od lat mówi się, że dzieci noszą za dużo książek do szkoły, co obciąża ich kręgosłupy, że uczą się wielu niepotrzebnych rzeczy i co z tym się robi? Nic.

>Co to ma do rzeczy? Rozmawiamy o ograniczeniach narzucanych dzieciom ze względu na płeć, a nie o uczeniu dobrych manier.

Ja tutaj rozszerzyłem po prostu zakres socjalizacji. Chodziło mi o to, że niezależnie jakiej płci jest dziecko, to uczy się je pewnych rzeczy i często używa się argumentu, że tak trzeba robić bo tak (w nawiązaniu do Twojego "bo tak"), choć uczy się dziecko również, aby było sobą. Podobnie jest z różnicami w wychowaniu dzieci o różnej płci. Dziewczynki powinny się zachowywać w odpowiedni sposób, aby jako kobiety zachowywały się w taki sposób, by były bardziej atrakcyjne dla mężczyzn. Podobnie jest i z mężczyznami, mają zarabiać pieniądze, by być lepszym materiałem na męża. Wiele z tych zachowań kłóci się z ideą "bądź sobą" ale rodzice wierzą, że to dla dobra dzieci.

>I właśnie tę "wiedzę" przydałoby się odrobinę rozszerzyć.
>Poza tym - jak wyżej - co to ma do rzeczy? Czy fakt, że w kilku ostatnich wojnach brali udział głównie mężczyźni (zakładając, że mówimy o regularnym wojsku, bo w praktyce to naprawdę może różnie wyglądać) oznacza, że już zawsze wszystkie dziewczynki mają być na siłę wtłaczane w rolę tych, którym... bo ja wiem, nie wypada walczyć?

Uważasz, że kobiety lepiej, bądź w podobnym stopniu dobrze sprawdzają się na polu walki?
09-12-2012 21:29 
 Ocena 3 na 3
Amai (3012 punktów)
>Nie doceniasz polskich ekspertów od edukacji.
>Od lat mówi się, że dzieci noszą za dużo książek do szkoły, co obciąża ich kręgosłupy, że uczą się wielu niepotrzebnych rzeczy i co z tym się robi? Nic.

Co to ma wspólnego ze stereotypami i ograniczeniami ze względu na płec? Nic.

>Ja tutaj rozszerzyłem po prostu zakres socjalizacji. Chodziło mi o to, że niezależnie jakiej płci jest dziecko, to uczy się je pewnych rzeczy i często używa się argumentu, że tak trzeba robić bo tak (w nawiązaniu do Twojego "bo tak"), choć uczy się dziecko również, aby było sobą.

Są rzeczy, których człowiek żyjąc między innymi ludźmi musi się nauczyć. Każdy człowiek, płeć nie ma tu nic do rzeczy. Chyba, że potrafisz podac jakiś powod, dla którego na opisanym pogrzebie powinno się wymagać grzecznego zachowania tylko od dzieci płci żeńskiej.

>Uważasz, że kobiety lepiej, bądź w podobnym stopniu dobrze sprawdzają się na polu walki?

Uważam, że wiele by się sprawdziło, podobnie jak wiele sprawdziłoby się w innych "tradycyjnie męskich" dziedzinach. I nie płeć powinna o tym decydować, a już na pewno nie powinno się przed kims zamykac wybranych mozliwości już we wczesnym dzieciństwie tylko dlatego, że statystycznie rzecz biorąc większość przedstawicieli jego / jej płci by się nie sprawdziło.
vifix (2315 punktów)
>Co to ma wspólnego ze stereotypami i ograniczeniami ze względu na płec? Nic.

Ze stereotypami, niewiele, z Twoim komentarzem odnośnie wprowadzenia zmian w edukacji, bardzo wiele.

>Chyba, że potrafisz podac jakiś powod, dla którego na opisanym pogrzebie powinno się wymagać grzecznego zachowania tylko od dzieci płci żeńskiej.

Nie ma.

>Uważam, że wiele by się sprawdziło, podobnie jak wiele sprawdziłoby się w innych "tradycyjnie męskich" dziedzinach.

Właśnie wiele, ale nie większość. Podobnie jest z mężczyznami. Wielu sprawdziłoby się w zawodach "damskich".

>I nie płeć powinna o tym decydować, a już na pewno nie powinno się przed kims zamykac wybranych mozliwości już we wczesnym dzieciństwie tylko dlatego, że statystycznie rzecz biorąc większość przedstawicieli jego / jej płci by się nie sprawdziło.

Zgadzam się.
10-12-2012 14:42 
 Ocena 2 na 2
Amai (3012 punktów)
Jeszcze jedno, a propos twojego pytania, czy uważam, że kobiety sprawdzają się na polu walki równie dobrze, jak mężczyźni. Odpowiadałam "na szybko" i trochę zapomniałam o kontekście, ale skoro zadałeś to pytanie w rozmowie dotyczącej różnic w wychowaniu dzieci, twierdząc, że dziewczynkom pewne cechy czy umiejętności nie są potrzebne...

Po pierwsze: weź pod uwagę, że walka to nie tylko pole bitwy. W czasie wojny to też partyzantka czy choćby obrona siebie i ewentualnych dzieci przed szabrownikami i w ogóle wszelkim tałatajstwem, jakie sie w takich okolicznościach lęgnie. W innych warunkach dokładnie te same umiejętności przydają się w pracy w policji albo w przypadku zaczepek czy ataku na ulicy. Poza tym nie chodzi tylko o samą walkę, ale również - przede wszystkim - o wiedzę, jak nie sprowokować ataku, nie robić wrażenia łatwej ofiary. Do tego też potrzeba tej odrobiny "niekobiecej" agresji i pewności siebie.

Po drugie: jakie znaczenie ma to, czy dziewczynce, która chce bawić się w wojnę albo trenować sztuki walki, przydadzą się te umiejętności w przyszłości? Ilu chłopcom się przydają? Im nikt nie mówi, że przecież kiedyś najprawdopodobniej będą pracować za biurkiem i wychowywać dzieci, i powinni się uczyć, jak naprawić cieknący kran, a nie biegać z plastikowym karabinem. Wystarczy, że aktywność sprawia im przyjemność. Znasz jakiś powód, dla którego dziewczynek nie można traktować tak samo?
vifix (2315 punktów)
>ale skoro zadałeś to pytanie w rozmowie dotyczącej różnic w wychowaniu dzieci, twierdząc, że dziewczynkom pewne cechy czy umiejętności nie są potrzebne...

Ale gdzie ja napisałem, że dziewczynkom pewne cechy czy umiejętności nie są potrzebne?

>Po pierwsze: weź pod uwagę, że walka to nie tylko pole bitwy.

Nie muszę tego brać pod uwagę, bo to wiem. Przecież to oczywiste, że dziś rzadko się walczy na miecze. Dziś liczy sie strategia, taktyka, umiejętność wykorzystania nowych technologii itd. Z pewnością więc, dziś więcej kobiet przydaje się w wojsku niż kiedyś.

>Poza tym nie chodzi tylko o samą walkę, ale również - przede wszystkim - o wiedzę, jak nie sprowokować ataku, nie robić wrażenia łatwej ofiary. Do tego też potrzeba tej odrobiny "niekobiecej" agresji i pewności siebie.

Jak najbardziej.

>Po drugie: jakie znaczenie ma to, czy dziewczynce, która chce bawić się w wojnę albo trenować sztuki walki, przydadzą się te umiejętności w przyszłości? Ilu chłopcom się przydają?

A czy ja napisałem, że to ma znaczenie?

>Znasz jakiś powód, dla którego dziewczynek nie można traktować tak samo?

W zasadzie nie, choć jak się zastanowić, to wychodząc poza arenę walki jakieś powody by się znalazły, o których pisałem wcześniej.
10-12-2012 20:52 
 Ocena 2 na 2
Amai (3012 punktów)
>>ale skoro zadałeś to pytanie w rozmowie dotyczącej różnic w wychowaniu dzieci, twierdząc, że dziewczynkom pewne cechy czy umiejętności nie są potrzebne...
>Ale gdzie ja napisałem, że dziewczynkom pewne cechy czy umiejętności nie są potrzebne?

Twierdziłeś, że to normalne, że dziewczynki się wychowuje inaczej i daje inne wzorce, bo przecież "to mężczyźni walczą". Nie wykręcaj się teraz.

>>Znasz jakiś powód, dla którego dziewczynek nie można traktować tak samo?
>W zasadzie nie, choć jak się zastanowić, to wychodząc poza arenę walki jakieś powody by się znalazły, o których pisałem wcześniej.

Powody, dla których powinno się je traktować inaczej, czy dla których się je traktuje inaczej? Bo tego drugiego nie musisz wyjaśniać - wynik pokutujących w społeczeństwie stereotypów i chęci wtłoczenia wszystkich w te same jedynie słuszne ramki.

Dobra, kończmy to. Będziesz mi przyznawał rację przy konkretnych argumentach, a potem i tak stwierdzisz, że potrzebne są "modele", "wzorce" i co tam jeszcze...
Do nastepnego razu
vifix (2315 punktów)
>Twierdziłeś, że to normalne, że dziewczynki się wychowuje inaczej i daje inne wzorce, bo przecież "to mężczyźni walczą". Nie wykręcaj się teraz.

Nie wykręcam się, po prostu źle zinterpretowałaś moją wypowiedź.

>Będziesz mi przyznawał rację przy konkretnych argumentach, a potem i tak stwierdzisz, że potrzebne są "modele", "wzorce" i co tam jeszcze...

Jeśli sądzisz, że ja będę komuś przyznawał rację, a potem uparcie pisał co innego to mnie w ogóle nie znasz i z jakiegoś powodu uważasz za idiotę

>Do nastepnego razu

Do następnego
Jacek Głodzik (35558 punktów)
>> Ja myślę, że chęć dziewczynek do zabaw chłopięcych
>> w dzieciństwie jest dość powszechna. Zmienia się
>> to dopiero później.
> Dokładnie. Później, kiedy uczą się, że pewnych rzeczy, jako
> dziewczynki, robić nie powiny. Bo tak.

Czy to jest tak, że zazdrościcie nam większego przyzwolenia społeczno-rodzinnego do takich czy innych "wybryków", albo po prostu zwykłych psot/aktywności, które Wam już bywały zakazane?
łącząc pozdrowienia

---
09-12-2012 18:48 
 Ocena 6 na 6
Amai (3012 punktów)
>Czy to jest tak, że zazdrościcie nam większego przyzwolenia społeczno-rodzinnego do takich czy innych "wybryków", albo po prostu zwykłych psot/aktywności, które Wam już bywały zakazane?

Zazdrość to chyba trochę za dużo powiedziane. Irytacja, kiedy sie słucha ciągle tych samych denerwujących uwag (dzisiaj to się zmieniło w uwagi typu "No jak to nie chcesz dzieci? Przecież każda kobieta chce."). Poczucie niesprawiedliwości, jeśli nie da się wykłócić o swoje i człowiek jest zmuszany do czegoś na siłę, bo inni uważają, że cośtam "powinien".
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Zupelnie nie rozumiem, skąd ta potrzeba tworzenia modelu,
> który miałby wszystkich obowiązywać. Nie można po prostu
> pozwalać dziecku rozwijać się w sposób, który samo dla
> siebie wybiera?

Pewnie można a nawet nieraz trzeba... delikatnie patrząc z boku, bo przecież ktoś dorosły musi czuwać.
Patrząc na matki, każda z nich chce tak wychować, dziecko, żeby było samodzielne i krealtywne, również przygotować go do przyszłych ról.
Gdzieś chyba nawet tutaj ostatnio, ale i wczesniej słyszałem pogląd, że dziecku należy pozwalać na wszystko do około 5 roku życia. Później już pomału wprowadzać ograniczenia (żeby m.in. nie wieszło nam na głowę, tak jak czasem można zobaczyć np. w "akacjach" Superniani - Doroty Zawadzkiej).

> Tak się składa, że ja też nigdy w życiu nie bawiłam się lalkami,
> chociaż moja babka szyła im coraz lepsze ubranka, żeby
> mnie zainteresować. Kiedy miałam sześć lat, zażyczyłam sobie
> pistolet, bo wszyscy koledzy już mieli (całkiem niedaleko mieliśmy
> w lesie poligon, wtedy jeszcze nie ogrodzony i nie pilnowany, świetny
> teren do zabawy). Sklejałam z ojcem modele, teoretycznie kupowane
> dla brata, który nigdy do nich nie miał cierpliwości i któremu do
> szczęścia wstarczyło, że je potem postawił na półce. Nie czytałam
> "babskich" książek, tylko Szklarskiego, Verne'a, Curwooda. I tak dalej.

Ciekawe wspomnienia.
Swoją drogą mam dużo młodszego kolegę, właściwie brata mojego bliskiego kolegi, któremu jak był mały matka wiązała na głowie kokardki. Starsznie to przeżywał (był trzecim i ostatnim z trójki synów, nasuwa sie podejrzenie że był "zawodem" )

> Kolejny wyjątek nie pasujący do stereotypów. Trochę nas jest, jak widać.

Trochę jest . Przeciw takim stereotypom nic nie mam.
Powiedz teraz, jeśli oczywiscie możesz i chcesz, ciekawi mnie jaka nauka albo jaki przykład szczególnie przydał Ci się w Twoim dzisiejszym życiu, a uzyskałaś go od rodziców.
Niech będzie po jednym od matki i od ojca.

>>A nie myślisz, że to może mieć związek z faktem, iż to
>> mężczyźni zawsze bronili dobytku swoich rodzin przed
>> agresorem? Uczestniczyli w bitwach na polu walki itd?
> Pewien? A kto twoim zdaniem bronił rodziny, kiedy mężczyźni
> prowadzili wojny daleko od domu? Nie wydaje ci się, że ta
> "kobieca" bezradność - w sumie typowa dla naszej kultury,
> bo dla innych niekoniecznie - może być jednak wyuczona?

Zgadza się, były i Amazonki, była i gwardia przyboczna Muammara Kaddafiego.
Prawdą też jest, że jedni mężczyźni te wojny wzniecali ze swoich egoistycznych pobudek, a drudzy bronili.
Nie mniej vifix w przeważajacej liczbie ma rację , mężczyźni maja przewagę i w sile fizycznej, i swobodzie (czy też brawurze) do agresji oraz pewnej ideologii, koncepcji strategicznych. Z resztą dowódcy wojskowi, realni przywódcy powstań (np. w Getcie Warszawskim) to głównie byli mężczyźni /kobiety by tam przyjęli z otwartymi rękami, gdyby tylko przyszły/
A jak jest z Tobą? Pamiętam u mnie na sekcji sztuk kwalki z wyboru jednak trochę kobiet było..
Szczególnie ta jedna (ale już z konkurencyjnej sekcji, poza Krakowem) wzubudzała respekt nie tylko wśród moich koleżanek, ale w wśród kolegów też (i to w całej nieomal Polsce)


łącząc pozdrowienia

---
09-12-2012 18:59 
 Ocena 4 na 4
Amai (3012 punktów)
>> Zupelnie nie rozumiem, skąd ta potrzeba tworzenia modelu, który miałby wszystkich obowiązywać. Nie można po prostu pozwalać dziecku rozwijać się w sposób, który samo dla siebie wybiera?
>Pewnie można a nawet nieraz trzeba... delikatnie patrząc z boku, bo przecież ktoś dorosły musi czuwać.
>Patrząc na matki, każda z nich chce tak wychować, dziecko, żeby było samodzielne i krealtywne, również przygotować go do przyszłych ról.

I właśnie to gadanie o "roli" mnie drażni. Jakby było jasne, że jakaś rola już jest przewidziana, niezaleznie od tego, czego dziecko chce czy będzie chciało w przyszłości.

>Ciekawe wspomnienia.
>Swoją drogą mam dużo młodszego kolegę, właściwie brata mojego bliskiego kolegi, któremu jak był mały matka wiązała na głowie kokardki. Starsznie to przeżywał (był trzecim i ostatnim z trójki synów, nasuwa sie podejrzenie że był "zawodem" )

>Powiedz teraz, jeśli oczywiscie możesz i chcesz, ciekawi mnie jaka nauka albo jaki przykład szczególnie przydał Ci się w Twoim dzisiejszym życiu, a uzyskałaś go od rodziców.
>Niech będzie po jednym od matki i od ojca.

Nic konkretnego mi nie przychodzi do głowy, szczerze mówiąc. Całokształt - głównie dzięki temu, że moi rodzice raczej nie trzymali się tradycyjnych wzorów, tylko szybko przyjęli do wiadomości, że ich córka będzie biegała z chłopakami, a na wakacje pojedzie na obóz survivalowy (fakt, moja matka miała okresy, kiedy nagle stwierdzała, że jednak powinna mnie zacząć wychowywać, ale to wystarczyło przeczekać). Były spięcia w innych sprawach (zwłaszcza z matką, tu głównie chodziło o religię), ale jeśli chciałam czegoś spróbować, miałam okazję.

>Zgadza się, były i Amazonki, była i gwardia przyboczna Muammara Kaddafiego.
>Prawdą też jest, że jedni mężczyźni te wojny wzniecali ze swoich egoistycznych pobudek, a drudzy bronili.
>Nie mniej vifix w przeważajacej liczbie ma rację , mężczyźni maja przewagę i w sile fizycznej, i swobodzie (czy też brawurze) do agresji oraz pewnej ideologii, koncepcji strategicznych.

Również dlatego, że ich się uczyło strategii, a kobiety wyszywania i grania na pianinie. A siła fizyczna to naprawdę nie wszystko

>A jak jest z Tobą? Pamiętam u mnie na sekcji sztuk kwalki z wyboru jednak trochę kobiet było..
Parę lat, dopóki kilka kontuzji mi nie zaczęło utrudniać. Teraz nie trenuję, ale od czasu do czasu jakiś sparing z kumplami mi się zdarza.
Żeby było śmieszniej, ćwiczyłam z chłopakami. Ale to chyba bardziej kwestia dorania partnerów na swoim poziomie.
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> I właśnie to gadanie o "roli" mnie drażni. Jakby było jasne, że jakaś
> rola już jest przewidziana, niezaleznie od tego, czego dziecko chce
> czy będzie chciało w przyszłości.

Jakieś tam role przecież są. Choćby matka, czy też żona. Z drugiej jednak strony do końca nie wiadomo, czy dziecko akurat tą drogą pójdzie i ile razy mu się po drodze odwidzi.
*
Bieganie z chłopakami, obóz survivalowy, sparingi z kumplami.. niezła "chłopczyca" z Ciebie
Co trenowałaś?

> Również dlatego, że ich się uczyło strategii, a kobiety wyszywania i
> grania na pianinie. A siła fizyczna to naprawdę nie wszystko

To fakt. Inna sprawa, że i dziś nie wiadomo, "co by było gdyby", po prostu jest jak jest.
A propos - mam dla Ciebie niespodziankę w postaci załącznika m.in. o rolach i wychodzeniu z nich. Nie wiem do końca czy Ci podejdzie, ale może - kto wie?
[Załącznik]
łącząc pozdrowienia

---
09-12-2012 21:45 
 Ocena 3 na 3
Amai (3012 punktów)
>Jakieś tam role przecież są. Choćby matka, czy też żona. Z drugiej jednak strony do końca nie wiadomo, czy dziecko akurat tą drogą pójdzie i ile razy mu się po drodze odwidzi.

No właśnie. Może po prostu przekazywać mu wiedzę wtedy, kiedy się tematem zainteresuje? Bez wciskania w ramki?

>Bieganie z chłopakami, obóz survivalowy, sparingi z kumplami.. niezła "chłopczyca" z Ciebie
>Co trenowałaś?

Różnie. Teoretycznie jujitsu, w praktyce wyglądało to nieco inaczej, niż w typowej sekcji sztuk walki. Poza klasycznymi technikami też bardziej praktycznie rzeczy, coś w stylu krav magi na przykład. Albo tego (pierwszy filmik, jaki mi google wyrzucił, niekoniecznie najlepszy, ale nie szukałam dalej). Jak mówiłam, dawne czasy.
W klasycznej sekcji długo bym nie wytrzymała. Cała ta otoczka ma swój urok, ale nie dla kogoś z moim podejściem do autorytetów

P.S.Dzięki za link.
09-12-2012 20:36 
 Ocena 3 na 3
-jad- (18783 punktów)
>Nie wydaje ci się, że ta "kobieca" bezradność - w sumie typowa dla naszej kultury, bo dla innych niekoniecznie - może być jednak wyuczona?

Trafne spostrzeżenie. Nie wiem czemu mężczyźni czują się słabi i niepotrzebni gdy tylko trafią na zaradną kobietę. Czyżby te tysiące lat wojen i polowań uczyniło ich tak niepewnymi siebie...?
Kobieta nie chcąc urazić swego wojownika, w obliczu męskiej sprawy czyli np. naprawy spłuczki, wiercenia dziury albo malowania ściany, powinna udawać, że nic nie rozumie i w ogóle boi się dotykać.
10-12-2012 06:43 
 Ocena 1 na 1
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Kobieta nie chcąc urazić swego wojownika, w obliczu męskiej
> sprawy czyli np. naprawy spłuczki, wiercenia dziury albo malowania
> ściany, powinna udawać, że nic nie rozumie i w ogóle boi się dotykać.

Nie wiem, czy czują się bezaradni. W sumie fajnie by było, gdyby żona robiła te wszystkie rzeczy, które wymieniasz. Można by wtedy wyskoczyć z kumplami na piwo..
łącząc pozdrowienia

---
10-12-2012 20:12 
 Ocena 2 na 2
-jad- (18783 punktów)
>Nie wiem, czy czują się bezaradni.

Niepotrzebni. Po co kobiecie mężczyzna skoro sama i z dzieckiem i ze spłuczką lepiej sobie radzi

>W sumie fajnie by było, gdyby żona robiła te wszystkie rzeczy, które wymieniasz.

Moja robi gdy nie ma mnie w domu. A gdy jestem, to często daje niegłupie rady.

>Można by wtedy wyskoczyć z kumplami na piwo..

Od piwa brzuch rośnie
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Niepotrzebni. Po co kobiecie mężczyzna skoro sama
> i z dzieckiem i ze spłuczką lepiej sobie radzi

Coś w tym jest. A facetowi taka kobita

> Moja robi gdy nie ma mnie w domu. A gdy jestem, to często daje niegłupie rady.

W czepku urodzony. Od piwa brzuch rośnie? Jakieś wady trzeba przecież mieć
pozdrówka

---
10-12-2012 21:17 
 Ocena 5 na 5
-jad- (18783 punktów)
>Coś w tym jest. A facetowi taka kobita

No właśnie. Tu się obnaża bezcelowość przypisywania ludziom określonych ról społecznych ze względu na płeć. Przecież kobieta nie decyduje się na ciebie, żeby miał jej kto do studni chodzić i kibel naprawiać jak i Ty nie zakochujesz się w kobiecie dlatego, że kibel ten najlepiej czyści. Jesteście razem i wspólnie z obowiązkami jakoś sobie radzicie. Może każdy robić za siebie, albo co umie najlepiej za oboje; to już kwestia dopasowania i dogadania się.

>Od piwa brzuch rośnie? Jakieś wady trzeba przecież mieć

Co nie znaczy, że trzeba się o nie prosić i je kolekcjonować

>pozdrówka

Wzajemnie.
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Jesteście razem i wspólnie z obowiązkami jakoś sobie radzicie.
> Może każdy robić za siebie, albo co umie najlepiej za oboje;
> to już kwestia dopasowania i dogadania się.

Na siłę przpyisywać rzeczywiście nie ma co, choć nietrudno zauważyć, że pewne domeny w których facet będzie lepszy a kobieta gorsza i odwrotnie są, jak zwykle z wyjątkami (tu zastanowiło mnie chwilę, czy Twoja szacowna małżonka potrafiłaby Cię obronić w ciemnej uliczce.. ale to już Ty sam wiesz lepiej)

>>Od piwa brzuch rośnie? Jakieś wady trzeba przecież mieć
>Co nie znaczy, że trzeba się o nie prosić i je kolekcjonować

Masz rację, mądry z Ciebie chłop
pozdrawiam
11-12-2012 20:56 
 Ocena 1 na 1
-jad- (18783 punktów)
>(tu zastanowiło mnie chwilę, czy Twoja szacowna małżonka potrafiłaby Cię obronić w ciemnej uliczce.. )

Raczej nie ale z drugiej strony, przez całe moje życie ciężkich sytuacji w ciemnej uliczce zdarzyło mi się bardzo niewiele. Musiałbym się dobrze zastanowić, które wydarzenia można pod to podciągnąć.

Ale czy naprawdę tylko tyle nam, mężczyznom pozostało? Bijatyki w ciemnych uliczkach...?
Ja lubię się łudzić, że jestem lepszym partnerem do zabawy i rozmowy, kochankiem, ojcem naszych dzieci niż ulicznym pięściarzem czy serwisantem dolnopłuków.

> mądry z Ciebie chłop

Dziękuję za komplement lecz, niestety, moja wrodzona niezdolność do samookłamywania się nie pozwala mi go przyjąć.

>Masz rację

Mam rację ale piwo też lubię
Jacek Głodzik (35558 punktów)
Uf, nareszcie udało mi się wyjść z tej rozmowy z twarzą - już zaczynałem sądzić że "i Ty Brutusie.."

> Ja lubię się łudzić, że jestem lepszym partnerem do zabawy
> i rozmowy, kochankiem, ojcem naszych dzieci niż ulicznym
> pięściarzem czy serwisantem dolnopłuków.

Nie wiem jak z tym co piszesz do końca jest (racjonalnie pocieszyć nie mogę) ale zakładam, że na pewno jesteś lepszym partnerem do browarku, na który zapraszam podczas Twojej ewent. bytności w Krakowie
pozdrowienia

---
11-12-2012 22:41 
 Ocena 2 na 2
-jad- (18783 punktów)
>Uf, nareszcie udało mi się wyjść z tej rozmowy z twarzą - już zaczynałem sądzić że "i Ty Brutusie.."

Sam nie wiem czy bardziej zastanawia mnie to, kiedy zacząłeś myśleć, że jestem Brutusem czy to, kiedy doszedłeś do wniosku, że jednak nie jestem.

>> Ja lubię się łudzić, że jestem lepszym partnerem do zabawy
>> i rozmowy, kochankiem, ojcem naszych dzieci niż ulicznym
>> pięściarzem czy serwisantem dolnopłuków.

>Nie wiem jak z tym co piszesz do końca jest (racjonalnie pocieszyć nie mogę)

No, nie możesz, moja żona nie udziela się na tym forum ale przekażę jej Twoje kondolencje

>ale zakładam, że na pewno jesteś lepszym partnerem do browarku

Chyba strzelę se w łeb łopatą.

>na który zapraszam podczas Twojej ewent. bytności w Krakowie

Najczęściej bywam tam na lotnisku

>pozdrowienia

Dzięki, wzajemnie.
12-12-2012 07:00 
 Ocena 1 na 1
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Sam nie wiem czy bardziej zastanawia mnie to, kiedy zacząłeś myśleć, że
> jestem Brutusem czy to, kiedy doszedłeś do wniosku, że jednak nie jestem.

Gdzieś słyszałem takie powiedzenie, ale nie wiem czy to prawa "kto pyta - nie błądzi"

> No, nie możesz, moja żona nie udziela się na tym forum
> ale przekażę jej Twoje kondolencje

Na tym nie

>> ale zakładam, że na pewno jesteś lepszym partnerem do browarku
> Chyba strzelę se w łeb łopatą.

Że mało komplementów, co??

>> na który zapraszam podczas Twojej ewent. bytności w Krakowie
> Najczęściej bywam tam na lotnisku

Da się i na lotnisku,
miłego

---
09-12-2012 19:33 
 Ocena 6 na 6
liliac (147340 punktów)
>>Nie mówię o bezpośrednich naciskach, tylko o pewnym formatowaniu, które odbywa się niejako od kołyski. Są inne ciuszki dla noworodków i niemowląt innej płci, inne zabawki i inne oczekiwania społeczne, a stąd - inne wzorce wychowawcze.
>Uważasz, że to źle? A jaki model Ty byś zaproponowała? Kupowałabyś swoim dzieciom te same zabawki (przy założeniu, że byłby to chłopiec i dziewczynka)?



Najprawdopodobniej byłyby to takie zabawki, jakimi te hipotetyczne dzieci by się interesowały. Na pewno nie a priori i automatycznie wózki dla lalek versus wozy strażackie (rozwinięcia dopasuj sobie do aktualnie najmodniejszych zabawek "dla dziewczynek" i "dla chłopców"). Znakomita część zabawek - zauważ - jest raczej neutralna płciowo. Ze swojego dzieciństwa najlepiej pamiętam klocki (i te drewniane, i te legopodobne), plastikowe i drewniane zwierzątka rozmaitego zastosowania (zestawy typu "ZOO", "polowanie", "dinozaury"), pluszowego psa, drewnianego konia na biegunach, lornetkę, dziecięcy mikroskop (skala powiększenia może nie laboratoryjna, ale do obserwacji komórek w "skórce" cebuli znakomita), rozmaite gry, loteryjki i puzzle, rower, wiaderka z łopatkami i całym okołopiaskownicowym sprzętem (świetne do kopania wilczych dołów ), etc. Poza tym - oczywiście - książki. Lalki też się pojawiały, ale spacery z lalkowym wózkiem były niewyobrażalnie nudne; wózek z lalkami "sprzedawałam" wszystkim zainteresowanym równie chętnie, co - nieco później - wózek z młodszym bratem.

>>U chłopców zupełnie inaczej postrzega się bijatyki i porwane, brudne spodnie niż u dziewczynek,
>A nie myślisz, że to może mieć związek z faktem, iż to mężczyźni zawsze bronili dobytku swoich rodzin przed agresorem? Uczestniczyli w bitwach na polu walki itd?

Ja się nie pytam skąd to się bierze, tylko twierdzę, że współcześnie nie ma już ku temu sensownych uzasadnień. To zjawisko natury reliktowej.


"...a świniobicie, łaskawa pani, to to samo, jak kiedy ksiądz odprawia mszę świętą, bo zawsze idzie o krew i o mięso, czyli ciało." (B. Hrabal, "Postrzyżyny")
vifix (2315 punktów)
>Znakomita część zabawek - zauważ - jest raczej neutralna płciowo.

Hmm... trudno mi coś powiedzieć, nie mam w tym doświadczenia.

>Ja się nie pytam skąd to się bierze, tylko twierdzę, że współcześnie nie ma już ku temu sensownych uzasadnień. To zjawisko natury reliktowej.

Ale wciąż tkwi w umysłach rodziców i jeszcze długo się to nie zmieni.
Jacek Głodzik (35558 punktów)
>> Ja się nie pytam skąd to się bierze, tylko twierdzę, że współcześnie
>> nie ma już ku temu sensownych uzasadnień. To zjawisko natury reliktowej.
> Ale wciąż tkwi w umysłach rodziców i jeszcze długo się to nie zmieni.

W Europie pierwszy raz od tysiącleci mamy tak długo względny spokój (67 lat.)
Skąd wiemy, że żaden konflikt nie wróci? Wierzymy.
pozdrowienia
PS mój kuzyn bywał w Bośni, obecnie jest na misji w Afganistanie.

---
vifix (2315 punktów)
>W Europie pierwszy raz od tysiącleci mamy tak długo względny spokój (67 lat.)
>Skąd wiemy, że żaden konflikt nie wróci? Wierzymy.
>pozdrowienia

Norwegowie wierzą, że to dzięki UE, choć im samym do niej nieśpieszno

>PS mój kuzyn bywał w Bośni, obecnie jest na misji w Afganistanie.

Hmm... ciekawe czy dla kasy, czy adrenaliny
07-12-2012 19:52 
 Ocena 1 na 1
vifix (2315 punktów)
>Yhm. Chodziliśmy razem po drzewach i biliśmy ze sobą przez całą podstawówkę. Może nie wszystkie spośród dziewcząt czyniły to z równą intensywnością, ale wystarczająco wiele, by nie doszukiwać się ostrych podziałów,

Myślę, że odnoszenie się do własnych doświadczeń w kontekście uniwersalnych wzorów zachowań dziewcząt i chłopców nie jest najlepszym pomysłem.
Co to znaczy "wystarczająco wiele"?

>A jak postępować z kobietą?

Zapewne inaczej niż z mężczyznami. W końcu kobiet się nie bije
08-12-2012 12:01 
 Ocena 7 na 7
liliac (147340 punktów)
>Myślę, że odnoszenie się do własnych doświadczeń w kontekście uniwersalnych wzorów zachowań dziewcząt i chłopców nie jest najlepszym pomysłem.

Yhm. Nie ma czegoś takiego, jak uniwersalne wzory zachowania dziewcząt. Istnieją pewne wzorce kulturowe. Zmienne wzorce kulturowe. A my tu z Jackiem właśnie o doświadczeniach i kontekstach własnych konwersujemy.

>Zapewne inaczej niż z mężczyznami.

A jak się postępuje z mężczyznami? Tak, jak przewiduje widzimisię własne vifixa?



"...a świniobicie, łaskawa pani, to to samo, jak kiedy ksiądz odprawia mszę świętą, bo zawsze idzie o krew i o mięso, czyli ciało." (B. Hrabal, "Postrzyżyny"
vifix (2315 punktów)
>A my tu z Jackiem właśnie o doświadczeniach i kontekstach własnych konwersujemy.

Rozumiem.

>>Zapewne inaczej niż z mężczyznami.
>A jak się postępuje z mężczyznami? Tak, jak przewiduje widzimisię własne vifixa?

Myślę, że tak. Każdy z nas ma przecież swój własny sposób postrzegania tego jak powinni być inni traktowani. Jedni uważają, że szacunek należy się wszystkim, a inni z kolei, że tylko tym, którzy na niego zapracują.
Jednak są zapewne wzorce, którymi kierują się ludzie (a przynajmniej tak deklarują) bo przecież istnieje powiedzenie, że kobiet się nie bije. Natomiast stwierdzenie "ludzi się nie bije" jest jakoś mniej popularne
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> A jak się postępuje z mężczyznami? Tak, jak przewiduje widzimisię własne vifixa?
> Vifix: Myślę, że tak. Każdy z nas ma przecież swój własny
> sposób postrzegania tego jak powinni być inni traktowani. Jedni
> uważają, że szacunek należy się wszystkim, a inni z kolei,
> że tylko tym, którzy na niego zapracują.

Liliac, a interesuje Cię to z punktu widzenia praktycznego, czy teoretycznego?
Myślę że zdanie mam uruntowane. Wiadomo, każdy chyba ma, kogo temat interesuje (a że nie każdego interesuje, to też wiadomo)
Ciekawe z resztą, czy moje oczekiwanie pokrywało by się z oczekiwaniem jakiegoś innego mężczyzny?
Może choć częściowo.. diabli wiedzą.

Cóż: dbając o nich, współpracując w ramach ustalonego podziału obowiązków. Traktując ich jak podmiot, a nie jak mebel Starając się rozmawiać i rozumieć. Okazując im ciepło, uczucia (również te negatywne) i umiejąc od nich to ciepło wsiąść. Traktując ich serio. To chyba takie podstawowe zasady. Reszta to indywidualne wariacje, zależne od egzemplarza
łącząc pozdrowienia
PS uważam, że pewien podstawowy szacunek należy się wszystkim, ale bardziej osobisty i zaangażowany z kolei tylko tym, którzy na niego zapracują.
08-12-2012 15:39 
 Ocena 7 na 7
liliac (147340 punktów)
>Myślę że zdanie mam ugruntowane.

Ja też. Traktuję mężczyzn i kobiety podobnie. Mam też podobne względem nich oczekiwania.
A w związku oczekuję partnerstwa i wspólnie ustalonych reguł. Opartych na własnych preferencjach, nie na archetypach, stereotypach i oczekiwaniach społecznych.

"...a świniobicie, łaskawa pani, to to samo, jak kiedy ksiądz odprawia mszę świętą, bo zawsze idzie o krew i o mięso, czyli ciało." (B. Hrabal, "Postrzyżyny")
Jacek Głodzik (35558 punktów)
>Traktuję mężczyzn i kobiety podobnie. Mam też podobne względem nich oczekiwania.

Tak. Widzę już to od pewnego czasu

> A w związku oczekuję partnerstwa i wspólnie ustalonych reguł.

Podobnie ja.

> Opartych na własnych preferencjach, nie na archetypach,
> stereotypach i oczekiwaniach społecznych.

Rozumiem. Dodam tylko, że dla mnie archetyp ma zdecydowanie pozytywny wydźwięk.
łącząc pozdrowienia

---
10-12-2012 09:10 
 Ocena 6 na 6
Meretseger (61860 punktów)

>Cóż: dbając o nich, współpracując w ramach ustalonego podziału obowiązków. Traktując ich jak podmiot, a nie jak mebel Starając się rozmawiać i rozumieć. Okazując im ciepło, uczucia (również te negatywne) i umiejąc od nich to ciepło wsiąść. Traktując ich serio.
No, Jacku: ale przecież to sposób postępowania z mężczyznami!
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> No, Jacku: ale przecież to sposób postępowania z mężczyznami!

Zgadza się. Taka była przecież prośba liliac o wyjaśnienie "A jak się postępuje z mężczyznami? Tak, jak przewiduje widzimisię własne vifixa?"

---
10-12-2012 09:47 
 Ocena 4 na 4
Meretseger (61860 punktów)
>> No, Jacku: ale przecież to sposób postępowania z mężczyznami!
>Zgadza się. Taka była przecież prośba liliac o wyjaśnienie
Aha. Myślałam, że to Twój sposób postępowania z kobietami. Ten jest inny?
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Ten jest inny?

Częściowo tak, ale dalej to już domena praktyki i konkretnych sytuacji. Nie ciągnij mnie za język, bo.. wylecę z tego forum (tamto to oczywiście był żart, ale miał coś pokazać)


---
Jacek Głodzik (35558 punktów)
A jak byś chciała, aby postępowano z kobietami? Inaczej, niż napisałem a propos mężczyzn?

---
10-12-2012 14:09 
 Ocena 6 na 6
Meretseger (61860 punktów)
>A jak byś chciała, aby postępowano z kobietami? Inaczej, niż napisałem a propos mężczyzn?
A, nie. Zupełnie tak samo
Jacek Głodzik (35558 punktów)
>A, nie. Zupełnie tak samo

Grunt to wiedzieć, czego się chce
pozdrawiam

---
Jacek Głodzik (35558 punktów)
>> No i rzecz jasna, ojcowie uczą młodego syna jak postępować z kobietą
> A jak postępować z kobietą?

Napisz mi, kiedy masz wolne popołudnie
pozdrowienia

---

Mod:
Tego typu uwagi raczej sobie daruj na tym forum.
07-12-2012 17:55 
 Ocena 2 na 2
mayolina (2278 punktów)
>Przede wszystkim nie napisałem że odrzucam, tylko że wiele nam nie da.
>Prawda, nie wyraziłem się dośc precyzyjnie. Podałem przykład Marka Regnerusa (dzięki mayolina za cenne uwagi) aby rozpocząć dyskusję.
Wybacz, ale rozpoczynanie dyskusji od badań Marka Regnerusa to tak jakby zacząć dyskusję o ewentualnej szkodliwości szczepień przytaczając badania Wakefielda bez wspominania nic o fakcie, że pan Wakefield był kiedyś doktorem, którego pozbawiono prawa do uprawiania zawodu.

Nie twierdzę, że Regnerus fałszował wyniki badań, ale uwagi o jego metodologii badań (źle dobrane grupy kontrolne, problemy z nazewnictwem itd) wystarczą by kwestionować konkluzje jego badań, a to czyni go niewiarygodnym autorytetem.
Jacek Głodzik (35558 punktów)
Ok, podaj jakieś inne badania.
pozdrowienia

---
07-12-2012 18:09 
 Ocena 4 na 4
mayolina (2278 punktów)
pozwalam sobie powtórzyć to co napisałam w wątku o równouprawnieniu:

Cytat:
a może cechy płci (a więc tzw. różnice między płciami) to tylko i wyłącznie cechy nabyte? Pisał o tym PZ Myers tłumacząc, że jesteśmy jednak jednym gatunkiem, dziedziczymy po równi geny męskie i żeńskie. Tak więc nawet najbardziej opiekuńcza kobieta będzie miała w sobie geny ojca-myśliwego, a najlepszy myśliwy ma w sobie geny matki-zbieraczki. Wydaje się prawdopodobne, że zachowania (to co nazywamy różnicymi płciowymi) są więc nabyte.


BTW: popatrz wydawało mi się, że z racji pewnych cech anatomicznych jestem kobietą, a mój mąż mężczyzną. Tymczasem on jest z urodzenia pacyfistą, nie interesuje go walka, nie lubi motoryzacji. Ja natomiast znam się na samochodach i walczę do końca. Co czyni mnie mężczyzną a męża kobietą. Mnie wychowywały kobiety, bowiem ojciec się nie udzielał...a mąż pochodzi z tradycyjnej chłopskiej rodziny katolickiej. Więc jak to jest z tymi różnicami między płciami? i.racjonalista.pl/img/em/grin.gif

Jacek Głodzik (35558 punktów)
> popatrz wydawało mi się, że z racji pewnych cech anatomicznych
> jestem kobietą, a mój mąż mężczyzną

Sądzisz że te cechy anatomicznie sa czysto przypadkowo inne? I nie mówię tylko o piersiach, szerszych biodrach itp.

> Tymczasem on jest z urodzenia pacyfistą, nie interesuje go
> walka, nie lubi motoryzacji
> Ja natomiast znam się na samochodach i walczę do końca

Grzebiesz w samochodach?
Walczyłabyś o męża w ciemnym zaułku?

> Co czyni mnie mężczyzną a męża kobietą

Bynajniej. Miałem koleżankę, która miała w sobie parę cech męskich, nawet te które wymieniasz, ale w środku była bardzo kobieca. W schemacie in i yang zawsze jest ta kropelka w środku

> Mnie wychowywały kobiety, bowiem ojciec się nie udzielał...

No i dobrze, że wychowały Cię kobiety, choć pewnie żałujesz że ojciec się nie udzielał. A jak sobie wyobraższ to ewent. udzielanie?

> a mąż pochodzi z tradycyjnej chłopskiej rodziny katolickiej

Podobnie jak mój ojciec.

> Więc jak to jest z tymi różnicami między płciami?

Przede wszystkim są, może czasem trzeba je polubić Ja się czuję dobrze w skórze mężczyzny i za nic nie chciałbym się zamienić ani posiąść czegoś wiecej, niż wyczuwam w granicach że jest dla mnie dobre.
łącząc pozdrowienia
07-12-2012 20:38 
 Ocena 1 na 1
mayolina (2278 punktów)
o tym kto się dobrze czuje w skórze mężczyzny a kto nie, i czy biłam się w kącie o męża to temat na zwierzenia przy kawie. Na forum za zwyczaj dyskusje są bardziej merytoryczne. tak więc proponuję powrócić do innych wątków, chociażby do podlinkowanej wcześniej notki PZ Myersa kwestionującej twierdzenia o genetycznie uwarunkowanych rolach płciowych.

I na marginesie: badania, a właściwie 'badania' profesora Regnerusa wycofano z Social Science Research, bowiem analiza metod badawczych, przeprowadzona przez redaktorów wydawnictwa była bardzo dla metod badawczych profesora Regnerusa nieprzychylna. Link do artykułu w Chronicle of Higher Education
Jacek Głodzik (35558 punktów)
>o tym kto się dobrze czuje w skórze mężczyzny a kto nie, i czy
> biłam się w kącie o męża to temat na zwierzenia przy kawie.
> Na forum za zwyczaj dyskusje są bardziej merytoryczne.

Rozumiem, bez osobistych wycieczek i wątków, pomimo że pisałaś przez chwilę o swoich cechach anatomicznych oraz cechach charakteru męża. Ale ok

> tak więc proponuję powrócić do innych wątków, chociażby
> do podlinkowanej wcześniej notki PZ Myersa kwestionującej
> twierdzenia o genetycznie uwarunkowanych rolach płciowych.

Ok, ale to już nie dziś. U mnie za chwilę będzie 12 w nocy i idę powoli spać.

>I na marginesie: badania, a właściwie 'badania' profesora
> Regnerusa wycofano z Social Science Research, bowiem
> analiza metod badawczych, przeprowadzona przez redaktorów
> wydawnictwa była bardzo dla metod badawczych profesora
> Regnerusa nieprzychylna. Link do artykułu w

Dzięki za info, warto wiedzieć.
łącząc pozdrowienia

---
mayolina (2278 punktów)
>>o tym kto się dobrze czuje w skórze mężczyzny a kto nie, i czy
>> biłam się w kącie o męża to temat na zwierzenia przy kawie.
>> Na forum za zwyczaj dyskusje są bardziej merytoryczne.
>Rozumiem, bez osobistych wycieczek i wątków, pomimo że pisałaś przez chwilę o swoich cechach anatomicznych oraz cechach charakteru męża. Ale ok

To było podanie konkretnego przykładu na twój opis cech charakterystycznych dla płci. Z równym powodzeniem mogłabym podać inne przykłady zaprzeczające temu co pisałeś.
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> To było podanie konkretnego przykładu na twój opis cech
> charakterystycznych dla płci. Z równym powodzeniem mogłabym
> podać inne przykłady zaprzeczające temu co pisałeś.

A czy ja przeplatam moją ogólną argumentację czymś innym? Choćby "Miałem koleżankę, która miała w sobie parę cech męskich, nawet te które wymieniasz, ale w środku była bardzo kobieca". Chętnie zapoznam się z Twoimi "przykładami zaprzeczającymi temu co pisałem".
miłego dnia

---
07-12-2012 20:00 
 Ocena 1 na 1
vifix (2315 punktów)
>i walczę do końca.

Aż się boję zapytać co to znaczy.

>Mnie wychowywały kobiety, bowiem ojciec się nie udzielał

A może nie angażował się celowo, bo uważał, że do kobiet należy wychowanie dzieci?

>Więc jak to jest z tymi różnicami między płciami?

A wolałabyś być mężczyzną czy kobietą?
Jacek Głodzik (35558 punktów)
>> i walczę do końca.
> Aż się boję zapytać co to znaczy.

Ty vifix lepiej uważaj
www.racjonalista.pl/forum.php/s,526561#w535216

---
09-12-2012 14:06 
 Ocena 1 na 1
vifix (2315 punktów)
>Ty vifix lepiej uważaj
>www.racjonalista.pl/forum.php/s,526561#w535216

Ale z Ciebie zbereźnik
Jacek Głodzik (35558 punktów)
Ja?! Wzór cnót ze mnie..

---
09-12-2012 13:42 
 Ocena 1 na 1
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> on jest z urodzenia pacyfistą, nie interesuje go walka, nie lubi
> motoryzacji. Ja natomiast (..) walczę do końca.






---
08-12-2012 15:17 
 Ocena 3 na 3
Irracja (4721 punktów)
>Z tym że płcie zazwyczaj się od siebie dość różnią. Dziecko natomiast, w zależności od wieku i od jego z kolei płci potrzebuje jednych i drugich wzorców, zdolności z jednej i drugiej płci.
>Bardzo trywializując - przykład pierwszy z brzegu: chłopiec w wieku ok 6 lat i więcej potrzebuje wzorca męskiego a dziewczynka żeńskiego (choć np. córka potrzebuje też wtedy czuć i wyrażać ostatecznie nigdy niespełnioną miłości do ojca). Czasem chcieć to mało.
>Nie kwestionuję ogólnie dobrej woli, wykształcenia itp. par homo, ale dobrze by było, gdyby się tu nikt na nic nie silił.

... oczywiście, jest dużo racji w pana? Twoich? słowach. Jednak nie demonizowałbym tej różnicy płci, oraz konieczności wzorców. Dużo zależy, nie tylko od chęci rodziców, lecz również od całokształtu warunków społecznych i otoczenia rodziny, od pewnych poglądów i zachowań rodziców, i innych czynników. Oprę się na własnych doświadczeniach...

... o pierwszych miłościach córki wiedziałem więcej, niż jej matka. Nie było to tylko podyktowane moimi chęciami. Wpływ na to miały i inne czynniki, nie do końca zależne ode mnie. Jednym z nich był fakt, że jej matka traktowała większość tych "miłosnych przygód" jako fanaberie okresu dojrzewania. Innym czynnikiem było to, że potrafiłem się z nią dzielić własnymi doświadczeniami, tego okresu, z punktu widzenia chłopca. A młode dziewczęta są ciekawe nie tylko doświadczeń rówieśnic i wspomnień matki - lecz również tego co czują wtedy chłopcy, jak reagują na ich wygląd i zachowania. Tego od rówieśnic i rówieśników/kolegów się nie dowiedzą. Podejrzewam, a w zasadzie jestem pewien, że tak samo jest z chłopcami...

... o chęci oświadczyn, przyszłego zięcia wiedziałem na dwa tygodnie przed samym faktem. Jeden z powodów? Jako cichy wspólnik całego przedsięwzięcia miałem przypilnować byśmy się wszyscy wspólnie spotkali. No i ja, jako jedyny musiałem ściśle i z wyprzedzeniem zaplanować swój pobyt w domu. Taką miałem wtedy pracę...

... o drugiej ciąży córki wiedziałem na kilka godzin przed jej mężem - i na dwa tygodnie przed jej matką i jej teściami. Oczywiście znów wpływ na to miała nie tylko zażyłość i zaufanie. Nie dość że miałem prawo jazdy i samochód, to jeszcze nielimitowany czas pracy. Mogłem więc ją zawieść do lekarza o każdej porze dnia...

... takich przykładów znalazłoby się więcej. To że byłem takim a nie innym ojcem nie wypływało tylko z moich chęci i zachowań. Było też wynikiem takich a nie innych, korzystnych dla mnie splotów zdarzeń. Z drugiej strony, wiem że córka miała kilka (co najmniej dwie) tzw. "poważnych rozmów damskich" z moja siostrą. Nawet do matki nie poszła ze swoimi problemami. Inna sprawa, że cały splot zdarzeń mojego życia sprawił, iż ich kontakty nie ograniczały się tylko do "oficjalnych wizyt", a i one same traktowały się jak dobre przyjaciółki...

... co do potrzeby uczuć między ojcem i córką, czy też między synem i matką. W tej chwili ten temat jest mało podnoszony, ale w latach 70-80 ubiegłego wieku, część psychologów podzielała pogląd, iż nie tylko przykład wzajemnych stosunków matki i ojca jest ważny dla dzieci. Również wzajemne stosunki rodziców z dziećmi są pewnym poligonem doświadczalnym, jeżeli chodzi o zachowania intymno-uczuciowe, które później są już rozwijane, podczas "pierwszych szkolnych miłości". Oczywiście jest to bardzo trudny temat. Nie tylko ze względu na pewne dewiacje, do których mogą prowadzić - lecz również na opinię innych. Równolegle jest to dobra nauka, które zachowania są dopuszczalne, a które nie - tak ze względu na wzajemne zależności, jak i na miejsce i czas ich okazywania...

... jedyne co wiadomo o ateista i agnostykach to fakt, iż nie wierzą w "Boga takiego jak chciałyby religie"... reszta to zwykłe insynuacje...
Jacek Głodzik (35558 punktów)
>... oczywiście, jest dużo racji w pana? Twoich?

Mam na imię Jacek. Proponuję przejdźmy na per ty

> słowach. Jednak nie demonizowałbym tej różnicy płci, oraz
> konieczności wzorców. Dużo zależy, nie tylko od chęci rodziców,
> lecz również od całokształtu warunków społecznych i otoczenia
> rodziny, od pewnych poglądów i zachowań rodziców, i innych
> czynników. Oprę się na własnych doświadczeniach...

Ciekawe odświadczenia opisujesz. Chylę czoła, zwłaszcza że widać w nich sporą zażyłosc między Tobą a córką.. i to jest fajne
Czy demonizuję? Nie sądzę. Po prostu ja te wzorce zawsze pragnąłem mieć dobre, czuć od nich siłę a nieraz wychodziło że mam złe, więc w pocie czoła musiałem to i tamto przewartościowywac. Wydaje mi się, że ani nie przeceniam tego, ani nie niedoceniam. Po prostu jak ktoś miał głównie dobre wzorce i w danej sytuacji życiowej nie musi wykorzystywać innych, to w ogóle tematu z za swojego płotu nie zauważy.
Już zmierzając pomału do podsumowań: wydaje mi się co do wzorców, ze dobrze jest mieć takie, które pozwolą nam normalnie żyć, które nas w późniejszych rolach ojca, matki, szefa itp. nie będa uwierać, a jeszcze będą wspierać.
A że kobiety i mężczyźni jednak mimo wszystko różnią się od siebie i to sporo (zarówno jeśli chodzi o oczekiwania społeczne, formy, jak i wewnętrzne filogenetyczne cechy, możliwości i predyspozycje) to dobrze by było z wychowaniem wychodzić im na przeciw. Ale nie takim wyczytanym w książek, tylko popartym zwykłym, powtarzalnym, takim normalnym przykładem z życia które toczy się gdzieś tam z boku, szumi jak płynąca od setek lat rzeka

> (..) Również wzajemne stosunki rodziców z dziećmi są pewnym
> poligonem doświadczalnym, jeżeli chodzi o zachowania intymno-uczuciowe,
> które później są już rozwijane, podczas "pierwszych szkolnych miłości".

Oczywiscie

> jest to bardzo trudny temat. Nie tylko ze względu na pewne
> dewiacje, do których mogą prowadzić - lecz również na opinię
> innych. Równolegle jest to dobra nauka, które zachowania są
> dopuszczalne, a które nie - tak ze względu na wzajemne zależności,
> jak i na miejsce i czas ich okazywania...

Zgadza się. W Niemczech na ten przykład w XIX w. aż do początków XX w. obowiązywały zalecenia tzw czarnej pedagogiki: dzieci raczej nie nosić, nie dotykać, nie okazywać uczuć a trzymać krótko bo inaczej b. szybko się rozpuszczą jak "dziadowskie bicze".
Na szczęście to już przeszłość. Gunt to otwarcie się na nowe w tych rodzinnych relacjach, które niechybnie to nowe przyniosą.. i to szybciej, niż się spodziewamy
łącząc pozdrowienia

---
09-12-2012 11:41 
 Ocena 2 na 2
Irracja (4721 punktów)
>>... oczywiście, jest dużo racji w pana? Twoich?
>Mam na imię Jacek. Proponuję przejdźmy na per ty

... miło mi. Na imię mam Grzegorz...

>Czy demonizuję? Nie sądzę. Po prostu ja te wzorce zawsze pragnąłem mieć dobre, czuć od nich siłę a nieraz wychodziło że mam złe, więc w pocie czoła musiałem to i tamto przewartościowywać. Wydaje mi się, że ani nie przeceniam tego, ani nie nie doceniam. Po prostu jak ktoś miał głównie dobre wzorce i w danej sytuacji życiowej nie musi wykorzystywać innych, to w ogóle tematu z za swojego płotu nie zauważy.
>Już zmierzając pomału do podsumowań: wydaje mi się co do wzorców, ze dobrze jest mieć takie, które pozwolą nam normalnie żyć, które nas w późniejszych rolach ojca, matki, szefa itp. nie będą uwierać, a jeszcze będą wspierać.

... oczywiście masz w pełni rację. Głupotą byłoby zakładać rodzinę bez jakiś jasno nakreślonych wzorców. I nie tak bardzo ważne czy te wzorce pochodzą z bezpośredniego doświadczenia rodzinnego (dużo bardziej pożądane i skuteczne), czy też z książek - jeżeli bezpośrednich wzorców brakuje, lub są uznane za złe. Mówiąc o demonizacji mam na myśli nadmierną schematyzację wzorców prowadzącą do skostnienia i dogmatyzacji. Z Twoich słów wynika, że masz pewne doświadczenia w tej kwestii. I to nie wszystkie korzystne...

... po pierwsze - każdy z nas jest inny - inny od swoich rodziców, z innych rodzin pochodzimy - a więc inne związki i rodziny tworzymy. Również dzieci są inne od nas, wprowadzają inne uwarunkowania do rodziny. To co sprawdzało się przy pierwszy dziecku, nie musi się sprawdzać przy drugim i kolejnym. Pierwsze dziecko jest przez pewien czas jedynakiem, takim "małym pępkiem" naszej rodziny. Przy pojawieniu się kolejnego traci ten status, jednocześnie każde kolejne nie może być dokładnie tak wychowywane jak pierwsze - nie jest nigdy "jedynakiem". Wszystko to powoduje, że wzorce - nawet jeśli nie ewoluują - to muszą być bardzo plastyczne. Muszą też zakładać efekty jakie chcemy osiągnąć, również na zasadzie plastyczności i ewolucji tych efektów...

... po drugie - stwierdzenie że "dziecko wymaga czasu" nie powinno się wyłącznie odnosić do tego, iż czas dla dziecka musimy znaleźć. To również fakt, że ten czas powinniśmy znaleźć również wtedy gdy tego czasu brakuje. Choć chwila - w której dajemy dziecku znać (czy też mu to tłumaczymy), że zajmiemy się nim później - daje dziecku znak że jest zauważalne, że jest ważne dla nas. To, w połączeniu z dotrzymaniem danego słowa, daje dziecku poczucie bezpieczeństwa...

... i po trzecie - wyłapanie odpowiedniego czasu na wychowanie dziecka, wymaga czasami zachowań sprzecznych z naszymi poglądami. Teraz dwa przykłady, za które "przeciwnicy kar cielesnych" chętnie by mnie powiesili:
1.) wnuczka często spędzała u nas weekendy, bez rodziców. Miała wtedy z 4-5 lat gdy wystąpiły problemy z jej usypaniem. Było koło 22,oo a ona wciąż coś wymyślała, a to bajka, a to kołysanka, a to że "mama ma ją uspać" - choć jej wtedy nie było. Wtedy nie wytrzymałem, i wbrew swoim poglądom, wymierzyłem klapsa na tyłek. Nawet nie zapłakała, tylko te "wielkie zdziwione oczy". Gdybym ją chciał wychowywać (w inny sposób, nazajutrz), pewnie bym takich wyników nie uzyskał. a były dwa efekty. Pierwszy bezpośredni - bo zaraz przytuliła lalę i zasnęła. Drugi to taki, że od tamtego czasu łatwiej akceptowała fakt, iż nie jest "pępkiem świata". Łatwiej przyjmowała do wiadomości, że jest czas na zabawę i jest czas gdy muszę się zająć innymi członkami i sprawami rodziny...
2). teraz coś zdecydowanie spoza mojej rodziny. Czternastoletnia córka, samotnej matki, nie tylko samowolnie poszła na dyskotekę. Wróciła też na następny dzień, w godzinach mocno zbliżonych do "pory obiadowej". Wiadomo co było, rozmowa wychowawcza która przekształciła się w kłótnię. No i padły słowa, z ust "córeczki" - "spróbuj mnie uderzyć, spróbuj ukarać. Ja wiem gdzie zadzwonić w sprawie znęcania się". Matka wycofała się z pokoju córki, lecz wróciła po kilku minutach. Wymierzyła "siarczysty policzek" i podała córce telefon - "a teraz dzwoń i pakuj się. Ja pójdę do więzienia, lecz nie myśl że pozwolę ci zamieszkać z dziadkami. Nim sąd zdecyduje to kilka miesięcy pomieszkasz w domu dziecka". Bardzo drastyczny przykład "środków wychowawczych, świadczący o poważnych błędach wychowawczych. Ale w tym wypadku spowodował brak dalszej eskalacji "wojny pokoleń"...

... uprzedzam, takich sytuacji nie wolno prowokować. Nic to nie da. To po prostu udane wykorzystanie sytuacji samoistnie zaistniałej. Trzeba mieć trochę szczęścia i umiejętności by wykorzystać do wychowania sytuacje niezależne całkowicie od nas samych...

... im młodsze dziecko, tym większe ma problemy z "powiązaniem w czasie środków wychowawczych z czynem którego dokonało". Ma to swoje odniesienie nie tylko przy karaniu, lecz również przy nagradzaniu. Istnieje pogląd (moim zdaniem błędny), że nie powinno się wychowywać dziecka małego, powinno się mu pozwolić na samodzielny rozwój. Owszem, ma to swoje uzasadnienie z którym się zgadzam. Ograniczanie dziecka nie jest najlepszym rozwiązaniem, a i wiele rzeczy małe dziecko nie jest w stanie pojąc. Ale już od najmłodszych lat zaczyna spostrzegać świat w kategoriach dobra i zła. Nie rozumie jeszcze dlaczego tak jest, ale spostrzega to. Dlatego powinno się mu dawać znaki co i kiedy jest dobre, a kiedy złe. znaki przez pewną stanowczość, niekiedy przez fochy i delikatne kary, dostosowane do jego wieku. Inaczej zacznie przyjmować, że zło nie kryje się w samym czynie, lecz w tym iż dało się złapać i ukarać. Podobnie wygląda z nagradzaniem...

... miłej niedzieli życzę...


... jedyne co wiadomo o ateista i agnostykach to fakt, iż nie wierzą w "Boga takiego jak chciałyby religie"... reszta to zwykłe insynuacje...
09-12-2012 12:10 
 Ocena 1 na 1
Irracja (4721 punktów)
>Renegus wykazał w swoich badaniach, że dzieci z tradycyjnych rodzin są szczęśliwsze i zdrowsze niż te wychowane przez pary jednopłciowe i wzbudizł tym w USA spore kontrowersje. Sprawą zajęła się specjalna komisja Uniwersytetu Texas w Austin, gdzie uczony jest zatrudniony.
Raport Regnerusa oparty był na analizie odpowiedzi, jakich udzieliły dorosłe dzieci wychowane przez ich biologicznych rodziców lub przez rodzica homoseksualnego wraz z jego lub jej partnerem.

... ciekawe dane (warte uwzględnienia w rozważaniach), jak i chyba też artykuł (dzięki, muszę zajrzeć w wolnej chwili) który linkujesz. Wydaje mi się jednak, że dane statystyczne mogą być trochę zafałszowane. Nie, nie umyślnie - lecz w związku z pewnym, nadal panującym ostracyzmem - nie tylko wobec ludzi homoseksualnych, lecz również wobec ich dzieci. W związku z tym, występujące różnice mogą być mniejsze - ale istnieją i należy się z nimi liczyć...

... przy okazji, warto zwrócić uwagę na inny temat. Są osoby które twierdzą, że powinno się tolerować homoseksualizm jako naturalny, ponieważ istnieje również w świecie zwierząt. Jest to jednak pogląd błędny i wręcz szkodliwy dla środowisk homoseksualnych. O ile homoseksualizm nie jest bezpośrednio powiązany z prokreacją, to chyba nie występuje wśród samic. Przynajmniej ja nie znam takich przykładów. Również zachowania samców nie powinny być traktowane jako homoseksualne, lecz jako biseksualne. Tak się wydaje, że typowy homoseksualizm występuje wyłącznie wśród ludzi i jest związany z tzw. "uczuciami wyższymi: jak miłość, wierność, itp. W sumie, bliższe ludziom są zachowania biseksualne, niż typowo homoseksualne. To czy ktoś będzie hetero, czy homoseksualny wypływa z dwóch warunków. Pierwszy to rzeczywista preferencja do własnej płci, która nie musi wykluczać seksu z płcią przeciwną. Druga to właśnie silne uwypuklenie w naszym życiu, ważności "uczuć wyższych". Miłość, wierność i dążenie do stałego związku dwóch osób może być przyczyną iż część ludzi decyduje się na homoseksualizm, choć równie dobrze (w innych warunkach i środowisku) byliby biseksualnymi...

... pozdrawiam...


... jedyne co wiadomo o ateista i agnostykach to fakt, iż nie wierzą w "Boga takiego jak chciałyby religie"... reszta to zwykłe insynuacje...
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Wydaje mi się jednak, że dane statystyczne mogą być trochę
> zafałszowane. Nie, nie umyślnie - lecz w związku z pewnym,
> nadal panującym ostracyzmem -
> nie tylko wobec ludzi homoseksualnych, lecz również wobec ich dzieci.

Oczywiscie. Myślę podobnie, czego też nie zapomniałem wcześniej zastrzec.

> W związku z tym, występujące różnice mogą być mniejsze
> - ale istnieją i należy się z nimi liczyć...

Ja z kolej chętnie zapoznałbym się z innym, analogicznym badaniem, ale jak już pisałem - najlepiej kogoś stojącego całkowicie z boku np. naukowca-ateisty lub wyznawcy innej religii, gdzie nie ma takich restrykcji co do małżeństw homo.

> O ile homoseksualizm nie jest bezpośrednio powiązany z prokreacją,
> to chyba nie występuje wśród samic. Przynajmniej ja nie znam takich
> przykładów.

Sory, ale nie bardzo rozumiem. Możesz dookreślić?

> Również zachowania samców nie powinny być traktowane
> jako homoseksualne, lecz jako biseksualne. Tak się wydaje,
> że typowy homoseksualizm występuje wyłącznie wśród ludzi
> i jest związany z tzw. "uczuciami wyższymi: jak miłość, wierność,
> itp. W sumie, bliższe ludziom są
> zachowania biseksualne, niż typowo homoseksualne.

Być może. Przy okazji popatrzę co na to nauka. O podłożu homoseksualizmu wiem niewiele - głównie biologicznym z dość dobrej, choć dziś już nieco leciwej książki "Płeć mózgu" autorstwa Moir Anne.
Co do wyższych uczuć typu wzajemna miłość - w pełni się z Tobą zgadzam, tam musi być zupełnie podobnie jak w hetero, i to mnie przekonuje czytając różne artykuły.

> To czy ktoś będzie
> hetero, czy homoseksualny wypływa z dwóch warunków.
> Pierwszy to rzeczywista preferencja do własnej płci, która
> nie musi wykluczać seksu z płcią przeciwną.

Z tego co wiem, homoseksualiści często dochodzą do własnego ostatecznego określenia się latami. Czasem nawet długo tkwią w związkach hetero.

> Druga to właśnie
> silne uwypuklenie w naszym życiu,
> ważności "uczuć wyższych". Miłość, wierność i
> dążenie do stałego związku dwóch osób może być przyczyną iż część ludzi
> decyduje się na homoseksualizm, choć równie dobrze (w innych warunkach i
> środowisku) byliby biseksualnymi...

Ciekawe podejście, choć poruszasz się tu widzę jedynie na gruncie uczuć i dążeń (dynamik).
A gdzie biologia?
Czasami w zamierzchłych czasach zastanawiałem się nad tym, mniej wiecej w stylu "co to w ogóle ma być, co to za dziwolągi?". Nijak nie mogłem zakwalifikować homoseksualizmu do świata, w którym żyję.
Takie zjawiska zawsze porównujemy najpierw do siebie samego, później otoczenia i wiesz, pomimo że i mnie zawsze zależało na miłości, wierność i dążeniu do stałego związku dwóch osób - nigdy jakoś nie przyszło mi do głowy, że tym kimś mógłby być inny mężczyzna. Albo że kolega mógłby pragnąć np. mnie albo innego mojego kolei.
Żadnych, dosłownie żadnych takich osób w moim otoczeniu (choć może byli, ale się kryli)
Sprawa wychodzi w Polsce dopiero od całkiem niedawna (od kiedy przestano ich na ulicy wytykać) - chcąc nie chcąc więc trzeba tu jakieś stanowisko zająć.

Dziś wiem że to po prostu ludzie, tylko inaczej uformowani. Choć do końca nie jestem w stanie nawet sam dla siebie rozstrzygnąć, czy uformowani przez społeczność w której żyją (rodzinę, wychowawców, rówieśników, towarzystwo itp) czy przez biologię. Obecnie akurat skłaniam się do tego drugiego (gównie za wspomnianą Moir Anne)
Mimo wszystko trzeba jasno powiedzieć, że to są ludzie - jedni z nas, tak jak ja jestem jednym z nas

A jakie jest Twoje zdanie w temacie kto lub co formuje homoseksualizm? Zakładając oczywiscie, że w ogóle formuje, ale wydaje mi się ze można tak założyć, z prostej przyczyny: magnetyzm, miłość i chęć bycia blisko, dążność do drugiej konkretnej osoby człowiek w sobie odkrywa, a nie wytwarza świadomie.
Podobnie jak nie możesz zakochać się w super koleżance, wybranej z całej szkoły "bo obiektywnie ma nałdaniesze włosy, buzię i najlepszą figurę i dobrze by było pokazać się z nią w towarzystwie".
Nale zostajesz uchwycony przez większą siłę, dostajesz kopa a propos jakiejś innej dziewczyny, wcale nie tej najładniejszej, dostrzegasz że ona ci się tak jakoś dziwnie przygląda, rozmawia z tobą inaczej niż inne.. i już, umarł w butach. Szybka śmierć (oczywiscie wariacje czasowe i intensywnościowe mogą być różne, ale chodzi mniej-wiecej o to, że zostaje się uchwyconym przez to "coś")

łącząc pozdrowienia

---
Irracja (4721 punktów)
... cześć...

>Ja z kolej chętnie zapoznałbym się z innym, analogicznym badaniem, ale jak już pisałem - najlepiej kogoś stojącego całkowicie z boku np. naukowca-ateisty lub wyznawcy innej religii, gdzie nie ma takich restrykcji co do małżeństw homo.

... tego to chyba tak szybko się nie doczekamy. Badania jednak kosztują, a instytucji typowo ateistycznych nie ma wiele. A tyle ciekawych tematów do zbadania. Inne religie też mają swoje tematy...

>> O ile homoseksualizm nie jest bezpośrednio powiązany z prokreacją,
>> to chyba nie występuje wśród samic. Przynajmniej ja nie znam takich
>> przykładów.
>Sorry, ale nie bardzo rozumiem. Możesz dookreślić?

... chodzi o to, że wszystkie znane mi z przyrody przypadki homoseksualizmu dotyczą samców. Owszem, kiedyś czytałem w prasie przyrodniczej o homoseksualizmie wśród samiczek jakiegoś mało znanego gatunku stworzeń. Ale zachowania te były związane z prokreacją, bo jak się później okazało wszystkie osobniki były dwupłciowe. Nie występował podział na dwie osobne płcie...

>Co do wyższych uczuć typu wzajemna miłość - w pełni się z Tobą zgadzam, tam musi być zupełnie podobnie jak w hetero, i to mnie przekonuje czytając różne artykuły.
>> To czy ktoś będzie
>> hetero, czy homoseksualny wypływa z dwóch warunków.
>> Pierwszy to rzeczywista preferencja do własnej płci, która
>> nie musi wykluczać seksu z płcią przeciwną.
>Z tego co wiem, homoseksualiści często dochodzą do własnego ostatecznego określenia się latami. Czasem nawet długo tkwią w związkach hetero.
>> Druga to właśnie
>> silne uwypuklenie w naszym życiu,
>> ważności "uczuć wyższych". Miłość, wierność i
>> dążenie do stałego związku dwóch osób może być przyczyną iż część ludzi
>> decyduje się na homoseksualizm, choć równie dobrze (w innych warunkach i
>> środowisku) byliby biseksualnymi...
>Ciekawe podejście, choć poruszasz się tu widzę jedynie na gruncie uczuć i dążeń (dynamik).
>A gdzie biologia?

... pierwszym, i chyba głównym czynnikiem decydującym o homoseksualizmie jest biologia. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że wszystkie stworzenia w przyrodzie (a więc i człowiek) mają zapisane w genetyce dążenie do prokreacji, dążenie do spłodzenia potomstwa - to teoretycznie więc nie powinniśmy mówić o homoseksualizmie, lecz o biseksualizmie. Nawet jeżeli ktoś zdecydowanie preferuje seks z osobnikami własnej płci, to powinien mieć okresy w których dążyłby do seksu z osobnikiem płci przeciwnej by spłodzić potomstwo. Co więc decyduje, że część ludzi rezygnuje całkowicie z seksu z osobnikiem przeciwnej płci? Rezygnuje całkowicie z prokreacji? Wydaje mi się, że właśnie uwarunkowania kulturowe, związane z uczuciami wyższymi jak miłość, wierność, itp. Wartości tak mocno wpojone nam, że nieraz przewyższają genetyczny pęd do prokreacji...

... tak samo w drugą stronę. Jeżeli ktoś ma nikły pociąg do własnej płci, to wpajane wartości mogą stłumić ten popęd. Niektórzy do końca życia mogą się o nich nie dowiedzieć, tworząc szczęśliwe związki heteroseksualne. Niektórzy zaś po wielu latach ujawniają swój homoseksualizm. Czasami podejmują współżycie homoseksualne po kryjomu, czasami otwarcie zrywają z byłą rodziną by związać się z partnerem swojej płci...

... sorry, mam dziś nie najlepszy dzień. Choroba daje znać o sobie, więc mało myślę o necie...

... spokojnej nocy, Jacku...

... jedyne co wiadomo o ateista i agnostykach to fakt, iż nie wierzą w "Boga takiego jak chciałyby religie"... reszta to zwykłe insynuacje...
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> ... sorry, mam dziś nie najlepszy dzień. Choroba daje znać
> o sobie, więc mało myślę o necie...

Cześć Grzegorz. Przede wszystkim dużo zdrowia życzę.
Kontynuując wątek, ale nie oczekując rychłej odpowiedzi:

>... tego to chyba tak szybko się nie doczekamy. Badania jednak kosztują,
> a instytucji typowo ateistycznych nie ma wiele. A tyle ciekawych tematów
> do zbadania. Inne religie też mają swoje tematy...

No tak, klonkludując - ci zazwyczaj robią badania, komu zalezy na założonej tezie. Przyznasz, że to zbyt optymistycznie nie brzmi.

>... chodzi o to, że wszystkie znane mi z przyrody przypadki homoseksualizmu
> dotyczą samców. Owszem, kiedyś czytałem w prasie przyrodniczej o
> homoseksualizmie wśród samiczek jakiegoś mało znanego gatunku
> stworzeń. Ale zachowania te były związane z prokreacją, bo jak się
> później okazało wszystkie osobniki były dwupłciowe. Nie występował
> podział na dwie osobne płcie...

Teraz rozumiem, dzięki za wjaśnienie.

>> Ciekawe podejście, choć poruszasz się tu widzę jedynie na
>> gruncie uczuć i dążeń (dynamik).
>>A gdzie biologia?
>... pierwszym, i chyba głównym czynnikiem decydującym o homoseksualizmie
> jest biologia

Ano właśnie.

> Jednak biorąc pod uwagę fakt, że wszystkie stworzenia w przyrodzie
> (a więc i człowiek) mają zapisane w genetyce dążenie do prokreacji
> dążenie do spłodzenia potomstwa

Grzegorz tu uważaj, cobyś się gdzieniegdzie nie naraził

- to teoretycznie więc nie powinniśmy mówić o homoseksualizmie,
> lecz o biseksualizmie Nawet jeżeli ktoś zdecydowanie preferuje
> seks z osobnikami własnej płci, to powinien mieć okresy w których
> dążyłby do seksu z osobnikiem płci przeciwnej by spłodzić potomstwo.
> Co więc decyduje, że część ludzi rezygnuje całkowicie z seksu
> z osobnikiem przeciwnej płci? Rezygnuje całkowicie z prokreacji?
> Wydaje mi się, że właśnie uwarunkowania kulturowe, związane z
> uczuciami wyższymi jak miłość, wierność, itp. Wartości tak mocno
> wpojone nam, że nieraz przewyższają genetyczny pęd do prokreacji...

To mnie bardzo przekonuje co piszesz. Gdzieś kiedyś czytałem rozumowanie, idące w podobnym kierunku.. w kwestii poligamii/monogamii. Wg niektórych naukowców bilogicznie jesteśmy zaprogramowani na poligamię, i co ciekawe kobiety w równym stopniu, co męzczyźni. Jedynie cywilizacja i kultura narzucają nam wzorzez monogamii (z resztą jak wiadomo nie we wszystkich kulturach, i nie po równo dla każdej płci)

>... tak samo w drugą stronę. Jeżeli ktoś ma nikły pociąg do własnej
> płci, to wpajane wartości mogą stłumić ten popęd. Niektórzy do końca
> życia mogą się o nich nie dowiedzieć, tworząc szczęśliwe związki
> heteroseksualne.

Ano właśnie. Czytąjąc Twój opis nasuwa mi się jedno spostrzeżenie: jeśli ktoś ma nikły pociag do własnej płci, to po prostu nie będzie on tyle silny, by pchnąć go w ramiona parnera homo; może po prostu być szczęśliwy w swoim związku hetero a tylko na ulicach oglądać się za umięśnionymi panami, i to czasem.
Taki postulat z resztą wydaje się najbardziej prawdopodoby, bycie 100% meżczyzą lub 100% kobietą z założonymi kryteriami białe-czarne to czysta fikcja

> Niektórzy zaś po wielu latach ujawniają swój homoseksualizm.

Ano tak, niektórzy z czasem maski zrzucają, bo dostrzegają że coś z tego zycia chcą mieć.
Inni tkawią w nich do końca życia, inni w ogóle i nigdy nie muszą ich nosić, są tylko i wyłącznie sobą - zależy jak obdzielił los. I gdzie tu sprawidliwość Boska?

> Czasami podejmują współżycie homoseksualne po kryjomu,
> czasami otwarcie zrywają z byłą rodziną by związać się z
> partnerem swojej płci...

I tak bywa. Parę cytatów w temacie z książki "Płeć Mozgu" Anne MOIR i David JESSEL.

Cytat:
Rozdział 3
Tym, jacy jesteśmy, jak się zachowujemy, jak myślimy i czujemy, nie kieruje serce, lecz mózg. Natomiast na mózg, jego strukturę i funkcjonowanie, wpływ mają hormony. Skoro zarówno struktura mózgu, jak i hormony są u mężczyzn i kobiet różne, to nie powinno nas zaskakiwać, że mężczyźni i kobiety zachowują się odmiennie. Zrozumienie dokładnych relacji między strukturą mózgu, hormonami i zachowaniami pozwoli nam zbliżyć się do rozwiązania niektórych z najbardziej fascynujących zagadek ludzkości. (..) wpływ hormonów na mózg jest dwustopniowy. Podczas rozwoju mózgu w łonie matki hormony kontrolują powstawanie schematu sieci neuronów. Później, w okresie dojrzewania, hormony ponownie odwiedzą mózg, aby uruchomić sieć, którą wcześniej stworzyły. Ich działanie przypomina proces fotografowania: w łonie matki produkowany jest negatyw, który zostaje wywołany dopiero w momencie powrotu tych chemicznych nośników informacji w okresie dojrzewania. Różnice w zachowaniach ludzi uzależnione są od interakcji między hormonami a mózgiem. W następnej fazie badań należało wykryć, czy różnice w zachowaniach kobiet i mężczyzn odpowiadają różnicom w strukturach ich mózgów. Pozwoliłoby to ustalić niepodważalne związki między hormonami, mózgiem i zachowaniem. Nie było to zadanie łatwe(..)

Cytat:
Rozdział 2
Jeśli przyczyn naszych zachowań, skłonności umysłu i poglądów należy szukać przede wszystkim w hormonach, to czy mogą one decydować także o naszych skłonnościach seksualnych? Odpowiedź brzmi - tak, ale przyczyny są tak fascynujące, że temat ten zasługuje na osobny rozdział. Na razie wystarczy zauważyć, że tak jak niektóre leki
brane w czasie ciąży mogą zakłócić kierunek rozwoju mózgu u płodu, tak zakłócenia chemiczne w okresie płodowym mogą zmienić skłonności seksualne człowieka dojrzałego. Wiemy, jak spowodować homoseksualizm u szczurów i małp. Niektórzy naukowcy twierdzą, że wiemy, jak zapobiegać homoseksualizmowi u ludzi - przed urodzeniem.
Irracja (4721 punktów)
>Cześć Grzegorz. Przede wszystkim dużo zdrowia życzę.

... cześć i dzięki za życzenia...

>>... tego to chyba tak szybko się nie doczekamy. Badania jednak kosztują,
>> a instytucji typowo ateistycznych nie ma wiele. A tyle ciekawych tematów
>> do zbadania. Inne religie też mają swoje tematy...
>No tak, konkludując - ci zazwyczaj robią badania, komu zależy na założonej tezie. Przyznasz, że to zbyt optymistycznie nie brzmi.

... jak najbardziej...

>Grzegorz tu uważaj, cobyś się gdzieniegdzie nie naraził

... ooo, wa, Jacku. Tyle już mam nagrabione u niektórych, zwłaszcza u wierzących i feministek, że tylko gorzej być może...

>To mnie bardzo przekonuje co piszesz. Gdzieś kiedyś czytałem rozumowanie, idące w podobnym kierunku.. w kwestii poligamii/monogamii. Wg niektórych naukowców biologicznie jesteśmy zaprogramowani na poligamię, i co ciekawe kobiety w równym stopniu, co mężczyźni. Jedynie cywilizacja i kultura narzucają nam wzorzec monogamii (z resztą jak wiadomo nie we wszystkich kulturach, i nie po równo dla każdej płci)

... nooo, z tą poligamią u kobiet to tak bardzo bym się nie zgadzał. W końcu ciąża trwa 9 miesięcy, a i wychowanie potomstwa wymaga raczej stabilnej sytuacji. Prawdą jednak jest, że biologia gatunkowa nie nastawia je na "wierność jednemu partnerowi". Z punktu widzenia biologi gatunkowej i teorii ewolucji, nastawione są na wybór najlepszego "materiału genetycznego" w danej chwili. W tym kontekście to rzeczywiście nie są monogamistkami...

>>... tak samo w drugą stronę. Jeżeli ktoś ma nikły pociąg do własnej
>> płci, to wpajane wartości mogą stłumić ten popęd. Niektórzy do końca
>> życia mogą się o nich nie dowiedzieć, tworząc szczęśliwe związki
>> heteroseksualne.
>Ano właśnie. Czytając Twój opis nasuwa mi się jedno spostrzeżenie: jeśli ktoś ma nikły pociąg do własnej płci, to po prostu nie będzie on tyle silny, by pchnąć go w ramiona partnera homo; może po prostu być szczęśliwy w swoim związku hetero a tylko na ulicach oglądać się za umięśnionymi panami, i to czasem.
>Taki postulat z resztą wydaje się najbardziej prawdopodobny, bycie 100% mężczyzną lub 100% kobietą z założonymi kryteriami białe-czarne to czysta fikcja.

... to fakt, świat jest bardzo "kolorowy", więc dlaczego człowiek miałby być inny?..

>I tak bywa. Parę cytatów w temacie z książki "Płeć Mozgu" Anne MOIR i David JESSEL.
> Cytat:
Rozdział 3


... ciekawe wywody, i ciekawe założenia do badań. Warto może sięgnąć po tę pozycję, choć ostatnio jestem mocno "na bakier" z czytelnictwem. Jednak wziąłbym pod uwagę i trzeci czynnik wpływający na wzorce zakodowane w naszym mózgu. To wpływ kanonów i zasad kulturowych i społecznych, mocno zakodowanych w podświadomości i mentalności. Jednak zmiany w postawach i zachowaniach kobiet oraz mężczyzn (zwłaszcza kobiet), jakie zaszły przez ostatnie 100-150 lat są dużo większe niż zmiany zaszłe przez kilka wcześniejszych stuleci. Mimo że ewolucja stale postępuje z pokolenia na pokolenie, to jednak proces zmian genetyczno-hormonalnych jest zbyt powolny by tłumaczyć tym dokonane zmiany. Pytanie tylko, na ile te zmiany zwiększają, a na ile zmniejszają różnice między kobietami i mężczyznami...

>Cytat:
Wiemy, jak spowodować homoseksualizm u szczurów i małp. Niektórzy naukowcy twierdzą, że wiemy, jak zapobiegać homoseksualizmowi u ludzi - przed urodzeniem.


... a to ciekawe. Tak się zastanawiam, czy tego typu próby ingerencji w genetykę ludzką nie wywoła burzy podobnej do tej z klonowaniem. Choć w tym zakresie KRK (i nie tylko) może by poparł takie próby. Skoro jest przeciwny homoseksualizmowi?...


... jedyne co wiadomo o ateista i agnostykach to fakt, iż nie wierzą w "Boga takiego jak chciałyby religie"... reszta to zwykłe insynuacje...
Jacek Głodzik (35558 punktów)
>... nooo, z tą poligamią u kobiet to tak bardzo bym
> się nie zgadzał

Dobry polityk z Ciebie

> W końcu ciąża trwa 9 miesięcy, a i wychowanie potomstwa
> wymaga raczej stabilnej sytuacji. Prawdą jednak jest, że
> biologia gatunkowa nie nastawia je na "wierność jednemu partnerowi"
> Z punktu widzenia biologi gatunkowej i teorii ewolucji, nastawione
> są na wybór najlepszego "materiału genetycznego" w danej chwili.
> W tym kontekście to rzeczywiście nie są monogamistkami...

No właśnie. I to nie jest dla nas zbyt budujące, zatem trwóżmy się, dbajmy o nasze kobiety (a może pilnujmy) i uważajmy

> wziąłbym pod uwagę i trzeci czynnik wpływający na wzorce zakodowane
> w naszym mózgu. To wpływ kanonów i zasad kulturowych i społecznych,
> mocno zakodowanych w podświadomości i mentalności.

Co do tych kanonów, zasad kulturowych i społecznych - zdecydowanie przez ostanie lata nie były one dla homoseksualistów korzystne...

> Jednak zmiany w postawach i zachowaniach kobiet oraz mężczyzn
> (zwłaszcza kobiet), jakie zaszły przez ostatnie 100-150 lat są dużo
> większe niż zmiany zaszłe przez kilka wcześniejszych stuleci.

Mówisz teraz o tolerancji, psychice.. o czym właściwie?

> Mimo że ewolucja stale postępuje z pokolenia na pokolenie,
> to jednak proces zmian genetyczno-hormonalnych jest zbyt
> powolny by tłumaczyć tym dokonane zmiany

Ustalmy jedno: wg tej książki geny właściwie na homoseksualizm wpływu nie mają. Mają ją za to hormony, a one bywają zmienne.. że hej, sam z resztą wiesz m.in. po sobie w wieku dojrzewania, ale i po córce.

> Pytanie tylko, na ile te zmiany zwiększają, a na ile zmniejszają
> różnice między kobietami i mężczyznami...

.. w innych miejscach tej książki autorzy się na tym właśnie koncentrują.

> Tak się zastanawiam, czy tego typu próby ingerencji
> w genetykę ludzką

Gospodarkę hormonalną Grzegorz. Gospodarkę hormonalną.

> nie wywoła burzy podobnej do tej z klonowaniem. Choć w tym
> zakresie KRK (i nie tylko) może by poparł takie próby. Skoro
> jest przeciwny homoseksualizmowi?...

No, to by była bomba. Ktoś tu z resztą już poruszał podobny wątek: jeśli technologia genetyczna pozwoli diagnozować wady genetyczne na etapie zarodka, to czy pozwalać rodzicom do dobór dziecka wg ich własnych preferencji (z paru zapłodnionych in vitro zarodków) czy zostawiać lekarzom wybór, względnie jeśli wybór będzie tylko między głuchotą a ślepotą (przykładowo), to kogo wybrać?
Te zbliżające się dylematy trochę trącą władzą boską.. kto to udźwignie
łącząc pozdrowienia

---
Irracja (4721 punktów)
>>... nooo, z tą poligamią u kobiet to tak bardzo bym się nie zgadzał
>Dobry polityk z Ciebie

... wrodzona skromność nie pozwala mi... zaprzeczyć Lecz bez przesady, proszę, bez przesady...

>No właśnie. I to nie jest dla nas zbyt budujące, zatem trwóżmy się, dbajmy o nasze kobiety (a może pilnujmy) i uważajmy

... zastanawiam się, czy nie zająć się kowalstwem. "Pasy cnoty" mogą być jeszcze w cenie, gdyby kto chciał mieć pewność?..

>> Jednak zmiany w postawach i zachowaniach kobiet oraz mężczyzn
>> (zwłaszcza kobiet), jakie zaszły przez ostatnie 100-150 lat są dużo
>> większe niż zmiany zaszłe przez kilka wcześniejszych stuleci.
>Mówisz teraz o tolerancji, psychice.. o czym właściwie?

... o wszystkim co ma, lub może mieć wpływ na zachowania, potrzeby i priorytety życiowe, a więc i na zacieranie się lub pogłębianie różnic między płciami...

>> Mimo że ewolucja stale postępuje z pokolenia na pokolenie,
>> to jednak proces zmian genetyczno-hormonalnych jest zbyt
>> powolny by tłumaczyć tym dokonane zmiany
>Ustalmy jedno: wg tej książki geny właściwie na homoseksualizm wpływu nie mają. Mają ją za to hormony, a one bywają zmienne.. że hej, sam z resztą wiesz m.in. po sobie w wieku dojrzewania, ale i po córce.

... a owszem, owszem. Sorry, zbyt uogólniłem temat...

>> Tak się zastanawiam, czy tego typu próby ingerencji w genetykę ludzką
>Gospodarkę hormonalną Grzegorz. Gospodarkę hormonalną.> nie wywoła burzy podobnej do tej z klonowaniem.

... nooo, genetyka pewien wpływ na "gospodarkę hormonalną" ma. Ale masz rację, pewne uogólnienia i przeskoki myślowe mogą (i często prowadzą) do zaciemnienia tematu i nieporozumień. Muszę się tego wystrzegać...

>>Choć w tym zakresie KRK (i nie tylko) może by poparł takie próby. Skoro
>> jest przeciwny homoseksualizmowi?...
>No, to by była bomba.

... hmmm, gdyby taka ingerencja mogła skutkować wpływem na wybór religii? Pewnie by i "grosza" nie poskąpili na takie badania...

>Te zbliżające się dylematy trochę trącą władzą boską.. kto to udźwignie

... coś mi się wydaje, że pewne kręgi chętnie by się "pobawiły w Boga". W pierwszej połowie ubiegłego wieku byli tacy co chcieli stworzyć genetycznie "rasę panów". Ich pogrobowcy pewnie by się znaleźli, i to o różnych światopoglądach...



... jedyne co wiadomo o ateista i agnostykach to fakt, iż nie wierzą w "Boga" takiego jak chciałyby religie... reszta to zwykłe insynuacje...
Jacek Głodzik (35558 punktów)
I jeszcze Rozdział 8 z "Płeć Mózgu".
Pierwotnie myślałem żeby go jakoś przyciąć i wkleić, ale stanowi pewną całość a krótki nie jest (kilkanaście stron), dlatego załączam w całości pdf.
[Załącznik]
Zachęcam do lektury i życzę miłego dnia
Irracja (4721 punktów)
>[Załącznik]Zachęcam do lektury i życzę miłego dnia

... dzięki, ściągnąłem i poczytam w najbliższym czasie...

... jedyne co wiadomo o ateista i agnostykach to fakt, iż nie wierzą w "Boga takiego jak chciałyby religie"... reszta to zwykłe insynuacje...
09-12-2012 14:01 
 Ocena 3 na 3
mayolina (2278 punktów)
Mylisz się: dane statystyczne nie są zafałszowane, tak orzekła komisja. Problem jest w metodologii badań. Zarzucono Regnerusowi kiepski materiał badawczy. Po pierwsze badał rodziny w obrębie organizacji religijnej, a więc była to grupa mało reprezentatywna. Dalej:Dzieci wychowane przez pary homoseksualne to w/g niego dzieci wychowane w rodzinie, w której doszło do rozwodu z powodu homoseksualnego romansu. A więc jak można udowodnić, że gorsze rezultaty w szkole a potem w życiu dorosłym to wynik wychowania w rodzinie homoseksualnej a nie spowodowane a) problemami w rodzinie (ukrywany homoseksualizm lub przynajmniej biseksualizm rodzica, niezadowolenie z pożycia ->romans pozamałżeński) b) samym rozwodem?

Przeczytaj nie tylko to co napisała bibuła, ale też podlinkowane artykuły o krytyce badań Regnerusa.
Irracja (4721 punktów)
>Mylisz się: dane statystyczne nie są zafałszowane, tak orzekła komisja. Problem jest w metodologii badań. Zarzucono Regnerusowi kiepski materiał badawczy. Po pierwsze badał rodziny w obrębie organizacji religijnej, a więc była to grupa mało reprezentatywna. Dalej:Dzieci wychowane przez pary homoseksualne to w/g niego dzieci wychowane w rodzinie, w której doszło do rozwodu z powodu homoseksualnego romansu. A więc jak można udowodnić, że gorsze rezultaty w szkole a potem w życiu dorosłym to wynik wychowania w rodzinie homoseksualnej a nie spowodowane a) problemami w rodzinie (ukrywany homoseksualizm lub przynajmniej biseksualizm rodzica, niezadowolenie z pożycia ->romans pozamałżeński) b) samym rozwodem?
>Przeczytaj nie tylko to co napisała bibuła, ale też podlinkowane artykuły o krytyce badań Regnerusa.
>

... sorry, ale nie napisałem, że zostały sfałszowane, lecz zafałszowane, i to niecelowo co wyraźnie zaznaczyłem.. Drobna, lecz istotna różnica.

>Wydaje mi się jednak, że dane statystyczne mogą być trochę zafałszowane. Nie, nie umyślnie...

... zafałszowanie mogło nastąpić z powodu niewłaściwego doboru grupy badanej, co raczyła pani zauważyć. Jak również z samych odpowiedzi na pytania. Przecież gdyby pytani żyli w innym środowisku, ich doświadczenia, a wiec i odpowiedzi też byłyby inne...

... pozdrawiam...


... jedyne co wiadomo o ateista i agnostykach to fakt, iż nie wierzą w "Boga takiego jak chciałyby religie"... reszta to zwykłe insynuacje...
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Problem jest w metodologii badań. Zarzucono Regnerusowi
> kiepski materiał badawczy. Po pierwsze badał rodziny w obrębie
> organizacji religijnej (..)

Faktem jest, że przydałyby się badania na szerszą skalę, najlepiej ze wszystkich głównych grup społecznych.
Mój dystans do adopcji przez związki homo podświadomie się utrzymuje, daleko mi do Twojego optymizmu, nie mniej jednak.. co fakty i rzeczywistośc, to fakty i rzeczywistość

> jak można udowodnić, że gorsze rezultaty w szkole a potem
> w życiu dorosłym to wynik wychowania w rodzinie homoseksualnej
> a nie spowodowane a) problemami w rodzinie (ukrywany homoseksualizm
> lub przynajmniej biseksualizm rodzica, niezadowolenie z pożycia
> ->romans pozamałżeński) b) samym rozwodem?

Ukrywany homoseksualizm lub biseksualizm rodzica działa na dziecko obciążajaco, lecz również podobnie działa na dziecko romans rodzica z inną kobietą/mężczyzną (odmiennej płci) oraz ukrywanie tego.

Niezadowolenie z pożycia, romans pozamałżeński oraz rozwody zdarzają się i w rodzinach hetero.
Jednak wg mnie (jak i podobnie wg liliac) znaczenie ma mniej sam rozwód, bardziej klasa (lub jej brak) z jaką podchodzą rodzice do własnej potrzeby rozejścia się, oraz to czy szczują się nawzajem po rozejściu przed dzieckiem, względnie jak długo.

Niestety może być też tak, że na gorszą kondycję małżeństw homo może wpływać obecna stosunkowo niska akceptowalność społeczna tych grup (najwyzsza jest chyba w USA, gdzie ruchy gejowskie w walce o swoją widoczność i prawa tradycję mają najdłuższą)
łącząc pozdrowienia

---
07-12-2012 20:05 
 Ocena 1 na 1
vifix (2315 punktów)
>... to chyba wina nagminnego równania pojęć "tolerancji i akceptacji", a jest drobna lecz istotna różnica.

A jaka to różnica?
08-12-2012 08:43 
 Ocena 5 na 5
Irracja (4721 punktów)
>>... to chyba wina nagminnego równania pojęć "tolerancji i akceptacji", a jest drobna lecz istotna różnica.
>A jaka to różnica?

... hmmm, jako bardzo młody człowiek, w pierwszej pracy po szkole, spotkałem człowieka którego wszyscy izolowali. W autobusie (do zakładu dojeżdżaliśmy autobusem pracowniczym) nikt koło niego nie siadał, mimo tłoku. Śniadania jadał samotnie, nikt bez wyraźnej potrzeby z nim nie zamienił jednego słowa. Miał zawód (tapicer) który nie wymagał niczyjej pomocy, ale też nie przeszkadzał w pracy innych. A jednak każdy tak układał pracę by nie musieć być z nim przy samochodzie w jednym czasie. I tak dalej. Jako tzw. "nowy" nie znałem układów, więc wyłamałem się z tego. No bo to normalny człowiek, a i takie zachowanie przeszkadzało/utrudniało czasami pracę. Owszem, trochę dziwnie na mnie popatrywano. Po około tygodniu ktoś zadał, dziwne już wtedy dla mnie pytanie, czy jestem katolikiem - a wtedy jeszcze sam nie byłem pewien drogi którą pójdę. W końcu znalazł się ktoś, kto mnie uświadomił - "uważaj bo to świadek Jehowy". Ale nie zacząłem unikać kontaktów z nim, bo taki ostracyzm był dla mnie dziwny - nie byłem w takim stylu wychowany. No i własny, swoisty egoizm podpowiadał, że to za mało by sobie życie utrudniać - bo ostracyzm to utrudnienie dla obu stron. Zresztą był to człowiek wykształcony i realistycznie myślący. Nigdy się nie afiszował ze swoimi przekonaniami religijnymi, co nie znaczy że się wstydził, czy krył z pewnymi szczegółami, które siłą rzeczy musiały być widoczne. Kiedyś próbował mnie zniechęcić do palenia papierosów, podczas której to rozmowy zaczął też używać argumentów związanych ze swoja wiarą. Odpowiedziałem wtedy - "Jasiu, jeżeli nie chcesz zepsuć naszej znajomości, to nie poruszaj tematów religii". - i odszedłem. Na drugi dzień (przytoczona sytuacja była pod koniec zmiany) to ja pierwszy podszedłem, by się przywitać. Wszystko wróciło do normy. Mimo że nasze drogi się rozeszły (wyjechałem do W-wy na kilka lat) to zawsze go traktowałem jako znajomego, byłego kolegę z pracy. Gdyśmy się spotkali (na mieście, czy gdzieś indziej), nie udawaliśmy że się nie znamy. Zawsze się przywitaliśmy, jak starczyło czasu to i "poplotkowali o starych Polakach". I właśnie sprawa religii, najlepiej obrazuje (według mnie) różnicę między "tolerancja a akceptacją", różnicę o której zapomina większość społeczeństwa. Tolerowałem jego wyznanie, więc nie było powodów do ostracyzmu, traktowaliśmy się tak jak znajomi i koledzy z pracy powinni się traktować. Jednak nie akceptowałem jego wiary, co skutkowało tym, że każdy z nas unikał starannie (o ile było to możliwe, a było) kontekstów religijnych...

... mam nadzieję, że pozwoli to zrozumieć różnicę jaką dostrzegam miedzy "tolerancją a akceptacją"...

... udanego dnia i weekendu...

... jedyne co wiadomo o ateista i agnostykach to fakt, iż nie wierzą w "Boga takiego jak chciałyby religie"... reszta to zwykłe insynuacje...
vifix (2315 punktów)
>... mam nadzieję, że pozwoli to zrozumieć różnicę jaką dostrzegam miedzy "tolerancją a akceptacją"...

Proszę mnie poprawić jeśli źle zrozumiałem:
Tolerować- uznawałeś jego prawo do wyznawania tej religii.
Nie akceptować- jego religia była Ci obcy i nie mógłbyś jej wyznawać.

>... udanego dnia i weekendu...

Wzajemnie
08-12-2012 17:04 
 Ocena 2 na 2
Irracja (4721 punktów)
>>... mam nadzieję, że pozwoli to zrozumieć różnicę jaką dostrzegam miedzy "tolerancją a akceptacją"...
>Proszę mnie poprawić jeśli źle zrozumiałem:
>Tolerować- uznawałeś jego prawo do wyznawania tej religii.
>Nie akceptować- jego religia była Ci obcy i nie mógłbyś jej wyznawać.

... hmmm, mniej więcej, choć nie do końca. Dopóki nie poruszaliśmy aspektów wyznaniowych, tolerowaliśmy swoją inność religijną. Pozwoliło to na wzajemną akceptację siebie jako zwykłych ludzi, znajomych i kolegów z pracy. On nie afiszował się ze swoimi poglądami religijnymi, ja nie zwracałem na te szczegóły, które siłą rzeczy jednak wynikały z jego religii. Po prostu rozdzieliliśmy sferę codziennego życia, od sfery religijnej...

... jedyne co wiadomo o ateista i agnostykach to fakt, iż nie wierzą w "Boga takiego jak chciałyby religie"... reszta to zwykłe insynuacje...
08-12-2012 19:58 
 Ocena 1 na 1
vifix (2315 punktów)
>Po prostu rozdzieliliśmy sferę codziennego życia, od sfery religijnej...

No bo taka postawa jest najzdrowsza

Co do różnicy pomiędzy akceptacją a tolerancją, to myślę, że to jedynie kwestia indywidualnego definiowania pojęć. Ja np. uważam, że gdy toleruję czyjś pogląd na dany temat to również go akceptuje. Dla mnie te dwa pojęcia są nierozłączne. Być może tolerancja ma troszkę bardziej negatywne konotację w stosunku do akceptacji. Słowo akceptacja wydaje mi się cieplejsze i bardziej przyjacielskie , ale oba mieszczą się w w kręgu identycznych zachowań.
09-12-2012 07:24 
 Ocena 1 na 1
Irracja (4721 punktów)
>>Po prostu rozdzieliliśmy sferę codziennego życia, od sfery religijnej...
>No bo taka postawa jest najzdrowsza
>Co do różnicy pomiędzy akceptacją a tolerancją, to myślę, że to jedynie kwestia indywidualnego definiowania pojęć. Ja np. uważam, że gdy toleruję czyjś pogląd na dany temat to również go akceptuje. Dla mnie te dwa pojęcia są nierozłączne. Być może tolerancja ma troszkę bardziej negatywne konotację w stosunku do akceptacji. Słowo akceptacja wydaje mi się cieplejsze i bardziej przyjacielskie , ale oba mieszczą się w w kręgu identycznych zachowań.

... oczywiście, oba pojęcia są na tyle bliskie, że w potocznym i ogólnym rozumowaniu można je utożsamiać. Warto jednak pamiętać, że to jednak nie jeden a "dwa pierwsze kroki do asymilacji". Dlatego, z jednej strony nie zamierzam nikogo namawiać by ściśle rozgraniczał je w życiu codziennym - to sprawa osobista czy zrobię jeden, czy dwa kroki. Z drugiej strony, takie rozróżnienie ułatwia tak zrozumienie procesu asymilacji, jak i sam jej proces...

... po pierwsze, ułatwia zrozumienie powiedzenia, iż "brak tolerancji dla czyjegoś strachu, czyjejś nietolerancji, jest również przejawem nietolerancji". Każdy kto zrozumie to przesłanie zaczyna dostrzegać, w wielu aspektach walki o równouprawnienie również aspekt prowokacji. Prowadzi to pewnej racjonalizacji i wykluczenia aspektów prowadzących do nienawiści i bezpośredniej konfrontacji. Do pewnej samocenzury własnych poczynań. Aby pozostać w kontekście seksualności - młodzież swoje zachowania seksualne (w miejscach publicznych) traktuje jako przejaw swojej wolności i buntu. Jednocześnie całkowicie nie dostrzega (a może celowo nie chce tego dostrzec), że to też może być prowokacją. Również w środowiskach homoseksualnych są głosy, iż tzw. "marsze równości" są prowokacją utrudniającą rozmowy. Nic nie jest czarno, czy białe - to skutki są złe lub dobre. A to zależy już od tego kiedy i jak je zastosujemy...

... po drugie - tolerancja to pozwolenie na spokojne życie społeczności obok siebie. Natomiast akceptacja to już pozwolenie na pewne przenikanie się społeczności. Dalej powinno nastąpić zrozumienie, i tak krok po kroku do pełnej asymilacji...

... po trzecie - takie rozumienie obu pojęć prowadzi do rozdzielenia kwestii spornych, od tych wspólnych. Innymi słowy - dopóki nie wkroczymy na teren sporu to żyjemy jak w jednej rodzinie. Przecież wśród hetero i homoseksualnych są ludzie o tych samych poglądach gospodarczych, politycznych, itd. Pozwoli to wykluczyć elementy walki, pozwoli na pewien stan pokoju tak potrzebny by lepiej się poznać i zrozumieć, na wypracowanie bardziej racjonalnego i stabilnego kompromisu...

... pozdrawiam...

... jedyne co wiadomo o ateista i agnostykach to fakt, iż nie wierzą w "Boga takiego jak chciałyby religie"... reszta to zwykłe insynuacje...
vifix (2315 punktów)
>... po pierwsze, ułatwia zrozumienie powiedzenia, iż "brak tolerancji dla czyjegoś strachu, czyjejś nietolerancji, jest również przejawem nietolerancji".

No właśnie, bo to jest odwieczne pytanie czy tolerować brak tolerancji. Bo czy brak tolerancji dla tolerancji dla kradzieży jest dobry?

>Aby pozostać w kontekście seksualności - młodzież swoje zachowania seksualne (w miejscach publicznych) traktuje jako przejaw swojej wolności i buntu. Jednocześnie całkowicie nie dostrzega (a może celowo nie chce tego dostrzec), że to też może być prowokacją. Również w środowiskach homoseksualnych są głosy, iż tzw. "marsze równości" są prowokacją utrudniającą rozmowy.

Tylko, że tak naprawdę to wszystko może być prowokacją. Dla jednych prowokacją może być obsceniczne całowanie się na środku ulicy, a dla innych subtelne trzymanie się za ręce.

>Nic nie jest czarno, czy białe - to skutki są złe lub dobre. A to zależy już od
tego kiedy i jak je zastosujemy...

No i jak, kto je oceni.

>... po trzecie - takie rozumienie obu pojęć prowadzi do rozdzielenia kwestii spornych, od tych wspólnych. Innymi słowy - dopóki nie wkroczymy na teren sporu to żyjemy jak w jednej rodzinie. Przecież wśród hetero i homoseksualnych są ludzie o tych samych poglądach gospodarczych, politycznych, itd.

Zgadzam się, ale myślę, że to jest możliwe nawet bez zagłębiania się w różnicę pomiędzy tolerancją a akceptacją.
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> No właśnie, bo to jest odwieczne pytanie czy tolerować
> brak tolerancji. Bo czy brak tolerancji dla tolerancji dla
> kradzieży jest dobry?

Przeczytałem spore objętościowo posty Twojego rozmówcy. Trzeba przyznać, że bardzo logicznie i ze sporym zaangażowaniem Ci te różnice klaruje
Wydaje mi się, że przypadku nietolerancji dla nietolerancji wychodzi pewien dodatkowy aspekt: można, a nawet dobrze jest tolerować takie czy inne zachowania, logikę, wartości (inne niż nasze).. dopóki to nie krzywdzi innych.
Gdy już idzie za tym krzywda, cierpienie osób trzecich - wtedy tolerancja się kończy, przechodzisz do działania. To jest normalna zasada człowieka, który nie jest chory na znieczulicę ni żaden objaw lęku związanego np. z adekwatną reakcją na pogwałcenie jakichś zasad typu właśnie podana pzrez Ciebie kradzież w sklepie, którą tylko Ty dostrzegasz.

Odpowiedź sformułowałbym tak: jestem tolerancyjny na cudzą nietolerancję dotąd, do póki gościu realnie komuś lub czemuś nie zagraża.

> tak naprawdę to wszystko może być prowokacją. Dla jednych
> prowokacją może być obsceniczne całowanie się na środku ulicy,
> a dla innych subtelne trzymanie się za ręce.

Nie przesadzajmy. W takich sytuacjach nie nazwałbym tego prowokacją, tylko po prostu samym życiem
Osobiście lubię patrzeć na takie parki (oczywiście w granicach mojego wolnego czasu i przyzwoitości tzn. nie stoję przed nimi godzinę i nie zaglądam im pod brody
W Chinach bardzo mi się podobało, jak czasem tuż przed moją twarzą chłopcy flirtowali z dziewczętami np. w metro. Było w tym sporo uroku i życia.
Gdy jedziesz i rozmyślasz nad czymś mało istotnym, takie obrazki przykuwają uwagę zwłaszcza Europejczyka, w którego kulturze publiczne okazywanie uczuć, ba - ekspresyjnej żywej mimiki twarzy uznawane jest co najmniej za dziwne.
A propos pocałunku - widziałem go tam raz, dosłownie tylko raz. Tam to ponoć, jakbyś się kochał ze swoją dziewczyną publicznie.
Chłopak z dziewczyną mieli ok. 18 lat, wszystko to się odbyło na stacji metra. Pamiętam, że ok 30 letnia Chinka przechodziła tamtędy, spojrzała na nich i ze zgorszeniem przemieszanym ze złością odwróciła głowę patrząc na mnie wymownie, przekazując mi wyraźną dezaprobatą tego, co widzi.

>> takie rozumienie obu pojęć prowadzi do rozdzielenia kwestii
>> spornych, od tych wspólnych. Innymi słowy - dopóki nie wkroczymy
>> na teren sporu to żyjemy jak w jednej rodzinie. Przecież wśród
>> hetero i homoseksualnych są ludzie o tych samych poglądach
>> gospodarczych, politycznych, itd.
> Zgadzam się, ale myślę, że to jest możliwe nawet bez zagłębiania
> się w różnicę pomiędzy tolerancją a akceptacją.

Czasem po prostu nie możesz kogoś lub czegoś u tego kogoś zaakceptować. Więc - jak mawiał klasyk Gowin - tolerujesz, boś biały człowiek
łącząc pozdrowienia

---
vifix (2315 punktów)
>Gdy już idzie za tym krzywda, cierpienie osób trzecich - wtedy tolerancja się kończy, przechodzisz do działania. To jest normalna zasada człowieka, który nie jest chory na znieczulicę ni żaden objaw lęku związanego np. z adekwatną reakcją na pogwałcenie jakichś zasad typu właśnie podana pzrez Ciebie kradzież w sklepie, którą tylko Ty dostrzegasz.

Zgadzam się.

>Odpowiedź sformułowałbym tak: jestem tolerancyjny na cudzą nietolerancję dotąd, do póki gościu realnie komuś lub czemuś nie zagraża.

Pytanie brzmi co to znaczy realnie

>Nie przesadzajmy. W takich sytuacjach nie nazwałbym tego prowokacją, tylko po prostu samym życiem

No właśnie Ty tego byś tak nie nazwał, ale kto inny już tak. Wiele osób uważa, że parady homoseksualne propagują homoseksualizm, choć na logikę jest to podobnej wagi absurdalny argument jak to, że osoba, która wychodzi na miasto w różowym sweterku (bo lubi różowe sweterki) propaguje różowe sweterki.

>Osobiście lubię patrzeć na takie parki (oczywiście w granicach mojego wolnego czasu i przyzwoitości tzn. nie stoję przed nimi godzinę i nie zaglądam im pod brody

A ja nie lubię. Generalnie gdybym miał wybór to zabroniłbym możliwości publicznego okazywania uczyć
Być może jest to spowodowane moją zazdrością. Kto wie

>Czasem po prostu nie możesz kogoś lub czegoś u tego kogoś zaakceptować. Więc - jak mawiał klasyk Gowin - tolerujesz, boś biały człowiek

Patrząc z doświadczenia wydaje mi się, że tutaj panuje zasada, iż czym bardziej masz sprecyzowane i przemyślane poglądy, tym bardziej masz kłopot z akceptacją/tolerancją dla innych poglądów.
09-12-2012 16:09 
 Ocena 1 na 1
Jacek Głodzik (35558 punktów)
>> Odpowiedź sformułowałbym tak: jestem tolerancyjny na cudzą
>> nietolerancję dotąd, do póki gościu realnie komuś lub czemuś
> nie zagraża.
> Pytanie brzmi co to znaczy realnie

To się w sobie czuje. Kiedyś trzech wyrostków trolowało jednego gościa w moim wieku w tramwaju. Robili to coraz bardziej agresywnie, facet nie pozostawał dłużny we wszystkim.. oprócz agresji. Bronił się (na razie słownie) dobrze, w pewnym momencie zasugerował: ja za chwilę wysiadam i jeśli macie jaja, to z każdym z Was się zmierzę po kolei, czekam na zewnątrz (myślę że bardzo dobrze wyczuł ich agresję).
Przysłuchując się temu z mieszanymi uczuciami w pewnym momencie dotarło do mnie, ze jak z nim nie wyjdę i nie stanę plecy w plecy przeciw smarkaczom, to będę do końca życia miał się za ostatniego tchórza..
Dylematy co jest realne a co nie, nie należą wcale do łatwych.

> No właśnie Ty tego byś tak nie nazwał, ale kto inny już tak.

Bardzo możliwe, a nawet bardzo prawdopodobne. No i?

> Wiele osób uważa, że parady homoseksualne propagują
> homoseksualizm, choć na logikę jest to podobnej wagi
> absurdalny argument jak to, że osoba, która wychodzi na
> miasto w różowym sweterku (bo lubi różowe sweterki)
> propaguje różowe sweterki.

Myślę, że to jest tak, jak powiedział kiedyś bodajże Osho lub Jiddu Krishnamurti a poropos seksu: dopóki coś jest gnojone, ośmieszane, spychane do sfer zakazanych - będzie się wciskać z powrotem, nawet agresywnie z całą swoją mocą. Będzie pornografia, będzie stręczycielstwo, będą nerwice eklezjogenne itp.
Przestańmy traktować seks jak jakiś temat tabu, demon lub coś co nas oddala z raju, to temat przestanie być problemem.
Chyba podobnie jest z tymi paradami: one są, bo wciąż publicznie bycie homoseksualistą nie jest jakaś normalną rzeczą i większość jednak reaguje na to alergicznie, a ogień jeszcze podsyca Kościół.
Przecież nikt nie reklamuje w paradach różowych sweterków..

> A ja nie lubię. Generalnie gdybym miał wybór to
> zabroniłbym możliwości publicznego okazywania uczyć

Hehe, a jakbyś to zrobił? Jaka kara i co miałoby być niby dowodem? Donoszenie? Pykanie zdjeć komórką? Babcie ogladające wszystko i wszystkich ze swoich okien? Co do tych ostatnich może i jakiś dobry askpekt tu jest, sprawiłbyś że poczują się w końcu potrzebne

>Być może jest to spowodowane moją zazdrością. Kto wie

Kto wie? Ty na pewno

> Patrząc z doświadczenia wydaje mi się, że tutaj panuje zasada,
> iż czym bardziej masz sprecyzowane i przemyślane poglądy, tym
> bardziej masz kłopot z akceptacją/tolerancją dla innych poglądów.

Dokładnie odwrotnie. Im więcej wiesz na temat panujących stosunków i relacji, tym bardziej nabierasz do tego wszystkiego pokory i dystansu, wiesz że nie tylko Twój punkt widzenia jest dobry, sprawia radość.
łącząc pozdrowienia
vifix (2315 punktów)
>Dylematy co jest realne a co nie, nie należą wcale do łatwych.

Zgadza się. Chodziło mi tutaj jednak o to, czy realne zagrożenie jest wtedy, gdy ktoś podbiega do ciebie przygotowując pięść do uderzenia, czy gdy ktoś po kłótni z tobą oddalając się mówi: wkrótce zginiesz.

>Myślę, że to jest tak, jak powiedział kiedyś bodajże Osho lub Jiddu Krishnamurti a poropos seksu:

Myślę, że dosyć często piszesz o seksie. Głodnemu chleb na myśli

>Przestańmy traktować seks jak jakiś temat tabu, demon lub coś co nas oddala z raju, to temat przestanie być problemem.

Przykład homoseksualistów podałem wyłącznie przypadkowo. Bardzo mnie po prostu drażnią twierdzenia jakoby oni propagowali gejostwo.

>Chyba podobnie jest z tymi paradami: one są, bo wciąż publicznie bycie homoseksualistą nie jest jakaś normalną rzeczą i większość jednak reaguje na to alergicznie, a ogień jeszcze podsyca Kościół.

Raczej chodzi o to, że homoseksualizm to marginalne zjawisko i rzadko się spotyka przedstawiciela tej grupy. Ludzie boja się tego co obce i nieznane. A seks między mężczyznami jest odbierany jako coś obrzydliwego, podobnie zresztą jako seks normalny jest obrzydliwy dla dzieci.

>Przecież nikt nie reklamuje w paradach różowych sweterków..

Są przez wielu noszone, więc "logicznie" są również reklamowane

>Hehe, a jakbyś to zrobił? Jaka kara i co miałoby być niby dowodem? Donoszenie? Pykanie zdjeć komórką? Babcie ogladające wszystko i wszystkich ze swoich okien? Co do tych ostatnich może i jakiś dobry askpekt tu jest, sprawiłbyś że poczują się w końcu potrzebne

Wystarczy policja na każdym rogu i mandaty uzależnione od wysokości rocznego dochodu Myślę, że to by poskutkowało.

>Kto wie? Ty na pewno

Chyba wiem, ale boje się do tego przyznać.
Ta depresja wraca z każdą wiosną

>Dokładnie odwrotnie. Im więcej wiesz na temat panujących stosunków i relacji, tym bardziej nabierasz do tego wszystkiego pokory i dystansu, wiesz że nie tylko Twój punkt widzenia jest dobry, sprawia radość.

Wiem o tym, ale jest to bardzo trudne. Tłumaczysz komuś, że Bóg to mit, a on Ci odpowiada, że to niemożliwe, przecież miliardy ludzi na świecie nie mogą żyć przez całe życie w błędzie. No i frustracja narasta
09-12-2012 16:51 
 Ocena 1 na 1
Jacek Głodzik (35558 punktów)
Zawsze należy rozpatrzyć indywidualnie. I niestety czasami popełnia się błędy, kwalikując zagrożenie źle.

> Myślę, że dosyć często piszesz o seksie.
> Głodnemu chleb na myśli

Niekoniecznie. Po prostu nie czytasz innych moich wpisów.

> Przykład homoseksualistów podałem wyłącznie przypadkowo.
> Bardzo mnie po prostu drażnią twierdzenia jakoby oni propagowali
> gejostwo.

Rozumiem.

> Raczej chodzi o to, że homoseksualizm to marginalne
> zjawisko i rzadko się spotyka przedstawiciela tej grupy.
> Ludzie boja się tego co obce i nieznane. A seks między
> mężczyznami jest odbierany jako coś obrzydliwego,
> podobnie zresztą jako seks normalny jest obrzydliwy dla dzieci.

Odpowiedziałbym coś, ale zamknąłeś pole

> Wystarczy policja na każdym rogu i mandaty uzależnione
> od wysokości rocznego dochodu Myślę, że to by poskutkowało.

Domyślam się, że pytanie "kto za te wszystkie extra posterunki zapłaci" mają już rozwiązać za Ciebie inni.
Ej, chłopie!

> Wiem o tym, ale jest to bardzo trudne.

Oczywiście. Nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Proste odpowiedzi i pseudo-łatwe rozwiązania tylko religia daje.

> mówi, że jest łatwo Tłumaczysz komuś, że Bóg to mit,
> a on Ci odpowiada, że to niemożliwe, przecież miliardy ludzi
> na świecie nie mogą żyć przez całe życie w błędzie. No i
> frustracja narasta

Nie bardzo rozumiem.. pozwalasz na to, żeby własną energię tracić na przekonywanie "wybrańca-powiernika prawdy" i jeszcze w konsekwencji Cię to stresuje? No trzeba przyznać, masz talent do wyszukiwania wcale niełatwych zadań..
pozdrowienia

---
vifix (2315 punktów)
>> Głodnemu chleb na myśli
>Niekoniecznie. Po prostu nie czytasz innych moich wpisów.

Zapewne masz rację.

>Domyślam się, że pytanie "kto za te wszystkie extra posterunki zapłaci" mają już rozwiązać za Ciebie inni.
>Ej, chłopie!

Jak to kto? Następne pokolenia

>Nie bardzo rozumiem.. pozwalasz na to, żeby własną energię tracić na przekonywanie "wybrańca-powiernika prawdy" i jeszcze w konsekwencji Cię to stresuje?

Gdy masz z kimś do czynienia kilka pierwszych minut, to nie wiesz na co go stać a na co nie.
Jacek Głodzik (35558 punktów)
>> Jak to kto? Następne pokolenia

No tak..

> Gdy masz z kimś do czynienia kilka pierwszych minut, to nie
> wiesz na co go stać a na co nie.

Acha, no chyba że kilka pierwszych minut.
łącząc pozdrowienia
PS ale nas te baby gnębią w innym, wiadomym wątku.. ale chcieliśmy, to teraz mamy

---
Irracja (4721 punktów)
... hmmm, chyba odwieczne pytanie o tolerancje i akceptacje. To że tolerancja dla czyjej religii, lub preferencji pozwala/przekłada się na akceptację danej osoby jako sąsiada i współgospodarza to wiadomo nie od dziś - przynajmniej dla ludzi racjonalnych. Jednak czy akceptacja kogoś jako sąsiada i współgospodarza musi się przekładać na akceptację jego religii lub preferencji seksualnych? W tym kontekście, rozdzielenie pojęć "tolerancja i akceptacja" może być, i przeważnie jest korzystne dla obu stron...

... a więc, akceptacja człowieka - przy jednoczesnej "tylko tolerancji" dla niektórych jego poglądów i cech osobowości. Resztę czas zrobi. U jednych wcześniej (może i od razu), bo są odważniejsi i bardziej otwarci (jak pan, czy ja) na innych. U drugich później, bo bardziej są "tradycjonalistami" w swych odczuciach i poglądach. Lecz to już jest jakieś "zawieszenie broni", a może i "trwały pokój". To pierwsze kroki do współżycia, i dalej do możliwej asymilizacji...

... pozdrawiam...


... jedyne co wiadomo o ateista i agnostykach to fakt, iż nie wierzą w "Boga takiego jak chciałyby religie"... reszta to zwykłe insynuacje...
02-12-2012 15:01 
 Ocena 7 na 7
Ania. (14138 punktów)
>>>... Wg mniektórych psychologów jezdżących po świecie taki żal
>>> jak po zabójstwie jest uniwersalny, odnajdują go w ludziach
>>> niezależnie od wyznawanej religii...
>> Żal, a zdolność dodokonania czegoś to dwie różne sprawy.
>Mówiłem o żalu po dokonaniu aborcji. A właściwie bólu, który powoduje później m.in. depresje, nerwice itp.

No właśnie...

Jakie mamy alternatywy, zachodząc w niechcianą ciążę:
- aborcja. Ma swoiste efekty, ale pogłoski o depresjach i urazie psychicznym pochodzą głównie ze źródeł kościelnych. Znam wiele kobiet po aborcji, dla każdej była to decyzja trudna, ale każda nie żałuje jej i nie ma żadnych urazów. Obawiam się, że demonizuje się efekty psychologiczne aby wystraszyć kobiety.

- urodzenie dziecka i oddanie go. Efekty są, przede wszystkim przechodzisz ciążę, co nie jest łatwe, jeśli nie chcesz dziecka. Poza tym zobaczenie malucha i oddanie go ma swoiste i wymierne efekty psychologiczne. Porusza instynkty, których w zasadzie nie ma w trakcie pierwszych miesięcy ciąży. Do tego otoczenie jest świadome Twoich decyzji i spotkasz się niechybnie z komentarzami. Poza tym pozostaje osoba, którą porzucasz, niepewność co do jej losów.

- urodzenie dziecka i pozostawienie go. Czyli zmiana Twojego życia na stałe wbrew Twojej woli. Może znajdziesz się w tym, a może nie. Możliwe jest, że pojawi się poczucie krzywdy, które przelejesz na problem - czyli tę małą osóbkę.

Każdy wybór w tej sytuacji jest nieprzyjemny. Każdy ma swoje konsekwencje. Ale z tego wszystkiego zabicie zarodka jest często najmniejszym złem.
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> - aborcja. Ma swoiste efekty, ale pogłoski o depresjach i urazie psychicznym
> pochodzą głównie ze źródeł kościelnych

Nie negował bym tego na zasadzie "jedna pani drugiej pani". Ale masz rację, dużo jest tu zmiennych o których już pisała choćby w tym wątku liliac, albo big_zyd podając przykład prof. Staniszks.

> Znam wiele kobiet po aborcji, dla każdej była to decyzja trudna,
> ale każda nie żałuje jej i nie ma żadnych urazów.

Ok.
Znam też pewną osobę (znajomą), która dziś tego b. żałuje, w wieku około 50 lat sama posiadajac już dwójkę dorsłych dzieci poddała się psychoterapii (niekatolickiej).
Trudno to wszystko ocenić - miała własną potrzebę pójść na psychoterapię, zdrobiła co trzeba i odczuła ulgę, to najważniesze.
Nikt nie zna człowieka tak dobrze jak on sam. Cóż powiedzieć - jeśli ktoś na siłach się nie czuje i nie widzi dla siebie innego wyjścia tylko aborcję, to niech to robi. Wybór jest jego i ostatecznie on poniesie konsekwencje (o ile takowe w ogóle będą)

> Obawiam się, że demonizuje się efekty psychologiczne aby wystraszyć kobiety.

Pewnie tak też jest. Zwałaszcza w środkowiskach kościelnych.

> urodzenie dziecka i oddanie go. Efekty są, przede wszystkim przechodzisz
> ciążę, co nie jest łatwe, jeśli nie chcesz dziecka. Poza tym zobaczenie
> malucha i oddanie go ma swoiste i wymierne efekty psychologiczne.

Wyobrażam sobie. Masz swoje dzieci?

> Porusza instynkty, których w zasadzie nie ma w trakcie pierwszych
> miesięcy ciąży. Do tego otoczenie jest świadome Twoich decyzji
> i spotkasz się niechybnie z komentarzami

Niestety, nasz polski światek b. interesuje się tego typu sprawami i tu masz 100% rację. U drugiego nic nie może się zdarzyć bez wiedzy i potem bez wzięcia na języki.

> Poza tym pozostaje osoba, którą porzucasz, niepewność co do jej losów.

Otóż to.

> urodzenie dziecka i pozostawienie go. Czyli zmiana Twojego
> życia na stałe wbrew Twojej woli. Może znajdziesz się w tym, a może nie.

Z tego co czytałem w niektórych ksiażkach pisanych przez terapeutów z pewnym doświadczeniem, osoby na odpowiednim poziomie wrażliwości nawet jak oddają dziecko, mocno to później przez lata przeżywają i zawsze muszą za to płacić, choćby pewną częścią swojej energii inwestowanej w zepchnięcie tych wszystkich uczuć i tęsknot do podświadomosci.
Czasem może lepiej byłoby poddać się aborcji na stadium przedosobowym płodu, ale tego nikt nie rozsądzi za kobietę i jej partnera.

> Możliwe jest, że pojawi się poczucie krzywdy, które przelejesz
> na problem - czyli tę małą osóbkę.

Cóż, w życiu nie ma lekko.

> Każdy wybór w tej sytuacji jest nieprzyjemny. Każdy ma
> swoje konsekwencje. Ale z tego wszystkiego zabicie zarodka
> jest często najmniejszym złem.

Częściowo się zgadzam. Problem takich decyzji jest z reguły fakt, że są one brzeminne w skutki i nigdy do końca nie wiadomo jakie będą ich konsekwencje za rok, dwa, za 20 lat (nawet jeśli matka jednak zdecyduje się dziecko urodzić) Jego wychowywanie też wiele zmienia i w matce, i w dziecku.
Polecam przeczytać jeszcze ten wątek, w któym B. Bogusławski podał ciekawy artykuł,
www.racjonalista.pl/forum.php/s,533518#w533736
łącząc pozdrowienia
04-12-2012 07:29 
 Ocena 2 na 2
Irracja (4721 punktów)
... a może problem "depresji poaborcyjnej" nie jest efektem samej przerwanej ciąży?. Może wiąże się z mentalnością, wielowiekowy wmawianiem pewnych kanonów i reguł dotyczących roli kobiety, macierzyństwa itp. Na pewno, część z nich zapadła głęboko w podświadomości. A ciągłe dyskusje nad aborcją, wyrażane negatywne opinie na ten temat (nawet jeśli nie dotyczą konkretnej osoby), mogą powoli rodzic poczucie winy...

... trudno to osądzać, bo pewnie i duża część kobiet (w tym względzie) sama nie rozróżnia przyczyn zachowania swojej psychiki. Jednak nie należy pomijać i takiej opcji ...

... jedyne co wiadomo o ateista i agnostykach to fakt, iż nie wierzą w "Boga takiego jak chciałyby religie"... reszta to zwykłe insynuacje...
Jacek Głodzik (35558 punktów)
>... a może problem "depresji poaborcyjnej" nie jest efektem
> samej przerwanej ciąży?. Może wiąże się z mentalnością,
> wielowiekowy wmawianiem pewnych kanonów i reguł
> dotyczących roli kobiety, macierzyństwa itp. Na pewno,
> część z nich zapadła głęboko w podświadomości.

Może, może.. ale któż to może rozwikłać, zwłaszcza dziś? Co naukowiec, psycholog, psychoterapeuta - to zadania podzielone.

> A ciągłe dyskusje nad aborcją, wyrażane negatywne opinie na ten
> temat (nawet jeśli nie dotyczą konkretnej osoby), mogą powoli
> rodzic poczucie winy...

Sugerujesz zatem, aby o tym nie mówić, czy też mówić głównie neutralnie, albo wręcz pozytywnie?
To co mówimy na pewno musi mieć podstawy w realu.
Wydaje mi się również, że zaprzestanie mówienia w ogóle będzie taką trochę fikcją.

>... trudno to osądzać, bo pewnie i duża część kobiet (w tym względzie)
> sama nie rozróżnia przyczyn zachowania swojej psychiki. Jednak
> nie należy pomijać i takiej opcji ...

Masz rację, pomijać jej nie należy.
łącząc pozdrowienia
04-12-2012 14:47 
 Ocena 1 na 1
Irracja (4721 punktów)
>> A ciągłe dyskusje nad aborcją, wyrażane negatywne opinie na ten
>> temat (nawet jeśli nie dotyczą konkretnej osoby), mogą powoli
>> rodzic poczucie winy...
>Sugerujesz zatem, aby o tym nie mówić, czy też mówić głównie neutralnie, albo wręcz pozytywnie?
>To co mówimy na pewno musi mieć podstawy w realu.

... niczego nie sugeruję a na pewno nie zaprzestania rozmów, bo to głupie i "oddaje pole" innym. Zostaje rozmawiać rzeczowo, według rzeczywistego stanu - i spokojnie, bez nadmiernych emocji i innych czynników mogących wywołać poczucie winy u kogoś. A jeżeli jednak wywoła? No cóż, choć to zabrzmi cynicznie, to należy to potraktować jako "koszty sporu". Zwłaszcza że druga strona nie zaprzestanie napastliwych i autorytatywnych wypowiedzi. To im zależy by "zakrzyczeć niechcianą prawdę", i utrzymywać poczucie winy. Stąd to nagminne straszenie "gniewem bożym", piekłem i nieudokumentowanymi (tak naprawdę) skutkami psychicznymi...



... jedyne co wiadomo o ateista i agnostykach to fakt, iż nie wierzą w "Boga takiego jak chciałyby religie"... reszta to zwykłe insynuacje...
Jacek Głodzik (35558 punktów)
>> Sugerujesz zatem, aby o tym nie mówić, czy też mówić głównie
>> neutralnie, albo wręcz pozytywnie?
>>To co mówimy na pewno musi mieć podstawy w realu.
>... niczego nie sugeruję

Wiem. Tak Cię czasem podpuszczam

> a na pewno nie zaprzestania rozmów, bo to głupie i
> "oddaje pole" innym. Zostaje rozmawiać rzeczowo, według
> rzeczywistego stanu - i spokojnie, bez nadmiernych emocji i innych
> czynników mogących wywołać poczucie winy u kogoś

Problem tylko co z tym realnym stanem. W tym większość samych kobiet nie ma pewności, a co dopiero facet, który nie posiada praktyki lekarskiej ni psychologicznej.

> Zwłaszcza że druga strona nie zaprzestanie napastliwych
> i autorytatywnych wypowiedzi. To im zależy by "zakrzyczeć
> niechcianą prawdę", i utrzymywać poczucie winy. Stąd to nagminne
> straszenie "gniewem bożym", piekłem

Moze po prostu mówiąc otwartym tekstem chodzi o to, by utrzymać nieskazitelny status quo obrońców życia? Bardzo to piękne i chwalebne.. aż się czasem rzygać chce.

> i nieudokumentowanymi
> (tak na prawdę) skutkami psychicznymi...

Z tym "nieudokumentowaniem" to też bywa różnie. Jak tu już gdzieś pisałem w jednym wątku, znam jedną kobietę która bardzo to przeżywała po około 20 latach. Takich relacji jest więcej - dochodzą celebryci, politycy i komentarorzy typu Staniszkis, Czubaszek. Zakładając że w ich relacjach to jest wszystko prawdziwe i filogenetyczne (choć tak niekoniecznie musi być) mamy przeciwwagę w postaci np. b. merytorycznych postów liliac.
www.racjonalista.pl/forum.php/s,526561#w533338
Bądź tu mądry i pisz wiersze.
Osobiscie uważam aborcję za rozwiązanie ostatecze i jestem przeciw, choć wiem że jednak w niektórych sytuacjach jest nieodzowna; oby naszych kobiet to nie spotkało, ale należy mieć w sobie odwagę stawić jej czoła.
A najgorszym w tym wszystkim, karygodnym złem jest piętnowanie za nią samej kobiety i apoteoza macierzyństwa za wszelką cenę.
Sytuacji jest tak wiele jak ludzi i przypadków..
łącząc pozdrowienia
Irracja (4721 punktów)
>- urodzenie dziecka i oddanie go. Efekty są, przede wszystkim przechodzisz ciążę, co nie jest łatwe, jeśli nie chcesz dziecka. Poza tym zobaczenie malucha i oddanie go ma swoiste i wymierne efekty psychologiczne. Porusza instynkty, których w zasadzie nie ma w trakcie pierwszych miesięcy ciąży. Do tego otoczenie jest świadome Twoich decyzji i spotkasz się niechybnie z komentarzami. Poza tym pozostaje osoba, którą porzucasz, niepewność co do jej losów.

... pozwolę sobie zwrócić uwagę, że problem skutków psychicznych urodzenia i oddania dziecka powinno się rozpatrywać w ten sam sposób jak skutki psychiczne aborcji. Mało tego, biorąc pod uwagę, że instynkt człowieka jest nastawiony na przedłużenie gatunku, aborcja może wywoływać większe skutki psychiczne, niż oddanie dziecka.
1). człowiek jest zwierzęciem stadnym. A wśród stadnych potomstwo jest wartością wspólną. Powoduje to że związek uczuciowy z własnym potomstwem jest mniejszy niż u zwierząt żyjących samotnie. Nie ma takiej obawy o wyżywienie, opiekę i obronę potomstwa.
2). Bardzo duży wpływ na zachowania psychiczne matki genetycznej może mieć ostracyzm społeczny związany z wielowiekowym wpajaniem zachowań i kanonów odpowiadającym polityce społecznej danej społeczności. Szczególnie widać to w dwóch aspektach:
a). różnica w podejściu do oddania dziecka przejawiająca się w różnych kulturach. W wielu społecznościach występuje zjawisko oddawania dzieci - tak ze względu na kanony kulturowe i religijne, jak i warunki społeczno-gospodarcze.
b). również w społeczeństwach bazujących na kulturze europejsko-chrześcijańskiej, wielu ludzi korzysta choćby z instytucji tzw. "surogatek" (turystyka adopcyjna na Daleki Wschód). I jakoś nie przejmują się, tym kontekście, tak psychiką adoptowanych dzieci, jaki i psychiką ich matek. Mimo że tak mocno podkreślają i propagują, te skutki, we własnym środowisku...

... pozdrawiam...

... jedyne co wiadomo o ateista i agnostykach to fakt, iż nie wierzą w "Boga takiego jak chciałyby religie"... reszta to zwykłe insynuacje...
01-12-2012 23:59 
 Ocena 1 na 1
Irracja (4721 punktów)
>> Np. "stare" wyznania protestanckie akcentują indywidualną odpowiedzialność przed bogiem.
>

... hmmm, ciekawe zdanie. I popieram je. Prawo nie powinno zajmować się "grzechami wobec Boga", inna sprawa jeżeli chodzi o skutki, wobec innych, tych "grzechów"...


... jedyne co wiadomo o ateista i agnostykach to fakt, iż nie wierzą w "Boga takiego jak chciałyby religie"... reszta to zwykłe insynuacje...
02-12-2012 14:01 
 Ocena 2 na 2
Anna Salman (16360 punktów)
>... Prawo nie powinno zajmować się "grzechami wobec Boga", inna sprawa jeżeli chodzi o skutki, wobec innych, tych "grzechów"...
Tym bardziej, że "grzech" jest pojęciem nieostrym, osadzonym w konkretnym kręgu kulturowym i obejmuje również niewypowiedziane intencje (myśli), jak i zachowania społecznie obojętne - np. masturbacja.
Dlatego zgadzam się absolutnie - prawo powinno regulować tylko te zachowania, które mają odniesienie społeczne. Reszta to problem dla psychiatry (czy kapłana określonej religii - jak kto woli).
04-12-2012 18:49 
 Ocena 1 na 1
Jacek Głodzik (35558 punktów)
Długo miałem pewien czysto logiczny problem ze zrozumieniem czym jest grzech (problem powiedzmy do ok 25 życia).
Z jednej strony wyliczone, grzechy których typowy młody katolik w dzieciństwie i dorastaniu właściwie albo z rzadka popełnia, albo w ogóle (np. nie zabijaj, nie mów fałszywego świadectwa, nie będziesz miał Bogów cudzych itp)
Niewypowiedziane intencje (myśli) to już w ogóle kosmos; ile się taki dorastający człowiek ostresuje, gdy w wieku powiedzmy 15 lat ogląda się za ładną koleżanką na basenie (albo co gorsza, podgląda ją w szatni!! ) to i owo w środku zaczyna buzować.
W religii katolickiej twierdzi się jednoznacznie że grzech to zło. Ale intuicyjnie to się nie zawsze zgadza. Już 12 latek wie że "dzień święty święcić" jest nakazem bardziej spajającym daną gupę religijną, ludzi niż krzywdzenie.. kogo - Boga? Siebie? Mamy?
Podobnie "nie cudzołóż" w pierwotnym sensie "nie wiąż się z żoną bliźniego" ok, ale kościół ma na to jeszcze kilka innych znaczeń, np. seks w konkubinacie zakazany, przed małżeństwem (chodzenie ze sobą) to samo. Znów spaja to taką a nie inną grupę, która przyjęła sobie ten zakaz. Ale gdzie tu krzywda? Podobnie masturbacja którą wymieniasz.
Albo instruktaż co dokładnie należy robić i w jakim stanie umysłowym/duchowym/moralnym podczas miłości fizycznej.
Dość niedawno dotarło do mnie, jak mocny i autorytarny jest Kościół w grzechach typowo wymyślonych, nakazach lub zakazac czyst rytualnych (bez towarzyszącej czyjejś krzywdy) a jak słaby w przypadku grzechów o ogromnym ładunku krzywdy (np. pedofilia).
W tym ostatnim ta słabość szczególnie wyszła w watykańskiej instrukcji "Crimen Solicitations".

Mimo wszystko wydaje mi się, że funkcja psychiatry i kapłana powinna być rozdzielona. To dwa różne od siebie zakresy kompetencji, które raczej nie powinny się zazębiać, kapłani powinni odsyłać ludzi z problemami psychicznymi do psychologów i vice versa - wyleczonych pacjentów, którzy po latach męczą psychoterapeutę w tematach już tylko duchowych - do duchownego.
miłego wieczoru
04-12-2012 19:30 
 Ocena 1 na 1
Anna Salman (16360 punktów)
>... Już 12 latek wie że "dzień święty święcić" jest nakazem bardziej spajającym daną gupę religijną, ludzi niż krzywdzenie.. kogo - Boga? Siebie? Mamy?
Ten nakaz akurat ma inne brzmienie i inne znaczenie. Nie tylko spaja daną grupę, ale wiąże się z nakazem odpoczynku w systemie cyklicznym. Współczesna psychologia pracy potwierdziła, że człowiek ma najwyższą wydajność, gdy po kilku dniach pracy ma dzień odpoczynku.
>Podobnie "nie cudzołóż" w pierwotnym sensie "nie wiąż się z żoną bliźniego" ...
Bynajmniej - to przykazanie dotyczyło uprawiania stosunków seksualnych przez osobę mającą zobowiązania - będącą w związku małżeńskim lub zaręczoną. W tym kontekście jest to krzywda (oszustwo) wyrządzona drugiej osobie.

Czyli raz - krk przez wieki przeinaczał pierwotne nakazy religijne, dwa - katolicy nadal nie wiedzą o co chodzi, a przecież już można czytać PŚ.
Dobranoc
30-11-2012 14:25 
 Ocena 13 na 13
liliac (147340 punktów)
>Moze Kościół rzeczywiscie nie bierze pod uwagę kwestii etycznych - dla niego ważne jest to co powiedziałaś + argumenty teologiczne i moralne - jednak moim zdaniem etyka do powiedzenia trochę tu ma. Oraz psychologia.
>Wg mojej wiedzy kobiety odczuwają przez długie lata po aborcji żal. Żałują podjęcej deczyji, nieraz odczuwają z jej powodu traumę. Niektóre z nich idą z tym do psychoterapeuty, inne świadomość aborcji przetrzymują męcząc się z tym do końca życia bez leczenia.

Statystyka i psychologia jednakowoż nie do końca podzielają twoją opinię.
Tutaj raport zbiorczy APA (American Psychological Association):

Cytat:
The best scientific evidence published indicates that among adult women who have an unplanned pregnancy the relative risk of mental health problems is no greater if they have a single elective first-trimester abortion than if they deliver that pregnancy. The evidence regarding the relative mental health risks associated with multiple abortions is more equivocal. Positive associations observed between multiple abortions and poorer mental health may be linked to co-occurring risks that predispose a woman to both multiple unwanted pregnancies and mental health problems.

The few published studies that examined women's responses following an induced abortion due to fetal abnormality suggest that terminating a wanted pregnancy late in pregnancy due to fetal abnormality appears to be associated with negative psychological reactions equivalent to those experienced by women who miscarry a wanted pregnancy or who experience a stillbirth or death of a newborn, but less than those who deliver a child with life-threatening abnormalities.

The differing patterns of psychological experiences observed among women who terminate an unplanned pregnancy versus those who terminate a planned and wanted pregnancy highlight the importance of taking pregnancy intendedness and wantedness into account when seeking to understand psychological reactions to abortion.


Cytat:
This review identified several factors that are predictive of more negative psychological responses following first-trimester abortion among women in the United States. Those factors included:
-Perceptions of stigma, need for secrecy, and low or anticipated social support for the abortion decision;
-A prior history of mental health problems;
-Personality factors such as low self-esteem and use of avoidance and denial coping strategies; and
-Characteristics of the particular pregnan cy, including the extent to which the woman wanted and felt committed to it.
Across studies, prior mental health emerged as the strongest predictor of postabortion mental health. Many of these same factors also predict negative psychological reactions to other types of stressful life events, including childbirth, and, hence, are not uniquely predictive of psychological responses following abortion.


Nie wiem, jak u ciebie z angielskim, więc masz tu też kawałek streszczenia najnowszych raportów APA po polsku.

To kwestie podważane praktycznie jedynie przez niektórych otwarcie religijnych badaczy. Inni naukowcy zresztą wielokrotnie wytykali im błędy metodologiczne.

Tu masz dalsze przykłady.

Abortion and long-term mental health outcomes: a systematic review of the evidence:

Cytat:
Claims that women who have elective abortions will experience psychological distress have fueled much of the recent debate on abortion. It has been argued that the emotional sequelae of abortion may not occur until months or years after the event. Despite unclear evidence on such a phenomenon, adverse mental health outcomes of abortion have been used as a rationale for policy-making. We systematically searched for articles focused on the potential association between abortion and long-term mental health outcomes published between January 1, 1989 and August 1, 2008 and reviewed 21 studies that met the inclusion criteria. We rated the study quality based on methodological factors necessary to appropriately explore the research question. Studies were rated as Excellent (no studies), Very Good (4 studies), Fair (8 studies), Poor (8 studies), or Very Poor (1 study). A clear trend emerges from this systematic review: the highest quality studies had findings that were mostly neutral, suggesting few, if any, differences between women who had abortions and their respective comparison groups in terms of mental health sequelae. Conversely, studies with the most flawed methodology found negative mental health sequelae of abortion.


Abortion does not increase mental health problems in women, shows review:

Cytat:
In the latest review, the researchers identified 180 potentially relevant studies published between 1990 and 2011, 44 of which, involving many hundreds of thousands of women, met their inclusion criteria. All of these studies measured mental health outcomes in women more than 90 days after they had had an abortion or had given birth.

The review concluded that it makes no difference to a woman's mental health whether she chooses to have an abortion or to continue with an unwanted pregnancy. However, it also found that about a third of women who have an unwanted pregnancy have mental health problems, whether it results in an abortion or a birth. This is three times higher than the rate of 11-12% of people with mental health problems among the general population.

"This [mental health problem] could have been there before [the unwanted pregnancy], or it could be there because of the pregnancy," said Professor Kendall.

Women who have had mental health problems before an abortion are at greater risk of mental health problems after the abortion, says the review. And some other factors may be associated with mental health problems after an abortion, such as a woman having a negative attitude towards abortion in general, being under pressure from her partner to have an abortion, or experiencing other stressful life events.


Tutaj masz kolejny opis badania na ten temat.

Oczywiście - mówimy o statystykach i niewątpliwie istnieje pewna proporcja osób, które przeżywają aborcję ciężko, natomiast doszukiwałabym się tutaj pewnej składowej zachowań otoczenia.


"...a świniobicie, łaskawa pani, to to samo, jak kiedy ksiądz odprawia mszę świętą, bo zawsze idzie o krew i o mięso, czyli ciało." (B. Hrabal, "Postrzyżyny")
30-11-2012 16:39 
 Ocena 1 na 1
Jacek Głodzik (35558 punktów)
Dzięki za morze tekstu. Około połowę przeczytałem. Resztę zostawiam na później.

> Statystyka i psychologia jednakowoż nie do końca podzielają twoją opinię.

Zaiste, sprawa nie jest ani prosta, ani ja nie zamierzam wydawać ostatecznych wyroków.
Z przytoczonych przez ciebie konkluzji najbardziej do mnie przemawia ta (nie dlatego, że potwierdza czy jakoś zaprzecza mojej tezie, tylko że jest na temat)

Temat kobiet, które mają planowane aborcje i doświadczą psychologiczny stres pojawił się na niedawnej debacie na temat aborcji. Stwierdzono, że emocjonalne następstwa aborcji może występować na miesięce lub lata od zdarzenia. Systematycznie szukano i badano artykuły skupione wokół związku pomiędzy aborcją i długoterminowym stresem psychicznym (..) między 1 stycznia 1989 r. do 1 sierpnia 2008. Z przeglądu wyłania się wyraźna tendencja: badania z metodologią najwyższej jakości były przeważnie neutralne, sugerując niewielkie, jeśli w ogóle, różnice między kobietami, które miały aborcję oraz ich odpowiednikami w grupach porównawczych. Natomiast badania czynione metodologią przypadku najbardziej wadliwego potwierdziły negatywne następstwa psychologiczne aborcji"

Aliczba spektów jest faktycznie duża, a i ich wpływ na siebie skomplikowany. Sporo robi u nas stygmatyzowanie kobiet i brak wsparcia ze strony partnerów oraz społeczeńtswa. Jednak upieram się, że cierpienie niektórych kobiet to fakt, kwestia dyskusyjna tylko skąd to pochodzi - od społeczeństwa, czy też może to filogeneza (autorzy tych analiz tak daleko nie idą).
Wydaje mi się że jest to filogenetyczne, ale mogę się mylić.

W ostatnim załączonym przez ciebie linku badacze pytali o doświadczenia 21 kobiet, które przeżywały negatywne skutki, w tym emocjonalne - np. żalu po aborcji.

(..)Zauważono dwa aspekty społeczne doświadczenia aborcji:
Negatywne efekty występowały, gdy kobieta nie czuła, że aborcja była jej decyzją (np. gdy jej partner zrzucał na nią odpowiedzialność, albo brakowało jej od niego wsparcia.
Kobiety wskazały również na niesprawiedliwy podział między kobietami i mężczyznami w zakresie zapobiegania ciąży, aborcji i wychowywaniu dzieci.
W wyniku większość aborcji i związanego z tym obciążenia emocjonalnego ich zdaniem spada na kobiety.
Zadeklarowały one, że autonomia decyzyjna i wsparcie społeczne zmniejszyłyby ich stres.
WNIOSKI: Wspieranie kobiet podczas podejmowania decyzji o aborcji, satysfakcjonujące ustalenie podziału obowiązków między kobietami i mężczyznami w zakresie zapobiegania ciąży, samej ciąży i aborcji oraz wychowywaniu dzieci, dobra oferta wsparcia (bez osądzania) może doprowadzić do zmniejszania stresu emocjonalnego po aborcji.


Wsparcie przed decyzją i po jest niewątpiwie b. ważne, o czym u nas w Polsce właściwie się nie mówi.
A jak ty osobiscie zapatrujesz się na możliwość aborcji w swoim życiu?
Z góry przepraszam za "aszybki" w tłumaczeniu przez inżyniera tekstów naukowo-psychologiczno-medycznych
łącząc pozdrowienia
30-11-2012 16:44 
 Ocena 9 na 11
liliac (147340 punktów)
Zawsze chętnie służę linkami

>A jak ty osobiscie zapatrujesz się na możliwość aborcji w swoim życiu?

Bez większych sentymentów. Jestem lekarką - w razie czego wiem, co sobie wypisać na wczesnym etapie. Wiem też, dokąd pojechać, gdyby coś uniemożliwiło odpowiednio wczesną reakcję. Nie planuję dzieci w przewidywalnej przyszłości, choć - oczywiście - potencjalnie dopuszczam zmianę zdania w tym względzie.

"...a świniobicie, łaskawa pani, to to samo, jak kiedy ksiądz odprawia mszę świętą, bo zawsze idzie o krew i o mięso, czyli ciało." (B. Hrabal, "Postrzyżyny")

Edit:
Zdaje się, w wątku obok pytałeś o Bieleckiego. Właśnie dał "głos". Jak to Bielecki
30-11-2012 18:30 
 Ocena 1 na 1
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Zawsze chętnie służę linkami

Dzięki. Zawsze dobrze porozmawiać z fachowcem
Znalazłem ciekawy fragment książki Eweliny Wejbert-Wąsiewicz (adiunkta na Wydziale Socjologii UŁ), autorki publikacji "Aborcja w dyskursie publicznym. Monografia zjawiska" 2010

Są za i przeciw, czyli wiadomo że nic nie wiadomo.
Cytuję fragment, do którego odnosza się nasze wpisy. Dłużyzny i dygresje wyciąłem (cenzura)

Cytat:
Rozdział III
Piśmiennictwo naukowe - różne dziedziny i poglądy
2. Aborcja w naukach medycznych i w psychologii
W literaturze nauk medycznych najczęściej są opisywane konsekwencje fizyczne i psychiczne aborcji. Choć metody przerywania ciąży udoskonalono, wielu lekarzy podkreśla, że zabieg ten, nawet legalny, w sterylnych warunkach,
zawsze niesie pewne ryzyko dla zdrowia kobiety. Różni badacze zjawiska dzielą fizyczne skutki aborcji dla zdrowia kobiet na: wczesne (występują w trakcie lub do miesiąca po zabiegu); późne (od miesiąca do roku); odległe (nawet po kilku, kilkunastu latach).
Konsekwencje przerwań ciąży dla kobiety, jej partnera i rodziny - to aspekt, którym zajmują się psychologia i psychiatria. Od wielu lat obserwujemy dwa podejścia - akcentowanie zagrożeń i niebezpiecznych skutków przerwań ciąży dla zdrowia fizycznego i psychicznego oraz minimalizowanie tych skutków (wskazywanie na inne niż aborcja, zmienne, towarzyszące problemom psychicznym, nasilającym się po przerwaniu ciąży). Niektórzy badacze nazywają psychiczne następstwa po aborcji zespołem utraty ciąży (szersze ujęcie). Podstawą jest rozróżnienie
dwóch grup objawów, dokonane przez Amerykańskie Stowarzyszenie Psychiatrów w 1987 r. Wyodrębniono wtedy dwa zespoły: PAD (post abortion distress) oraz PAS (post abortion syndrom), które należą do tzw. zaburzeń posttraumatycznych, a więc takich, które dopiero po pewnym czasie mogą się uaktywnić. Amerykańskie Stowarzyszenie Psychiatrów zdefiniowało przyczyny tych objawów zdrowotnych. Są to najczęściej: zagrożenie życia lub fizycznej integralności, poważne zagrożenie lub krzywda wyrządzona dziecku, patrzenie na poważne
krzywdzenie lub zabijanie innych. W 1989 r. ukazał się artykuł Philipa G. Neya i Adele Rose, omawiający ponad sto publikacji dotyczących skutków przerywania ciąży. Autorzy stwierdzili, że większość kobiet w wyniku aborcji doświadczyło poczucia winy, nieszczęścia, niepokoju, zaburzeń snu, obniżenia poczucia własnej wartości, a także ma poczucie braku bezpieczeństwa, braku oparcia w najbliższej osobie - kobiety te przeżywają negatywne zmiany w osobowości, doświadczają zaburzeń seksualnych.
W świetle literatury psychologicznej, zespół PAD pojawia się najczęściej zaraz po zabiegu aborcji lub też w pierwszych trzech miesiącach po tym fakcie i trwa najczęściej do roku. Czynnikami wpływającymi na przebieg czy w ogóle występowanie wspomnianego zespołu są: światopogląd jednostki, wyznanie wiary oraz wrażliwość moralna. Dla kobiety PAD oznacza fizyczny i psychiczny ból po aborcji, na ogół związany z poczuciem wielkiej straty. Objawy charakterystyczne dla tego typu "zachorowań" to: zaburzenia obrazu siebie, zaburzenia snu, utrata celu życia, obawa przed współżyciem seksualnym i następną ciążą. Zespół PAD zaliczono do zaburzeń przystosowania, pełnienia funkcji społecznych. Natomiast PAS występuje nawet po wielu latach od aborcji, często wywołany zostaje jakąś okolicznością, symboliczną datą, ważnym wydarzeniem. Jego przyczyny mają raczej charakter fizjologiczno-psychologiczny, związany z gwałtownym przerwaniem przemian zachodzących od momentu zajścia w ciążę
w organizmie matki. PAS jest typem zaburzenia chronicznego, u którego charakterystycznym elementem jest fakt, że zaburzenie to może powracać cyklicznie aż do śmierci. Syndrom postaborcyjny w liczbach po raz pierwszy ukazała psycholog Anna Speckhard. W 1985 r. na Uniwersytecie Minnesota, badając kobiety w okresie od 5 do 10 lat po aborcji dowiodła, że większość z nich ma problemy natury psychicznej z powodu dokonanej aborcji. (..)
Połowa kobiet decyzję o aborcji podjęła za namową partnera31. Z kolei zwolennicy prawa do aborcji wskazują na najczęściej popełniane błędy w metodologii badań, tj. brak grupy kontrolnej; wnioski wyciągane na podstawie małej liczby przypadków; niejasno zdefiniowane symptomy i przyczyny aborcji; krótkie okresy badawcze. Popularną praktyką wśród uczestników sporu o prawo do aborcji jest powoływanie się na badania naukowe prowadzone w innych krajach. Sądzę, że kwestia przydatności badań zagranicznych, zwłaszcza amerykańskich, na gruncie polskim
wymaga jednak dokładniejszych analiz. W amerykańskim społeczeństwie zdecydowanie wyższy jest poziom korzystania z opieki psychologicznej, udział w różnych grupach pomocowych, grupach wsparcia i zajęciach w ośrodkach terapeutycznych. Socjologowie zwracają uwagę, że Polacy wciąż wstydzą się korzystać z pomocy psychologa. W polskiej literaturze naukowej najczęściej funkcjonuje analiza skutków zabiegu przerywania ciąży w sferze somatycznej (m.in. W. Fijałkowski, K. Bożkowa, M. Troszyński, T. Kukla33). Pojawiły się także publikacje dotyczące psychicznych konsekwencji aborcji. Dorota Kornas-Biela od lat zajmuje się problemami dotyczącymi zmian
w psychologicznym obrazie własnej osoby, dokonujących się w związku z decyzją kobiety o przerwaniu ciąży35. Szczególne typy reakcji traumatycznych po zabiegu przerwania ciąży omówili na podstawie badań własnych Witold Simon, Elżbieta Kaczmar oraz inni autorzy37. Z kręgu badaczy zespołu postaborcyjnego pochodzą także liczne opracowania dowodzące, że aborcja nie pozostaje bez wpływu na dzieci, partnerów, a nawet całą rodzinę kobiet przerywających ciążę.
C.D.N..
30-11-2012 19:14 
 Ocena 10 na 10
liliac (147340 punktów)
>W literaturze nauk medycznych najczęściej są opisywane konsekwencje fizyczne i psychiczne aborcji. Choć metody przerywania ciąży udoskonalono, wielu lekarzy podkreśla, że zabieg ten, nawet legalny, w sterylnych warunkach,
>zawsze niesie pewne ryzyko dla zdrowia kobiety.

Dane coraz bardziej nieaktualne. Wraz wspomnianym przez autorkę udoskonalaniem metod (obecnie w cywilizowanych krajach liczba zabiegów późnych, niejako automatycznie groźniejszych dla zdrowia ciężarnej, to zdecydowana mniejszość; a i metody farmakologiczne zostały mocno udoskonalone)) granica bezpieczeństwa/niebezpieczeństwa została przekroczona. Dwie spośród świeższych publikacji na ten temat:

The comparative safety of legal induced abortion and childbirth in the United States..
Tutaj masz polskie omówienie publikacji.
Tutaj komentarz do niego pana Mitchella D. Creinina:

Cytat:
The ability of individuals without a medical background, let alone medical professionals, to fully grasp public health issues is difficult. We live in a society where short news stories supply much of the world's information. Individuals want the information spelled out for them in a tight little package and without lots of numbers or details that require them to think through the problem.

Raymond and Grimes have provided important public health information in a tight little package that clearly spells out the comparative morbidity and mortality of live birth and legal abortion. Additionally, this information allows us to think through some of the issues related to delivery and abortion risks. We need to remember, though, that neither medicine nor public health look at risk alone, but the lay press and legislators often do. Risk is not in a vacuum without the potential benefit that also exists. The most important caveat to evaluating risk is understanding the risk-benefit ratio; any medical or personal decision is based on the assessed benefit as compared with the risk. Whether a woman wants to be pregnant or not, the fact is that the risk to her health and her risk of death are greater with continuing a pregnancy. Accordingly, legislators need to get out of the business of opining on public health matters without relying on the facts.


Inne - również bardzo świeże - badanie:
Early medical abortion using low-dose mifepristone followed by buccal misoprostol: a large Australian observational study.. Może przetłumaczę do działu naukowego portalu, żeby bardziej "dostępne" było.

>Konsekwencje przerwań ciąży dla kobiety, jej partnera i rodziny - to aspekt, którym zajmują się psychologia i psychiatria.

No tak. Ale o tym już pisałam - większość specjalistów uważa, że w znakomitej większości przypadków u kobiet przerywających niechcianą ciążę problemów natury psychicznej nie należy się spodziewać.

>krzywdzenie lub zabijanie innych. W 1989 r. (...)

Aborcja w latach osiemdziesiątych to naprawdę była zupełnie inna procedura. Podejrzewam - to już prywatna opinia - że aborcja chirurgiczna może być bardziej traumatyczna nie tylko fizycznie, ale także psychicznie. Potencjalnie chociażby ze względu na większe u niektórych kobiet "zżycie się" emocjonalne z płodem. Ale to prawdopodobnie indywidualna sprawa.

>Czynnikami wpływającymi na przebieg czy w ogóle występowanie wspomnianego zespołu są: światopogląd jednostki, wyznanie wiary oraz wrażliwość moralna.

O to to. Jeśli ktoś jest głęboko przekonany, że czyni komuś krzywdę - może rzeczywiście przeżywać aborcję jako wydarzenie trudne. Co prawda uważa się, że osobista religijność nie wpływa znacząco na kwestię podejmowania decyzji o aborcji (jakkolwiek już deklarowane wyznanie zdaje się wpływać), ale jestem skłonna uwierzyć, że na sposób przeżywania jej, mieć wpływ może.

>Syndrom postaborcyjny w liczbach po raz pierwszy ukazała psycholog Anna Speckhard. W 1985 r. na Uniwersytecie Minnesota, badając kobiety w okresie od 5 do 10 lat po aborcji dowiodła, że większość z nich ma problemy natury psychicznej z powodu dokonanej aborcji. (..)

Wybacz, ale już samo istnienie w jakiś szczególny sposób wyodrębnionego "syndromu postaborcyjnego" jest mocno wątpliwe. Jego realność kwestionują światowe towarzystwa psychologiczne i psychiatryczne. Nie istnieje w międzynarodowych klasyfikacjach (z tegoż zresztą właśnie względu). To pojęcie lansowane głównie przez środowiska religijne. W kwestiach okołonaukowych rzeczone nie wydają mi się nazbyt wiarygodne.

>Z kolei zwolennicy prawa do aborcji wskazują na najczęściej popełniane błędy w metodologii badań, tj. brak grupy kontrolnej; wnioski wyciągane na podstawie małej liczby przypadków; niejasno zdefiniowane symptomy i przyczyny aborcji; krótkie okresy badawcze.

To właściwie mówi samo za siebie. Z punktu widzenia nauki, nie z punktu widzenia strony "pro-choice". Nie podoba mi się, że autorka przytaczanego opracowania tak chętnie powołuje się na badania, których nauka nie może traktować poważnie, chociaż dobrze, że wspomina o ich mankamentach.

>Popularną praktyką wśród uczestników sporu o prawo do aborcji jest powoływanie się na badania naukowe prowadzone w innych krajach.

Ale to ma być poważny zarzut?
O ile byłabym skłonna go uwzględniać w kwestiach psychologicznych - bo lokalne uwarunkowania kulturowe mogą tu istotnie wpływać na wyniki, o tyle zasadniczo badania naukowe po prostu opisują rzeczywistość. Jeśli mizoprostol (w jednej z podanych przeze mnie publikacji) ma taki, a nie inny wpływ, to zastosowany w innym kraju będzie miał podobny. W tzw. trzecim świecie warto - oczywiście - bać dodatkowo pod uwagę np. aspekty higieniczne, etc, co jednakowoż nie zmieni podstawowego działania preparatu. Wydaje mi się, że ta pani nazbyt wiele przenosi na grunt nauk przyrodniczych ze swojej podstawowej dziedziny pracy.

>W amerykańskim społeczeństwie zdecydowanie wyższy jest poziom korzystania z opieki psychologicznej, udział w różnych grupach pomocowych, grupach wsparcia i zajęciach w ośrodkach terapeutycznych

...w związku z tym tym łatwiej badać tam występowanie zaburzeń z kategorii psychologii/psychiatrii - w Polsce ze względu na brak popularności powyższych form pomocy - trudno byłoby wnioskować o czymkolwiek, jako że grupa badana niemal na pewno nie byłaby reprezentatywna. Trudno zresztą byłoby badać rzeczywistą sytuację psychologiczną po aborcji w kraju, w którym jest ona nieomalże zakazana.

>Socjologowie zwracają uwagę, że Polacy wciąż wstydzą się korzystać z pomocy psychologa.

Owszem - to zjawisko nadal pokutuje w naszym kraju.

Do przywoływanych przez panią autorkę publikacji odnieść się nie mogę, nie mam bowiem na nie namiarów (z racji braku dostępu do bibliografii). Wiem jednak, że im poważniejsze/istotniejsze badanie naukowe w światku biomedycznym, tym mniejsza szansa, że ktoś je opublikuje po polsku (szkoda zmarnować dobrą publikację - takie są fakty), zatem - hmmm. Już ten drobiazg może mieć pewne znaczenie przy ocenie bibliografii. Ale to pozostawię tobie, bo dysponujesz całością opracowania. Nie to, że dyskwalifikuję, ale osobiście doradzałabym ostrożność.

"...a świniobicie, łaskawa pani, to to samo, jak kiedy ksiądz odprawia mszę świętą, bo zawsze idzie o krew i o mięso, czyli ciało." (B. Hrabal, "Postrzyżyny")
30-11-2012 18:37 
 0 na 2
Jacek Głodzik (35558 punktów)
Ciąg dalszy z poprzedniej strony:
Cytat:

Wokół psychicznych konsekwencji aborcji trwa zacięty spór przeciwników i zwolenników legalizacji przerwań ciąży. Hipoteza o specyficznej naturze kobiety, powodującej wspomniane wyżej zespoły, pozostaje w opozycji do twierdzenia o roli kultury, która kształtuje u jednostek poczucie winy i grzechu. Środowiska podważające wiarygodność danych o zespole PAD i PAS wskazują na okoliczności lansowania strategii syndromu w Stanach Zjednoczonych. Wanda Nowicka w jednym z artykułów pisze o analogii między sytuacją w USA (kiedy zalegalizowano przerywanie ciąży) i sytuacją w Polsce ostatnich kilku lat. Jej zdaniem, celem propagatorów tezy o nieodwracalnych skutkach aborcji dla psychiki kobiety miało być wzbudzenie powszechnego strachu i poczucia winy. Taka polityka mogła spowodować zmniejszenie liczby zabiegów w USA3. Zdaniem "zwolenników wyboru", na psychikę
kobiety raczej ma wpływ urodzenie "dziecka niechcianego. Nagłośniony przez środowiska pro-life zespół "ocaleńca od aborcji" jest konfrontowany z badaniami dokumentującymi negatywny wpływ urodzenia niechcianego dziecka (na skutek odmowy aborcji) na sferę emocjonalną i psychiczną "niechcianych dzieci". Grupa specjalistów z WHO już w 1970 r. przyznała, że nie zabieg, ale jego okoliczności mają wpływ na psychikę kobiety (legalność, stadium ciąży, metoda, stanowisko rodziny wobec decyzji, stosunek lekarza i personelu medycznego wobec kobiety).
W tym miejscu warto wspomnieć o cytowanych w środowiskach pro-choice dużych badaniach brytyjskich, którym poddano cztery grupy kobiet: 6151 tych, które nie domagały się aborcji, 6410 tych, które przerwały ciążę, 379 kobiet, którym odmówiono aborcji oraz 371 kobiet, które najpierw zdecydowały się na aborcję, ale potem zmieniły zdanie. Według autorów badań, psychoza po porodzie dotyczy przeciętnie 1,7 przypadków na 1000, zaś po aborcji 0,3 przypadków na 1000. Znaczący rozstrój psychiczny po aborcji występuje najczęściej u kobiet, które były psychicznie chore przed aborcją, które przerwały ciążę w wyniku nacisków zewnętrznych albo w niesprzyjających okolicznościach (np., kiedy zostały opuszczone przez partnera). Do podobnych wniosków doprowadziły badania duńskie, przeprowadzone na populacji kobiet w wieku 15-49 (prawie 1,17 mln). Naukowcy o poglądach konserwatywnych twierdzą, że syndrom postaborcyjny jest związany z naturalną, ale stłumioną reakcją emocjonalną rodziców na stratę
dziecka. Z kolei badacze o poglądach liberalnych podkreślają, że ryzyko problemów psychologicznych po aborcji jest większe w następujących grupach: wśród emocjonalnie niedojrzałych nastolatek; kobiet uskarżających się poprzednio na problemy psychiczne; kobiet usuwających chcianą ciążę z powodów medycznych lub genetycznych; kobiet, których partner bądź rodzina byli przeciwni ciąży; kobiet głęboko religijnych; kobiet zmuszonych do aborcji; kobiet niepewnych własnej decyzji; kobiet, które poddały się późnej aborcji. Interesujący materiał został przygotowany przez psychologa i seksuologa, Arnolda Pawelskiego. Według autora, w krótkim czasie po wprowadzeniu "ustawy antyaborcyjnej" można było zaobserwować zwiększoną liczbę kobiet zgłaszających
się na terapię z powodu zaburzeń psychicznych i seksualnych.


>>A jak ty osobiscie zapatrujesz się na możliwość aborcji w swoim życiu?
> Bez większych sentymentów. Jestem lekarką - w razie czego wiem,
> co sobie wypisać na wczesnym etapie. Wiem też, dokąd pojechać,
> gdyby coś uniemożliwiło odpowiednio wczesną reakcję. Nie planuję
> dzieci w przewidywalnej przyszłości, choć - oczywiście - potencjalnie
> dopuszczam zmianę zdania w tym względzie.

Rozumiem. Nie obawiasz się choć trochę nieprzewidywalnyc rezultatów? Jeśli odpowiesz przecząco - uważaj bo będę podawał Cię jako kontrprzykład na spostrzeżenia psychologów, a w ewent. w przszłości srogo przepytam

> Zdaje się, w wątku obok pytałeś o Bieleckiego. Właśnie dał "głos". Jak to Bielecki

Przy okazji zajrzę. Przyznam, że go troszku polubiłem niestety cieżka artyleria z niego (szczególnie ostatnio). Musiał was tu przez ostanie lata nieźle przegimnastykować..
łącząc pozdrowienia
30-11-2012 19:35 
 Ocena 13 na 13
liliac (147340 punktów)
>Hipoteza o specyficznej naturze kobiety

Jeśli pozostawać w kręgu nauki, samo pojęcie "specyficzna natura kobiety" brzmi wprost dramatycznie mało fachowo

>Wanda Nowicka w jednym z artykułów pisze o analogii między sytuacją w USA (kiedy zalegalizowano przerywanie ciąży) i sytuacją w Polsce ostatnich kilku lat. Jej zdaniem, celem propagatorów tezy o nieodwracalnych skutkach aborcji dla psychiki kobiety miało być wzbudzenie powszechnego strachu i poczucia winy. Taka polityka mogła spowodować zmniejszenie liczby zabiegów w USA

Brzmi prawdopodobnie. Jakkolwiek jestem skłonna wierzyć, iż spora część zachowań przeciwników aborcji wynika ze szczerej wiary w prawdziwość tych twierdzeń.

>Zdaniem "zwolenników wyboru", na psychikę kobiety raczej ma wpływ urodzenie "dziecka niechcianego.

Zdaniem psychologów, których ci wcześniej cytowałam - także. To IMHO znacząco wzmacnia tę tezę.

>W tym miejscu warto wspomnieć o cytowanych w środowiskach pro-choice dużych badaniach brytyjskich, którym poddano cztery grupy kobiet: 6151 tych, które nie domagały się aborcji, 6410 tych, które przerwały ciążę, 379 kobiet, którym odmówiono aborcji oraz 371 kobiet, które najpierw zdecydowały się na aborcję, ale potem zmieniły zdanie. Według autorów badań, psychoza po porodzie dotyczy przeciętnie 1,7 przypadków na 1000, zaś po aborcji 0,3 przypadków na 1000. Znaczący rozstrój psychiczny po aborcji występuje najczęściej u kobiet, które były psychicznie chore przed aborcją, które przerwały ciążę w wyniku nacisków zewnętrznych albo w niesprzyjających okolicznościach (np., kiedy zostały opuszczone przez partnera). Do podobnych wniosków doprowadziły badania duńskie, przeprowadzone na populacji kobiet w wieku 15-49 (prawie 1,17 mln).

No przecież pisałam, że aborcja jest bezpieczniejsza niż poród
A generalnie zgadza się to z tym, co ci wklejałam.

>Naukowcy o poglądach konserwatywnych twierdzą, że syndrom postaborcyjny jest związany z naturalną, ale stłumioną reakcją emocjonalną rodziców na stratę
dziecka.

Też zauważyłam, że konserwatyści lubią powoływać się na rzeczy niebadalne i niemierzalne, czyli - mówiąc w skrócie - na "widzimisię".

>Z kolei badacze o poglądach liberalnych podkreślają, że ryzyko problemów psychologicznych po aborcji jest większe w następujących grupach: wśród emocjonalnie niedojrzałych nastolatek; kobiet uskarżających się poprzednio na problemy psychiczne; kobiet usuwających chcianą ciążę z powodów medycznych lub genetycznych; kobiet, których partner bądź rodzina byli przeciwni ciąży; kobiet głęboko religijnych; kobiet zmuszonych do aborcji; kobiet niepewnych własnej decyzji; kobiet, które poddały się późnej aborcji.

I to jest po pierwsze - mierzalne i sprawdzalne, po drugie - znów zgodne z tym, co linkowałam.

>Interesujący materiał został przygotowany przez psychologa i seksuologa, Arnolda >Pawelskiego. Według autora, w krótkim czasie po wprowadzeniu "ustawy >antyaborcyjnej" można było zaobserwować zwiększoną liczbę kobiet zgłaszających
>się na terapię z powodu zaburzeń psychicznych i seksualnych.

Interesujące. Właściwie potwierdza tezę, że bardziej traumatyzująca wydaje się być odmowa aborcji niż jej przeprowadzenie.

>Rozumiem. Nie obawiasz się choć trochę nieprzewidywalnyc rezultatów?

Nie. Nie widzę podstaw.

>Jeśli odpowiesz przecząco - uważaj bo będę podawał Cię jako kontrprzykład na spostrzeżenia psychologów

Nie krępuj się Ale ryzyko nie jest duże - nie uznaję aborcji za metodę antykoncepcji. Są lepsze środki (nawet jeśli nie są 100%-owo niezawodne).

>> Zdaje się, w wątku obok pytałeś o Bieleckiego. Właśnie dał "głos". Jak to Bielecki
>Przy okazji zajrzę.

Ach nie - "dał głos" w sensie minusa. W sprawie aborcji też już próbował nas na forum ewangelizować (nie jestem pewna czy od tego nie zaczął - można sprawdzić, jeśli komuś się chce). Popełnił kiedyś piękny post na tym polu pełen rozczulających "argumentów z autorytetu". Na temat aborcji dużo lepiej rozmawiało się z Konowałem. Wydawał się być bardziej zainteresowany argumentami niż Bielecki.

>Musiał was tu przez ostanie lata nieźle przegimnastykować..

Myślisz, że to dla niego jakaś forma pokuty?
Nie sądzę, by mógł się na tym forum czuć komfortowo.


"...a świniobicie, łaskawa pani, to to samo, jak kiedy ksiądz odprawia mszę świętą, bo zawsze idzie o krew i o mięso, czyli ciało." (B. Hrabal, "Postrzyżyny")
30-11-2012 21:30 
 Ocena 3 na 3
Jacek Głodzik (35558 punktów)
Przede wszystkim dzięki za poświęcony mi czas Bardzo profesjonalnie to wszystko komentujesz.
Od czego jesteś specjalistką?
Co do autorki opracowania: stanowiska jednoznacznie ona nie zajmuje, i to z resztą jest dość zrozumiałe jako socjolog.

> Nie krępuj się Ale ryzyko nie jest duże - nie uznaję aborcji
> za metodę antykoncepcji. Są lepsze środki (nawet jeśli nie są 100%-owo
> niezawodne).

Oczywiście. Klasyczna aborcja to ostateczność.
Życzę zatem szczęścia w miłości bez aborcji, za to z czystą esencją przyjemosci

>> Zdaje się, w wątku obok pytałeś o Bieleckiego. Właśnie dał
>> "głos". Jak to Bielecki
> Przy okazji zajrzę.
> Ach nie - "dał głos" w sensie minusa.

Acha. Cieszmy się, że nie ma w ręku prawnie obowiązujacej bulli Benedykta XVI a propos nominacji Głównego Inkwizytora Polski

> W sprawie aborcji też już próbował nas na forum ewangelizować
> (nie jestem pewna czy od tego nie zaczął - można sprawdzić, jeśli
> komuś się chce). Popełnił kiedyś piękny post na tym polu pełen
> rozczulających "argumentów z autorytetu".

Niestety tak właśnie jest i z moich nikłych doświadczeń, choć trzeba przyznać że Marek Bielecki głębiej wnika w materiały źródłowe (oczywiscie wybrane, pasujące tylko do jego a priori postawionych tez)
Energię ma niespożytą, tylko szkoda że całość poświęca li tylko na dmuchanie w gwizdek.

> Na temat aborcji dużo
> lepiej rozmawiało się z Konowałem. Wydawał się być bardziej
> zainteresowany argumentami niż Bielecki.

Konował nie ma w sobie tyle narcyzmu, a to zdecydowany plus.

>>Musiał was tu przez ostanie lata nieźle przegimnastykować..
> Myślisz, że to dla niego jakaś forma pokuty?

Raczej dla nas
A na serio: jest kilka pozytywnych aspektów, choć np. p. Andrzej Bogusławski widzi też negatywy (zaśmiecanie forum, głupotę która razi) Z pozytywów to możliwość wyciągania i sprawdzania racjonalnych argumentów. Oczywiście głównie dla Was, ja się tu raczej uczę.

> Nie sądzę, by mógł się na tym forum czuć komfortowo.

To jest właśnie zagadka, której dotąd w 100% nie rozgryzłem (choć próbowałem)
www.racjonalista.pl/forum.php/s,525127#w533276
Zastanawiam się jak wielka musi być w nim nadzieja (twarda głowa) skoro np. użył dziś kilku zdań jednoznacznie go tu przekreślających - zapewne czytałaś, widzę odpowiedziałaś na jeden mój wątek tam.
Śmieszne zarazem, i smutne.
U mnie już sporo pod 12 w nocy, pozdrawiam i dobranoc
02-12-2012 20:37 
 Ocena 11 na 11
liliac (147340 punktów)
>Przede wszystkim dzięki za poświęcony mi czas Bardzo profesjonalnie to wszystko komentujesz.

Dzięki. To miłe

>Od czego jesteś specjalistką?

Kończę specjalizację z patomorfologii. To taka szczególna działka, w której trzeba się orientować w większości specjalizacji medycznych, bo niezbędna jest znajomość tak fizjologii, jak i patologii wszystkich części organizmu Trochę też "grzebię" naukowo w biologii komórki.
Ale też i "działalność" forumowa dość mocno mnie rozwinęła w tematach, które mnie kiedyś mniej interesowały czy były mi mniej potrzebne. Jeśli się intensywnie dyskutuje, niejednokrotnie trzeba też intensywnie poszukiwać materiałów niezbędnych do argumentowania.

>Życzę zatem szczęścia w miłości bez aborcji, za to z czystą esencją przyjemosci



>A na serio: jest kilka pozytywnych aspektów, choć np. p. Andrzej Bogusławski widzi też negatywy (zaśmiecanie forum, głupotę która razi) Z pozytywów to możliwość wyciągania i sprawdzania racjonalnych argumentów. Oczywiście głównie dla Was, ja się tu raczej uczę.

Wydaje mi się, że nie tylko ty. Ja się wiele nauczyłam, poszukując informacji potrzebnych mi w dyskusji.

>U mnie już sporo pod 12 w nocy, pozdrawiam i dobranoc

Dobrej nocy (kolejnej już).

"...a świniobicie, łaskawa pani, to to samo, jak kiedy ksiądz odprawia mszę świętą, bo zawsze idzie o krew i o mięso, czyli ciało." (B. Hrabal, "Postrzyżyny")
13-12-2012 13:57 
 Ocena 2 na 2
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Ale też i "działalność" forumowa dość mocno mnie rozwinęła
> w tematach, które mnie kiedyś mniej interesowały czy były
> mi mniej potrzebne. Jeśli się intensywnie dyskutuje, niejednokrotnie
> trzeba też intensywnie poszukiwać materiałów niezbędnych do
> argumentowania.

To prawda. Przy okazji dzisiejszej rozmowy z kimś innym trafiłem na ciekawy portal, a w konsekwencji na artyluł Dr Brendy Major, która jest profesorem psychologii na Uniwersytecie Kalifornijskim w Santa Barbara.
Mowa o naszym wcześnieszym temacie - aborcji. Ta pani cytuje szereg badań i argumentów z dyskusji wśród naukowców. Zrobiła też sama badania, opierające się na wywiadach klinicznych przeprowadzonych w latach 90-tych z 400 kobietami.
Wyniki i dyskusja ciekawa, właściwie pokrywa się z tym co pisałaś wczesniej, plus dla Ciebie
www.psycho(*)chicznych-skutkow-aborcji.html
pozdrowienia

---
14-12-2012 17:40 
 Ocena 1 na 1
mayolina (2278 punktów)dzieci za wszelką cenę.
www.usc.edu/uscnews/stories/6908.html
usatoday30(*)-01-21-parentgender21_ST_N.htm
omówienia badania, z którego wynika, że dzieci wychowane przez pary homoseksualne wybierają zachowania bardziej neutralne genderowo, co wydaje się potwierdzać twierdzenie, że cechy specyficzne dla płci są cechami nabytymi.

Oczywiście wyniki okazały się kontrowersyjne dla niektórych (tak z resztą jak i Regnerusa). Do poczytania o zarzutach i odpowiedzi J. Stacey www.amptoo(*)les/Affidavit_of_J_Stacey.html

a tu link do całego dokumentu faculty.law.miami.edu/mcoombs/.../Stacey_Biblarz.pdf

www.livesc(*)esbians-fine-studies-show.html
Michael Rosenfeld analiza danych ze spisu ludności: www.scienc(*)eases/2010/08/100831091240.htm i
Cytat:
Stanford sociologist Michael Rosenfeld's study published in August on same-sex families uses U.S. Census data to provide important information to a previously scarce body of research on the results of same-sex parenting. The study, which compared the rates at which children of same-sex couples repeated a grade with those of children of married heterosexual couples, showed that the two groups of children have essentially the same level of educational achievement.
Jacek Głodzik (35558 punktów)Odp: dzieci za wszelką cenę.
Ciekawe artykuły, dzięki. Z tego co widzę autorzy sę przychlni parom lesbijskim, niestety w kwestii par płci męskiej czuć już pewien dystans (?)
Może coś sam poszperam i jak znajdę - dam znać.

Meantime: podoba mi się zdanie Sharon Jayson z USA TODAY
"Jako dorośli walczymy o poprawność polityczną płci, podczas gdy powinniśmy bardziej myśleć o dzieciach. Nie powinniśmy mówić o wyższości jednej płci nad drugą."

Michael Lamb, profesor psychologii na Uniwersytecie w Cambridge w Cambridge w Anglii, mówi natomiast o ojcostwie "nie dana płeć osoby określa zdolności do bycia dobrym rodzicem, to już ustaliliśmy że dzieci nie potrzebują rodziców obu płci w celu chowania się zdrowo".

Zastanawia jeszcze jedna rzecz: zdrowe dzieciństwo i wiek młodzieńczy to jedno, a łączenie się w pary hetero i późniejsze szczęście dorosłych dzieci z par homo w swoich własnych małżeństwach - drugie. Obydwoje się chyba zgodzimy, że to jest model który wybiera i raczej będzie wybierała większość. Jeśli tu badania dadzą pozytywną odpowiedź, lub co najmniej neutralna -już będę mógł całkiem spokojnie zasnąć

Na marginesie: wyobrażasz sobie męskiego faceta (w takim dobrym aspekcie, nie macho) który jest wychowywany przez parę lesbijską? Ja nie bardzo, choć ograniczam tu moje dywagacje już li tylko do intuicji i na tym chcę poprzestać.
Jakich lubicie mężczyzn: konkretnych, zdecydowanych, aktywnych i wiedzących czego chcą, spełniających się.. czy zniewieściałych? (nie mówię, że tak lesbijka lub lesbijki wychować nie potrafą - mówię tylko, że trudno mi to sobie jako facetowi doceniającemu zdolności własnego ojca i w ogóle mężczyzn z jego pokolenia - wyobrazić)

Ostatnia kwestia: z tym, o czym tu mówimy jest jeszcze związany temat genezy homosekualizmu.
Tzn jak to się dzieje, że ktoś rodzi się "typowy" tzn hetero, a komuś innemu podobaja się tylko partnerzy tej samej płci co on? (co w efekcie m.in. znacznie utrudnia, a niekiedy uniemożliwia posiadanie własnego potomstawa)
Wątek poruszyłem w rozmowie z Irracją, zapraszam do dołączenia się - oczywiście również do dodania Twoich racjonalnych, jak zwykle cennych spostrzeżeń
www.racjonalista.pl/forum.php/s,526561#w535633
www.racjonalista.pl/forum.php/s,526561#w535640
.. i pozdrawiam!
18-12-2012 13:10 
 Ocena 3 na 3
mayolina (2278 punktów)
>Jakich lubicie mężczyzn: konkretnych, zdecydowanych, aktywnych i wiedzących czego chcą, spełniających się.. czy zniewieściałych? (nie mówię, że tak lesbijka lub lesbijki wychować nie potrafą - mówię tylko, że trudno mi to sobie jako facetowi doceniającemu zdolności własnego ojca i w ogóle mężczyzn z jego pokolenia - wyobrazić)

niebezpiecznie ocierasz się o seksizm i stereotypy.Chłopcy wychowani przez kobiety nie muszą być zniewieścieli, choć osobiście nazwałabym tę cechę (nad)wrażliwością i emocjonalnością, a nie zniewieścieniem (btw. czy zdajesz sobie sprawę, że jest to określenie obrażające kobiety?) I ich obecność nie musi automatycznie oznaczać brak aktywności i niespełnianie się (profesjonalnie, emocjonalnie). . Na temat moich preferencji nie będę się wypowiadała, bo nie mają one nic wspólnego z dyskusją o tym czy pary homoseksualne będą dobrymi rodzicami.
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> niebezpiecznie ocierasz się o seksizm i stereotypy.

Sory ale nie bardzo rozumiem gdzie, uzasadnij.

> Chłopcy wychowani przez kobiety nie muszą być zniewieścieli

W moim otoczeniu często się tak dzieje, choć też są wyjątki.
Mimo wszystko sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana i to już znacznie wybiega poza nasz wątek.

> choć osobiście nazwałabym tę cechę (nad)wrażliwością
> i emocjonalnością, a nie zniewieścieniem

Bardzo ładnie napisane i uładzone. Pytanie tylko, czy meritum nie sprowadza się do tego samego.
Wszak rozumiem, że nie o nazwy nam chodzi, tylko o zjawisko.
Znam kilku takich ludzi - mówiąc bez koloryzowania - bywali agresywni, byli również nadpobudliwi, niestety społeczność chłopców najczęściej ich odrzuca (nie umieją walczyć o swoje miejsce w grupie, często na próbę sił reagowali płaczem, nie potrafili wytrzymać napięcia, wykazać hartu ducha itp).
Osoba taka zawiązana z rodzicem płci przeciwnej nie radziła sobie w małżeństwie lub narzeczeństwie - mam przed oczami co najniej 3 takie przypadki.

Jestem daleki od formułowania "zniewieścienia" w negatywnym, ocennym sensie. Nie jest moim celem też ani obrażanie mężczyzn (zwłaszcza że sam nim jestem), ani kobiet.
Wymieniam cechy jakie się z tym wiążą, oraz ich konsekwencje i na tym chcę poprzestać.

> I ich obecność nie musi automatycznie oznaczać brak aktywności
> i niespełnianie się (profesjonalnie, emocjonalnie).

Z tym różnie bywa. Ogólnie ich droga nie jest łatwa, prosta ni przyjemna.
Jest trudniejsza, niż ci którzy mieli dobry kontakt z mądrą, otwartą i doświadczoną osbą tej samej płci.
Ostatecznie jednak masz rację, i oni mogą być aktywni, spełniać się profesjonalnie i emocjonalnie.

> Na temat moich preferencji nie będę się wypowiadała, bo nie
> mają one nic wspólnego z dyskusją o tym czy pary homoseksualne
> będą dobrymi rodzicami.

Jeśli nie chcesz, oczywiście nie mów. Mimo wszystko wg mnie mają - powiedziałem o tym, bo w naszej rozmowie zahaczamy o temat coraz mniejszego zróżnicowania między płaciami ze względu na zachowanie i podejmowane specjalizacje w danych dziedzinach, które to rzeczy wcale nie muszą być złe.
łącząc pozdrowienia
18-12-2012 14:48 
 Ocena 5 na 5
Amai (3012 punktów)
>Zastanawia jeszcze jedna rzecz: zdrowe dzieciństwo i wiek młodzieńczy to jedno, a łączenie się w pary hetero i późniejsze szczęście dorosłych dzieci z par homo w swoich własnych małżeństwach - drugie. Obydwoje się chyba zgodzimy, że to jest model który wybiera i raczej będzie wybierała większość.

Zgodnie z tą logiką, geje i lesbijki wychowani przez heteroseksualnych rodziców powinni mieć - z braku stosownych wzorców - problem z budowaniem zwiazku homoseksualnego. Ciekawe, jak to sie dzieje, że jednak potrafią...
Może dlatego, że od rodziców - tudzież kolejnych partnerów rodziców - uczą się, jak wyglądają relacje w związku dorosłych ludzi, a płeć ma tu jednak drugorzędne znaczenie.

>Na marginesie: wyobrażasz sobie męskiego faceta (w takim dobrym aspekcie, nie macho) który jest wychowywany przez parę lesbijską? Ja nie bardzo, choć ograniczam tu moje dywagacje już li tylko do intuicji i na tym chcę poprzestać.
>Jakich lubicie mężczyzn: konkretnych, zdecydowanych, aktywnych i wiedzących czego chcą, spełniających się.. czy zniewieściałych?

Ja bym raczej szukała przyczyn ewentualnych problemów w nadopiekuńczości któregoś z rodziców (fakt, zwykle matki, ale z perspektywy dziecka płeć, a już zwłaszcza orientacja, jest tu chyba mniej istotna). A wzorce można czerpać z wielu różnych źródeł, niekoniecznie od rodziców.
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Zgodnie z tą logiką, geje i lesbijki wychowani przez heteroseksualnych
> rodziców powinni mieć - z braku stosownych wzorców - problem z
> budowaniem zwiazku homoseksualnego. Ciekawe, jak to sie dzieje,
> że jednak potrafią...

Bo Polak potrafi A na poważnie - pozumiem że zawarłaś tu trochę ironii, ale odnosząc się do meritum - moim zdaniem to działa trochę na innej zasadzie. Niezobowiązująco proponuję - jednak przeczytaj odnośnik do treści zawartych w rozmowie z Irracją.

>Może dlatego, że od rodziców - tudzież kolejnych partnerów rodziców
> - uczą się, jak wyglądają relacje w związku dorosłych ludzi,
> a płeć ma tu jednak drugorzędne znaczenie.

Trudno powiedzieć. Na pewno nie uczą się od pary hetero jak postępować w związku homo, jednak to jeszcze niczego nie przekreśla. Sądzę, że po prostu intuicyjnie jest trudniej (vice versa też). Bycie dorosłym pomaga zawsze, jednak nei wydaje mi się aby było jedynym kryterium zdobytych umiejętności.

> Ja bym raczej szukała przyczyn ewentualnych problemów w
> nadopiekuńczości któregoś z rodziców (fakt, zwykle matki, ale
> z perspektywy dziecka płeć, a już zwłaszcza orientacja, jest tu
> chyba mniej istotna). A wzorce można czerpać z wielu różnych
> źródeł, niekoniecznie od rodziców.

Mimo wszytsko najpierw czerpie się je od rodziców, zdecydowanie młody wiek sprzyja temu najbardziej.
"fakt, zwykle matki"
Poruszyłaś bardzo ważną rzecz: popatrz, płeć jednak jest istotna. Wg mnie odruchowo chłopcy czerpią wzorce powyżej 5-6 roku życia od ojca, a dziewczynki (tu już tylko wg moich spostrzeżeń, nie autopsji) w tym samym wieku od matki, choć oczywiście nie jest to sztywną regułą (najczęściej bywa tak, że czerpią wzorce od jednego i drugiego w różnych proporcjach i w różnym czasie, mowię o "luźnej" średniej)
Na marginesie wydaje mi się, że wzorce matki są ogólnie lepiej przyswajane (niezależnie od tego czy dobre czy złe), może przez to, że matki są z reguły bliżej dzieci (noszą je w ciąży, później w wieku niemowlęcym karmią, opiekują się itp - to też rodzi obopólną więź.

Chyba też jest tak, ze dla chłopca bardziej niekorzystnym jest dłuższe przebywanie z matką, niż dla dziewczynek z ojcem.
Co ciekawe, np. Indianie znali tą zasadę intuicyjnie i ubrali to w rytuał inicjacyjny i postinicjacyjny, od tysięcy lat stosowali wobec swoich dzieci płci męskiej. Ale tu już chodzi o pewne specyficzne zdania i obowiązki, które dziś występują raczej sporadyczne (choć np. duch walki, cywilna odwaga, upór to cechy, które nie dewaluującą się nigdy)
łącząc pozdrowienia

---
18-12-2012 17:16 
 Ocena 3 na 3
mayolina (2278 punktów)
>Poruszyłaś bardzo ważną rzecz: popatrz, płeć jednak jest istotna. Wg mnie odruchowo chłopcy czerpią wzorce powyżej 5-6 roku życia od ojca

Przeoczyłeś pewien punkt z pierwszego badania: dzieci wychowane przez homoseksualnych rodziców wybierają stroje neutralne płciowo, bawią się w zabawkami neutralnymi. Cóż w tym szkodliwego?

Dzieci uczą się ról 'płciowych'od narodzin, a więc nic dziwnego, że w wieku powyżej 5 lat czerpią wzorce od rodzica tej samej płci, gdyż ról płciowych już ich nauczono.

>Jakich lubicie mężczyzn: konkretnych, zdecydowanych, aktywnych i wiedzących czego chcą, spełniających się.. czy zniewieściałych? (nie mówię, że tak lesbijka lub lesbijki wychować nie potrafą - mówię tylko, że trudno mi to sobie jako facetowi doceniającemu zdolności własnego ojca i w ogóle mężczyzn z jego pokolenia - wyobrazić)

dwa typy mężczyzny: albo stanowczy albo zniewieściały? Form pośrednich w przyrodzie nie zaobserwowano? Nazwanie kogoś typem zniewieściałym jest określeniem negatywnym. Jest też obraźliwe dla kobiety, gdyż cechy przypisane kobiecie wydają się być mniej pożądane niż cechy męskie.
Jacek Głodzik (35558 punktów)
>Przeoczyłeś pewien punkt z pierwszego badania: dzieci
> wychowane przez homoseksualnych rodziców wybierają
> stroje neutralne płciowo, bawią się w zabawkami neutralnymi.
> Cóż w tym szkodliwego?

Skąd ten wniosek? Nic szkodliwego, jednak z tego akurat nie wyciągałbym pochopnych wniosków.
To czym i jak się bawi dziecko nie ma wiele wspólnego z przyszłymi umiejętnościami radzenia sobie w życiu.
Tu jest spora rola dorosłych, żeby aktywnie wkroczyć i przekazać dziecku potrzebną wiedzę oraz postawy.
Taki drobny przykład: Irracja na tym forum opisuje sytuację, gdzie jego wnuczka bawi się do późna w nocy zabawkami, zaczyna marudzić ale do głowy jej nie przyjdzie aby położyć spać. Perswazja nie pomaga. Co wtedy byś zrobiła? On daje jej lekkiego klapsa, dziewczynka posłusznie przytula lalę czy misia i w kimono.

> dwa typy mężczyzny: albo stanowczy albo zniewieściały?
> Form pośrednich w przyrodzie nie zaobserwowano?

Broń Boże! Rzeczywstosć jest dużo bardziej różnorodna i bogata. Polaryzuję to tylko (upraszczam) na potrzeby naszej rozmowy.

> Nazwanie
> kogoś typem zniewieściałym jest określeniem negatywnym.
> Jest też obraźliwe dla kobiety, gdyż cechy przypisane kobiecie
> wydają się być mniej pożądane niż cechy męskie.

Mayolina. Do głowy mi nie przyszło pisać negatywnie o kobietach posiadających cechy kobiece. Pisałem o cechach kobiecych nadmiernie przyswojonych przez chłopca, co później może mu znaczenie utrudnić życie, a nawet zaszkodzić. Nie czuj się obrażana. Niczego nie chcę oceniać, ni moralizować. Zastanawiam się tylko co jest korzystne, a co nie.
Uważam, że cechy kobiece są tak samo potrzebne w życiu, jak cechy męskie.
łącząc pozdrowienia
PS osobiscie bardzo lubię widzieć w akcji cechy kobiece, a nawet ich niekiedy pożądam

---
18-12-2012 21:01 
 Ocena 1 na 1
Irracja (4721 punktów)
... podrzucę państwu wątek, który wydawałoby się, nie ma nic wspólnego z tą dyskusją. A jednak jak najbardziej wpisuje się w temat, co ma wpływ na wychowanie - to jakiej płci są rodzice, czy to jakie postawy i sygnały przekazują przez swoje preferencje, zachowania i poglądy codzienne. Rozmowa pochodzi z jednego portali...

- "Mężczyzna niekochany przez matkę, to uczuciowy kastrat. Pod potrzebą czułości skrywa lęk od­rzu­cenia. I chociaż otulisz go naj­ciep­lej­szym kocem uczuć, uśpiony w nim wróg wbije ci nóż w serce. To nie zemsta, to urojona władza. Nad kobiecą czułością."...

- "... a ja mam proste pytania... "czy ktoś wycho­wywa­ny (przez rodzinę i społeczeństwo) w poczuciu, że jego rola jest zawsze dru­gop­la­nowa i mniej ważna w całym życiu rodzinnym - czy ktoś taki może się czuć w pełni kochany?. Czy ma prawo czuć się zagrożony brakiem akceptując i od­rzu­ceniem? Czy może się czuć notorycznie gorszym?"... A przecież tak się wychowuje mężczyzn. Ich rola, jako męża i ojca jest zawsze przed­sta­wiana jako ta dru­gop­la­nowa, ta mniej ważna, ta gorsza...


... pozdrawiam...


... jedyne co wiadomo o ateista i agnostykach to fakt, iż nie wierzą w "Boga" takiego jak chciałyby religie... reszta to zwykłe insynuacje...
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> (..) Czy może się czuć notorycznie gorszym?"... A przecież tak
> się wychowuje mężczyzn. Ich rola, jako męża i ojca
> jest zawsze przed­sta­wiana jako ta dru­gop­la­nowa, ta mniej
> ważna, ta gorsza...[/color]

Niestety tak właśnie czasem, a nawet często jest.
Smutne.
pozdrawiam


---
18-12-2012 17:55 
 Ocena 3 na 3
Ania. (14138 punktów)
>Na marginesie: wyobrażasz sobie męskiego faceta (w takim dobrym aspekcie, nie macho) który jest wychowywany przez parę lesbijską? Ja nie bardzo, choć ograniczam tu moje dywagacje już li tylko do intuicji i na tym chcę poprzestać.
A wyobrażasz sobie męskiego faceta wychowywanego przez samotną matkę?
Albo dziewczynę, przez samotnego ojca?
Czy naprawdę chcemy oceniać wykształcenie cech męskich / żeńskich rodziców?

>Jakich lubicie mężczyzn: konkretnych, zdecydowanych, aktywnych i wiedzących czego chcą, spełniających się.. czy zniewieściałych? (nie mówię, że tak lesbijka lub lesbijki wychować nie potrafą - mówię tylko, że trudno mi to sobie jako facetowi doceniającemu zdolności własnego ojca i w ogóle mężczyzn z jego pokolenia - wyobrazić)
Mam wrażenie, że w młodym pokoleniu było wielu chłopców wychowywanych przez lesbijki...
A tak serio - nasze cechy wynikają z dość skomplikowanego procesu, w którym bierze udział więcej osób, i w różny sposób. Np. moje niektóre męskie cechy wiem, że zawdzięczam raczej mamie, która wcale ich nie miała. Ale z premedytacją wzmacniała je we mnie, właśnie dlatego, żebym miała łatwiej od niej.

>Tzn jak to się dzieje, że ktoś rodzi się "typowy" tzn hetero, a komuś innemu podobaja się tylko partnerzy tej samej płci co on? (co w efekcie m.in. znacznie utrudnia, a niekiedy uniemożliwia posiadanie własnego potomstawa)
To dość skomplikowana kwestia, odmienna dla homoseksualności męskiej i żeńskiej. W przypadku żeńskiej nie wiemy za dużo. O męskiej trochę wiemy, jest istotna korelacja z kilkoma przynajmniej genami, ale odpowiedź fenotypowa zależy od innych czynników (bo np. bliźnięta jednojajowe mają częściej taką samą orientację niż przypadkowe dwie osoby ze społeczeństwa, ale jednak nie jest to 100% zgodność - widać coś poza genotypem o tym decyduje), w których można wymienić przebieg ciąży oraz stan hormonalny w pierwszych etapach rozwoju.
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> A wyobrażasz sobie męskiego faceta wychowywanego przez samotną matkę?

Szczerze mówiąc osobiście takiego przypadku nie znam, ale chętnie się dowiem jeśli Ty znasz. Z literatury faktu przekonuje mnie tylko jeden przypadek: gdzieś czytałem o pewnej matce syna, której mąż zginął w wypadku.
Często go później wspominała przy synu, ale i przy całej rodzinie z szacunkiem. Wnioskuję ze byli bardzo bliscy sobie i zżyci. Syn wyrósł w takiej atmosferze na zupełnie zaradnego młodzieńca.

> Albo dziewczynę, przez samotnego ojca?
> Czy naprawdę chcemy oceniać wykształcenie cech męskich / żeńskich rodziców?

Nie wiem jak Ty, ale ja nic nie chcę oceniać, ocenianie mnie osobiście do niczego nie jest potrzebne.

>Mam wrażenie, że w młodym pokoleniu było wielu chłopców wychowywanych przez lesbijki...

??

>A tak serio - nasze cechy wynikają z dość skomplikowanego procesu, w
> którym bierze udział więcej osób, i w różny sposób.

Zgadzam się w pełni.

> Np. moje niektóre męskie cechy wiem, że zawdzięczam raczej mamie,
> która wcale ich nie miała. Ale z premedytacją wzmacniała je we mnie,
> właśnie dlatego, żebym miała łatwiej od niej.

A jakie to cechy, możesz powiedzieć? I jak ona je w Tobie wzmacniała, skoro sama - jak piszesz - ich nie miała? Tego przyznam nie bardzo rozumiem.
Kojarzy mi się to - wybacz - z moją nauczycielką z technikum (wychowawczynią) która straszyła nas negatywnymi konsekwencjami palenia papierosów.. na własnym przykładzie (ćmiła jednego za drugim)
Ale to tylko taki żart

> O męskiej trochę wiemy, jest istotna korelacja z kilkoma przynajmniej
> genami,

Możesz podać źródła? Zgodnie z moją wiedzą, którą tu przedstawiłem rzecz nie w genach a w hormonach, ale badania autorów "Płci Mózgu" są już leciwie, z pewnością spokojnie coś przez te dwadzieścia parę lat już odkryto nowego.

> widać coś poza genotypem o tym decyduje), w których
> można wymienić przebieg ciąży oraz stan hormonalny
> w pierwszych etapach rozwoju.

Ano właśnie.
pozdrowienia
19-12-2012 10:14 
 Ocena 4 na 4
Ania. (14138 punktów)
>> A wyobrażasz sobie męskiego faceta wychowywanego przez samotną matkę?
>Szczerze mówiąc osobiście takiego przypadku nie znam, ale chętnie się dowiem jeśli Ty znasz. Z literatury faktu przekonuje mnie tylko jeden przypadek: gdzieś czytałem o pewnej matce syna, której mąż zginął w wypadku.
>Często go później wspominała przy synu, ale i przy całej rodzinie z szacunkiem. Wnioskuję ze byli bardzo bliscy sobie i zżyci. Syn wyrósł w takiej atmosferze na zupełnie zaradnego młodzieńca.
Znam, i to w innej sytuacji - ojciec miał w nosie i jego rola ograniczała się do wysyłania alimentów, a i to opornie. Matka nie wspominała go wcale, nie było nic dobrego do wspominania. Ale nie przeszkadzało to chłopcu wyrosnąć na męskiego chłopaka - może tym bardziej, bo od dziecka przyjmował na siebie trochę większą odpowiedzialność niż inni chłopcy.

>> Albo dziewczynę, przez samotnego ojca?
>> Czy naprawdę chcemy oceniać wykształcenie cech męskich / żeńskich rodziców?
>Nie wiem jak Ty, ale ja nic nie chcę oceniać, ocenianie mnie osobiście do niczego nie jest potrzebne.
A czym była uwaga o wychowywaniu męskiego syna przez dwie kobiety?
Nie miała na celu ocenę tej sytuacji? Podkreślenie, że widzisz w tym jakąś niemożność?
Może ja źle zrozumiałam intencje...

>>Mam wrażenie, że w młodym pokoleniu było wielu chłopców wychowywanych przez lesbijki...
>??
Widziałeś nastolatków? W dużej mierze chłopcy wyglądają dziwnie... Mało męsko.
Takie czasy / moda. I nawet nie ma to związku z ich seksualnością. Nawet mój jeden uczeń, zdolny, rozsądny, o ile wiem hetero - chociaż mogę się mylić, nie rozmawiamy o tym, a nosi się... powiedzmy mało męsko.
Akurat tak, jak powinien, gdyby nie miał męskiego wzorca. Ale widziałam jego męski wzorzec i nie ma z tym nic wspólnego - tata przystojny i absolutnie męski.

>> Np. moje niektóre męskie cechy wiem, że zawdzięczam raczej mamie,
>> która wcale ich nie miała. Ale z premedytacją wzmacniała je we mnie,
>> właśnie dlatego, żebym miała łatwiej od niej.
>A jakie to cechy, możesz powiedzieć? I jak ona je w Tobie wzmacniała, skoro sama - jak piszesz - ich nie miała? Tego przyznam nie bardzo rozumiem.
No właśnie, chyba nie rozumiesz.
Wzmacniała np. odwagę i śmiałość, zachęcając, chwaląc, motywując, chociaż sama jest dość płochliwa i nieśmiała. Pamiętała, co w jej przypadku przynosiło niefajny skytek i tego unikała. Zachowywała się w wielu przypadkach odwrotnie, niż jej mama, po to abym ja miała lepiej niż ona.
Z drugiej strony tworzyłyśmy zespół, w sytuacjach, w których ona nie dawała rady, ja dawałam - w efekcie dość dobrze sprawdzam się w sytuacjach kryzysowych.

Wychowywanie to nie jest ślepe naśladownictwo dzieci - rodzice naprawdę mają na to wpływ, przez cały szereg mechanizmów.

>> O męskiej trochę wiemy, jest istotna korelacja z kilkoma przynajmniej
>> genami,
>Możesz podać źródła? Zgodnie z moją wiedzą, którą tu przedstawiłem rzecz nie w genach a w hormonach, ale badania autorów "Płci Mózgu" są już leciwie, z pewnością spokojnie coś przez te dwadzieścia parę lat już odkryto nowego.
>> widać coś poza genotypem o tym decyduje), w których
>> można wymienić przebieg ciąży oraz stan hormonalny
>> w pierwszych etapach rozwoju.
>Ano właśnie.
Nie tylko hormony, jest szereg genów skorelowanych z homoseksualnością męską

philosophy(*)I202Su10/LeVayHamer copy.pdf
www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/1778227
www.ncbi.n(*)mc/articles/PMC1716443/?page=1
www.nature(*)nal/v11/n3/abs/ng1195-248.html
link.sprin(*)07/BF01541621?LI=true#page-1
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Znam, i to w innej sytuacji - ojciec miał w nosie i jego rola
> ograniczała się do wysyłania alimentów, a i to opornie. Matka
> nie wspominała go wcale, nie było nic dobrego do wspominania.
> Ale nie przeszkadzało to chłopcu wyrosnąć na męskiego chłopaka -
> może tym bardziej, bo od dziecka przyjmował na siebie trochę
> większą odpowiedzialność niż inni chłopcy.

Matka miała kogoś równolegle? Zauważ, że to Ty w tej chwili to oceniasz (jako kobieta)
Chciałbym znać jakąś inną relację o tym chłopaku, najlepiej jego samego lub jakiegoś faceta o nim.
Na marginesie: większa odpowiedzialność nie oznacza automatycznie większej dojrzałości i głębszego oparcia w męskości, czasem bywa dokładnie odwrotnie.

>> Nie wiem jak Ty, ale ja nic nie chcę oceniać, ocenianie mnie osobiście do niczego nie jest potrzebne.
> A czym była uwaga o wychowywaniu męskiego syna przez dwie kobiety?

Wyrażam moje wątpliwości. Nie oceniam.

>Nie miała na celu ocenę tej sytuacji?

Nie miała.

> Podkreślenie, że widzisz w tym jakąś niemożność?

Widzę tylko moje wątpliwości i je chciałem wyrazić.

> Może ja źle zrozumiałam intencje...

Rozmawiamy, staram Ci się to właśnie wyjaśnić.

>>>Mam wrażenie, że w młodym pokoleniu było wielu chłopców wychowywanych przez lesbijki...
>>??
> Widziałeś nastolatków? W dużej mierze chłopcy wyglądają dziwnie... Mało męsko.

Coś w tym jest, ale nie przesadzałbym. Dziś mamy w ogóle odwrót od dobrego, ciepłego i mądrego ojcostwa, to zasługa również nas - mężczyzn. Pisała już o tym Ania Salaman w innym wątku.

> Takie czasy / moda. I nawet nie ma to związku z ich seksualnością.

Czasey na pewno. Ale czy moda na słabość? Hm..

> Nawet mój jeden uczeń, zdolny, rozsądny, o ile wiem hetero - chociaż
> mogę się mylić, nie rozmawiamy o tym, a nosi się... powiedzmy mało męsko.

Hm.. Właśnie. Ale nie przesadzałbym. To jaki on będzie w przyszłości naprawdę trudno dostrzec w ubiorze, zachowaniu nastolatka.
Jednak niestety możesz mieć rację, i ja to też widzę. A kiedyś moja lekarka powiedziała mi mniej-więcej coś takiego: "pan to zdrowy widzę, optymista i wysportowany. Fajnie. A mój syn w wieku 15 lat ciągle ślęczy przed komputerem i trudno mi go od niego odgonić. Bardzo często choruje. Gorzej, ze gdy przychodzą do mnie młodzi informatycy z firmy X w wieku 25-30 lat, to widzę jak cherlawe jest to młode pokolenie w porównaniu z Wami, 40latkami"

> Akurat tak, jak powinien, gdyby nie miał męskiego wzorca. Ale
> widziałam jego męski wzorzec i nie ma z tym nic wspólnego -
> tata przystojny i absolutnie męski.

A w środku może być różnie. Ja bym bardziej z nim pogadał, wyczuł jaka energia od niego idzie.

>> A jakie to cechy, możesz powiedzieć? I jak ona je w Tobie wzmacniała,
>> skoro sama - jak piszesz - ich nie miała? Tego przyznam nie bardzo rozumiem.
> No właśnie, chyba nie rozumiesz.

Otóż to

> Wzmacniała np. odwagę i śmiałość, zachęcając, chwaląc,
> motywując, chociaż sama jest dość płochliwa i nieśmiała.

Hm.. ok, czytam dalej.

> Pamiętała, co w jej przypadku przynosiło niefajny skytek i
> tego unikała. Zachowywała się w wielu przypadkach odwrotnie,
> niż jej mama, po to abym ja miała lepiej niż ona.
> Z drugiej strony tworzyłyśmy zespół, w sytuacjach, w których
> ona nie dawała rady, ja dawałam - w efekcie dość dobrze
> sprawdzam się w sytuacjach kryzysowych.

Teraz rozumiem lepiej, dzięki za wyjaśnienie. Oczywiście może też tak być - Ty jesteś najlepszym przykładem.
Na mnie jednak ten rodzaj argumentacji i działania raczej nie działał, może z chłopcami jest nieco inaczej?
Musi być "przykład z góry" i już

>>Możesz podać źródła?
> Nie tylko hormony, jest szereg genów skorelowanych z
> homoseksualnością męską

Dzięki! W wolnej chwili zabieram się za lekturę i pozdrawiam

---
19-12-2012 21:11 
 Ocena 1 na 1
liliac (147340 punktów)
>> Nie tylko hormony, jest szereg genów skorelowanych z
>> homoseksualnością męską
>Dzięki! W wolnej chwili zabieram się za lekturę i pozdrawiam

Och, to masz tu też streszczenie dość świeżego newsa a propos aspektów epigenetycznych. Brzmi interesująco, choć samego artykułu nie czytałam.


"...a świniobicie, łaskawa pani, to to samo, jak kiedy ksiądz odprawia mszę świętą, bo zawsze idzie o krew i o mięso, czyli ciało." (B. Hrabal, "Postrzyżyny"
Jacek Głodzik (35558 punktów)
>Och, to masz tu też

Dzięki.
W kwestii psychoterapii poniżej załączam dzisiejszą odpowidź mojego kolegi /Uniwersytet Jagieloński/.
Mam nadzieję niedługo odwdzięczyć Ci się kilkoma nowszymi przykładami.
pozdrawiam i zyczę miłego dnia

Cytat:
są o tym całe książki i mnóstwo artykułów naukowych, szczególnie w kodowanych bazach danych. Do niektórych mam dostęp. Są to badania statystyczne, najwięcej z nurtu terapii poznawczo-behawioralnej, bo tam się ich robi najwięcej i najłatwiej. Z innych też są. Rok temu byłem np. na konferencji o psychoterapii psychodynamicznej, gdzie jeden z głównych przedstawicieli tego nurtu przedstawiał wiele szczegółowych badań.



---
20-12-2012 08:57 
 Ocena 6 na 6
liliac (147340 punktów)

>Dzięki.
>W kwestii psychoterapii poniżej załączam dzisiejszą odpowidź mojego kolegi

Zdaje się, że powziąłeś błędne mniemanie, jakobym była przeciwna wszelkim terapiom bazującym na psychologii. Nie jest to prawdą i nijak nie wynika z moich wypowiedzi. Naprawdę nie potrzeba mi opracowań dotyczących np. terapii behawioralnych (te, o ile mi wiadomo miewają akurat całkiem nieźle ugruntowane podstawy naukowe). Nie to krytykowałam i nie w tym zakresie nienaukowość punktował martok.

Ale dzięki za dobre chęci

"...a świniobicie, łaskawa pani, to to samo, jak kiedy ksiądz odprawia mszę świętą, bo zawsze idzie o krew i o mięso, czyli ciało." (B. Hrabal, "Postrzyżyny")
Jacek Głodzik (35558 punktów)
>Zdaje się, że powziąłeś błędne mniemanie

Zdaje się, że tak. Irvin D. Yalom przecież nie jest ani przedstwaicielem szkoły jungowskiej, ani analitycznej.

> Nie to krytykowałam i nie w tym zakresie nienaukowość punktował martok.

Moją odpowiedź martokowi masz tu.
www.racjonalista.pl/forum.php/s,526561#w537842
Grunt to doprecyzować jakie każdy z nas ma przekonania, bo może się okazać że polemizujemy nie z tym, do czego jesteśmy w głębi serca przekonani.

>Ale dzięki za dobre chęci

Proszę bardzo. Zawsze chętnie służę cytatami i źródłami
miłego dnia


---
30-11-2012 23:27 
 Ocena 2 na 2
Andrzej Bogusławski (52271 punktów)Odp: Dzieci za wszelką cenę
.
>Zdaje się, w wątku obok pytałeś o Bieleckiego. Właśnie dał "głos". Jak to Bielecki
>>>>Przy okazji zajrzę.
>Ach nie - "dał głos" w sensie minusa. W sprawie aborcji też już próbował nas na forum ewangelizować (nie jestem pewna czy od tego nie zaczął - można sprawdzić, jeśli komuś się chce).
Tu po raz pierwszy (10-08-2011) Pan Bielecki włączył się w dyskusję: www.racjon(*)m.php/z,0/d,4/s,439821#w440998 ale dwa tygodnie później (23-08-2011) już we własnym wątku rozpoczął nas ewangelizować właśnie od aborcji.
Służę linkiem: www.racjonalista.pl/forum.php/s,443385/z,0

Pozdrawiam serdecznie.

@@@
.
30-11-2012 14:51 
 Ocena 9 na 9
big_zyd (37761 punktów)
(zablokowany)
>Wg mojej wiedzy kobiety odczuwają przez długie lata po aborcji żal. Żałują podjęcej decyzji, nieraz odczuwają z jej powodu traumę.

Pierniczysz .




Od zarania dziejów do 2003 r. ludzkość wyprodukowała pięć eksabajtów danych. To bardzo dużo, a jednak oszałamia coś innego: dziś produkujemy tyle co dwa dni. (Edwin Bendyk)
Jacek Głodzik (35558 punktów)
Może podsyłałbyś jakies ładne kobitki, a nie stary staniszkisowski klonkier
30-11-2012 23:05 
 Ocena 4 na 4
Andrzej Bogusławski (52271 punktów)
.
>Może podsyłałbyś jakies ładne kobitki, a nie stary staniszkisowski klonkier
Gdyby Pan poznał piękną biografię tej pięknej staruszki, to może nie dziwiło by Pana Big_zydowskie poczucie humoru. Już Panu wspomniałem, że i papieże i prezydenci i profesorowie byli kiedyś mniej poważnymi, a często i inne poglądy miewali.

Pozdrawiam.

@@@
.
Jacek Głodzik (35558 punktów)
Hehe, mnie nie trzeba tego uczyć p. Andrzeju!
Rzeczywiscie, nie bardzo wiem "co autor miał na mysli" załączając zdjecie p. Jadwigi Staniszkis.
Swojego działania nie objaśnił - trudno, pewnie jakoś obaj to przeżyjemy.
łącząc pozdrowienia
PS gdyby pan wiedział ile pięknych Rosjanek na wysokich obcasach, z nogami do samego nieba chodzi tutaj po ulicach - myślę że natychmiast zabył.. yy.. zapomniałby o biografii tej znanej, pięknej staruszki
01-12-2012 17:31 
 Ocena 4 na 4
Andrzej Bogusławski (52271 punktów)
.
>Hehe, mnie nie trzeba tego uczyć p. Andrzeju!
Ale jednak już z innego pokolenia jesteśmy. W moim ludzie szybko "łapali" podteksty.

>Rzeczywiscie, nie bardzo wiem "co autor miał na mysli" załączając zdjecie p. Jadwigi Staniszkis.
>Swojego działania nie objaśnił - trudno, pewnie jakoś obaj to przeżyjemy.
W moim pokoleniu np. uważano, iż dowcip wyłożony, to dowcip "wyłożony".
Dla Pana Staniszkis, to tylko staruszka, zaś Iredyński to już tylko trup.
Dla takiego jak ja starca takie postacie mają jednak swoje kulturowe znaczenie.

PS. W latach 1903 - 1977 żyła sobie pani Anais Nin, z zawodu artystka życia.
Jak widać już dawno nie ma się czym zachwycać, a ja nadal tkwię w zachwycie.
Ta baba wiedziała czym jest życie.

Pozdrawiam

@@@
.
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Ale jednak już z innego pokolenia jesteśmy. W moim ludzie szybko "łapali" podteksty.

Skąd aluzja, że nie złapałem? Chcę, aby pan napisał to wprost.

> W moim pokoleniu np. uważano, iż dowcip wyłożony, to dowcip "wyłożony".

Nie zamierzam się domyślać "co autor miałna myśli". Albo pan napisze wprost, albo kończymy wątek.

>Dla Pana Staniszkis, to tylko staruszka, zaś Iredyńsk to już tylko trup.

Przeczytałem w Wiki, choć nie słyszałem. Widzę, że to niepokrony duch, będę wdzięczny za wyjaśnienie, dlaczego pan go wspomina. Znał go pan? To ciekawe.

>Dla takiego jak ja starca takie postacie mają jednak swoje kulturowe znaczenie.

Rozumiem i szanuję.

>PS. W latach 1903 - 1977 żyła sobie pani Anais Nin, z zawodu artystka życia.
Piękna kobieta, ma pan świetny gust

łącząc pozdrowienia
01-12-2012 22:54 
 Ocena 4 na 4
Andrzej Bogusławski (52271 punktów)
.
>Skąd aluzja, że nie złapałem?
Zupełnie nie wiem skąd mi to przyszło do głowy.

>Chcę, aby pan napisał to wprost.
Ja też mam różne zachcianki, ale dopóki nie mam sankcji, to muszę liczyć się ze zdaniem innych.
Ja wiem co chcę napisać i właśnie to napisałem.

>>>>W moim pokoleniu np. uważano, iż dowcip wyłożony, to dowcip "wyłożony".
>Nie zamierzam się domyślać "co autor miałna myśli".
Żadnego przymusu nie ma.
Widziałem filmy, gdzie i oklaski i śmiech były w odpowiednich momentach odtwarzane. Mnie akurat takie filmy się nie podobają.
Natomiast ceniłem sobie np. "Kabaret starszych panów".

Opowiem dowcip, ale tłumaczyć też go nie mam zamiaru.
Ciotka trzy razy śmieje się z dowcipu.
Pierwszy raz, jak jej opowiedzą.
Drugi raz, jak wytłumaczą o co chodziło.
Trzeci raz, jak sama zrozumie.

Z katolicką ciotką jest trochę inaczej, gdyż za trzecim razem, to się oburza.

>Albo pan napisze wprost, albo kończymy wątek.
Na naszym forum, każdy może włączyć się w rozmowę, lub ją zakończyć nie odpowiadając. Ja piszę nie tylko do tych, do których dany post jest kierowany, ale do wszystkich inteligentnych ludzi, którzy potrafią mnie zrozumieć. Dlatego też odpowiadam na posty np. pana Konowala, który przecież mnie nie czyta, a jak by czytał, to też by nie zrozumiał.
Nie wszyscy wszystko i wszystkich potrafią zrozumieć, nawet gdy mówią w tym samym języku.

>Znał go pan? To ciekawe.
Podobnie jak Anais.

>Piękna kobieta, ma pan świetny gust
Tyle, iż fizycznie to ona średnio mi się podobała - nawet gdy była młodą.
Natomiast jestem zafascynowany pięknem jej osobowości. Umiała swoje życie przeżyć ciekawie, a to wielka sztuka.

Pozdrawiam.

@@@
.
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Zupełnie nie wiem skąd mi to przyszło do głowy.

Tak myślałem

>>Chcę, aby pan napisał to wprost.
>Ja też mam różne zachcianki, ale dopóki nie mam sankcji,
> to muszę liczyć się ze zdaniem innych.
>Ja wiem co chcę napisać i właśnie to napisałem.

Już kiedyś panu napisałem (zgodnie z prawdą) że upierdliwych profesorów po prostu dotkliwie fizycznie biję, jednak tutaj zrobię dla pana wyjątek

>> Nie zamierzam się domyślać "co autor miałna myśli".
> Żadnego przymusu nie ma.

Nigdy nie twierdziłem, że moze być inaczej

> Widziałem filmy, gdzie i oklaski i śmiech były w odpowiednich momentach
> odtwarzane. Mnie akurat takie filmy się nie podobają.

Mnie też. Tu pana w 100% rozumiem.

>Natomiast ceniłem sobie np. "Kabaret starszych panów".
>Opowiem dowcip, ale tłumaczyć też go nie mam zamiaru.

O to nie poproszę, nie potrzeba.

>Ciotka trzy razy śmieje się z dowcipu.
>Pierwszy raz, jak jej opowiedzą.
>Drugi raz, jak wytłumaczą o co chodziło.
>Trzeci raz, jak sama zrozumie.

>Z katolicką ciotką jest trochę inaczej, gdyż za trzecim razem, to się oburza.

Słyszałem - potwierdzam - dowcip b. dobry

>>Albo pan napisze wprost, albo kończymy wątek.
> (..) Ja piszę nie tylko do tych, do których dany post jest
> kierowany, ale do wszystkich inteligentnych ludzi, którzy
> potrafią mnie zrozumieć. Dlatego też odpowiadam na posty np.
> pana Konowala, który przecież mnie nie czyta, a jak by czytał,
> to też by nie zrozumiał.

Rozumiem. Życzę zatem dydatktycznego powodzenia.

>> Piękna kobieta, ma pan świetny gust
> Tyle, iż fizycznie to ona średnio mi się podobał
> - nawet gdy była młodą.
> Natomiast jestem zafascynowany pięknem jej osobowości. Umiała
> swoje życie przeżyć ciekawie, a to wielka sztuka.

Ma pan rację, to wielka sztuka wykorzystać ten dar. Fajnie, że ta osoba pana do dziś kręci
Słyszał pan może o Krystynie Skarbek?

łącząc pozdrowienia
01-12-2012 23:44 
 Ocena 2 na 2
maceox (6766 punktów)
>Skąd aluzja, że nie złapałem? Chcę, aby pan napisał to wprost.
Pan Andrzej:
Cytat:
>> W moim pokoleniu np. uważano, iż dowcip wyłożony, to dowcip "wyłożony".

>Nie zamierzam się domyślać "co autor miał na myśli". Albo pan napisze wprost, albo kończymy wątek.
Pan Andrzej:
Cytat:
>>Dla Pana Staniszkis, to tylko staruszka, zaś Iredyński to już tylko trup.

> Przeczytałem w Wiki, choć nie słyszałem. Widzę, że to niepokrony duch, będę wdzięczny za wyjaśnienie, dlaczego pan go wspomina. Znał go pan? To ciekawe.
Już Ci Pan Andrzej tak podpowiada, a Ty nawet nie przeczytasz wystarczająco dokładnie wpisu w wikipedii.
Poza tym mamy jeszcze googla. Sorry więc, że zarżnę ten dowcip:
merlin.pl/HTML/978-83-7700-000-7.html
I prawdę mówiąc ja już teraz sam nie wiem, co w zasadzie było śmieszne we wpisie big_zyda. Poza uśmiechem na tym zdjęciu dużo śmieszniejsze jest chyba to, że Staniszkis sympatyzuje z PIS-em.
Jacek Głodzik (35558 punktów)
Dziękuję, czytać i łapać jeszcze umiem. Mnie chodziło o coś innego:
Cytat:
Chcę, aby pan napisał to wprost.

Aluzje pisać umie więszosc. Wprost niewielu.

> Poza tym mamy jeszcze googla. Sorry więc, że zarżnę ten dowcip:
> merlin.pl/HTML/978-83-7700-000-7.html

U mnie jest prawie 3 w nocy i trochę już nie kontaktuję (dużo poszło na odpowiedzi p. Andrzejowi)

> I prawdę mówiąc ja już teraz sam nie wiem, co w zasadzie było
> śmieszne we wpisie big_zyda. Poza uśmiechem na tym zdjęciu dużo
> śmieszniejsze jest chyba to, że taka osoba, jak Staniszkis sympatyzuje z PIS-em.

Ano niestety. Cóż.. nie śmiałem tego przypomianć, ale słowo się rzekło.
Z resztą, może to jest odpowiedź..
Cytat:
Kiedy próbowano zdiagnozować przyczyny moich zaników wzroku, zrobiono mi kompletną tomografię komputerową mózgu. Okazało się, że mam poważnie uszkodzony płat czołowy, gdzie znajdują się tak zwane neurony lustrzane, odpowiedzialne za empatię, zdolność naśladowania i rozumienia innych, szczególnie ich emocji(..) Nieraz organizm poddany bardzo długo bardzo silnym stresom wyzwala enzymy, które także doprowadzają do zwapnienia całych obszarów neuronów lustrzanych. Efekt jest taki sam, jak po mechanicznym uszkodzeniu mózgu. (..) nie zawsze można sobie wyobrazić, co kto inny naprawdę odczuwa. Często popełnia się błędy

łacząc pozdrowienia, dobranoc
02-12-2012 00:23 
 Ocena 4 na 4
maceox (6766 punktów)
>Dziękuję, czytać i łapać jeszcze umiem.
>Mnie chodziło o coś innego:
To ja już nie wiem - to znaczy, że to ja nie załapałem prawdziwego sensu Twojego dopytywania? Nie wynikało ono z nieznajomości biografii Pani Profesor, tylko z chęci, aby Pan Andrzej napisał o tym wprost?
Jeśli tak, to dałem się nabrać, choć w takim razie i tak nie do końca rozumiem Twoich motywów. Po co miałby Pan Andrzej pisać o tym wprost, skoro zdjęcie zamieszczone przez big_zyda mówi samo za siebie?

> Cytat:
Chcę, aby pan napisał to wprost.

>Aluzje pisać umie więszosc. Wprost niewielu.

Czyli gdyby big_zyd napisał:
"A Staniszkis dokonała trzech aborcji, a mimo to się dzisiaj uśmiecha" - to by było wprost, nie?
I co? Uważasz, że to by było lepsze od tego, co big_zyd rzeczywiście wkleił i napisał?

>Aluzje pisać umie więszosc. Wprost niewielu.
Obawiam się, że jest raczej dokładnie odwrotnie.
Pozdrawiam
Jacek Głodzik (35558 punktów)Odp: Dzieci za wszelką cgoś innegoenę
> Nie wynikało ono z nieznajomości biografii Pani Profesor,
> tylko z chęci, aby Pan Andrzej napisał o tym wprost?

Chodziło dokładniej o to zdanie z p. Andrzeja:
"Już Panu wspomniałem, że i papieże i prezydenci i profesorowie byli kiedyś mniej poważnymi, a często i inne poglądy miewali". Może p. Andrzej moją reakcję "mnie nie trzeba tego tłumaczyć" odniósł do czegoś innego, nieważne.
Druga sprawa: wpis big_zyda "Pierniczysz" nad zdjęciem JS pod wątkiem, w którym piszę jak widzę aborcję.
Panu Andrzejowi w związku z tym odpisałem "Nie zamierzam się domyślać "co autor miałna myśli".
JS zwierzeń o własnej aborcji rzeczywiście nie znałem, choć teraz doczytałem. Natomiast po wpisie zaczynającym się od "pierniczysz" motywację do uzupełnienia wiedzy miałem średnią.
Czy teraz wszystko już jasne?

> Czyli gdyby big_zyd napisał:
> "A Staniszkis dokonała trzech aborcji, a mimo
> to się dzisiaj uśmiecha" - to by było wprost, nie?

Mniej-więcej

> I co? Uważasz, że to by było lepsze od tego, co
> big_zyd rzeczywiście wkleił i napisał?

Lepsze-gorsze, a jakie to ma teraz znaczenie? Niech już pisze, jak chce.

>> Aluzje pisać umie więszosc. Wprost niewielu.
> Obawiam się, że jest raczej dokładnie odwrotnie.

Być może, nie bierz moich słów o statystyce zbyt dosłownie.
Ja taki jakiś dziwny jestem, że wolę się nie domyślać w wątpliwych kwestiach.
Taka natura
A jak jest z Tobą, uważasz że najlepszym sposobem dobrej komunikacji jest indukcja domysłów?
łącząc pozdrowienia
03-12-2012 00:25 
 Ocena 2 na 2
maceox (6766 punktów)
>Druga sprawa: wpis big_zyda "Pierniczysz" nad zdjęciem JS pod wątkiem, w którym piszę jak widzę aborcję.
>Panu Andrzejowi w związku z tym odpisałem "Nie zamierzam się domyślać "co autor miałna myśli".
>JS zwierzeń o własnej aborcji rzeczywiście nie znałem, choć teraz doczytałem.
Ja w ogóle nie znałem tych faktów z jej życia, ale widząc aluzję na jej temat w tym wątku poszukałem... Natomiast Ty zareagowałeś tak:
Cytat:
Może podsyłałbyś jakies ładne kobitki, a nie stary staniszkisowski klonkier

A jednocześnie piszesz:
>Natomiast po wpisie zaczynającym się od "pierniczysz" motywację do uzupełnienia wiedzy miałem średnią.

Czyli ze "staniszkisowskim klonkierem" nie masz widzę, żadnego problemu, ale skierowane do Ciebie "pierniczysz" odbiera Ci motywację poznawczą?
Powiedziałbym, że masz dość selektywną wrażliwość.

Nie, nie chcę się czepiać. Przeczytałem zaledwie parę Twoich wpisów w tym tu wątku i widzę, że jesteś otwarty na rozmowę i sam przedstawiasz rozsądną argumentację.

W tym kontekście trochę kłują np. takie stwierdzenia:
Cytat:
Już kiedyś panu napisałem (zgodnie z prawdą) że upierdliwych profesorów po prostu dotkliwie fizycznie biję, jednak tutaj zrobię dla pana wyjątek.


Gdy jednak piszesz:
Cytat:
gdyby pan wiedział ile pięknych Rosjanek na wysokich obcasach, z nogami do samego nieba chodzi tutaj po ulicach - myślę że natychmiast zabył.. yy.. zapomniałby o biografii tej znanej, pięknej staruszki.

to muszę powiedzieć, że mamy coś wspólnego, bo również mieszkam poza Polską, tylko, że w drugą stronę. Natomiast sądząc z Twojego opisu na jakiś czas chętnie bym się z Tobą zamienił.

Tymczasem zastanawia mnie, w jakim stopniu nasz osobisty styl wpływa kultura miejsca, w którym żyjemy?

>>> Aluzje pisać umie więszosc. Wprost niewielu.
>> Obawiam się, że jest raczej dokładnie odwrotnie.
>Być może, nie bierz moich słów o statystyce zbyt dosłownie.
Nie chodzi o statystykę. Chodzi o to, że aluzje często przekazują więcej i szybciej, niż dałoby się powiedzieć wprost. A poza tym mózg przy nich jest jednak zmuszony do nieco większego wysiłku.
Wypowiedź big_zyda - ta zaczynająca się od "pierniczysz" jest tego najlepszym przykładem. Zobacz ile za tym wpisem i zdjęciem kryje się paradoksów. Najlepsze jest to, że ostatecznie big_zyd tym wpisem zawierającym "pierniczysz" wcale Ci nie zaprzeczył.

Tak, big_zyd stanowczo zawiera w swych wypowiedziach maksimum treści przy minimum słów. Ja mu zazdroszczę, bo tak nie umiem. Teraz na przykład tłumaczę inteligentnemu człowiekowi, dlaczego aluzje bywają fajne.
Pozdrawiam
Jacek Głodzik (35558 punktów)
>> Może podsyłałbyś jakies ładne kobitki, a nie stary staniszkisowski klonkier [/cytat]
> A jednocześnie piszesz: " Natomiast po wpisie zaczynającym się od "pierniczysz"
> motywację do uzupełnienia wiedzy miałem średnią"

Dokładnie

> Czyli ze "staniszkisowskim klonkierem" nie masz widzę, żadnego problemu,
> ale skierowane do Ciebie "pierniczysz" odbiera Ci motywację poznawczą?

Zgadza sie, problemu nie mam. Do niej bym tego oczywiscie nie powiedział. Jeśli tego nie widzisz, to kawa na ławę: to zdanie skierowane do big_zyda miało być szorstkie.

> Powiedziałbym, że masz dość selektywną wrażliwość.

Sory ale nie bardzo rozumiem co masz tu na myśli. Czy to ma być jakieś oskarżenie? Ty też trochę myśl, zamiast zabierać się pochopnie za ocenianie innych.

> Nie, nie chcę się czepiać. Przeczytałem zaledwie parę Twoich
> wpisów w tym tu wątku i widzę, że jesteś otwarty na rozmowę i sam
> przedstawiasz rozsądną argumentację.

Dziękuję. Istotnie tak sam siebie odbieram. Mimo wszystko trochę się jednak czepiasz.

>W tym kontekście trochę kłują np. takie stwierdzenia:
> Cytat:
Już kiedyś panu napisałem (zgodnie z prawdą) że upierdliwych profesorów po prostu dotkliwie fizycznie biję, jednak tutaj zrobię dla pana wyjątek.


Myślisz tak, bo kompletnienie znasz kontekstu ni moich wcześnieszych wymiany postów z p. Andrzejem.
Jestem w 100% przekonany, że moje poczucie humoru tutaj złapał, to b. inteligentny człowiek a do tego z ironią która jets b. fajna. A Ty daj już spokój z tymi oskarżeniami, ok?
Znamy się obaj z p. Andrzejem z jednym profesorem, któremu kiedyś przylałem w pewnych sportowych okolicznościach. Jak trochę poszperasz na tym forum, to znajdziesz opis. Tyle w temacie.

> Gdy jednak piszesz:
> Cytat:
gdyby pan wiedział ile pięknych Rosjanek na wysokich obcasach,
> z nogami do samego nieba chodzi tutaj po ulicach - myślę że natychmiast
> zabył.. yy.. zapomniałby o biografii tej znanej, pięknej staruszki.

>to muszę powiedzieć, że mamy coś wspólnego, bo również mieszkam
> poza Polską, tylko, że w drugą stronę.

W Niemczech? Dalej?

> Natomiast sądząc z Twojego opisu na jakiś czas chętnie
> bym się z Tobą zamienił.

Hehe, a to ciekawe Jednak ostrzegam. Tu jest jednak wciąż dziki kraj, jakby czas się zatrzymał, nawet po ulicach wieczorami chodzić strach.

> Tymczasem zastanawia mnie, w jakim stopniu nasz osobisty styl
> wpływa kultura miejsca, w którym żyjemy?

U mnie? Żaden (na razie) Jestem tu od kilku tygodni.

> Chodzi o to, że aluzje często przekazują więcej i szybciej,
> niż dałoby się powiedzieć wprost.

Masz rację. Jednak czasem to też próba wciśnięcia czegoś na siłę, i tak to trochę odebrałem.
Pan Andrzej może kochał się kiedyś w prof. Staniszkis (a może wciąż) i dlatego postanowil przytrzeć mi nosa jakimiś aluzjami wstawiając się za nią (zupełnie z resztą niepotrzebnie). Ja mam jednak trochę inny charakter, zazwyczaj preferuję mówienie wprost o co mi chodzi - na aluzje odpowiada się znacznie trudniej, niż na wprost wyrażone zdanie (zarzut), który sprostować (jeśli potrzeba) już można łatwiej. Abstracując już od wpisu p. Andrzeja i big_zyd'a - aluzja to jest czasem mało klarowna sprawa, przeznaczona dla i przez prawdziwych intelektualistów, trzeba uważać

> A poza tym mózg przy nich jest jednak zmuszony do nieco większego wysiłku.

To sie zgadza. Na co prozaicznie nie mam czasem ochoty, zwłaszcza o 2 w nocy po zakrapianej imprezie
Może się z resztą niepotrzebnie zaangażowałem w te odpowiedzi i uniosłem, mogłem odczekać dzień-dwa. Cóż, czasem bywam za bardzo ambitny, to też prawda

> Wypowiedź big_zyda - ta zaczynająca się od "pierniczysz" jest tego
> najlepszym przykładem. Zobacz ile za tym wpisem i zdjęciem kryje
> się paradoksów. Najlepsze jest to, że ostatecznie big_zyd tym wpisem
> zawierającym "pierniczysz" wcale Ci nie zaprzeczył.

Dokładnie. Z tym że 'pierniczysz' mnie przynajniej zdecydowanie demotywuje do włębiania się co autor miał na myśli. Panimajesz Ty mienia tawariszcz?

> Tak, big_zyd stanowczo zawiera w swych wypowiedziach maksimum
> treści przy minimum słów. Ja mu zazdroszczę, bo tak nie umiem. Teraz
> na przykład tłumaczę inteligentnemu człowiekowi, dlaczego aluzje bywają fajne.

Mnie panie kolego maceox naprawdę nie musisz tego tłumaczyć. A tak ogólnie - czasem można być za takie rzeczy jak tu teraz robisz oskarżonym o altruizm, więc uważaj .
big_zyd w tym temacie jednak ma głowę na karku i Twój podziw dla jego zdolności uważam w pełni za słuszny.
Poza tym proszę zobaczyć jak p. Andrzej doskonale się z nim rozumie - prawie jak jednojajowie bliźniaki
www.racjonalista.pl/forum.php/s,526561#w533659

serdecznie pozdrawiam z Rosji i życzę milego dnia
04-12-2012 01:28 
 Ocena 1 na 1
maceox (6766 punktów)
>> Powiedziałbym, że masz dość selektywną wrażliwość.
>Sory ale nie bardzo rozumiem co masz tu na myśli. Czy to ma być jakieś oskarżenie? Ty też trochę myśl, zamiast zabierać się pochopnie za ocenianie innych.
Chodziło mi o to, że takie akurat "pierniczysz" to jest raczej kumpelskie bym powiedział, ale odebrałeś je wrażliwie do tego stopnia, że nie chciało Ci się zastanawiać nad tym, dlaczego Big_zyd to zdjęcie wkleił. Tymczasem dla mnie Twój komentarz o Staniszkis - nawet jeśli skierowany do Big_zyda był - oględnie mówiąc - bardzo grubo ciosany.

Ale rozumiem, że można się wkurzyć, jak na proste i zrozumiałe argumenty walną Ci jakąś zagadką, której nie chcą wyjaśnić - a wiadomo, że coś się im nie podoba. Mi się tak kilka razy już tu na forum zdarzyło i też nie byłem wielce uradowany, ale potem wracałem do moich postów i czasem do tego dochodziłem, a czasem nie...

>A Ty daj już spokój z tymi oskarżeniami, ok?
Czepiałem się trochę - tak, może dlatego, że Cię jeszcze nie poznałem. Czasem trzeba się przyzwyczaić do stylu nowego rozmówcy. Teraz, po tym dialogu chyba już Cię trochę lepiej poznałem i widzę szansę, że będę się mniej czepiał.

>>to muszę powiedzieć, że mamy coś wspólnego, bo również mieszkam
>> poza Polską, tylko, że w drugą stronę.
>W Niemczech? Dalej?
Dalej.

>Pan Andrzej może kochał się kiedyś w prof. Staniszkis (a może wciąż)
to dobre!

>i dlatego postanowil przytrzeć mi nosa jakimiś aluzjami wstawiając się za nią (zupełnie z resztą niepotrzebnie).
Kiedyś było takie powiedzenie: życie jest ciężkie, ale mężczyźni są szlachetni. Ja myślę, że Pan Andrzej daje nam tu dobry przykład.

>> Tak, big_zyd stanowczo zawiera w swych wypowiedziach maksimum
>> treści przy minimum słów. Ja mu zazdroszczę, bo tak nie umiem. Teraz
>> na przykład tłumaczę inteligentnemu człowiekowi, dlaczego aluzje bywają fajne.
>Mnie panie kolego maceox naprawdę nie musisz tego tłumaczyć. A tak ogólnie - czasem można być za takie rzeczy jak tu teraz robisz oskarżonym o altruizm, więc uważaj .
Teraz ja nie zajarzyłem. O jaki altruizm?

>big_zyd w tym temacie jednak ma głowę na karku i Twój podziw dla jego zdolności uważam w pełni za słuszny.
>Poza tym proszę zobaczyć jak p. Andrzej doskonale się z nim rozumie - prawie jak jednojajowie bliźniaki
>www.racjonalista.pl/forum.php/s,526561#w533659
Jednojajowe bliźniaki - to dobre!!! , choć nie zgoddziłbym się w pełni, ale i tak dobre.
Również pozdrawiam
04-12-2012 12:05 
 Ocena 1 na 1
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Chodziło mi o to, że takie akurat "pierniczysz" to jest raczej kumpelskie bym
> powiedział, ale odebrałeś je wrażliwie do tego stopnia, że nie chciało
> Ci się zastanawiać nad tym, dlaczego Big_zyd to zdjęcie wkleił.
> Tymczasem dla mnie Twój komentarz o Staniszkis - nawet jeśli
> skierowany do Big_zyda był - oględnie mówiąc - bardzo grubo ciosany.

Ok, może. Czasem bywam przewrażliwiony, to też fakt.

> Ale rozumiem, że można się wkurzyć, jak na proste i zrozumiałe
> argumenty walną Ci jakąś zagadką, której nie chcą wyjaśnić
> - a wiadomo, że coś się im nie podoba.

No właśnie! Widzę że mnie tu choć trochę ktoś rozumie.

> Mi się tak kilka razy już tu na forum zdarzyło i też nie byłem wielce
> uradowany, ale potem wracałem do moich postów i czasem do tego
> dochodziłem, a czasem nie...

Dzięki za zwrócenie uwagi. Teraz widzę, że to jest z Twojej strony szczere. Ok, może i tak się kiedyś stanie ze mną, że jeszcze raz przeczytam te wszystkie posty i czasem się punkę w czoło - wszystko jest możliwe, wszak jesteśmy tylko ludźmi

>>A Ty daj już spokój z tymi oskarżeniami, ok?
>Czepiałem się trochę - tak, może dlatego, że Cię jeszcze
> nie poznałem

A to z resztą troszku tak, jak ja big_zyda

> Czasem trzeba się przyzwyczaić do stylu nowego rozmówcy.
> Teraz, po tym dialogu chyba już Cię trochę lepiej poznałem
> i widzę szansę, że będę się mniej czepiał.

Uff... co za uglga

> Kiedyś było takie powiedzenie: życie jest ciężkie, ale mężczyźni
> są szlachetni. Ja myślę, że Pan Andrzej daje nam tu dobry przykład.

Tu się wstrzymam od głosu, żeby go swoim wpisem po raz kolejny nie prowokować (patrz niżej)
www.racjonalista.pl/forum.php/s,526561#w534055

>> Mnie panie kolego maceox naprawdę nie musisz tego tłumaczyć.
>> A tak ogólnie - czasem można być za takie rzeczy jak tu teraz robisz
>> oskarżonym o altruizm, więc uważaj .
>Teraz ja nie zajarzyłem. O jaki altruizm?

A z jakiego powodu napisałeś do mnie "na przykład tłumaczę inteligentnemu człowiekowi, dlaczego aluzje bywają fajne"?

> Jednojajowe bliźniaki - to dobre!!! , choć nie
> zgoddziłbym się w pełni, ale i tak dobre.

Hehe. Za ten żart teraz chyba urwą mi tu głowę
Na marginesie - sympatyczny z Ciebie gość,
pozdrowienia
04-12-2012 12:21 
 Ocena 1 na 1
Meretseger (61860 punktów)

>Hehe. Za ten żart teraz chyba urwą mi tu głowę
Nic podobnego
Jacek Głodzik (35558 punktów)
a to dziękuję za darowanie życia
02-12-2012 11:04 
 Ocena 3 na 3
Andrzej Bogusławski (52271 punktów)Odp: Dzieci za wszelką cenę

>Czyli gdyby big_zyd napisał:
>"A Staniszkis dokonała trzech aborcji, a mimo to się dzisiaj uśmiecha" - to by było wprost, nie?
Ja wtedy znielubiłbym Pana Big_zyda, którego lubię i intelektualnie sobie cenię.
Nazywa rzeczy po imieniu, ale doskonale wyczuwa granice kultury.

Pozdrawiam.

@@@
.
02-12-2012 10:58 
 Ocena 1 na 1
Andrzej Bogusławski (52271 punktów)
.
>śmieszniejsze jest chyba to, że Staniszkis sympatyzuje z PIS-em.
Tak, Panie Maćku - ja to też uważam za najlepszy dowcip.

Pozdrawiam.

@@@
.
03-12-2012 09:23 
 Ocena 9 na 9
Elka I Ponura (7473 punktów)
Typowym przykładem depresji poaborcyjnej jest też pani Maria Czubaszek. Czysta załamka i wieczna życiowa tragedia, człowiek płacze, jak tylko ją słyszy...


Atheism is a non-prophet organization.
George Carlin
Irracja (4721 punktów)
>Typowym przykładem depresji poaborcyjnej jest też pani Maria Czubaszek. Czysta załamka i wieczna życiowa tragedia, człowiek płacze, jak tylko ją słyszy...

... i depresja poaborcyjna doprowadziła ją do następnych aborcji?. Sama się przyznaje do co najmniej 2 aborcji, a z niektórych wypowiedzi wynika, iż było ich 3-4. Bardziej widzę w niej "ofiarę pożądanego wizerunku kobiety i matki". Dyskusja o aborcji, poparcie dla aborcji to jedno. Ale bezpośrednie przyznanie się, że jakaś kobieta nie czuje żadnego powołania do "roli matki", że dzieci uważa za "niepotrzebny balast"?. To nie jest możliwe, to nie pasuje do "dogmatu kobiety i matki". Taka kobieta "musi mieć depresję poaborcyjną", albo inną "odchyłkę psychiczną"...



... jedyne co wiadomo o ateista i agnostykach to fakt, iż nie wierzą w "Boga takiego jak chciałyby religie"... reszta to zwykłe insynuacje...
03-12-2012 12:20 
 Ocena 1 na 1
Andrzej Bogusławski (52271 punktów)
.
>Typowym przykładem depresji poaborcyjnej jest też pani Maria Czubaszek. Czysta załamka i wieczna życiowa tragedia, człowiek płacze, jak tylko ją słyszy...
Ejże, Pani Elu!
Tylko tyle? Pan Jacek Głodzik zażąda dokładnych objaśnień. Z kim, jak, i dlaczego?

Pozdrawiam serdecznie.

@@@
.
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Tylko tyle? Pan Jacek Głodzik zażąda dokładnych objaśnień. Z kim, jak, i dlaczego?

Też chciałby pan wiedzieć??
Proszę poczekać aż skompletuję statystyki do mojej nowej książki "Aborcje wczoraj i dziś w świetle nauki papieży od Piusa X do Benedykta XVI"
03-12-2012 18:26 
 Ocena 3 na 3
Andrzej Bogusławski (52271 punktów)
.
>>>>Tylko tyle? Pan Jacek Głodzik zażąda dokładnych objaśnień. Z kim, jak, i dlaczego?
>Też chciałby pan wiedzieć??
Nie, rzeczy prywatne interesują mnie tylko wtedy, gdy stają się publiczne i jako takie biorą udział w kulturze. Pani Maria Czubaszek na starość ( i trochę dla pieniędzy) stała się ekshibicjonistką i opowiada o sobie znacznie więcej niż potrzeba. Więc wiem tu wszystko co chciałbym wiedzieć, a nawet znacznie więcej.

Pozdrawiam.

@@@
.
03-12-2012 19:08 
 Ocena 1 na 1
Jacek Głodzik (35558 punktów)
Rzeczy prywatne stają się publiczne wtedy właśnie.. gdy autor o nich sam mówi, lub zapytany odpowiada.
Wobec pana postu poczuwam się do wytłumaczenia. W pytaniach są oczywiście granice, których staram się nie przekraczać (chyba, że z kimś łączy mnie przyjaźń lub zażyłość i widzę jakiś konkretny powód u mnie lub u niego - wtedy wiadomo, można sobie pozwolić na więcej)
Są i pewne rzeczy stojące na pograniczu. Przecież z drugiej strony mam do czynienia z osobą dorosłą, która jak czegoś nie chce powiedzieć, to tego nie zrobi. W kwestii aborcji tutaj ciekawi mnie głównie to, czy wypowiadane tezy autorek pokrywają się z ich osobistymi doświadczeniami. Takie odpowiedzi czasem dostaję, a czasem nie (obydwie ewentualności przyjmuję bez dalszego gadania). Jeśli coś mnie ciekawi i pytam, przyjmuję również założenie, że osoba może chcieć coś powiedzieć (nawet publicznie) z własnego, bliżej nieznanego mi powodu i tak właśnie czasem bywa.
Poza tym no cóż, takiego mnie już Pan Bócek stworzył, że bywam wrednie ciekawski i trudno

> Pani Maria Czubaszek na starość ( i trochę dla pieniędzy) stała
> się ekshibicjonistką i opowiada o sobie znacznie więcej niż potrzeba

Lubię tą panią (zwłaszcza w Szkle Kontaktowym ma okazję do rozwinięcia skrzydeł ) i fakt, czasem jak się zagalopuje..
Myślę jednak, że taka Pani Doda w temacie swoich wywnętrzeń bije p. Marię na głowę, a których próbka niżej:
"Od religii ważniejsze jest dobre bzykanie!"
Takie zepsute czasy p. Andrzeju,
łącząc pozdrowienia
03-12-2012 20:07 
 Ocena 4 na 4
Andrzej Bogusławski (52271 punktów)
.
>Wobec pana postu poczuwam się do wytłumaczenia.
Niepotrzebnie, gdy ja sobie cenię właśnie niedopowiedzenia.
U ludzi inteligentnych nawet poważna merytoryczna rozmowa, to pewna gra wymagająca polotu, wyczucia podtekstów, poczucia humoru itd. itp..

>W pytaniach są oczywiście granice, których staram się nie przekraczać (chyba, że z kimś łączy mnie przyjaźń lub zażyłość i widzę jakiś konkretny powód u mnie lub u niego - wtedy wiadomo, można sobie pozwolić na więcej)
Tak, ale każdy ma swoje. Ja nie śmiałbym być tak bezpośrednim.
Wyobrażam sobie. Masz swoje dzieci?
To jedno z kilku obcesowych pytań, które zechciał Pan tu zadać.

>Są i pewne rzeczy stojące na pograniczu.
No, ale gdy granice są nieustalone.

>Przecież z drugiej strony mam do czynienia z osobą dorosłą, która jak czegoś nie chce powiedzieć, to tego nie zrobi.
Znam na tyle ludzką psychikę, że wydobywam z nich znacznie więcej niż by chcieli, ale ważne czy ja tego chcę i jaki tego może być skutek. Potrafię zahipnotyzować człowieka, to jeszcze mocniejsze narzędzie i gdy znajduje się w możliwościach ludzi nieodpowiedzialnych może przynieść bardzo duże szkody.

>>>>Pani Maria Czubaszek na starość ( i trochę dla pieniędzy) stała się ekshibicjonistką i opowiada o sobie znacznie więcej niż potrzeba
>Lubię tą panią (zwłaszcza w Szkle Kontaktowym ma okazję do rozwinięcia skrzydeł ) i fakt, czasem jak się zagalopuje..
Ja nie bardzo. Nie bawi mnie ani jej poczucie humoru, ani intelekt, ale nie mam też nic przeciwko niej.

>Myślę jednak, że taka Pani Doda w temacie swoich wywnętrzeń bije p. Marię na głowę,
Panią Dodę intelektualnie oceniam jeszcze niżej.

>"Od religii ważniejsze jest dobre bzykanie!"
Dla mnie też w życiu było to ogromnie ważne, ale nigdy d... nie przesłoniła mi świata i były rzeczy od niej ważniejsze.

>Takie zepsute czasy p. Andrzeju,
Rozumiem, jestem tym przerażony i dlatego bardzo chciałbym być znowu studentem I roku. Panie Jacku, w każdej epoce byli różni ludzie. Najważniejsze jest przeżyć jak najciekawiej własne życie, krzywdząc jak najmniej innych. To wielka sztuka i bardzo dużo zależy od szczęścia. Czego Panu życzę.

@@@
.
Jacek Głodzik (35558 punktów)
>> Wobec pana postu poczuwam się do wytłumaczenia.
> Niepotrzebnie, gdy ja sobie cenię właśnie niedopowiedzenia.

Rozumiem. Panie Andrzeju: pan jest profesorem i naukowcem, ja zwykłym inżynierm. Ja w życiu buduję instalacje przemysowe za grube setki milionów. Pan pisze ksiażki, realizuje projekty badawcze, uczestniczy w sympozjach naukowych ze sławami z zagranicy. Jednak to trochę różne światy (jak sam pan z resztą wcześniej powiedział a popos wieku)

> U ludzi inteligentnych nawet poważna merytoryczna rozmowa, to
> pewna gra wymagająca polotu, wyczucia podtekstów, poczucia humoru itd. itp..

Widać mam pewne braki..

> chyba, że z kimś łączy mnie przyjaźń lub zażyłość i widzę
> jakiś konkretny powód u mnie lub u niego - wtedy wiadomo,
> można sobie pozwolić na więcej)
> Tak, ale każdy ma swoje. Ja nie śmiałbym być tak bezpośrednim.
> Wyobrażam sobie. Masz swoje dzieci?
>To jedno z kilku obcesowych pytań, które zechciał Pan tu zadać.

Po pierwsze, to nie było skierowane do pana. Po drugie - proszę spojrzeć, zrobiłem coś jeszcze znacznie gorszego ( z pana punktu widzenia ):
www.racjonalista.pl/forum.php/s,526561#w533379
Efekt? Osoba z którą rozmawiałem (liliac) odpowiedziała ze stoickim spokojem, a może się ona znacznie bardziej niż pan poczuć gospodarzem tego forum.
Było sympatycznie (wpisy wyżej).
Po prostu kwestia gustu, charakteru i chyba też pokolenia (na co wiele razy i pan zwracał mi uwagę). Pana rady bardzo cenię, absolutnie nie zamierzam ich bagatelizować. W końcu wiem (potrafię to wyczuć) że pan życzy dobrze wszystkim myslącym na tym forum, do których i mnie (mam taką nadzieję) pan zalicza.

>> Są i pewne rzeczy stojące na pograniczu.
> No, ale gdy granice są nieustalone.

To się je (jeśli jest taka potrzeba) sprawdza - czasem delikatnie, czasem bardziej wprost (co nie znaczy że brutalnie).
Takie czasy teraz

> Znam na tyle ludzką psychikę, że wydobywam z nich znacznie więcej
> niż by chcieli, ale ważne czy ja tego chcę i jaki tego może być skutek.

Oczywiscie.

> Potrafię zahipnotyzować człowieka, to jeszcze mocniejsze
> narzędzie

Tak, też coś o tym wiem (również w praktyce) ale to już rozmowa bardziej twarzą w twarz.

> i gdy znajduje się w możliwościach ludzi nieodpowiedzialnych
> może przynieść bardzo duże szkody.

Znam i tą obawę. Wiele razy byłem przez to krytykowany przez osoby które do końca nie wiedziałay o co chodzi, pomimo wszystko.. jakoś nikt nigdy nie był poszkodowany, a zdarzało mi się np. proponować koleżance na oczach jej męża i naszego wspólnego kolegi pewną inscenizację (psychodramę) z pewnej szkoły psychoterapii (nazwa nieważna). Jest tym zafascynowana do dziś, a było to tylko po to, aby pokazać pewne możliwości samej metody, ale na Boga! - nie odkryć w niej coś, na co nie jest gotowa. W to nigdy się nie zapuszczałem i nie zamierzam, bo to po prostu nie moja profesja, pomimo że znam osobiscie wielu psychoterapeutów i psychologów głównie w Krakowie (z kilkorgiem się nawet przyjaźnię), również z doktoratami, od których się różnych rzeczy uczę - tej granicy nigdy nie przekraczam. Kwestia odpowiedzialnosci i profesjonalizmu, której tutaj zagwarantowac nie mógłbym, to nie żaden projekt instalacji o budżecie 200 mln Euro, tylko żywy człowiek.
Proszę mi zaufać.
W tym chodzi tylko i wyłącznie o mój rozwój i zapokajanie ciekawości, również w kontaktach z bliźnimi uwzględniając również ich dobro.
Jest jeszcze coś takiego jak coaching, czego za pana czasów nie było. A my dziś (my tzn. kierownictwo średniego i niższego szczebla) korzystamy. Z tym nieraz nie trzeba wyłamywac otwartych drzwi

>Ja nie bardzo. Nie bawi mnie ani jej poczucie humoru,
> ani intelekt, ale nie mam też nic przeciwko niej.

Jest inna od pań w jej wielu. Taka żywa i z dystansem do siebie, to jest różnica którą zauważam.
Co do intelektu i humoru - ma pan rację. Ta jej śmieszność chyba dominuje i dlatego zapraszają ją, gdzie zapraszają.

> Panią Dodę intelektualnie oceniam jeszcze niżej.

Faktycznie bardzo sobie grabi tym bezwstydem i arogancją. Niestety.

>>Takie zepsute czasy p. Andrzeju,
> Rozumiem, jestem tym przerażony i dlatego bardzo chciałbym być
> znowu studentem I roku. Panie Jacku, w każdej epoce byli różni ludzie.
> Najważniejsze jest przeżyć jak najciekawiej własne życie, krzywdząc
> jak najmniej innych. To wielka sztuka i bardzo dużo zależy od szczęścia.
> Czego Panu życzę.

Dziękuję. Tą radę biorę sobie głęboko do serca i idę spać (jutro znów będą problemy ze wstawianiem )
serdecznie pozdrawiam
03-12-2012 23:17 
 Ocena 2 na 2
Andrzej Bogusławski (52271 punktów)
.
>Panie Andrzeju: pan jest profesorem i naukowcem, ...
Pan ma znacznie większą wyobraźnię niż ja i przypisuje mi sprawy, których nie robiłem i rzeczy, których nie posiadam. Ponadto ja wcale nie chcę być tematem tego forum i reprezentuję tu tylko to co można z moich postów wyczytać.
Proszę o pozostawienie mojej prywatności.

>Widać mam pewne braki..
Wszyscy mamy braki, ważne aby je zmniejszać lub usuwać. Gorzej gdy jesteśmy niereformowalni i niezmienni.

>Po pierwsze, to nie było skierowane do pana.
Nie, nie było, ale nie wiem czy Pan zauważył, to publiczne forum, a nie prywatne rozmówki.

>Po drugie - proszę spojrzeć, zrobiłem coś jeszcze znacznie gorszego ( z pana punktu widzenia ):
I to niejednokrotnie. To był pierwszy z brzegu przykład.

>Efekt? Osoba z którą rozmawiałem (liliac) odpowiedziała ze stoickim spokojem,
Pani Liliac, jak każdy uczestnik tego forum ma prawo do posiadania swoich poglądów i wyrażania swoich opinii.

>a może się ona znacznie bardziej niż pan poczuć gospodarzem tego forum.
A jakoś nie otrzymałem od niej tylu pouczeń co od Pana.

>Po prostu kwestia gustu, charakteru i chyba też pokolenia (na co wiele razy i pan zwracał mi uwagę). Pana rady bardzo cenię, absolutnie nie zamierzam ich bagatelizować. W końcu wiem (potrafię to wyczuć) że pan życzy dobrze wszystkim myślącym na tym forum, do których i mnie (mam taką nadzieję) pan zalicza.
Panie Jacku, naprawdę znacznie mniej ważnym jest nasze aktualne miejsce we wszystkich dziedzinach życia - a więc w wiedzy i kulturze także - od tego czy stoimy w miejscu, czy ucząc się postępujemy do przodu.
Jeżeli poważnie Panu odpowiadam, to znaczy, że poważnie Pana traktuję. Nie mam zwyczaju zbytniego owijania w bawełnę i wyrażam się jasno, a weźmie Pan z tego i tak tylko tyle ile Pan będzie chciał i ile udźwignąć może.

>Znam i tą obawę. Wiele razy byłem przez to krytykowany przez osoby które do końca nie wiedziały o co chodzi, pomimo wszystko.. jakoś nikt nigdy nie był poszkodowany,
I jest Pan tego całkowicie pewien? Moje gratulacje!

> a zdarzało mi się np. proponować koleżance na oczach jej męża i naszego wspólnego kolegi pewną inscenizację (psychodramę) z pewnej szkoły psychoterapii (nazwa nieważna). Jest tym zafascynowana do dziś, a było to tylko po to, aby pokazać pewne możliwości samej metody, ale na Boga! - nie odkryć w niej coś, na co nie jest gotowa.
Znowu - gratuluję odwagi i braku obaw.

>Proszę mi zaufać.
>W tym chodzi tylko i wyłącznie o mój rozwój i zaspokajanie ciekawości, również w kontaktach z bliźnimi uwzględniając również ich dobro.
Jakoś jednak mam ograniczone zaufanie. W jakim stopniu przy zaspokajaniu własnych potrzeb uwzględnia pan potrzeby innych, ale może to wynik tylko mojego nadmiernego krytycyzmu i sceptycyzmu.

>Jest jeszcze coś takiego jak coaching, czego za pana czasów nie było.
Tej nazwy rzeczywiście przed 20 laty nie używano, ale niektórzy już tu zauważyli, że już z natury jestem ciekawy świata i szybko się uczę. Jest Pan całkowicie pewien, że ma Pan ten proces lepiej opanowany ode mnie? A przypadkiem tak nie mogło się zdarzyć, że dla zarobku mogłem prowadzić z niego warsztaty w firmach? Znowu nie mówię, iż tak było. Proszę nie budować sobie wyobrażenia na mój temat ponadto co sam napiszę, a ja tu sobie cenię swoje pewne (niektórzy wiedzą więcej) incognito.
Czy jest Pan pewien, że mam na imię Andrzej, a nazwisko Bogusławski? Może tak, a może nie i niech tak pozostanie.

Pozdrawiam.

@@@
.
Jacek Głodzik (35558 punktów)
>A jakoś nie otrzymałem od niej tylu pouczeń co od Pana.

Jak już pisałem, to co tu piszę jest moim punktem widzenia i wyrażania siebie. Kwestionuje pan mój sposób rozmowy, pytań - ok, odpowiadam. Nigdy mi nie przyszło do głowy pana pouczać.
Myślę, że tak jak pani Liliac, tak i ja, z resztą każdy uczestnik tego forum mam prawo do posiadania swoich poglądów i wyrażania swoich opinii, nawet do zadawania pytań do momentu, do którego nie dotyka to innych.
A jeśli tak się stanie (z mojej strony nieświadomie) - liczę na zwrócenie mi uwagi. Ale nie przez osobę postronną, tylko osobę która źle się poczuła z moją wypowiedzią skierowaną do niej.

> Tej nazwy rzeczywiście przed 20 laty nie używano, ale niektórzy
> już tu zauważyli, że już z natury jestem ciekawy świata i szybko
> się uczę. Jest Pan całkowicie pewien, że ma Pan ten proces lepiej
> opanowany ode mnie?

Nic tu panu nie imputuję. Objaśniam skąd moje takie a nie inne zainteresowania i sposób bycia (który czasem pana jak frapuje, jak wnioskuję z pana obecnej odpowiedzi) i po co i na tym chcę poprzestać.
Przeczytałem resztę pana wpisu b. uważnie.
Panie Andrzeju (jakkolwiek ma pan na imię)
Dziękuję za feedback i pozdrawiam
maceox (6766 punktów)
>[...]Potrafię zahipnotyzować człowieka[...]
To nie jest często spotykana umiejętność. Mógłby Pan coś więcej na ten temat powiedzieć? Co Pan sądzi o stosowaniu hipnozy w psychoterapii?
Pozdrawiam
Andrzej Bogusławski (52271 punktów)
.
>>>>[...]Potrafię zahipnotyzować człowieka[...]
>To nie jest często spotykana umiejętność.
I wcale bym nie chciał aby była często spotykana.

>Mógłby Pan coś więcej na ten temat powiedzieć?
Niewiele. Trochę przeczytanych książek i mała własna praktyka, ale i tego nie chcę.

>Co Pan sądzi o stosowaniu hipnozy w psychoterapii?
Jest to narzędzie, jak np. dłuto. Można nim zabić, a można stworzyć arcydzieło.
Mamy teraz ogromną ilość domorosłych psychoterapeutów - nawet nie koniecznie po studiach specjalistycznych, którzy uważają, że mają prawo do grzebania w ludzkich psychikach, a ja nawet specjalistom ogromną ostrożność bym zalecał.

Pozdrawiam

@@@
.
dokowski (7933 punktów)
(zablokowany)
>materiału genetycznego, który nie został poddany selekcji naturalnej.

Tutaj w błąd wprowadza słowo "naturalny". Trzeba uświadomić sobie, że gen jest podmiotem ewolucji, ale nie jest to podmiot w takim sensie, jak postrzegamy człowieka. Działania z intencją dobra genu, czy jakości genomu, są absurdalne. Idąc tym torem rozumowania można dojść do wniosku, że zdolność do manipulacji genomem wykształciła się w procesie selekcji naturalnej dlatego, że organizmy posiadające tę zdolność uzyskały przewagę genetyczną nad organizmami pozbawionymi tej zdolności. W rzeczywistości jest to pomieszanie paradygmatów. Intencje ludzi są na innym poziomie abstrakcji niż domniemane "cele" genów.

doku (Tomasz Kamiński)
Sylwek (15472 punktów)
Nie sądziłem, że dam ci kiedykolwiek plusa, a jednak.
Sylwek (15472 punktów)
>Wiem, że
>to brzmi dość brutalnie, ale biologia jest brutalna.

Selekcja to selekcja. Dzisiaj jest taka sama selekcja jak kiedyś, tylko jej kryteria się zmieniają. nazywa się to ewolucją i adaptacją.

Nie mieszaj biologii z nazizmem, to zawsze słabo wychodzi.
Hodża (11172 punktów)
>>Wiem, że
>>to brzmi dość brutalnie, ale biologia jest brutalna.
>Selekcja to selekcja. Dzisiaj jest taka sama selekcja jak kiedyś, tylko jej kryteria się zmieniają. nazywa się to ewolucją i adaptacją.
>Nie mieszaj biologii z nazizmem, to zawsze słabo wychodzi.

Gdzie ja mieszam biologię z nazizmem? Mógłbyś to szerzej rozwinąć?


Nie Bóg, lecz Człowiek potrzebuje obrony.
05-11-2012 09:49 
 Ocena 3 na 3
Sylwek (15472 punktów)

>Gdzie ja mieszam biologię z nazizmem? Mógłbyś to szerzej rozwinąć?

Dokonując naturalistycznego przesunięcia z domeny faktów w domenę norm. Jedną rzeczą są prywatne wybory (design dziecka podług preferencji rodziców), czym innym jakieś rozważania o ogólnym "pogarszaniu puli genowej". Nie ma czegoś takiego jak "pogarszanie puli genowej", bo pula jest zawsze taka jak pozwalają warunki. Owo "pogarszanie" to nic innego jak adaptacja do aktualnych, kształtowanych technologią medyczną warunków.

Z tym nazizmem to ofkors był do pewnego stopnia godwinowski trolling z mej strony, ale w istocie taka ideologicznie motywowana eugenika była istotnym składnikiem nazistowskiej ideologii.
05-11-2012 09:57 
 Ocena 1 na 1
Hodża (11172 punktów)
>>Gdzie ja mieszam biologię z nazizmem? Mógłbyś to szerzej rozwinąć?
>Dokonując naturalistycznego przesunięcia z domeny faktów w domenę norm. Jedną rzeczą są prywatne wybory (design dziecka podług preferencji rodziców), czym innym jakieś rozważania o ogólnym "pogarszaniu puli genowej". Nie ma czegoś takiego jak "pogarszanie puli genowej", bo pula jest zawsze taka jak pozwalają warunki. Owo "pogarszanie" to nic innego jak adaptacja do aktualnych, kształtowanych technologią medyczną warunków.

Zdaję sobie sprawę z tego, że używając "wartościujących" określeń typu "pogarszanie" mogę być źle zrozumiany - tu mam na myśli tylko i wyłącznie możliwe mutacje, których kumulacja może w pewnym momencie spowodować poważne problemy (czy to ze strony czynników naturalnych - większą podatność na różne choroby, czy ze strony ekonomii - większe uzależnienie od medycyny). Oczywiście są to spekulacje i cały wątek opiera się na wyobrażaniu sobie pewnych możliwych zagrożeń w dalekiej przyszłości.

>Z tym nazizmem to ofkors był do pewnego stopnia godwinowski trolling z mej strony, ale w istocie taka ideologicznie motywowana eugenika była istotnym składnikiem nazistowskiej ideologii.

To też ciekawy temat i już na pewno na osobny wątek. Nazizm opierał się na "wulgarnym darwinizmie" i rzeczywiście, wychodził z założenia że to wszystko, co prowadzi do sukcesu jednej społeczności (rozumianego m.in. jako poszerzenie swojej niszy, czyli "przestrzeni życiowej") jest jedynym "obiektywnym" kryterium dobra. Tyle tylko że to oznaczało odwrócenie roli człowieka z tego, który stara się panować nad biologią w zwierzę, którego świadomość służy do uznania jej za najwyższe prawo.


Nie Bóg, lecz Człowiek potrzebuje obrony.
oportunista (1711 punktów)
Wszyscy znamy historię Prometeusza, mam taką nadzieję. Czymże jest in vitro w porównaniu z ogniem. Czy zapalając świeczkę odczuwamy dylemat moralny lub etyczny, no może gdy podpalamy stodołę sąsiadowi. Czy gdy z głodu kradniemy chleb stajemy się nieczyści i potępieni? Od chwili poczęcia rozpoczynamy walkę o przetrwanie własne i swego gatunku, dzieci są taką samą potrzebą jak pokarm dla naszego ciała, wszystkie chwyty, aby zaspokoić te potrzeby, są dozwolone. Natura chodzi także na skróty, to czas dokonuje weryfikacji, nasze poczynania też zweryfikuje. Jesteśmy krótkowzroczni, nic na to nie poradzimy, musimy próbować by się udało, gdy nie wyjdzie to trudno. Moraliści nie wiedzą zazwyczaj o czym mówią, ich krótkowzroczność jest powalająca, dbają tylko o swój interes, tu i teraz, zabłysnąć elokwencją, wykorzystać swe pięć minut i tyle.
In vitro stanie się metodą powszechną akceptowalną, można na tym zarobić kupę kasy, dlatego państwa zadbają o swój biznes. Dobro obywatela jest tu drugorzędne. Będziemy poprawiać swoje geny tak jak dziś cycki. Dzieciom zafundujemy różne przydatne w życiu dodatki genetyczne, tak jak dziś posyłamy je do lepszych szkół. Z jakim skutkiem, czas pokaże, tak jak z grą w loterii, zawsze liczymy na wygraną.
Jacek Głodzik (35558 punktów)
>"Nie jest etyczne chcieć posiadać dzieci za wszelką cenę" .
>Otóż, moim zdaniem, rozwijanie technologii pozaustrojowego
> zapłodnienia jest drogą, która prędzej
>czy później zaprowadzi ludzkość w ślepy zaułek. Uważam,
> że posiłkowanie się technologią, aby
>zrekompensować niepłodność, która być może również ma jakiś
> związek z genetycznymi uwarunkowaniami
>osób, które nie posiadają dzieci, stanowić będzie jeszcze
> jeden sposób na utrwalanie w populacji
>materiału genetycznego, który nie został poddany selekcji naturalnej

Podany powód jest oczywiście możliwy i pewnie nieraz ma w konkretnym przypadku miejsce, choć ja słyszałem od paru znajomych małżeństw starajacych się długo o dziecko trochę inną arumentację: z ich doświadczeń wynikało że powodem jest najczęściej :
a) małą ruchliwość plemników
b) uszkodzenia witki plemników
c) małą ich liczbę (zwiazaną bodajże z zanieczyszczeniem środwoska
d) trudnosci w zakorzenieniu się macicy zapłodnionego jajeczka

Uszkodzenia genetyczne mogą oczywiście schorzeniom towarzyszyć, choć nie muszą.

> Kiedyś rolę takiego selektora
>stanowiły choroby wieku dziecięcego; dziś, wraz z postępem medycyny,
> z masowymi szczepieniami, nie
>spełniają one tej roli.

Z tym, się zgodzę. Dziś ludzie chorują znacznie częściej niż kiedyś "odsiany", dorosły człowiek. I na bardziej prozaiczne choroby (kiedyś z resztą te choroby bywały niekiedy równie prozaiczne, co śmiertelne - bo bez odpowiednich leków). W świecie reklam środków czystosci, bakteriobójczych desek sedesowych oraz b. selektywnej kontroli higieny żywnosci - odpornosć o organizmow niknie. Co do dalszej części Twojego postu - myślę że genetyka, a w szczególnosci ta, która pozwoli ludziom lepiej, szybciej i dłużej żyć będzie nauką ze wszech miar pożądaną. Jakie to będzie miało następstwa (zwłaszcza etyczne) - trudno dziś ocenić. Moze po prostu to kolejna droga z wieloma błędami i ich korektą, a przy okazji nauką na nich. Tego raczej Kościołowi i etykom powstrzymać się nie uda.

> Czy usunięcie genu odpowiedzialnego za zwiększone ryzyko nowotworu jest
>etyczne, ale genu odpowiedzialnego np. za ryzyko wystąpienia wad
> wzroku już nie? Nawet powiem, że dziwi mnie, iż Kościół nie dostrzega
> tego zagrożenia ukrytego w zaakceptowaniu pośrednictwa
>technologii w procesie prokreacji człowieka.

Myślę, że Kościół z czasem się i tym zajmie, ale problem musi urosnąć do rangi zagrożenia realnego. Kosciół ma dziś wystarczająco dużo swoich problemów.

> (..) stanowi precedens i otwarcie drogi, na
> której horyzoncie rysuje się tworzenie hybrydy człowieka i
> urządzeń technologii medycznej, o eugenice nie wspominając.
> Chyba mogę mieć rację, że taka perspektywa jest niepokojąca.

Co jest w tym konkretnie wg Ciebie niepokojącego?
Wg mnie jest kilka spraw, do których etycznie odnosimy się z dużym dystansem, o ile nie wewnętrznym oporem:
a) hodowla cześci ciała, w tym np. skóry poza macierzystym orgamizmem (skóra, włosy, żyły to pal sześć. Ale komórki mózgowe? Płyn rdzeniowy?)
b) stosowanie jako terapi elementów ciała obumarłego lub zyjącego, ale b. uszkodzonego płodu (np. mózg)
c) możliwość 'hodowli' tą drogą (na obumarłym płodzie lub specjalnie do tych celów zaszczepionym, odpowiednio uformowanym zarodku) poszczególnych narządów typu żołądek, wątroba itp.

> Kościół natomiast, nie dopuszczając aborcji w żadnym przypadku,
> sprowadza postulat ochrony życia do
> absurdu. Wiadomo bowiem, że są przypadki tak uszkodzonych
> płodów o praktycznie nie rozwiniętym mózgu
> (może tu medycy powinni raczej zabrać głos, jak bardzo zdegenerowany
> może być płód), żądanie urodzenia których jest, moim zdaniem,
> aktem nieludzkim wobec kobiety, która by chciała poddać się
> aborcji w takim przypadku.

Nie wiem czy to do końca taki absurd, Kościół może mieć tu trochę racji. Nie istnieje przecież etycznie uznana ścisła definicja do jakiej granicy można już płód uśmiercić i korzystać z jego w pełni fukcjonalnych narządów, a od jakiej nie. O ile dobrze pamiętam, w cywilizowanych społeczeństwach mówi się o dopuszczalnej aborcji do około 1.5 miesiąca od zapłodnienia i nadal jest to b. żywo dyskutowane (na marginesie - tu akurat mam pewien problem z nazywaniem chińskiego społeczenstwa cywilizowanym, choć Chińczyków osobiscie znam i bardzo cenię, zwłaszcza osobistą kulturę oraz dorobek ich pięciu tysiecy lat historii)

Jakie jest moje zdanie: tak jak w przypadku aborcji (zdrowego płodu, tylko niechcianego albo pochodzącego z gwałtu itp.), jak również wykorzystania płodu uszkodzonego do terapii ludzi już urodzonych (dorosłych, dzieci) głos podstawowy powinna mieć tylko i wyłącznie niedoszła matka.
Moim zdaniem lekarze winni zajmować się jedynie diagnostyką oraz ograniczać się tylko rokowań (przeżyje, nie przeżyje, jakie nastepstwa (w tym choroby) są prawdopodobne itp) i specjaliści powinni jej tą decyzję pomóc podjąć, ale nie robić to za nią. Niedoszła matka ma również często do dyspozycji męża.

Człowiek to b. skomplikowana istota. Właściwie wiekszość doświadczeń psychoteraeutów uczy, że dużo wrażlwych a nieoszłych matek po latach żaluje swojej decyzji o aborcji, jednak czują się jeszcze gorzej gdy ktoś tą decyzję podjął za nie.
Są i inne, mniej wrazliwe matki których ten problem tak nie dotknął, żyją całe życie z brzemieniem winy lub po prostu tego zdarzenia nie pamiętają. Jednak mimo wszystko wydaje mi się, że decyzja ostatecznie spoczywa na matce i nikt nie ma etycznego prawa podejmować jej za nią.

Przymuszanie do urodzenia również byłoby podjęciem tej decyzji za nią, a jednak to jej stosunek do przyszłego i już urodzonego dziecka jest tu najważniejszy; w przyszłości najbardziej zazważy o zdrowiu i szczęściu dziecka.

Szczerze - nie wyobrażam sobie sytuacji, gdy jakieś reguły prawa związane aspektami medycznymi nie pozwalają jej (gdy chce) urodzić dziecka z niepełnosprawnoscią (nawet dużą), lub nakazują jej aborcję, gdy ona nie chce.
łącząc pozdrowienia
29-11-2012 20:46 
 Ocena 1 na 1
Hodża (11172 punktów)
>> (..) stanowi precedens i otwarcie drogi, na
>> której horyzoncie rysuje się tworzenie hybrydy człowieka i
>> urządzeń technologii medycznej, o eugenice nie wspominając.
>> Chyba mogę mieć rację, że taka perspektywa jest niepokojąca.
>Co jest w tym konkretnie wg Ciebie niepokojącego?

Myślę głównie o samym procesie przekazywania życia. Proste dość doświadczenia na szybkoreplikujących organizmach (drozofile, drożdże) ujawniają olbrzymi potencjał tkwiący w ewolucji, która jest badana w warunkach laboratoryjnych i przy odpowiednio dobranych czynnikach środowiskowych może powodować istotne zmiany genetyczne dużo szybciej, niż sądzono jeszcze kilkanaście lat temu. Nawiasem mówiąc, jest w ewolucjonizmie, o ile pamiętam, dyskutowany problem tempa ewolucji oraz, z drugiej strony, podnoszony przez kreacjonistów problem "nagłego" pojawiania się nowych cech (co miałoby podważać ideę stopniowości zmian ewolucyjnych). Moja intuicja w tej kwestii jest taka, że niektóre genomy stanowią rodzaj genetycznego materiału wybuchowego i kryją w sobie dużo większy potencjał, niż to jest na obecnym etapie wiedzy akceptowane przez genetykę. Dlatego przy masowości sztucznych technik zapładniania, moim zdaniem, może dojść po prostu do, nazwijmy, końca tego gatunku człowieka, który znamy. Nie zastanawiam się, czy jest to dobre, czy złe, po prostu wydaje mi się być niepokojące.

>Wg mnie jest kilka spraw, do których etycznie odnosimy się z dużym dystansem, o ile nie wewnętrznym oporem:
>a) hodowla cześci ciała, w tym np. skóry poza macierzystym orgamizmem (skóra, włosy, żyły to pal sześć. Ale komórki mózgowe? Płyn rdzeniowy?)

To akurat uważam za wspaniałą i dającą nadzieję perspektywę - ale też mówimy nie o procesie prokreacji, tylko reperacji.

>> Kościół natomiast, nie dopuszczając aborcji w żadnym przypadku,
>> sprowadza postulat ochrony życia do
>> absurdu. Wiadomo bowiem, że są przypadki tak uszkodzonych
>> płodów o praktycznie nie rozwiniętym mózgu
>> (może tu medycy powinni raczej zabrać głos, jak bardzo zdegenerowany
>> może być płód), żądanie urodzenia których jest, moim zdaniem,
>> aktem nieludzkim wobec kobiety, która by chciała poddać się
>> aborcji w takim przypadku.
>Nie wiem czy to do końca taki absurd, Kościół może mieć tu trochę racji. Nie istnieje przecież etycznie uznana ścisła definicja do jakiej granicy można już płód uśmiercić i korzystać z jego w pełni fukcjonalnych narządów, a od jakiej nie.

Nie mówię o aborcji dla pozyskiwania tkanek czy narządów, uważam to za absolutnie nieetyczne. Natomiast mówię o płodach zdegenerowanych, w których często nawet mózg nie jest w pełni wykształcony i które nigdy nie mogą się stać czującą istotą (a jeśli już, to skazaną na niewyobrażalne cierpienia). Nie widzę tu pola do ustępstw wobec nieludzkiego, moim zdaniem, stanowiska Kościoła.

>O ile dobrze pamiętam, w cywilizowanych społeczeństwach mówi się o dopuszczalnej aborcji do około 1.5 miesiąca od zapłodnienia i nadal jest to b. żywo dyskutowane (na marginesie - tu akurat mam pewien problem z nazywaniem chińskiego społeczenstwa cywilizowanym, choć Chińczyków osobiscie znam i bardzo cenię, zwłaszcza osobistą kulturę oraz dorobek ich pięciu tysiecy lat historii)

Cywilizacje, zawsze te wielkie, zawsze oparte były na przemocy i okrucieństwie. Nie ma co absolutyzować "cywilizacji", z perspektywy kosmicznej sama w sobie nie różni się ona specjalnie od kopca termitów.

>Człowiek to b. skomplikowana istota. Właściwie wiekszość doświadczeń psychoteraeutów uczy, że dużo wrażlwych a nieoszłych matek po latach żaluje swojej decyzji o aborcji, jednak czują się jeszcze gorzej gdy ktoś tą decyzję podjął za nie.

Z pewnością tak jest, i, ogólnie, uważam aborcję za zło. Tyle tylko, że nauczanie Kościoła to zło czyni jednak bardziej okrutnym, w sytuacjach gwałtu, zagrożenia życia, spotworniałych płodów (tu właśnie Kościół wykazuje brak humanizmu, gdyż zdaje się nie zauważać, że "bycie człowiekiem" stanowi kategorię nie tylko etyczną, ale również biologiczną; tak, jak nie można odnosić kwestii wartości do zachowań szympansów, tak też nie wszystko, co powstaje z połączenia materiału genetycznego mężczyzny i kobiety jest człowiekiem - np. z pewnością człowiekiem nie jest wodnisty worek, w którym pływa wiele oczu przemieszanych z paznokciami i nieuformowanymi palcami, a takie przypadki również się zdarzają).

>łącząc pozdrowienia
Pozdrawiam również.


Nie Bóg, lecz Człowiek potrzebuje obrony.
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Proste dość doświadczenia na szybkoreplikujących organizmach
> (drozofile, drożdże) (..) może powodować istotne zmiany
> genetyczne dużo szybciej, niż sądzono jeszcze kilkanaście lat temu.

Ale to chyba dobrze?
a) dużo szybciej się na nich uczymy, niż na wolno-replikujących
b) zyski z pożądanych zmian w wartościach odżywczych pożywienia, wytrzymałości, odporności roślin itp.

> Nawiasem mówiąc, jest w ewolucjonizmie, o ile pamiętam, dyskutowany
> problem tempa ewolucji oraz, z drugiej strony, podnoszony przez
> kreacjonistów problem "nagłego" pojawiania się nowych cech
> (co miałoby podważać ideę stopniowości zmian ewolucyjnych).

Trudno mi to ocenić. Musiałbyś podać jakiś przykład osadzony w konkretnych ramach czasowych.

> Moja intuicja w tej kwestii jest taka, że niektóre genomy
> stanowią rodzaj genetycznego materiału wybuchowego i
> kryją w sobie dużo większy potencjał, niż to jest na obecnym
> etapie wiedzy akceptowane przez genetykę

Myślę odwrotnie. Przeważająca liczba badań mówi, że ewolucja wytwarza nowe odmiany elementów zwierząt niezwykle długo. Są i zwierzęta które przetrwały niezmienione lub podobne do dzisiejszych przez miliony lat (np. żółw, krewetka). Jedynie człowiek myślący jest tu ewenementem (300 tysięcy lat to stosunkowo mało). Ale i w naszym przypadku nie była to jednodniowa eksplozja, tylko zdaje się (o ile dobrze pamiętam) kilka, kilkanaście tysięcy lat.

> Dlatego przy masowości sztucznych technik zapładniania,
> moim zdaniem, może dojść po prostu do, nazwijmy,
> końca tego gatunku człowieka, który znamy.

Rozumiem że boisz się tu scenariusza rodem z filmów science-fiction (daleko idąca analogia to, jak maszyny przejęły kontrolę nad zwykłymi ludźmi np. w Matrixie, Terminatorze)

> Nie zastanawiam się, czy jest to dobre, czy złe, po
> prostu wydaje mi się być niepokojące.

Wszelkie zmiany, zwłaszcza gdy nie znamy ich konsekwencji (tu z definicji) bywają niepokojące.

> To akurat uważam za wspaniałą i dającą nadzieję perspektywę
> - ale też mówimy nie o procesie prokreacji, tylko reperacji.

Zgadza się. Podałem to jako wstęp do mojego dalszego rozwinięcia.

> Nie mówię o aborcji dla pozyskiwania tkanek czy narządów,
> uważam to za absolutnie nieetyczne.

Rozumiem

> Natomiast mówię o płodach zdegenerowanych, w których
> często nawet mózg nie jest w pełni wykształcony i które
> nigdy nie mogą się stać czującą istotą (a jeśli już, to skazaną
> na niewyobrażalne cierpienia). Nie widzę tu pola do ustępstw
> wobec nieludzkiego, moim zdaniem, stanowiska Kościoła.

Tu się z Tobą zgadzam. Odebranie kobiecie decyzyjności w tym przypadku to nadużycie, składanie na jej barki olbrzymiego ciężaru, który ona często nie jest w stanie unieść. Co gorsze, że tylko w imię pewnej nieweryfikowalnej idei.

> Cywilizacje, zawsze te wielkie, zawsze oparte były na przemocy
> i okrucieństwie. Nie ma co absolutyzować "cywilizacji", z perspektywy
> kosmicznej sama w sobie nie różni się ona specjalnie od kopca termitów.

Miałem tu na myśli raczej pozytywny wydźwięk tego słowa. Cywilizacja to również kultura, humanitaryzm, humanizm, dostęp do służby zdrowia, władza która chroni podstawowe prawa obywateli, daje im bazowe poczucie bezpieczeństwa itp. W historii Chin tego trochę było.

> ogólnie, uważam aborcję za zło. Tyle tylko, że nauczanie
> Kościoła to zło czyni jednak bardziej okrutnym, w sytuacjach
> gwałtu, zagrożenia życia, spotworniałych płodów (tu
> właśnie Kościół wykazuje brak humanizmu, gdyż zdaje
> się nie zauważać, że "bycie człowiekiem" stanowi kategorię
> nie tylko etyczną, ale również biologiczną; tak, jak nie
> można odnosić kwestii wartości do zachowań szympansów,
> tak też nie wszystko, co powstaje z połączenia materiału genetycznego
> mężczyzny i kobiety jest człowiekiem - np. z
> pewnością człowiekiem nie jest wodnisty worek, w którym
> pływa wiele oczu przemieszanych z paznokciami i nieuformowanymi
> palcami, a takie przypadki również się zdarzają).

Zanim przejdę do mojej oceny tego co napisałeś, chcę zrobić jedną dygresję. Ten "wodnisty worek" o którym piszesz ma dwa aspekty, które warto czasem widzieć oddzielnie:
a) zmimno-racjonalny (choć obraz jaki przedstawiasz jest dość sugestywny) z zerowymi rokowaniami na użyteczność dla społeczeństwa a 100% na jego (wraz z rodzicami) obciążenie, zerowymi rokowaniami na rozwój, otrzymanie i czucie miłości, spełnienie i przekazanie swoich genów dalej, które to wartości w życiu ludzkim są niezmiernie ważne.
b) obraz matki o swoim dziecku, który ona zawsze nosi w sercu (z reguły irracjonalny)
Słyszałem kiedyś, że dużo matek których dzieci umierają w zawansowanych miesiącach ciąży (późne samoistne poronienia, często właśnie z powodu wad genetycznych płodu) chce zobaczyć zwłoki, zanim zostaną one spalone. Pożegnanie często jest b. ważne.

Przechodząc do odpowiedzi:
Tak zgadzam się, granica jest niezwykle płynna i delikatna, a już na pewno ułomne jest definiowanie jej przepisami.
Wg mnie Kościół zrobił z argumentów przeciw aborcji swoistą tarczę o ile nie miecz, wabik który działa na ludzi myślących bardzo prostymi kategoriami (lub z goła niemyślących wcale), a takich jest u nas b. wiele.
Gorzej, że właśnie rozpoczyna tym wojnę. Przynajmniej chce. Obserwując zdarzenia z polityki z ostatnich 2 lat często zastanawiam się, czy nie doszło pomiędzy władzami Radia Maryja i TV Trwam, oraz władzami PiSu do jakiegoś paktu, w którym przehandlowano poparcie PiSu dla postulatów o Dyr Rydzyka o aborcji, które to (jeśli przejdą) pozwolą mu w niedalekiej przyszłości na wspinaczkę po drogach kariery biskupiej (uchowaj boże).. na głosy dla PiS słuchaczy RM.
łącząc pozdrowienia
Irracja (4721 punktów)
... tak sobie poczytałem wypowiedzi, i nad jednym się zastanawiam. Zgoda, in vitro (i inne metody zapłodnienia) są "zbawieniem" dla coraz większej części ludzi. Zgoda, może to mieć wpływ na "niepokojące zmiany genetyczne" następnych pokoleń. Jednak, cała ta dyskusja dotyczy "jak zebrać rozlane mleko". Jednak nikt się nie zastanawia co zrobić, by "mleko się nie rozlewało", i to mimo jakiejś tam wiedzy dlaczego "mleko się rozlewa". Wiadomo, postęp cywilizacyjny niesie ze sobą koszty. Lecz to nie znaczy, że mam się zgadzać na "koszty narzucone" samym postępem. Że nie mogę tak postępować, by te koszty zminimalizować. Choćby pierwszy z brzegu przykład - moda. Ile razy słyszeliście, że noszenie zbyt obcisłych spodni, może spowodować problemy z płodnością u mężczyzn? Albo że stringi, moda mini, itp. -zwłaszcza w okresie zimowym - może prowadzić do przeziębienia narządów rodnych u kobiet?. Albo rower - tak zalecany dla poprawy stanu fizycznego. Wiadomo że długotrwała (w sensie częsta, przez wiele lat praktykowana) jazda na rowerze może prowadzić do problemów z płodnością. A czy ktoś słyszał porady jak dobierać rower by zminimalizować ewentualny wpływ na płodność? Skoro wszystko może mieć wpływ na nasze zdrowie, to również może mieć i wpływ na płodność. A więc szukanie lekarstwa to jedno - a profilaktyka to drugie. W obu kierunkach trzeba podejmować działania...

... pozdrawiam...

... jedyne co wiadomo o ateista i agnostykach to fakt, iż nie wierzą w "Boga takiego jak chciałyby religie"... reszta to zwykłe insynuacje...
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> Wiadomo że długotrwała (w sensie częsta, przez wiele lat praktykowana)
> jazda na rowerze może prowadzić do problemów z płodnością.

Otóz to dokładnie.

> A czy ktoś słyszał porady jak dobierać rower by zminimalizować
> ewentualny wpływ na płodność?

Jak chcesz, podeślę namiary na siodełko które ostatnio kupiłem (pośrednio właśnie z tego powodu). Szeroki żel, sprężyny.. jednym słowem REWELKA!!

> Skoro wszystko może mieć wpływ na nasze zdrowie, to również
> może mieć i wpływ na płodność. A więc szukanie lekarstwa to
> jedno - a profilaktyka to drugie. W obu kierunkach trzeba podejmować działania...

Byle nie przesadzić, bo może być jak z tym chodzeniem do kościoła.
Dzieckiem będząc jeszcze rodzice czasem wyganiali mnie do kościoła w tygodniu (np. pierwsze piątki, majówki itp)
Tam znowu słyszałem, że tu i ówdzie organizują kolejne gorzkie żale, więc pasowałoby pójść.. czego z śladowym poczuciem winy nie robiłem.
Teraz doczytuję, że gdyby nie ten zdrowy odruch, nerwica eklezjogenna byłaby murowana.. (rozwiniecie tematu na innym wątku)
Jest taka nazwa na obsesyjne dbanie o swoje zdrowie, to sie chyba nazywa "nerwica natręctw".
łącząc pozdrowienia
Irracja (4721 punktów)
>> A czy ktoś słyszał porady jak dobierać rower by zminimalizować
>> ewentualny wpływ na płodność?
>Jak chcesz, podeślę namiary na siodełko które ostatnio kupiłem (pośrednio właśnie z tego powodu). Szeroki żel, sprężyny.. jednym słowem REWELKA!!

... widziałem, nawet wypróbowałem takie siodełka. Ostatnio jednak rower jest w zdecydowanej odstawce. Nie mam gdzie trzymać więc raczej spacery i wycieczki pozostają...

>Jest taka nazwa na obsesyjne dbanie o swoje zdrowie, to się chyba nazywa "nerwica natręctw".

... ooo, wa. Już w dzieciństwie mnie uczono, że "nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu". Po cichu dodawałem, iż "od stalinizmu również". Po cichu, bo to były czasy gdy "Hitler był beee, a Stalin cacy"...

... miłego dnia życzę...


... jedyne co wiadomo o ateista i agnostykach to fakt, iż nie wierzą w "Boga takiego jak chciałyby religie"... reszta to zwykłe insynuacje...
Jacek Głodzik (35558 punktów)
> więc raczej spacery i wycieczki pozostają...

Ewent narty (na szczeście już bez niczego gniotącego, przynajniej w krocze bo z butami też różnie bywa)

> Już w dzieciństwie mnie uczono, że "nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu".

Noo.. to jest się z czego cieszyć, miałeś zdrowych nauczycieli

>... miłego dnia życzę...

Nawzajem, miłego
emilpromil (184 punktów)
- stanowi precedens i otwarcie drogi, na
>której horyzoncie rysuje się tworzenie hybrydy człowieka i urządzeń technologii medycznej, o
>eugenice nie wspominając.
>Chyba mogę mieć rację, że taka perspektywa jest niepokojąca.

Bardziej niepokojące jest to że tacy ludzie jak uzurpują sobie prawo do zamykanie tej i innych dróg rozwoju reszcie ludzkości !

Wróć do listy wątków działu Nauka
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować

  

Zaloguj przez OpenID..
Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..

Szukaj na Forum  Przewodnik  Regulamin i instrukcja obsługi Forum  Kolegium Moderatorów

 


[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365