Racjonalista - Strona głównaDo treści
Ateista = Relatywista

Ten wątek jest przedawniony

Działy Forum » Filozofia i światopogląd
NapisanoAutorTytuł
18-04-2014 00:10Martin Dronn (-7 punktów)Ateista = Relatywista
Ocena -11 na 11
Tak sobie myślę, czysto racjonalistycznie. Żyjemy na małej kulce pośród niezmierzonej przestrzeni, rzadko usianej innymi kulkami. Nie ma żadnego boga, żadnej siły, która powiedziałaby nam jak mamy postępować. W związku z tym sami musimy tworzyć normy moralne oparte... no właśnie, na czym? Stawiam tezę, że na własnym "widzimisię". Owe "widzimisię" często jest opakowane, a jakże, w naukowy lub filozoficzny żargon, ale niestety - opakowanie nie zmienia towaru w środku.
Tak więc, bracia ateiści, nie jest wesoło, przynajmniej ja nie mam powodów do wesołości. A wy? Czy jesteście w stanie sensownie obronić własny system wartości bez przyjętych beztrosko założeń początkowych w stylu... to jest ważne, to jest najważniejsze bo... tak mi się wydaje, albo pan taki a taki o tym pisał?
Chętnie poczytam, bardzo chętnie, jak się wywijacie z relatywizmu.
Autor wątku ma uprawnienia do usuwania wypowiedzi, jeżeli łamią regulamin Forum lub znacznie odbiegają od tematu.

18-04-2014 00:30
 Ocena 20 na 22
Andrzej Bogusławski (52265 punktów)
.
>Tak sobie myślę, czysto racjonalistycznie.
Naprawdę? Jakoś na podstawie - tej pierwszej tu - Pańskiej wypowiedzi wierzyć się w to nie chce. Pan sobie myśli,
że wskoczy tu byle irracjonalistyczny Wacek i odpyta nas z tego co my tu wywijamy? A może warto najpierw nasze wypowiedzi ze zrozumiem poczytać i nad tym się zastanowić. Później przedstawić własne poglądy i podzielić się swoimi wątpliwościami.
Czy wie Pan czym jest racjonalizm światopoglądowy? Czy przeczytał Pan "Wprowadzenie"? Sądzi Pan, że tutejsi forumowicze tylko czekają aż ktoś taki jak Pan nas swoją obecnością zaszczyci?

Miłego dnia.

Czytelnik 'kaktus5' oddał na Ciebie głos negatywny głosując na Forum na wypowiedź 'Odp: Ateista = Relatywista'.
Adres wypowiedzi:
www.racjonalista.pl/forum.php/s,615934#w615935


@@@
.
18-04-2014 00:39
 Ocena 23 na 23
maceox (6766 punktów)

>Chętnie poczytam, bardzo chętnie, jak się wywijacie z relatywizmu.
Z niczego się nie wywijam. Wszelkie oceny moralne są uzależnione od kultury, a w ramach danej kultury od konkretnej sytuacji.

Sądzę jednocześnie, że najlepszym uzasadnieniem dla przyjmowania danych norm postępowania jest praktyka życia, czyli doświadczenie.

Ogólnie rzecz biorąc człowiek jest zwierzęciem społecznym i dąży do maksymalizacji swego dobrostanu i minimalizacji cierpienia. Z tych prostych zależności wynikają podstawowe (jeśli nawet nie wszystkie) normy moralne.

Zaryzykuję również stwierdzenie, że im bardziej rozwinięta cywilizacja, tym wyższe są standardy moralności, gdyż możliwość przeznaczenia większej ilości czasu na intelektualną refleksję sprzyja rozwojowi etyki.
18-04-2014 16:06 
 Ocena 2 na 2
worek kości (2937 punktów)
>>Chętnie poczytam, bardzo chętnie, jak się wywijacie z relatywizmu.
>Z niczego się nie wywijam. Wszelkie oceny moralne są uzależnione od kultury, a w ramach danej kultury od konkretnej sytuacji.

Czyli akceptujesz relatywizm. No to pojawia się stary problem - czy jeśli w danej kulturze zabijanie homoseksualistów jest dobre, a w innej jest złe, to czy mamy prawo tych pierwszych potępiać?

>Sądzę jednocześnie, że najlepszym uzasadnieniem dla przyjmowania danych norm postępowania jest praktyka życia, czyli doświadczenie.

Czyja praktyka i doświadczenie? Każdego z osobna? Czyli każdy powinien robić to, co wydaje mu się słuszne, nawet jeśli inni myślą inaczej?

>Ogólnie rzecz biorąc człowiek jest zwierzęciem społecznym

Społecznym z natury, czy z okoliczności? Może wraz z rozwojem cywilizacji okaże się, że człowiek może być samowystarczalny?

>i dąży do maksymalizacji swego dobrostanu i minimalizacji cierpienia.

A co dla jednego jest dobre, dla innego złe itd. A jak jeszcze dodasz, że człowiek jest społeczny, to nagle mamy społeczeństwo osób, które mają sprzeczne cele. No i co wtedy? Głosowanie?


bembergiem w berg
19-04-2014 08:45 
 Ocena 6 na 6
maceox (6766 punktów)
>>Wszelkie oceny moralne są uzależnione od kultury, a w ramach danej kultury od konkretnej sytuacji.
>Czyli akceptujesz relatywizm.
Raczej stwierdzam fakt.

>No to pojawia się stary problem - czy jeśli w danej kulturze zabijanie homoseksualistów jest dobre, a w innej jest złe, to czy mamy prawo tych pierwszych potępiać?
Sądzę, że nie mamy prawa potępiać homoseksualistów.

>No to pojawia się stary problem - czy jeśli w danej kulturze zabijanie homoseksualistów jest dobre, a w innej jest złe, to czy mamy prawo tych pierwszych potępiać?
Tu nie trzeba szukać innych, wymyślonych kultur. Kościół katolicki nie dopuszcza homoseksualistów do komunii i z punktu widzenia jego doktryny to chyba gorsze niż fizyczne zabijanie, gdyż tu chodzi o życie wieczne w Chrystusie.

>>Sądzę jednocześnie, że najlepszym uzasadnieniem dla przyjmowania danych norm postępowania jest praktyka życia, czyli doświadczenie.
>Czyja praktyka i doświadczenie? Każdego z osobna?
Brałbym pod uwagę raczej socjologiczny punkt widzenia, przy wykorzystaniu danych historycznych.

>Czyli każdy powinien robić to, co wydaje mu się słuszne, nawet jeśli inni myślą inaczej?
Tak rzeczywiście uważam, przy czym w społeczeństwie granicę stanowią normy moralne i prawne.

>>Ogólnie rzecz biorąc człowiek jest zwierzęciem społecznym
>Społecznym z natury, czy z okoliczności?
Z okoliczności natury.

>Może wraz z rozwojem cywilizacji okaże się, że człowiek może być samowystarczalny?
To znaczy?

>>i dąży do maksymalizacji swego dobrostanu i minimalizacji cierpienia.
>A co dla jednego jest dobre, dla innego złe itd.
Zdarza się. Dlatego istnieją wykształcone w kulturze normy moralne i prawne, służące do oceny, który z nich postępuje dobrze, a który źle.

>A jak jeszcze dodasz, że człowiek jest społeczny, to nagle mamy społeczeństwo osób, które mają sprzeczne cele.
E tam od razu sprzeczne. Właśnie nie.

>No i co wtedy? Głosowanie?
Tak, demokrację uważam za najlepszy moralnie system, ale należy wziąć pod uwagę, że nie wzięła się ona z nikąd, tylko z konkretnych uwarunkowań historycznych i powstałych pod ich wpływem nurtów filozoficznych. Jednocześnie leżące u jej podstaw zasady (np. sprawiedliwość, czy równość) i dążenie do ich urzeczywistnienia są tak stare jak ludzkość, a nawet starsze.
worek kości (2937 punktów)
>Kościół katolicki nie dopuszcza homoseksualistów do komunii

Bycie homoseksualistą nie jest grzechem w KK.

>>>Sądzę jednocześnie, że najlepszym uzasadnieniem dla przyjmowania danych norm postępowania jest praktyka życia, czyli doświadczenie.
>>Czyja praktyka i doświadczenie? Każdego z osobna?
>Brałbym pod uwagę raczej socjologiczny punkt widzenia, przy wykorzystaniu danych historycznych.

Jakiś przykład?

>>Czyli każdy powinien robić to, co wydaje mu się słuszne, nawet jeśli inni myślą inaczej?
>Tak rzeczywiście uważam, przy czym w społeczeństwie granicę stanowią normy moralne i prawne.

Czyli każdy powinien robić to, co wydaje mu się słuszne, przy czym w społeczeństwie granicę stanowią normy moralne i prawne, które biorą się z praktyki życiowej, czyli robienia tego, co komu wydaje się słuszne, przy czym w społeczeństwie granicę stanowią normy moralne i prawne, które biorą się z praktyki życiowej, czyli robienia tego, co komu wydaje się słuszne, przy czym w społeczeństwie granicę stanowią normy moralne i prawne, które biorą się z praktyki życiowej, czyli robienia tego, co komu wydaje się słuszne itd.

Jakieś to takie zapętlone mi się wydaje.

>>Może wraz z rozwojem cywilizacji okaże się, że człowiek może być samowystarczalny?
>To znaczy?

Tzn, że do niczego nie będą mu potrzebni inni ludzie - wszystkim się zajmą np. maszyny (dostarczaniem rozrywki, rozmnażaniem, leczeniem, konserwacją sprzętu itd).

>>A jak jeszcze dodasz, że człowiek jest społeczny, to nagle mamy społeczeństwo osób, które mają sprzeczne cele.
>E tam od razu sprzeczne. Właśnie nie.

W naszym społeczeństwie jedni chcą zalegalizować aborcje, inni na odwrót. Czy jakiś argument socjologiczny lub historyczny wspiera którąś z tych opcji?


bembergiem w berg
19-04-2014 23:24 
 Ocena 3 na 3
maceox (6766 punktów)
>>Kościół katolicki nie dopuszcza homoseksualistów do komunii
>Bycie homoseksualistą nie jest grzechem w KK.
Zobacz sobie KKK 2396. Mi to wystarczy.
Ciebie interesowałoby może "bycie" bez praktykowania (wszystko jedno jakiej orientacji)?

>>>>Sądzę jednocześnie, że najlepszym uzasadnieniem dla przyjmowania danych norm postępowania jest praktyka życia, czyli doświadczenie.
>>>Czyja praktyka i doświadczenie? Każdego z osobna?
>>Brałbym pod uwagę raczej socjologiczny punkt widzenia, przy wykorzystaniu danych historycznych.
>Jakiś przykład?
Przykład na co? Że moralność stanowi element kultury i wraz z nią ewoluuje i w związku z tym pojedyncze doświadczenia są tu ogólnie rzecz biorąc mało istotne, choć ich suma jest właśnie źródłem moralności?

>>>Czyli każdy powinien robić to, co wydaje mu się słuszne, nawet jeśli inni myślą inaczej?
>>Tak rzeczywiście uważam, przy czym w społeczeństwie granicę stanowią normy moralne i prawne.
>Czyli każdy powinien robić to, co wydaje mu się słuszne, przy czym w społeczeństwie granicę stanowią normy moralne i prawne, które biorą się z praktyki życiowej, czyli robienia tego, co komu wydaje się słuszne, przy czym w społeczeństwie granicę stanowią normy moralne i prawne, które biorą się z praktyki życiowej, czyli robienia tego, co komu wydaje się słuszne, przy czym w społeczeństwie granicę stanowią normy moralne i prawne, które biorą się z praktyki życiowej, czyli robienia tego, co komu wydaje się słuszne itd.
>Jakieś to takie zapętlone mi się wydaje.
Jak Ci sie chce tak zapętlać, to już zupełnie nie mój problem.
Twierdzę tylko, że moralność i prawo stanowią elementy ludzkiej kultury - są ludzkimi wytworami podobnie jak sztuka, religia i przemysł ciężki. To my sami decydujemy jak chcemy postępować, a inspirację stanowią nasze doświadczenia.

>>>Może wraz z rozwojem cywilizacji okaże się, że człowiek może być samowystarczalny?
>>To znaczy?
>Tzn, że do niczego nie będą mu potrzebni inni ludzie - wszystkim się zajmą np. maszyny (dostarczaniem rozrywki, rozmnażaniem, leczeniem, konserwacją sprzętu itd).
Rozumiem, ze nie będzie nigdy sie kontaktował z innymi ludźmi? No to wtedy uzupełnimy lub zmienimy definicję człowieka. A moralność będzie wówczas jeszcze do czegoś potrzebna?

>W naszym społeczeństwie jedni chcą zalegalizować aborcje, inni na odwrót. Czy jakiś argument socjologiczny lub historyczny wspiera którąś z tych opcji?
A o czym chcemy rozmawiać? O konkretnym rozwiązaniu prawnym konkretnego problemu, czy o źródłach i ewolucji moralności?
19-04-2014 23:44 
 0 na 2
worek kości (2937 punktów)
>>>Kościół katolicki nie dopuszcza homoseksualistów do komunii
>>Bycie homoseksualistą nie jest grzechem w KK.
>Zobacz sobie KKK 2396. Mi to wystarczy.

2395 Czystość oznacza integrację płciowości w osobie. Domaga się osiągnięcia panowania nad sobą.
2396 Wśród grzechów pozostających w głębokiej sprzeczności z czystością należy wymienić masturbację, nierząd, pornografię i czyny homoseksualne.

>Ciebie interesowałoby może "bycie" bez praktykowania (wszystko jedno jakiej orientacji)?

Chodzi o odróżnienie - KK potępia nie tyle gejów, co praktyki gejowskie. Nie znam się na praktykach gejowskich, ale przynajmniej ta stereotypowa - stosunek analny - nie służy zdrowiu, więc chociażby z tego względu nie powinna być np. polecana dzieciom na zajęciach z tolerancyjnego wychowania seksualnego.

> No to wtedy uzupełnimy lub zmienimy definicję człowieka. A moralność będzie wówczas jeszcze do czegoś potrzebna?

Może będzie relacją między ludźmi, a maszynami.

>>W naszym społeczeństwie jedni chcą zalegalizować aborcje, inni na odwrót. Czy jakiś argument socjologiczny lub historyczny wspiera którąś z tych opcji?
>A o czym chcemy rozmawiać? O konkretnym rozwiązaniu prawnym konkretnego problemu, czy o źródłach i ewolucji moralności?

Napisałeś, że w społeczeństwie nie będą występowały sprzeczne cele ("E tam od razu sprzeczne. Właśnie nie"), a ja podałem przykład takiej sprzeczności. Twierdzisz, że moralność wypływa z doświadczenia, więc zadałem pytanie, czy na konkretnym przykładzie - problemu aborcji - możesz opisać w jaki sposób doświadczenie pomaga we wskazaniu, jakie działanie będzie tutaj słuszne.


bembergiem w berg
20-04-2014 23:04 
 Ocena 4 na 4
maceox (6766 punktów)

>>Ciebie interesowałoby może "bycie" bez praktykowania (wszystko jedno jakiej orientacji)?
>Chodzi o odróżnienie - KK potępia nie tyle gejów, co praktyki gejowskie.
Czyli mamy tu do czynienia ze zwykłym wykręcaniem kota ogonem. Trudno mowić o samospełnieniu w tak istotnej dziedzinie życia bez wykonywania praktyk, ale dzisiaj na szczęście nikt nie musi się pytać kościoła o zgodę.

>Nie znam się na praktykach gejowskich, ale przynajmniej ta stereotypowa - stosunek analny - nie służy zdrowiu,
To niech się na ten temat wypowiadają lekarze.
A co masz przeciwko seksowi oralnemu pomiędzy homoseksualistami?
I na serio: gdyby kościół naprawdę był DOBRY, to zalecałby prezerwatywy.

>więc chociażby z tego względu nie powinna być np. polecana dzieciom na zajęciach z tolerancyjnego wychowania seksualnego.
O "polecaniu" w szkołach w ogóle mi się nie chce rozmawiać. Nie jestem zainteresowany takim poziomem dyskusji na temat wychowania seksualnego.

>> No to wtedy uzupełnimy lub zmienimy definicję człowieka. A moralność będzie wówczas jeszcze do czegoś potrzebna?
>Może będzie relacją między ludźmi, a maszynami.
Może.

>Napisałeś, że w społeczeństwie nie będą występowały sprzeczne cele ("E tam od razu sprzeczne. Właśnie nie"), a ja podałem przykład takiej sprzeczności.
Pisałem o społeczeństwie w sensie ogólnym, w kontekście definicji człowieka jako zwierzęcia społecznego. W tym kontekście cele ludzi nie są sprzeczne. Ludzie muszą się dogadywać, by przetrwać i tak tworzy się moralność i prawo.

Oczywiście, że patrząc bardziej szczegółowo istnieje w społeczeństwie wiele sprzecznych celów, a w walce o nie ludzie potrafią wręcz zawieszać swą moralność na kołku, co tylko potwierdza, ze jest ona ściśle ludzka i relatywna.

>Twierdzisz, że moralność wypływa z doświadczenia, więc zadałem pytanie, czy na konkretnym przykładzie - problemu aborcji - możesz opisać w jaki sposób doświadczenie pomaga we wskazaniu, jakie działanie będzie tutaj słuszne.
Napisałem również, że chodzi o maksymalizację dobrostanu i minimalizację cierpienia.

Ludzkim doświadczeniem jest brak woli macierzyństwa. Również na podstawie doświadczenia (wiedzy empirycznej) wiemy, czym charakteryzuje sie płód w pierwszym trymestrze ciąży.

Pewnego rodzaju doświadczeniem jest również doświadczenie religijne. Na przykład objawienie i podyktowanie prawa przez Boga. Oczywiście empirycznie dowieść da sie tylko to, że osoby religijne posłusznie słuchają autorytety głoszące takie boskie prawo.

Tak więc zwolennicy o obydwu rozwiązań opierają się na doświadczeniu. W jednym przypadku mamy doświadczenie empiryczne, a w drugim doświadczanie autorytetu w jego niepodważalnej mądrości.

Warto tu również zwrócić uwagę na fakt, ze przynależność do jednej z tych grup - zwolenników lub przeciwników aborcji - jest najcześciej zależna od światopoglądu, a ten zawdzięczamy procesowi socjalizacji, który też jest doświadczeniem.

Tyle, że tu mamy do czynienia z konkretnym problemem, a ja mówiąc o źródłach moralności miałem na myśli znacznie szerszy punkt widzenia. Chodziło mi o ewolucję kultury i w jej ramach moralności, mając na uwadze jej istnienie już u naszych zwierzęcych przodków, jak również jej późniejsze uaktualnienia przy wykorzystaniu rozumu. A tutaj jakieś jednostkowe i konkretne kwestie mają niewielkie znaczenie eksplancyjne.
20-04-2014 23:25 
 Ocena 1 na 1
worek kości (2937 punktów)
>gdyby kościół naprawdę był DOBRY, to zalecałby prezerwatywy.

Nie wiem czemu wyskakujesz nagle z prezerwatywami, ale jeśli chodzi o zapobieganie chorobom przenoszonym drogą płciową, to najskuteczniejsza jest wstrzemięźliwość i wierność (czyli zalecenia KK).

>Chodziło mi o ewolucję kultury i w jej ramach moralności

Ale nawet akceptując fakt, że moralność powstała na drodze ewolucji kulturowej, nic nam to nie mówi, jak postępować słusznie (jakie normy moralne są najlepsze).


bembergiem w berg
21-04-2014 00:51 
 Ocena 6 na 6
maceox (6766 punktów)
>>gdyby kościół naprawdę był DOBRY, to zalecałby prezerwatywy.
>Nie wiem czemu wyskakujesz nagle z prezerwatywami,
Bo mówiłeś o zdrowiu w kontekście praktyk seksualnych.

>ale jeśli chodzi o zapobieganie chorobom przenoszonym drogą płciową, to najskuteczniejsza jest wstrzemięźliwość i wierność (czyli zalecenia KK).
Najskuteczniej przed ruchem ulicznym też chroni niewychodzenie z domu.

>>Chodziło mi o ewolucję kultury i w jej ramach moralności
>Ale nawet akceptując fakt, że moralność powstała na drodze ewolucji kulturowej,
Nawet?

>nic nam to nie mówi, jak postępować słusznie (jakie normy moralne są najlepsze).
Takie, które - jeżeli je przestrzegać - dadzą w efekcie możliwie najmniej cierpienia dla możliwie największej liczby osób.
21-04-2014 03:23 
 Ocena 2 na 2
worek kości (2937 punktów)
>Takie, które - jeżeli je przestrzegać - dadzą w efekcie możliwie najmniej cierpienia dla możliwie największej liczby osób.

Aktualnie - w skali świata - zaledwie kilka procent ludności (w tym my), konsumuje większość dóbr, podczas gdy masy chorują i głodują. Jakoś nie słychać zbyt wyraźnie głosów sugerujących obniżenie stopy życiowej mieszkańców cywilizacji Zachodu, by nieco zwiększyć dobrobyt mieszkańców Trzeciego Świata. Tak więc to zmniejszanie cierpienia jakieś strasznie lokalne mi się wydaje, i wyłącznie szczytno-hasłowe.


bembergiem w berg
21-04-2014 08:18 
 Ocena 1 na 1
maceox (6766 punktów)
>>Takie, które - jeżeli je przestrzegać - dadzą w efekcie możliwie najmniej cierpienia dla możliwie największej liczby osób.
>Aktualnie - w skali świata - zaledwie kilka procent ludności (w tym my), konsumuje większość dóbr, podczas gdy masy chorują i głodują. Jakoś nie słychać zbyt wyraźnie głosów sugerujących obniżenie stopy życiowej mieszkańców cywilizacji Zachodu, by nieco zwiększyć dobrobyt mieszkańców Trzeciego Świata. Tak więc to zmniejszanie cierpienia jakieś strasznie lokalne mi się wydaje, i wyłącznie szczytno-hasłowe.

Z tym co tu napisałeś prawie całkowicie się zgadzam, kolego worku kości.
Zauważ, że świadczy to o negatywnie rozumianym relatywiźmie moralnym panującym w naszej cywilizacji.

Sądzę wręcz, że wcale nie trzebaby jakoś specjalnie obniżać stopy życiowej, aby pomóc krajom trzeciego świata (trzeba jednak dodać, że kraje te musiałyby umieć i chcieć tę pomoc wykorzystać.)

Pewne obniżenie stopy życiowej wydaje się natomiast konieczne, by powstrzymać zagrażającą nam katastrofę klimatyczną, a i tak w zasadzie nam się to nie udaje. To już nie jest relatywizm moralny, tylko irracjonalizm.

Gorzej, że nie wiem, czy istnieje możliwość pogodzenia Twojego postulatu pomocy krajom trzeciego z świata z wymogami globalnej ekologii, ale przy racjonalnym zarządzaniu zasobami chyba nawet to byłoby możliwe.
19-04-2014 12:13 
 Ocena 4 na 4
Andrzej Bogusławski (52265 punktów)
.
>Czyli akceptujesz relatywizm. No to pojawia się stary problem - czy jeśli w danej kulturze zabijanie homoseksualistów jest dobre, a w innej jest złe, to czy mamy prawo tych pierwszych potępiać?
Relatywizm, to nie rygoryzm i nie odbiera nam samodzielnego myślenia i ocen.
Pan Heremis: www.racjon(*)m.php/z,0/d,5/s,615934#w616154

@@@
.
Sygnał (4252 punktów)
>A wy? Czy jesteście w stanie sensownie obronić własny system wartości bez przyjętych beztrosko założeń
>początkowych w stylu... to jest ważne, to jest najważniejsze bo... tak mi się wydaje, albo pan taki
>a taki o tym pisał?

W nauce funkcjonuje coś takiego jak pomiar. Za godne przyjęcia uznaje to, co sensowne w praktyce przy ściśle biologicznym założeniu, że drugi osobnik to też homo sapiens. Ewolucja wyposażyła nas w dobre mechanizmy do takiego toku myślenia.

>Chętnie poczytam, bardzo chętnie, jak się wywijacie z relatywizmu.

Relatywizm pojawia się (i będzie pojawiać się) wszędzie tam, gdzie dane pomiarowe się kończą.
18-04-2014 11:49 
 Ocena 10 na 10
Andrzej Bogusławski (52265 punktów)
.
>Ewolucja wyposażyła nas w dobre mechanizmy do takiego toku myślenia.
Dokładnie tak - poczynając od neuronów lustrzanych.
Michael Ruse, filozof nauki, napisał:
Współczesny ewolucjonista przyjmuje stanowisko, że ludzie posiadają świadomość moralności, gdyż świadomość takowa jest wartością biologiczną. Moralność to rodzaj biologicznej adaptacji, takiej samej jak powstanie rąk, stóp czy zębów. Etyka rozumiana jako zbiór racjonalnie uzasadnionych i obiektywnych twierdzeń jest czymś złudnym. To piękne, gdy ktoś mówi: "Kochaj bliźniego swego jak siebie samego"; w ten sposób myśli, że odnosi się do czegoś, co jest ponad nim i poza nim. Jednakże odniesienie takie nie ma jakiejkolwiek podstawy. Moralność to jedynie narzędzie pomocnicze niezbędne do przetrwania i reprodukcji; wszelkie głębsze znaczenie jest złudne.

>>>>Chętnie poczytam, bardzo chętnie, jak się wywijacie z relatywizmu.
>Relatywizm pojawia się (i będzie pojawiać się) wszędzie tam, gdzie dane pomiarowe się kończą.
Relatywizm nie jedno ma imię. Dla mnie "relatywizm moralny", to pogląd, że istnieje wiele systemów wartości i żaden
z nich nie jest systemem absolutnie najlepszym, więc różne kultury są uprawnione do stosowania różnych systemów,
a ponadto konkretne zachowania powinniśmy oceniać w całym kontekście ich zdarzeń.

Kościół katolicki "relatywizmem moralnym" nazywa działanie jednostek lub grup społecznych, polegające na odwoływaniu się do tych systemów wartości (prawo, humanizm, moralność świecka lub religijna, patriotyzm, i.in.), które sprzyjają realizacji chwilowych oczekiwań bądź interesów.
_______________

www.racjon(*)m.php/z,0/d,2/s,545016#w545303
www.racjon(*)m.php/z,0/d,7/s,600722#w601145
www.racjonalista.pl/forum.php/s,457816

Pozdrawiam.

@@@
.
18-04-2014 15:04 
 Ocena 1 na 1
worek kości (2937 punktów)
>Ewolucja wyposażyła nas w dobre mechanizmy do takiego toku myślenia.

Mhm - innymi słowy - myślimy tak, a nie inaczej, ponieważ myślimy tak, a nie inaczej?

>Relatywizm pojawia się (i będzie pojawiać się) wszędzie tam, gdzie dane pomiarowe się kończą.

Możesz podać jakiś przykład?

bembergiem w berg
18-04-2014 15:13 
 Ocena 3 na 3
Sygnał (4252 punktów)
>Mhm - innymi słowy - myślimy tak, a nie inaczej, ponieważ myślimy tak, a nie inaczej?

Myślimy tak, bo to dawało dobre efekty naszym przodkom i pozwoliło im przeżyć (mam tu na myśli chociażby instynkt stadny). Dalej to już minimalizacja cierpienia.

>Możesz podać jakiś przykład?

Gdy człowiek postawiony jest w sytuacji, w której sam nigdy nie był i (prawdopodobnie) nie będzie. Przykładem relatywizmu może być zdanie dotyczące interwencji militarnej w innym kraju, weźmy na to, rządzonym przez reżim. Z jednej strony zabija się porządek tamtej społeczności, a z drugiej przecież niesie swoją wizję ! Tu zdania mogą być i będą różne.
worek kości (2937 punktów)
>>Mhm - innymi słowy - myślimy tak, a nie inaczej, ponieważ myślimy tak, a nie inaczej?
>Myślimy tak, bo to dawało dobre efekty naszym przodkom i pozwoliło im przeżyć

Ale ludzie nie są jednomyślni, a jeśli za kryterium najlepszego myślenia uznać przystosowanie (długowieczność, poczucie zadowolenia z życia i płodność), to najlepiej w tych rankingach wychodzą wierzący (ponoć żyją dłużej, są szczęśliwsi i częściej się rozmnażają).

bembergiem w berg
18-04-2014 15:40 
 Ocena 4 na 4
Sygnał (4252 punktów)
>Ale ludzie nie są jednomyślni

Toteż być nie muszą i stąd też się bierze relatywizm. Wszyscy jednak mają instynkt stadny.

>a jeśli za kryterium najlepszego myślenia uznać przystosowanie

Absolutnie nie uznawajmy tego za kryterium! Broń Cię Święty Borze używać darwinizmu do budowania moralności. Ewolucja dała nam jedynie podbudowę do wykształcenia tej moralności. Reszta winna wynikać z obserwacji i minimalizacji cierpienia.
worek kości (2937 punktów)
>>Ale ludzie nie są jednomyślni
>Toteż być nie muszą i stąd też się bierze relatywizm.

Z faktu różno-myślności nie wynika wcale relatywizm. Relatywizm jest wtedy - z grubsza - gdy zgadzamy się, że każdy może mieć - w ramach przyjętego przez siebie systemu przekonań - rację. Absolutyści zakładają, że prawda jest jedna, niezależna od kulturowego czy historycznego kontekstu.

>Wszyscy jednak mają instynkt stadny.

Nie sądzę, żeby wszyscy.

>Ewolucja dała nam jedynie podbudowę do wykształcenia tej moralności. Reszta winna wynikać z obserwacji i minimalizacji cierpienia.

Przecież nasze obserwacje i sposób ich interpretowania - jak sam stwierdziłeś - jest uzależniony od ewolucyjnie wykształconych mechanizmów poznawczych. Jak w takiej sytuacji budować moralność niezależnie od tych ewolucyjnych inklinacji? Jak można wyjść poza ewolucyjnie narzucone schematy?


bembergiem w berg
18-04-2014 16:07 
 Ocena 2 na 2
Sygnał (4252 punktów)
>Przecież nasze obserwacje i sposób ich interpretowania - jak sam stwierdziłeś - jest uzależniony od ewolucyjnie wykształconych mechanizmów poznawczych. Jak w takiej sytuacji budować moralność niezależnie od tych ewolucyjnych inklinacji? Jak można wyjść poza ewolucyjnie narzucone schematy?

Na takiej samej zasadzie jak eliminuje się zakłócenia w pomiarach: mierząc wiele razy.
worek kości (2937 punktów)
>>Przecież nasze obserwacje i sposób ich interpretowania - jak sam stwierdziłeś - jest uzależniony od ewolucyjnie wykształconych mechanizmów poznawczych. Jak w takiej sytuacji budować moralność niezależnie od tych ewolucyjnych inklinacji? Jak można wyjść poza ewolucyjnie narzucone schematy?
>Na takiej samej zasadzie jak eliminuje się zakłócenia w pomiarach: mierząc wiele razy.

Co można wielokrotnie zmierzyć w przypadku moralności?

bembergiem w berg
18-04-2014 16:23 
 Ocena 2 na 2
Sygnał (4252 punktów)
>Co można wielokrotnie zmierzyć w przypadku moralności?

Można mierzyć skutki różnych działań, a dalej wykoncypować sposoby zachowania optymalnego.
worek kości (2937 punktów)
>>Co można wielokrotnie zmierzyć w przypadku moralności?
>Można mierzyć skutki różnych działań, a dalej wykoncypować sposoby zachowania optymalnego.

Jeśli ktoś mówi o optymalnym zachowaniu, to z góry zakłada, że istnieje ideał (najlepsze możliwe zachowanie), do którego należy dążyć - no bo skąd mamy wiedzieć, że czyjeś zachowanie było złe? Było złe, ponieważ nie było optymalne. W Twoim podejściu przyjmujemy jakieś zachowanie za optymalne, a następnie zmieniamy ludzi, aby się wpisali w ten określony wzór dobrego życia. Dobrze zrozumiałem?

bembergiem w berg
18-04-2014 16:37 
 Ocena 3 na 3
Sygnał (4252 punktów)
>Jeśli ktoś mówi o optymalnym zachowaniu, to z góry zakłada, że istnieje ideał (najlepsze możliwe zachowanie), do którego należy dążyć - no bo skąd mamy wiedzieć, że czyjeś zachowanie było złe? Było złe, ponieważ nie było optymalne. W Twoim podejściu przyjmujemy jakieś zachowanie za optymalne, a następnie zmieniamy ludzi, aby się wpisali w ten określony wzór dobrego życia. Dobrze zrozumiałem?

Jak już mówiłem, minimalizacja cierpienia, która wprost wynika z instynktu stadnego.
worek kości (2937 punktów)
>Jak już mówiłem, minimalizacja cierpienia, która wprost wynika z instynktu stadnego.

No ok, to załóżmy, że ktoś cierpi z powodu nieszczęśliwego zakochania. Co tutaj można zmierzyć i jak zmienić jego zachowanie na optymalne?


bembergiem w berg
18-04-2014 17:08 
 Ocena 3 na 3
Sygnał (4252 punktów)
>No ok, to załóżmy, że ktoś cierpi z powodu nieszczęśliwego zakochania. Co tutaj można zmierzyć i jak zmienić jego zachowanie na optymalne?

Wiesz, takie "cierpienie" jest zbyt ogólnikowym zagadnieniem. Poza tym, nie wiem, czy tego typu problemy powinny by rozwiązywane przez kodeks moralny.
18-04-2014 17:13 
 Ocena 2 na 2
worek kości (2937 punktów)
>Wiesz, takie "cierpienie" jest zbyt ogólnikowym zagadnieniem. Poza tym, nie wiem, czy tego typu problemy powinny by rozwiązywane przez kodeks moralny.

Z szumnych zapowiedzi o minimalizowaniu cierpienia, nagle okazuje się, że są cierpienia niewarte zachodu. Czyli jak cierpienie nie mieści się na naszej arbitralnej "miarce cierpienia", to tym gorzej dla cierpienia?

bembergiem w berg
18-04-2014 17:18 
 Ocena 6 na 6
Sygnał (4252 punktów)
>Z szumnych zapowiedzi o minimalizowaniu cierpienia, nagle okazuje się, że są cierpienia niewarte zachodu. Czyli jak cierpienie nie mieści się na naszej arbitralnej "miarce cierpienia", to tym gorzej dla cierpienia?

Stwierdzenie "cierpi z powodu nieszczęśliwego zakochania" jest tak ogólnikowe jak "cierpi z powodu życia". Jest to niedefiniowany przykład, więc nie ma jak go rozwiązać. To jest, bez uściślenia.
18-04-2014 17:22 
 Ocena 7 na 7
darkside (7775 punktów)
(zablokowany)
>>Jak już mówiłem, minimalizacja cierpienia, która wprost wynika z instynktu stadnego.
>No ok, to załóżmy, że ktoś cierpi z powodu nieszczęśliwego zakochania. Co tutaj można zmierzyć i jak zmienić jego zachowanie na optymalne?

Można "zmierzyć" skuteczność środków zaradczych, czyli sprawdzić jak jego łeb reaguje na różne rozwiązania.

1. Racjonalnie wytłumaczyć czym jest stan zakochania (chemia, biologia, hormony, geny, ewolucja, jądra itd.)
Jak nie podziała, a na zaczadzony łeb najczęściej nie działa, próbujemy dokonać przeniesienia. Fiksujemy zaczadzony łeb na innych obiektach i sprawdzamy, na który chory reaguje najlepiej. Dla przykładu:

1. Sport - niech biega, skacze, turla się, cokolwiek.
2. Hobby - niech zbiera znaczki, puszki, kobiecą bieliznę, kości dinozaurów, cokolwiek.
3. Wysyłamy do kościoła, niech się jara Maryjką, Jezuskiem, ministrantami, czymkolwiek.
4. Wsadzamy go na nową dooopę, najlepiej atrakcyjniejszą, ale z braku laku można spróbować jakąkolwiek, też może chwycić.
5. Niech se kupi motocykl, skuter, samochód, rolki, taczki, balon, cokolwiek i niech zasuwa na złamanie karku spalając co trzeba.
6. Piwo, wino, gorzała, bimber, cokolwiek. Byle dużo.
7. Dekodujemy mu kanały z pornusami, kupujemy dmuchaną lalę, masturbator, Erect Power, cokolwiek. Albo wszystko naraz.

8,9,10,11............
18-04-2014 19:12 
 Ocena 2 na 2
Lengyel (2127 punktów)
>Przecież nasze obserwacje i sposób ich interpretowania - jak sam stwierdziłeś - jest uzależniony od ewolucyjnie wykształconych mechanizmów poznawczych. Jak w takiej sytuacji budować moralność niezależnie od tych ewolucyjnych inklinacji? Jak można wyjść poza ewolucyjnie narzucone schematy?

Nie można - ani budować, ani wyjść. Można jedynie poznawać, jak owa moralność działa, co niektórzy poczytują za budowanie.
18-04-2014 19:41 
 Ocena-1 na 3
Martin Dronn (-7 punktów)
>>Przecież nasze obserwacje i sposób ich interpretowania - jak sam stwierdziłeś - jest uzależniony od ewolucyjnie wykształconych mechanizmów poznawczych. Jak w takiej sytuacji budować moralność niezależnie od tych ewolucyjnych inklinacji? Jak można wyjść poza ewolucyjnie narzucone schematy?

>Nie można - ani budować, ani wyjść..
>
Acha, czyli z tego wniosek, że rozum nam nie jest potrzebny? Wystarczy zdać się na jakiś pierwotny instynkt. Racjonalista, jeżeli chodzi o moralność, wraca do dżungli?
18-04-2014 23:01 
 Ocena 2 na 2
Lengyel (2127 punktów)
>>Nie można - ani budować, ani wyjść..
>>
>Acha, czyli z tego wniosek, że rozum nam nie jest potrzebny? Wystarczy zdać się na jakiś pierwotny instynkt. Racjonalista, jeżeli chodzi o moralność, wraca do dżungli?
>

Jest potrzebny do, jak napisałem, poznawania moralności. To jest trudniejsze niż jej wymyślanie.
29-04-2014 02:50 
 Ocena 2 na 2
setarkos (10757 punktów)
>Z faktu różno-myślności nie wynika wcale relatywizm.
Jeśli zatem nie ma jedno-myślności co do trafności np. etyki katolickiej, to nie wynika stąd relatywizm - brak zgody z doktryną kRk nie musi skutkować rozprzężeniem moralnym?

> Relatywizm jest wtedy - z grubsza - gdy zgadzamy się, że każdy może mieć - w ramach przyjętego przez siebie systemu przekonań - rację. Absolutyści zakładają, że prawda jest jedna, niezależna od kulturowego czy historycznego kontekstu.
Zatem pod relatywizm podpada np. papież, który sam sobie przyznaje rację (uzurpuje prawo jej posiadania) nie bacząc na to, iż tkwi w wąskim kulturowym kontekście (własnej religii)?
Jeśli absolutyści przewidują możliwość znalezienia jednej prawdy, to nie powinni chyba przyznawać jej sobie ad hoc i 'na wyrost', lecz mieć świadomość jedynie częściowego w niej udziału (dopóki nie uzyska się jednomyślności jako części wspólnej różnych myśli etycznych)..
chętnie racjonalistka (29094 punktów)
>Czy jesteście w stanie sensownie obronić własny system wartości
Pewnie. Tylko niechby najpierw ktoś zaatakował.
18-04-2014 08:02
 Ocena 12 na 12
diogenes (42753 punktów)
>W związku z tym sami musimy tworzyć normy moralne oparte... no właśnie, na czym? Stawiam tezę, że na własnym "widzimisię".

Zgoda. Jedym z tych "widzimisię" jest bóg i oparte na tej fantasmagorii religie. Owo religijne "widzimisię" nie ma żadnej "świętej", nadprzyrodzonej sankcji. Nie ma bardziej przyziemnej racji niż racje istnienia religii: bezmyslność wiernych oraz chciwość i dewiacje religijnych biurokratów.

Okres ważności moich postów kończy się z chwilą ich opublikowania.
hamp (3461 punktów)
>Tak więc, bracia ateiści, nie jest wesoło, przynajmniej ja nie mam powodów do wesołości. A wy?
Cóż... ludzie z różnych powodów robią się smutni albo nawet popadają w depresję: Sex, Death, and the Meaning of Life, Episode 3, Richard Dawkins. Świadomość, że żyjemy na małym okruszku materii mknącym przez nieprzyjazną przestrzeń, że po śmierci niczego nie ma, że świat jest niesprawiedliwy i nasze cierpienia nigdy nie zostaną wynagrodzone, faktycznie może być dla niektórych niewygodna, ale nie powinna być powodem smutku, bo w ten sposób jedynie marnujemy swój krótki czas.

>Czy jesteście w stanie sensownie obronić własny system wartości bez przyjętych beztrosko założeń początkowych w stylu... to jest ważne, to jest najważniejsze bo... tak mi się wydaje, albo pan taki a taki o tym pisał?
Przede wszystkim trzeba wsłuchać się w głos Makaronu, który powtarza nieustannie: NIE BĄDŹ DUPKIEM! Kiedy zrozumiemy te słowa, cała reszta staje się prosta.
Założenia mam bardzo proste: maksymalizacja szczęścia.
Ograniczenia też niezbyt skomplikowane: nie szkodzić innym.
Czegoś więcej potrzeba?
worek kości (2937 punktów)
>nie powinna być powodem smutku, bo w ten sposób jedynie marnujemy swój krótki czas.

Smucenie się jest marnowaniem czasu? Zdaje się, że powszechnie przyjęło się uważać, że ludzka kreatywność wzięła się właśnie z niezadowolenia.

>Założenia mam bardzo proste: maksymalizacja szczęścia.

Chyba zdajesz sobie sprawę, że szczęście to niezwykle wieloznaczny termin.

>Ograniczenia też niezbyt skomplikowane: nie szkodzić innym.

Ale czasem trzeba komuś trochę zaszkodzić, aby mu pomóc - np. przepisuje się ludziom niesmaczne lekarstwa na groźną chorobę, które w efekcie ubocznym mogą wywołać biegunkę (biegunka jest mniej groźna, od leczonej choroby). Czyli może zmodyfikuj zasadę na: można komuś szkodzić, o ile zysk przewyższy stratę?

bembergiem w berg
18-04-2014 15:36 
 Ocena 4 na 4
diogenes (42753 punktów)
>Smucenie się jest marnowaniem czasu? Zdaje się, że powszechnie przyjęło się uważać, że ludzka kreatywność wzięła się właśnie z niezadowolenia.

Smutek i niezadowolenie to raczej różne, czasem krzyżujące się pojęcia. Mogę być niezadowolony z faktu, że uwiera mnie kamyk w bucie, ale nie jestem z tego powodu smutny. Podobnie nie sądzę, aby wspólnym mianownikiem aktów kreacji było niezadowolenie; równie często inspiruje nas radość.

Okres ważności moich postów kończy się z chwilą ich opublikowania.
18-04-2014 15:46 
 Ocena 1 na 1
worek kości (2937 punktów)
>równie często inspiruje nas radość.

Mam jednak wrażenie, że człowiek radosny będzie dążył do konserwacji świata, który go tak cieszy. Człowiek niezadowolony spróbuje raczej coś poprawić.


bembergiem w berg
18-04-2014 16:04 
 Ocena 3 na 3
diogenes (42753 punktów)
>człowiek radosny będzie dążył do konserwacji świata, który go tak cieszy.

A co zrobić z dewiantami, których cieszy destrukcja i zniszczenie?

>Człowiek niezadowolony spróbuje raczej coś poprawić.

Raczej. Bo są i tacy, dla których zrzędzenie staje się drugą naturą. Swoimi pokrętnymi ścieżkami podąża również mizantrop.

www.mizantropia.org/data/miza.php

Okres ważności moich postów kończy się z chwilą ich opublikowania.
19-04-2014 11:03 
 Ocena 3 na 3
hamp (3461 punktów)
>Smucenie się jest marnowaniem czasu?
Tak. Jeżeli człowiek jest pochłonięty smuceniem się i nic innego nie robi, to marnuje czas i sprawia, że jego życie przepełnia się smutkiem.

>Zdaje się, że powszechnie przyjęło się uważać, że ludzka kreatywność wzięła się właśnie z niezadowolenia.
Mylisz niezadowolenie ze smutkiem, diogenes już ci to wyłożył.

>>Założenia mam bardzo proste: maksymalizacja szczęścia.
>Chyba zdajesz sobie sprawę, że szczęście to niezwykle wieloznaczny termin.
No i co z tego? Założenia mają być ogólne.

>>Ograniczenia też niezbyt skomplikowane: nie szkodzić innym.
>Ale czasem trzeba komuś trochę zaszkodzić, aby mu pomóc - np. przepisuje się ludziom niesmaczne lekarstwa na groźną chorobę, które w efekcie ubocznym mogą wywołać biegunkę (biegunka jest mniej groźna, od leczonej choroby). Czyli może zmodyfikuj zasadę na: można komuś szkodzić, o ile zysk przewyższy stratę?
...i będzie zgodne to zgodne z jego wolą.
Bo jeżeli ktoś chce, to mogę go nawet zabić (czyt. dokonać eutanazji). Ciężko w tym przypadku mówić o zysku, raczej o minimalizacji strat (cierpienia).
Poza tym zasada nie szkodzenia innym dotyczy funkcji celu, czyli wartości maksymalnej szczęścia. To znaczy, że w swoim dążeniu do osiągnięcia tego stanu nie mogę szkodzić innym - nie mogę ich bić, poniżać, itp. Wprawdzie pomaganie innym również poprawia samopoczucie, ale nie jest bezpośrednim, lecz wtórnym, czynnikiem zwiększającym szczęśliwość. To podanie środka przeczyszczającego nie jest szkodzeniem lecz pomocą, w końcowym rozrachunku. Nie ma sensu rozwijać prostych reguł w rozbudowane zdania albo na siłę szukać w nich luk
Chacarron Macaron (937 punktów)
(zablokowany)
Pozwolę sobie na off-topic.

>Założenia mam bardzo proste: maksymalizacja szczęścia.

Jeśli szczęścia było by nieskończenie wiele, to czy dało by się go jeszcze maksymalizować? Nieskończoność + 1 to dalej nieskończoność. Jakiś czas temu dotarło do mnie,że przeszłość nie przemija, a przyszłość już jest(patrz www.geekwe(*)ze-kwantowe-splatanie-w-czasie, en.wikiped(*)/Delayed_choice_quantum_eraser) . Takie "poza czasem" to w zasadzie pewna forma nieskończoności. Da się w takiej sytuacji porównać ilość szczęścia i nieszczęścia?
19-04-2014 11:11 
 Ocena 2 na 2
hamp (3461 punktów)
>Jeśli szczęścia było by nieskończenie wiele, to czy dało by się go jeszcze maksymalizować? Nieskończoność + 1 to dalej nieskończoność.
Maksimum szczęścia nie istnieje. Jak sam zauważyłeś nieskończoność jest nieskończona, więc nie da się jej osiągnąć, jeżeli przypisujemy jej jakąś wartość, to jest to błąd naszych mózgów nieprzystosowanych do przetwarzania tak abstrakcyjnych pojęć.
Mimo to, tak samo jak wartość logarytmu dąży do nieskończoności, my również możemy swoje szczęście popychać ku górze. Bezsensem byłoby zaprzestanie tych działań z powodu nieosiągalności faktycznego maksimum. To jak praca Syzyfa z tą różnicą, że kamień nie stacza się na dół, a jedynie góra nigdy nie kończy.

>Jeśli szczęścia było by nieskończenie wiele, to czy dało by się go jeszcze maksymalizować? Nieskończoność + 1 to dalej nieskończoność. Jakiś czas temu dotarło do mnie,że przeszłość nie przemija, a przyszłość już jest(patrz www.geekwe(*)ze-kwantowe-splatanie-w-czasie, en.wikiped(*)/Delayed_choice_quantum_eraser) . Takie "poza czasem" to w zasadzie pewna forma nieskończoności. Da się w takiej sytuacji porównać ilość szczęścia i nieszczęścia?
Nie mieszam w to teorii kwantowych. Po co tak komplikować proste rzeczy? Zasada KISS!
18-04-2014 10:14
 Ocena 14 na 14
paganus (731 punktów)
Mój wewnętrzny system wartości wykształcił się w procesie ewolucji. Docierały go długotrwałe i skomplikowane procesy społeczne.
Odczuwam go intuicyjnie, a jego główne hasło brzmi :
NIE RÓB INNEMU CO TOBIE NIE MIŁE.

I jak, dobrze się wywinąłem ?


Ja swoje poglądy mam, ale teraz czasy takie, że na wszelki wypadek się z nimi nie zgadzam.
18-04-2014 15:17 
 Ocena 2 na 2
worek kości (2937 punktów)
>Mój wewnętrzny system wartości wykształcił się w procesie ewolucji.

Procesy ewolucji trwają miliony lat, więc musisz być strasznie stary.

>Docierały go długotrwałe i skomplikowane procesy społeczne.

Czyli twoja wrażliwość moralna jest wypadkową wielu przypadkowych czynników (miejsce urodzenia, spotkani ludzie itd.)

>Odczuwam go intuicyjnie,

Intuicyjnie - czyli bez uzasadnienia?

>NIE RÓB INNEMU CO TOBIE NIE MIŁE.

Myślę, że to dość niewygodna zasada dla heteroseksualnych facetów.


bembergiem w berg
dokowski (7933 punktów)
(zablokowany)
> sami musimy tworzyć normy moralne oparte... no właśnie, na czym? Stawiam
>tezę, że na własnym "widzimisię"

Wierzysz w twórcę? Widzimisię pierwszego kapłana racjonalizmu?

Spróbuj zmienić punkt widzenia na naukowy (klasyczny). Zamiast szukać w sobie twórcy samego siebie, popatrz na świat z pozycji obserwatora zewnętrznego. Wyobraź sobie, że opisujesz normy moralne delfinów lub orangutanów.

Słyszałeś o etologii? To dyscyplina biologii zajmująca się porównywaniem zachowań różnych gatunków zwierząt.

Wiara w "widzimisię" jest podejściem równie nienaukowym, jak religia. Racjonalizm zaś preferuje podejście naukowe. Stoimy więc po różnych stronach tej fundamentalnej polemiki. Waszym zdaniem Bóg stworzył człowieka, a normy moralne stworzyło Widzimisię. Naszym zdaniem człowiek się rozwinął z innych form i tak samo rozwinęły się normy moralne.

doku (Tomasz Kamiński)
Marcin Śrama (1270 punktów)
Czy w ogóle ktoś musi nam mówić, jak postępować? Jesteśmy ludźmi wolnymi, a zatem sami wiemy co robić.
Nie ma czegoś takiego, że ktoś musi wykładać jakieś normy, które sprawiają, że ludzie stają się lepsi... Otóż nie- człowiek z natury jest dobry, psuje go dopiero religia wyznawana w sposób fanatyczny (sama religia jako taka nie jest szkodliwa, jest po prostu swego rodzaju placebo antydepresyjnym).
W kwestii norm to jest jedna piękna norma moralna, przypisywana Wolterowi: ,,Wolność moja kończy się tam, gdzie zaczyna twoja." (parafrazowana później przez innych myślicieli). Tak naprawdę w tym jednym zdaniu, w zasadzie truiźmie, znajduje się więcej moralności niż we wszystkich przykazaniach wszystkich religii, pomijając zupełnie to, że łatwiej zapamiętać jedną maksymę, niż dziesięć przykazań lub jeszcze gorzej (w przypadku Judaizmu) 613 zaleceń talmudu. Po co nam te zalecenia, przykazania? Czy nie wystarczy trochę empatii i żyjąc zgodnie z tą normą mogę powiedzieć: ,,Denerwujesz mnie, drażnisz, mam Ciebie dość, ale nic Tobie nie zrobię, ponieważ wiem, jakbym się czuł gdybyś to Ty mnie skrzywdził".
Religia i tradycja nie są jedynymi źródłami moralności. Te same idee, a może nawet jeszcze piękniejsze można odnaleźć w mądrości potępianej przez Kościół.
18-04-2014 14:59 
 Ocena 3 na 3
worek kości (2937 punktów)
>Czy w ogóle ktoś musi nam mówić, jak postępować? Jesteśmy ludźmi wolnymi, a zatem sami wiemy co robić.
>Nie ma czegoś takiego, że ktoś musi wykładać jakieś normy, które sprawiają, że ludzie stają się lepsi

Spór o moralność wybucha nie przy okazji spraw codziennych, ale w sytuacjach niezwykłych. Czy uważasz, że zawsze WIADOMO, co należy zrobić, że dylematy moralne nie istnieją? Czy np. z Twojego punktu widzenia można poświęcić jedną osobę, aby uratować sto? Jeśli tak, to czy można poświęcić 99 osób, aby uratować 100? Jeśli nie, to czy potrafisz wskazać ilościową granicę możliwego poświęcenia? Przykłady można mnożyć.

bembergiem w berg
18-04-2014 15:51 
 Ocena 8 na 8
Andrzej Bogusławski (52265 punktów)
.
>Spór o moralność wybucha nie przy okazji spraw codziennych,
Najczęściej podczas pustych dyskusji o tym czyj system moralny spełnia wyższe kryteria i wyznawcy, którego systemu swojego kodeksu przestrzegają.

>ale w sytuacjach niezwykłych.
W sytuacjach niezwykłych, to trzeba podejmować decyzje, a nie dywagować.

>Czy uważasz, że zawsze WIADOMO, co należy zrobić,
Bardzo rzadko i tylko w sprawach najprostszych.

> że dylematy moralne nie istnieją?
Istnieją i przyzwoitych ludzi gnębią, gdy podjęli ważną decyzję, w której całkowitą słuszność wątpią.

>Czy np. z Twojego punktu widzenia można poświęcić jedną osobę, aby uratować sto? Jeśli tak, to czy można poświęcić 99 osób, aby uratować 100? Jeśli nie, to czy potrafisz wskazać ilościową granicę możliwego poświęcenia?
Wszystkie te dylematy znamy z literatury, a jednak praktyka jest ważniejszą: "Tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono".

>Przykłady można mnożyć.
Właśnie! Warto pod tym kątem przeanalizować podane tu autorytarne osądy ludzi i zdarzeń, przedstawione tu przez pana "Worka kości" oraz innych reprezentantów tzw. "moralności chrześcijańskiej".

Norma absolutna, czy relatywna?
Zostałem ukształtowany na pewnych standardach, w których człowiek wraz ze swoim środowiskiem jest najważniejszym podmiotem i przedmiotem ludzkiego działania, a " podstawową normą moralną jest czynna solidarność z każdą jednostką mogącą cierpieć", jak postuluje profesor Helena Eilstein. Człowiek, zgodnie ze swoim systemem wartości dokonuje przeobrażeń otaczającego świata, dostosowując go do swego życia na nowym, aktualnym poziomie. Społeczność może
być zespolona jednym systemem moralnym lub może być wielokulturowa i mogą w niej obowiązywać różne systemy.
Prawda rodzi się w granicach ludzkiej społeczności, gdyż konstruowana jest przez ludzi żyjących w określonej wspólnocie intelektualnej. Wspólnocie wiedzy, kultury i czasów. (...)

Mamy swoje kodeksy etyczne i swoje hierarchie wartości, ale tak naprawdę rzadko kiedy różnią się one radykalnie i najczęściej są wariantami lub adaptacjami systemów dominujących. Nie dajmy się zwariować - to, co nas naprawdę różni, to nie stosunek do transcendencji i nie inspiracja norm moralnych. Zasadniczymi różnicami są stosunek do człowieka i jego roli w życiu doczesnym. Oceniać należy postępowanie, a nie to, czy ich źródła wypływają z Ewangelii i Magisterium Kościoła, "Utylitaryzmu", J. St. Milla czy "Medytacji o życiu godziwym", T. Kotarbińskiego.

W każdej formacji można znaleźć przykłady ludzi bardzo przyzwoitych. W polskim Kościele biskup Jan Chrapek, u socjalliberałów Zofia Kuratowska, a w socjaldemokracji Andrzej Urbańczyk - wspominając tylko zmarłych. Oceniając ludzi bardziej interesuję się ich postępowaniem i wrażliwością na drugiego człowieka, niż filozoficznym źródłem tych zachowań.

Absolutne nakazy, oparte na absolutnej prawdzie.
Etyka religijna opiera swe nakazy i zakazy na objawieniu woli bożej, wyrażonej zazwyczaj w świętych księgach, w które trzeba wierzyć i do których interpretacji upoważnieni są tylko kapłani. Każde z wyznań - nawet tych, wspólnie wywodzących swą religijną ciągłość od Abrahama - uważa, że tylko im w pełni Bóg objawił swą wolę i dlatego to one są jedynymi jej prawdziwymi reprezentantami na ziemi. Istnieje więc tylko jeden depozytariusz i tylko jeden prawdziwy system moralny przekazywany w nauce Kościoła. Cokolwiek on nakazuje jest dobre, a czego on zakazuje - złe.

Zrozumiałe, że nakazy muszą być poddawane reinterpretacjom. Weźmy przykład Ewangelii. Jak do dnia dzisiejszego mają się takie nakazy: " Idź, sprzedaj, to co posiadasz, i rozdaj ubogim" lub " Biskup zaś ma być nienaganny, mąż jednej żony, (...) nie chciwy na grosz, który by własnym domem dobrze zarządzał, dzieci trzymał w posłuszeństwie i wszelkiej uczciwości, bo jeżeli ktoś nie potrafi własnym domem zarządzać, jakże będzie mógł mieć na pieczy Kościół Boży?" Kościół musi permanentnie dokonywać odpowiedniego aggiornamento, tak aby Lud Boży wiedział, co ma aktualnie przyjmować za niezmienna prawdę. Chcąc zasłużyć na życie wieczne trzeba wierzyć swoim pasterzom i postępować zgodnie z tą wiarą.

Większość ludzi nie lubi myśleć samodzielnie, wygodnie poddając się dyktatowi środowiska. " Świadomie tłumi swą indywidualność, byle tylko zasłużyć na podziw stada" (B. Russel). Gdy zaczyna się myśleć, rodzą się głupie pytania.
Na przykład takie: jeżeli Bóg jest wszechmocny, to wszelki grzech jest zgodny z jego wolą, gdyż gdyby grzech był nieposłuszeństwem wobec jego woli, to znaczyłoby, że Bóg nie jest wszechmocny. Teologowie na ten temat potrafią napisać wielkie dzieła, po których lekturze już naprawdę nic nie wiadomo, i których poza innymi teologami nikt nie potrafi zrozumieć.

U Leszka Kołakowskiego można spotkać wiele ciekawych pytań teologicznych. Oto jedno z nich zawarte w "Kluczu niebieskim": Izaak odwrócił się i zobaczył ojca zastygłego ze wzniesioną bronią, z błyskiem brutalnej determinacji w oczach, z zaciśniętymi ustami i wyrazem zaciętej stanowczości na twarzy. Wydał przeciągły krzyk i upadł zemdlony. (...) Wszystko dobrze się skończyło i w rodzinie było dużo śmiechu. Izaakowi pozostała tylko drobna dolegliwość: od tej pory chwiał się na nogach i dostawał mdłości na widok ojca. Ale w końcu żył długo i szczęśliwie.
Wiem, że Jezus Chrystus jest Bogiem miłości; to już nie plemienny, groźny i mściwy Bóg Jahwe, ale przecież wraz nim i z Duchem Świętym są w "Trójcy jednym". Racjonalność każe zadać pytanie: czy wszechmoc i wszechwiedza zawsze łączą się z dobrocią, a nawet idąc dalej, z rozumem?
/Andrzej B. Izdebski/

Wszystkiego najlepszego. Zdrowych i spokojnych Świąt Wielkiejnocy.

@@@
.
28-05-2014 09:47 
 Ocena-2 na 2
Hejtibeats (210 punktów)

>Większość ludzi nie lubi myśleć samodzielnie, wygodnie poddając się dyktatowi środowiska. " Świadomie tłumi swą indywidualność, byle tylko zasłużyć na podziw stada" (B. Russel). Gdy zaczyna się myśleć, rodzą się głupie pytania.
> Na przykład takie: jeżeli Bóg jest wszechmocny, to wszelki grzech jest zgodny z jego wolą, gdyż gdyby grzech był nieposłuszeństwem wobec jego woli, to znaczyłoby, że Bóg nie jest wszechmocny. Teologowie na ten temat potrafią napisać wielkie dzieła, po których lekturze już naprawdę nic nie wiadomo, i których poza innymi teologami nikt nie potrafi zrozumieć.

Bzdury. Właściwie postawione pytanie brzmi: dlaczego Bóg dopuszcza istnienie zła i dlaczego pozwala aby Pan Andrzej głosił to, na co ma ochotę. Otóż Pan Andrzej otrzymał wolną wolę, może zrobić z nią co zechce, wierzyć w co chce i mówić co chce. Jeżeli Bóg istnieje poza czasem, to nigdzie mu się nie spieszy.

Być może Bóg potrzebuje indywidualnych świadomości zdolnych wierzyć i dążyć do niemożliwego i niepojętego, być może istnieje dalszy plan, a nie siedzenie na chmurce z aniołkami. Wiara nie jeden raz udowodniła, że jest więcej warta niż nauka, z racjonalnym podejściem w czasie wojny powstańcy mogli się po prostu poddać, ale ich wiara i upartość przyczyniła się do tego, że dzisiaj Pan Andrzej pisze co pisze, bo może pisać i ma wybór.

Gdyby istniała "naukowo" potwierdzona informacja, że istnieje po śmierci lepszy świat dla ludzi, którzy na to zasługują, czy takim wielkim problemem byłyby choroby, to że człowiek się pomęczy chwilę, a potem będzie cieszył życiem? Nie sądzę, to jest problem ludzi przywiązanych kurczowo do życia lub tych, którzy pogodzili się z powodu braku wiary ze swoją przemijalnością.

Od samego początku człowiek ma we krwi wiarę i zasady moralne, ale ponosimy odpowiedzialność zbiorową, Bóg od samego początku daje znak, że nie żyjemy tylko dla siebie,a więc środowisko w jakim dorastamy może w nas tę wiarę niszczyć, możemy ulec lub możemy się postawić i wyjść z takiego środowiska.

To tak dla ciekawości innych, bo zdanie Andrzeja Pana już znam.
18-04-2014 15:22 
 Ocena 3 na 3
Marcin Śrama (1270 punktów)
>Spór o moralność wybucha nie przy okazji spraw codziennych, ale w sytuacjach niezwykłych. Czy uważasz, że zawsze WIADOMO, co należy zrobić, że dylematy moralne nie istnieją?

Masz rację, jednak religia, ani żadna filozofia nie udziela jednoznacznej odpowiedzi na takie dylematy.
W sytuacjach kryzysowych niezwykle często człowiek i tak nie myśli logicznie, nie kieruje się swoimi wartościami lecz zwyczajną chęcią przetrwania, dlatego w ogóle nie brałem ich pod uwagę. Takie sytuacje, znajdują się poza granicą rozważań o moralności. To właśnie dlatego nie powinno potępiać się decyzji matek w ciąży, których życie jest zagrożone z powodu decyzji o aborcji, również dlatego nie powinno oceniać się zachowań ofiar katastrof morskich, którzy byli w stanie przeżyć za każdą cenę.
18-04-2014 15:36 
 Ocena 2 na 2
worek kości (2937 punktów)
>Takie sytuacje, znajdują się poza granicą rozważań o moralności.

Moim zdaniem, takie sytuacje właśnie skłaniają do rozważań nad naturą moralności. To żadna sztuka być moralnym - wygłaszać banialuki o wolności i tolerancji - w świecie pozbawionym faktycznych dylematów moralnych.

bembergiem w berg
18-04-2014 16:09 
 Ocena 3 na 3
Marcin Śrama (1270 punktów)
>Moim zdaniem, takie sytuacje właśnie skłaniają do rozważań nad naturą moralności. To żadna sztuka być moralnym - wygłaszać banialuki o wolności i tolerancji - w świecie pozbawionym faktycznych dylematów moralnych.
Problemem jest to, że w sytuacjach kryzysowych zachowujemy się w sposób instynktowny, kierując się chęcią przetrwania. Stąd wszelkie rozważania moralne są bezcelowe, ponieważ jedynym wnioskiem jaki możemy z nich wyciągnąć jest to, że gdy ów świat pozbawiony dylematów moralnych się zachwieje, zachwieje się również nasza moralność. Może myślisz, że w sytuacji zagrożenia byłbyś szlachetny i dobry? Wątpię- nikt począwszy od osób skrajnie wierzących, skończywszy na wojujących ateistach, nie potrafiłby powiedzieć jak by się zachował, ponieważ nie byłby do końca sobą. W sytuacji zagrożenia byłbyś albo osobnikiem zagrożonym ze wszystkich stron, albo członkiem zagrożonego stada. W takiej sytuacji liczyłoby się dla Ciebie przetrwania. Oczywiście zarówno w kontekście liberalnych idei, jak i religii takie twierdzenia wydają się co najmniej nie na miejscu lecz są prawdziwe.
18-04-2014 16:22 
 Ocena 2 na 2
worek kości (2937 punktów)
>myślisz, że w sytuacji zagrożenia byłbyś szlachetny i dobry? Wątpię- nikt począwszy od osób skrajnie wierzących, skończywszy na wojujących ateistach, nie potrafiłby powiedzieć jak by się zachował

Ale z jakiegoś powodu w naszej kulturze cenimy i podziwiamy bohaterów. Czyli tworzymy pewne ideały moralne - często nieosiągalne - aby swoim pozytywnym wzorem inspirowały ludzi do doskonalenia się. Jasne, że nie możemy wiedzieć, jak byśmy się zachowali w jakiejś trudnej i nieznanej nam wcześniej sytuacji - "tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono" - ale większość z nas przynajmniej wolałaby zachować się raczej bohatersko, niż tchórzliwie. To chyba nie jest zbyt kontrowersyjne.

bembergiem w berg
18-04-2014 16:53 
 Ocena 2 na 2
Marcin Śrama (1270 punktów)
>Ale z jakiegoś powodu w naszej kulturze cenimy i podziwiamy bohaterów.
Wychodząc z krańcowo różnych poglądów spotkaliśmy się na środku, z tą różnicą, że ja osobiście tą chęć widzenia siebie w roli bohatera dostrzegałbym bardziej w podświadomości, w psychice, niż w kulturze. W końcu każdy niezależnie od kultury chce być piękny, dobry i podziwiany, a bohaterstwo jest cenione w każdej kulturze początku dziejów.
18-04-2014 17:02 
 Ocena 3 na 3
worek kości (2937 punktów)
>chęć widzenia siebie w roli bohatera dostrzegałbym bardziej w podświadomości, w psychice, niż w kulturze

Kolejnym problemem jest to, co tutaj jest przyczyną, a co skutkiem. Można chyba całkiem rozsądnie argumentować, że nasze nieświadome archetypy heroizmu, biorą się z obecnych w kulturze mitów. Czyli, że to kultura kształtuje nasze (nawet nieświadome) ideały.

bembergiem w berg
finerbijk (17282 punktów)
>Chętnie poczytam, bardzo chętnie, jak się wywijacie z relatywizmu.
Przerąbane to by dopiero było, gdybyśmy zamiast sami dla siebie ustanawiać standardy moralności musieli się podporządkować jakimś bożkom z ich moralnością z wczesnej epoki bronzu, jak by chciało wielu nawet dziś.
makuś (5578 punktów)
(zablokowany)

>Chętnie poczytam, bardzo chętnie, jak się wywijacie z relatywizmu.

hej,
Największym relatywizmem jest wiara w boga wszechmogącego .
Bóg wszechmogący może bowiem wszystko ale to nie wszystko !
Wszystko co czyni bóg jest dobre a nawet najlepsze a nawet jedynie najlepsze .
To dopiero jest relatywizm ... relatywizm wszechmocny dzięki któremu wszystko można wytłumaczyć , wyjaśnić i to w dodatku zawsze na korzyść boga .
O takim relatywizmie żaden ateista nie może nawet zamarzyć ... co według mnie dobrze świadczy o skromności i powściągliwości ateistów ...
pozdrawiam
makuś
Martin Dronn (-7 punktów)
>>Chętnie poczytam, bardzo chętnie, jak się wywijacie z relatywizmu.
>hej,
>Największym relatywizmem jest wiara w boga wszechmogącego .
>Bóg wszechmogący może bowiem wszystko ale to nie wszystko !
>Wszystko co czyni bóg jest dobre a nawet najlepsze a nawet jedynie najlepsze .
>To dopiero jest relatywizm ... relatywizm wszechmocny dzięki któremu wszystko można wytłumaczyć , wyjaśnić i to w dodatku zawsze na korzyść boga .
>O takim relatywizmie żaden ateista nie może nawet zamarzyć ... co według mnie dobrze świadczy o skromności i powściągliwości ateistów ...
>pozdrawiam
>makuś
>
Dziękuję wszystkim za wypowiedzi. Jakie są - każdy widzi. Nie mam zamiaru z nimi polemizować, ponieważ brak mi punktu odniesienia; wszystkie, w pewnych kontekstach są pewnie słuszne, ale mają zastosowanie, jak sądzę, bardziej dla jednostki niż dla grupy. O co mi chodzi? Wyobraźcie sobie, że użytkownicy portalu racjonalista.pl dostają jakąś wyspę na własność i mają na niej zamieszkać. Nie wiem, czy się zgodzicie, ale dla takiej społeczności niezbędny będzie jakiś kodeks postępowania, i co wtedy? Pewnym punktem wspólnym, jak wywnioskowałem z waszych postów, może być zasada wolności, której granice wyznacza wolność drugiego człowieka. W zasadzie tej zawiera się możliwość maksymalizacji własnego szczęścia bez krzywdzenia innych ludzi. Tutaj jednak pojawia się pewien problem, a mianowicie, dlaczego taka właśnie zasada ma być obowiązująca? Dlaczego ta a nie inna? Jaką podstawę ma ta idea? Chodzi mi o ten właśnie rodzaj relatywizmu.
Ale o.k. Przyjmujemy tą zasadę. Teraz trzeba będzie powołać jakieś służby porządkowe, które będą nawracały tych, którym ta zasada nie do końca się podoba. Będą tacy? - oczywiście, że tak. Maksymalizacja własnego szczęścia bez krzywdzenia innych nie przynosi tak szybkich efektów jak maksymalizacja z krzywdzeniem. Wprowadzamy służby - czyli zasadę kija. Co jest marchewką? - poza tym, że nikt nas nie niepokoi - akceptacja społeczna.

Porównajmy teraz wyspę racjonalistów z wyspą np. fundamentalnych katolików.

Idee - u racjonalistów idea wolności - jako ludzką, możemy ją podważać. U katolików idee pochodzą od boga - istoty mądrzejszej od człowieka, której można poddać się z ufnością.
Zasada kija - u racjonalistów np. więzienie, u katolików: więzienie (kij ziemski) oraz wieczne męczarnie po śmierci.
Marchewka - u racjonalistów spokój i akceptacja społeczna, u katolików to samo plus szczęśliwość po śmierci.

1. Co was skłania do zamieszkania na wyspie racjonalistów?
2. Na której wyspie ludzie są szczęśliwsi?
18-04-2014 15:07 
 Ocena 12 na 12
Ojciec Ateusz (9201 punktów)
> 2. Na której wyspie ludzie są szczęśliwsi?
Najszczęśliwsi są zawsze najgłupsi.

> 1. Co was skłania do zamieszkania na wyspie racjonalistów?
Towarzystwo.
Martin Dronn (-7 punktów)
>> 2. Na której wyspie ludzie są szczęśliwsi?
>Najszczęśliwsi są zawsze najgłupsi.
Ha, ha - podobno należy dążyć do maksymalizacji szczęścia...
18-04-2014 21:54 
 Ocena 7 na 7
Ojciec Ateusz (9201 punktów)
>>> Na której wyspie ludzie są szczęśliwsi?
>> Najszczęśliwsi są zawsze najgłupsi.
> Ha, ha - podobno należy dążyć do maksymalizacji szczęścia...

Tak, ale w długim horyzoncie czasowym.
Wyspę szczęśliwych głupców szlag trafi przy pierwszym kataklizmie.
18-04-2014 15:24 
 Ocena 4 na 4
Sygnał (4252 punktów)
>Dziękuję wszystkim za wypowiedzi. Jakie są - każdy widzi. Nie mam zamiaru z nimi polemizować, ponieważ brak mi punktu odniesienia; wszystkie, w pewnych kontekstach są pewnie słuszne, ale mają zastosowanie, jak sądzę, bardziej dla jednostki niż dla grupy. O co mi chodzi? Wyobraźcie sobie, że użytkownicy portalu racjonalista.pl dostają jakąś wyspę na własność i mają na niej zamieszkać. Nie wiem, czy się zgodzicie, ale dla takiej społeczności niezbędny będzie jakiś kodeks postępowania, i co wtedy? Pewnym punktem wspólnym, jak wywnioskowałem z waszych postów, może być zasada wolności, której granice wyznacza wolność drugiego człowieka. W zasadzie tej zawiera się możliwość maksymalizacji własnego szczęścia bez krzywdzenia innych ludzi. Tutaj jednak pojawia się pewien problem, a mianowicie, dlaczego taka właśnie zasada ma być obowiązująca? Dlaczego ta a nie inna? Jaką podstawę ma ta idea? Chodzi mi o ten właśnie rodzaj relatywizmu.

Mylisz relatywizm moralny z prawodawstwem. Prawo dla społeczności ma być przede wszystkim praktyczne, a nie realizować jakieś wydumane i napisane na papierze moralne założenia.

>Porównajmy teraz wyspę racjonalistów z wyspą np. fundamentalnych katolików.
>Idee - u racjonalistów idea wolności - jako ludzką, możemy ją podważać. U katolików idee pochodzą od boga - istoty mądrzejszej od człowieka, której można poddać się z ufnością.

Różnica jest taka, że katolicy powołują się na niepotrzebne urojenie, a racjonaliści tutaj mają tylko wynik logiki poparty pomiarami.

>
>1. Co was skłania do zamieszkania na wyspie racjonalistów?
>2. Na której wyspie ludzie są szczęśliwsi?
>

Oba to zbyt ogólnikowe konstrukty, żeby powiedzieć cokolwiek (nie ma tu na przykład mowy o dostępie do edukacji, techniki, możliwości zarobku). W każdym razie transcendentny straszak jest nie do udowodnienia, a postulat jego mija się kompletnie z celem, skoro z badań jak wół widać, że źródło moralności jest gdzie indziej. Jeśli bóstwo będzie używane jako źródło prawa, będę się wyraźnie drapał w głowę i grzecznie pytał "po cholerę?".

Największy problem z takimi dywagacjami jest jednak taki, że autor myli prawodawstwo z moralnością. Sugeruję przeredagować pytanie, albo założyć inny wątek.
18-04-2014 15:39 
 Ocena 4 na 4
farmer (22440 punktów)

>Porównajmy teraz wyspę racjonalistów z wyspą np. fundamentalnych katolików.

Takie próby już były robione przez pielgrzymów z Mayflower

.....Wedle zawartej umowy osadnicy planowali prowadzić religijne życie, dzielić się wszystkim uczciwie, niezależnie od osobistych nakładów i wysiłku, oraz zakładali, że w ich kolonii (nazwanej Plymouth) nie będzie prywatnej własności a wszystko co zostanie wytworzone automatycznie stanie się własnością wspólną. Dla takich zasad motywację znajdowano w chrześcijaństwie, w jego purytańskiej odmianie

.....Wedle relacji kronikarzy zasady owe doprowadziły do nieposzanowania wspólnej własności i spadku efektywności pracy a co za tym idzie, głodu. Szczególnie dotkliwa zima 1622/23 doprowadziła do podjęcia decyzji o zmianie zasad współżycia i wprowadzenia własności prywatnej.
18-04-2014 17:55 
 Ocena 4 na 4
qerfy (677 punktów)
>Idee - u racjonalistów idea wolności - jako ludzką, możemy ją podważać

I o to chodzi, żebyśmy mogli podważać. Problemy pojawiają się wtedy, kiedy nie można podważyć czyjejś jedynej prawdy.

>U katolików idee pochodzą od boga - istoty mądrzejszej od człowieka, której można poddać się z ufnością.

Toż to dyktatura jednostki. Hitlerowi także poddawano się z ufnością.
18-04-2014 15:00 
 Ocena 1 na 1
worek kości (2937 punktów)
>Największym relatywizmem jest wiara w boga wszechmogącego .
>Bóg wszechmogący może bowiem wszystko ale to nie wszystko !

Zdaje się, że nie masz pojęcia co znaczy słowo "relatywizm".

bembergiem w berg
18-04-2014 15:09 
 Ocena 7 na 7
Ojciec Ateusz (9201 punktów)
> Zdaje się, że nie masz pojęcia co znaczy słowo "relatywizm".

Bóg ukraść krowę - dobrze, Bogu ukraść krowę - źle.
Tak w skrócie.
worek kości (2937 punktów)
>> Zdaje się, że nie masz pojęcia co znaczy słowo "relatywizm".
>Bóg ukraść krowę - dobrze, Bogu ukraść krowę - źle.

Co rozumiesz przez "Bóg"?


bembergiem w berg
18-04-2014 16:35 
 Ocena 1 na 1
kiryl (2975 punktów)
(zablokowany)
>>> Zdaje się, że nie masz pojęcia co znaczy słowo "relatywizm".
>>Bóg ukraść krowę - dobrze, Bogu ukraść krowę - źle.
>Co rozumiesz przez "Bóg"?

Czytałeś Stary Testament?
worek kości (2937 punktów)
>Czytałeś Stary Testament?

Trochę.


bembergiem w berg
18-04-2014 22:32 
 Ocena 10 na 10
Ojciec Ateusz (9201 punktów)
>> Czytałeś Stary Testament?
> Trochę.

To musiałeś zwrócić uwagę na bohatera, któremu każda zbrodnia (z ekstremalnym ludobójstwem na czele) uchodzi na sucho, ale jednocześnie lubi wymyślać surowe zakazy dla innych, którzy przy tym śpiewają mu pochwalne piosenki, nazywając wszechdobrym?

Historia uczy, że wyznawcy tego indywiduum też mają skłonność do rozluźniania sobie moralnego gorsetu, o ile tylko ich czyny da się usprawiedliwić formułką ad maiorem Dei gloriam.

O tym czego uczy historia najnowsza, zakładam że też trochę czytasz...?
worek kości (2937 punktów)
>Historia uczy, że wyznawcy tego indywiduum

Myli ci się Bóg, jako postać literacka, z Bogiem - obiektem czci religijnej.

>O tym czego uczy historia wyborcza

Zachowanie tej siostry jest twoim zdaniem zgodne z katolicką doktryną?

bembergiem w berg
19-04-2014 00:47 
 Ocena 8 na 8
rafal73 (9720 punktów)
(zablokowany)

>Myli ci się Bóg, jako postać literacka, z Bogiem - obiektem czci religijnej.

To Stary Testament jest pozycja literacka a nie podyktowana przez Ducha Swietego Prawda Objawiona???

>Zachowanie tej siostry jest twoim zdaniem zgodne z katolicką doktryną?

Zachowanie siostry (i milczacych katolikow) jest zgodne z relatywizmem katolickim.
worek kości (2937 punktów)
>>Myli ci się Bóg, jako postać literacka, z Bogiem - obiektem czci religijnej.
>To Stary Testament jest pozycja literacka a nie podyktowana przez Ducha Swietego Prawda Objawiona???

Zależy od podejścia. Biblia jest przedmiotem studiów zarówno literaturoznawców, jak i teologów.

bembergiem w berg
19-04-2014 01:24 
 Ocena 6 na 6
rafal73 (9720 punktów)
(zablokowany)

>>To Stary Testament jest pozycja literacka a nie podyktowana przez Ducha Swietego Prawda Objawiona???
>Zależy od podejścia. Biblia jest przedmiotem studiów zarówno literaturoznawców, jak i teologów.

Jakie jest podejcie papieza a co za tym idzie jakie musi byc podejscie szeregowego katolika? Jesli jest to tylko ksiazka to katolik moze sobie ja dowolnie interpretowac. Ale o ile wiem jest to Prawda Objawionia i nie wolno katolikowi interpretowac slow bozych.

Wiec? Jest to tylko ksiazka?
worek kości (2937 punktów)
>Jakie jest podejcie papieza

Pewnie papieskie.

Biblia to gruba i skomplikowana księga. Załóżmy, że Samolubny gen też jest miejscami dość skomplikowany. Czy jesteś w stanie się zgodzić, że interpretacja Samolubnego genu dokonana przez zawodowego biologa, będzie się różnić od interpretacji kogoś, kto nigdy biologii nie studiował? Z interpretacją Biblii jest podobnie.


bembergiem w berg
19-04-2014 02:00 
 Ocena 4 na 4
rafal73 (9720 punktów)
(zablokowany)

>Biblia to gruba i skomplikowana księga. Załóżmy, że Samolubny gen też jest miejscami dość skomplikowany. Czy jesteś w stanie się zgodzić, że interpretacja Samolubnego genu dokonana przez zawodowego biologa, będzie się różnić od interpretacji kogoś, kto nigdy biologii nie studiował? Z interpretacją Biblii jest podobnie.

Mowimy teraz o biblii, ktora jest Prawda Objawiona i nie podlega interpretacji przez szeregowego katolika.

KKK 119 "Zadaniem egzegetów jest pracować według tych zasad nad głębszym zrozumieniem i wyjaśnieniem sensu Pisma świętego, aby dzięki badaniu 94 przygotowawczemu sąd Kościoła nabywał dojrzałości. Albowiem wszystko to, co dotyczy sposobu interpretowania Pisma świętego, podlega ostatecznie sądowi Kościoła, który ma od Boga polecenie i posłannictwo strzeżenia i wyjaśniania słowa Bożego" (Sobór Watykański II, konst. Dei verbum, 12).

Czyli tylko kosciol moze interpretowac biblie. Nie ja i nie Ty.
Dlatego pytam sie kiedy kosciol oglosil, ze biblia to pozycja literacka?
worek kości (2937 punktów)
Czytaj waść ze zrozumieniem. We wklejonym przez ciebie fragmencie nie ma żadnego zakazu swobodnego interpretowania Biblii. To, że KK daje sobie prawo do oceny i wyboru właściwej, z jego punktu widzenia, interpretacji, to coś, czym nie muszą się przejmować ludzie spoza Kościoła.

bembergiem w berg
19-04-2014 03:12 
 Ocena 3 na 3
rafal73 (9720 punktów)
(zablokowany)
>Czytaj waść ze zrozumieniem. We wklejonym przez ciebie fragmencie nie ma żadnego zakazu swobodnego interpretowania Biblii. To, że KK daje sobie prawo do oceny i wyboru właściwej, z jego punktu widzenia, interpretacji, to coś, czym nie muszą się przejmować ludzie spoza Kościoła.

Mowimy o szeregowych katolikach a nie o mnie i o ludziach spoza kosciola. Ja wiem jak interpretowac biblie
Szeregowy katolik nie ma prawa na wlasny punkt widzenia.

Czyli jak wyzej: Podaj mi koscielne zrodlo, ktore mowi, ze biblia to pozycja literacka.
worek kości (2937 punktów)
>Szeregowy katolik nie ma prawa na wlasny punkt widzenia.

Wydaje ci się dziwne, że ktoś, kto chce należeć do jakiejś organizacji, akceptuje jej regulamin i światopogląd? Jak jakiemuś katolikowi nie podoba się katolicyzm, to może być kimś innym. W czym problem?

>Czyli jak wyzej: Podaj mi koscielne zrodlo, ktore mowi, ze biblia to pozycja literacka.

www.kul.pl(*)ialalnosc-naukowa,art_405.html

Np. Katedra Filologii Biblijnej w swoim programie badawczym wykazuje jak analiza filologiczna i literacka wybranych perykop tekstu hebrajskiego ST doprowadza do wymiernych rezultatów na płaszczyźnie teologii tekstu.

Katedra Egzegezy Ksiąg Prorockich ST zajmuje się obecnie badaniem wykorzystania przez pisarzy Nowego Testamentu ksiąg prorockich ST w formie cytatów, aluzji, stosowanych metafor i struktur literackich.

bembergiem w berg
19-04-2014 18:53 
 Ocena 3 na 3
rafal73 (9720 punktów)
(zablokowany)

>www.kul.pl(*)ialalnosc-naukowa,art_405.html
>Np. Katedra Filologii Biblijnej w swoim programie badawczym wykazuje jak analiza filologiczna i literacka wybranych perykop tekstu hebrajskiego ST doprowadza do wymiernych rezultatów na płaszczyźnie teologii tekstu.
>Katedra Egzegezy Ksiąg Prorockich ST zajmuje się obecnie badaniem wykorzystania przez pisarzy Nowego Testamentu ksiąg prorockich ST w formie cytatów, aluzji, stosowanych

To nie jest oficjalna pozycja kosciola. Pokaz mi w katechizmie akapit, w ktorym jasno jest napisane, ze biblia moze byc normalna ksiazka do poczytania w pociagu a nie ksiega podyktowana przez Ducha Swietego, ktora nie ma innej interpretacji niz tej oficjalnej, koscielnej.
worek kości (2937 punktów)
>ktora nie ma innej interpretacji niz tej oficjalnej, koscielnej.

KK uważa, że posiada na własny użytek najlepszą teologiczną wykładnię Biblii. Ty się czepiasz, że szary katolik nie może mieć własnej interpretacji. Czyli uważasz, że dla spójności doktryny jest lepiej, gdy każdy jej wyznawca rozumie ją po swojemu i nie ma nikogo, kto rozstrzygałby ewentualne spory powstałe w jej ramach?

Mamy tutaj dwie sytuacje:
Faktyczna - KK twierdzi, że zna właściwą interpretację Biblii, którą każdy katolik musi przyjąć.
Rafalowa (alternatywny świat) - KK nie twierdzi, że zna właściwą interpretację Biblii i każdy katolik może sobie Biblie interpretować po swojemu.

Czy przy twoim podejściu dałoby się w ogóle mówić o jakiejś oficjalnej doktrynie?

bembergiem w berg
19-04-2014 20:35 
 Ocena 1 na 1
rafal73 (9720 punktów)
(zablokowany)
>>ktora nie ma innej interpretacji niz tej oficjalnej, koscielnej.
>KK uważa, że posiada na własny użytek najlepszą teologiczną wykładnię Biblii. Ty się czepiasz, że szary katolik nie może mieć własnej interpretacji. Czyli uważasz, że dla spójności doktryny jest lepiej, gdy każdy jej wyznawca rozumie ją po swojemu i nie ma nikogo, kto rozstrzygałby ewentualne spory powstałe w jej ramach?
>Mamy tutaj dwie sytuacje:
>Faktyczna - KK twierdzi, że zna właściwą interpretację Biblii, którą każdy katolik musi przyjąć.
>Rafalowa (alternatywny świat) - KK nie twierdzi, że zna właściwą interpretację Biblii i każdy katolik może sobie Biblie interpretować po swojemu.
>Czy przy twoim podejściu dałoby się w ogóle mówić o jakiejś oficjalnej doktrynie?

W poscie #62 napisales:
Cytat:
Myli ci się Bóg, jako postać literacka, z Bogiem - obiektem czci religijnej.


Ja i kosciol twierdzimy, ze dla katolika nie ma czegos takiego jak literacka postac boga. Dla katolika istnieje tylko i wylacznie najprawdziwszy bog.

Ja nie twierdze, ze kk nie zna wlasciwej interpretacji i nie twierdze, ze kazdy katolik moze sobie interpretowac biblie. Wrecz przeciwnie: twierdze, ze katolik nie ma prawa do wlasnej interpretacji.

Chcialem tylko podkreslic, ze w obronie siostry psychopatki nie mozesz boga dzielic na postac literacka i postac religijna. Dla siostry psychopatki bog byl postacia stricte religijna. I to wlasnie ta postac oraz ta religia nauczyly a potem przyzwalaly na znecanie sie nad dziecmi.
worek kości (2937 punktów)
>Ja i kosciol twierdzimy, ze dla katolika nie ma czegos takiego jak literacka postac boga.

Katolik, który zajmuje się analizą języka literackiego w Biblii, traktuje Boga - w ramach swojej dziedziny naukowej - jako postać literacką. Biblia, w zależności od kontekstu, może być traktowana jako źródło Objawienia (teologia) lub jako źródło historyczne (historia).

>Wrecz przeciwnie: twierdze, ze katolik nie ma prawa do wlasnej interpretacji.

A ktoś w ogóle ma prawo, według ciebie, do interpretowania Biblii?

>Chcialem tylko podkreslic, ze w obronie siostry psychopatki nie mozesz boga dzielic na postac literacka i postac religijna.

Nikogo nie bronię, a podział na aspekt literacki i religijny dotyczył tezy, jakoby katolicy uważali Boga za: "bohatera, któremu każda zbrodnia (z ekstremalnym ludobójstwem na czele) uchodzi na sucho, ale jednocześnie lubi wymyślać surowe zakazy dla innych, którzy przy tym śpiewają mu pochwalne piosenki, nazywając wszechdobrym". Literackie i literalne odczytanie ST faktycznie sugeruje taki opis. Religijne odczytanie jest zawarte w doktrynie KK.


bembergiem w berg
19-04-2014 21:11 
 Ocena 4 na 4
rafal73 (9720 punktów)
(zablokowany)

>A ktoś w ogóle ma prawo, według ciebie, do interpretowania Biblii?

Wedlug kk tylko kk ma takie prawo. Wszystkie inne interpretacje sa heretyckie i w przeszlosci byly surowo karane (nawet torturami i smiercia).
Dzis kk nie moze torturowac i palic wierc macha §196.

>Nikogo nie bronię, a podział na aspekt literacki i religijny dotyczył tezy, jakoby katolicy uważali Boga za: "bohatera, któremu każda zbrodnia (z ekstremalnym ludobójstwem na czele) uchodzi na sucho, ale jednocześnie lubi wymyślać surowe zakazy dla innych, którzy przy tym śpiewają mu pochwalne piosenki, nazywając wszechdobrym". Literackie i literalne odczytanie ST faktycznie sugeruje taki opis. Religijne odczytanie jest zawarte w doktrynie KK.

Gdyby bog byl postacia literacka to moglbym bezkarnie powiedziec, ze jest s*******nem bo kazal na przyklad mordowac cale ludy, lub ze byl psychopata bo kazal Abrahamowi zabic wlasnego syna.
Jak dobrze wiesz nie moge tak powiedziec, bo kazdy dobry katolik z kk na czele pozwie mnie z mocy §196 za obrazenie uczuc religijnych (a nie literackich). Beda krzyczeli, ze obrazilem ich naprawde istniejacego boga a nie fikcyjna postac literacka.
19-04-2014 21:23 
 Ocena-1 na 1
worek kości (2937 punktów)
>Wedlug kk tylko kk ma takie prawo.

No to już wiemy. A według ciebie?

>Beda krzyczeli, ze obrazilem

Zapewniam cię, że czytając twoje wypociny raczej postukają się w czoło.

bembergiem w berg
19-04-2014 21:35 
 Ocena 3 na 3
rafal73 (9720 punktów)
(zablokowany)
>>Wedlug kk tylko kk ma takie prawo.
>No to już wiemy. A według ciebie?

A co ja mam z tym wspolnego? Rozmawiamy o katolikach a nie o mnie. ROzmawiamy o tym, ze dla katolika bog to nie postac literacka.

Ja nie musze miec prawa do czegokolwiek co katolicy i kk sobie wydumali. Nie musze pytac sie kk o prawo do czytania biblii, tak samo jak nie musze sie pytac o prawo do interpretacji spisanych tam idiotyzmow.

Wedlug mnie zestaw slow "miec prawo" "biblia" i "interpretacja" jest nieistniejacym problemem. Nie ma nikogo ani niczego na tym swiecie co by moglo mi dac/zabronic prawa interpretacji jakiejkolwiek ksiazki

W tym watku chodzi o katolikow i siostre psychopatke. To oni nie maja prawa. Prawo ma tylko i wylacznie kk i wyraznie mowi, ze tylko on moze wlasciwie interpretowac slowa swojego szefa.

>>Beda krzyczeli, ze obrazilem
>Zapewniam cię, że czytając twoje wypociny raczej postukają się w czoło.

Co nie przeszkodzi im w zaskarzeniu mnie do swieckiego sadu, ze obrazilem ich istniejacego boga a nie fikcyjnego bohatera ksiazki przygodowej.
worek kości (2937 punktów)
>kk wyraznie mowi, ze tylko on moze wlasciwie interpretowac slowa swojego szefa.

Co w tym dziwnego? PSR ma swój oficjalny status. Gdyby każdy członek PSR mógł sobie dowolnie interpretować cele tej organizacji, to status byłby zupełnie niepotrzebnym dokumentem. Nie rozumiem problemu.

bembergiem w berg
19-04-2014 21:47 
 Ocena 2 na 2
rafal73 (9720 punktów)
(zablokowany)
>>kk wyraznie mowi, ze tylko on moze wlasciwie interpretowac slowa swojego szefa.
>Co w tym dziwnego? PSR ma swój oficjalny status. Gdyby każdy członek PSR mógł sobie dowolnie interpretować cele tej organizacji, to status byłby zupełnie niepotrzebnym dokumentem. Nie rozumiem problemu.

Ale zaden czlonek PSR nie twierdzi, ze statuty zwiazku sa literackimi wypocinami.
Zaden czlonek PSR nie twiedzi, ze statuty sa jednym razem wiazacym dokumentem a innym razem literacka fikcja.
worek kości (2937 punktów)
>zaden czlonek PSR nie twierdzi, ze statuty zwiazku sa literackimi wypocinami.

Bo może język statusu nie ma specjalnych walorów literackich, ale jakby się ktoś uparł, to mógłby przecież przeprowadzić taką literacką analizę.

>Zaden czlonek PSR nie twiedzi, ze statuty sa jednym razem wiazacym dokumentem a innym razem literacka fikcja.

Spór dotyczył problemu dowolnej interpretacji. Zarzucasz katolikom, że nie mogą dowolnie interpretować Biblii, tylko muszą się trzymać wykładni KK. Członkowie PSR także nie mogą dowolnie interpretować statusu PSR, tylko muszą się trzymać wykładni Zarządu.


bembergiem w berg
19-04-2014 22:02 
 Ocena 4 na 4
rafal73 (9720 punktów)
(zablokowany)

>Spór dotyczył problemu dowolnej interpretacji. Zarzucasz katolikom, że nie mogą dowolnie interpretować Biblii, tylko muszą się trzymać wykładni KK. Członkowie PSR także nie mogą dowolnie interpretować statusu PSR, tylko muszą się trzymać wykładni Zarządu.

Jeszcze raz (ostatni):

Nie zarzucam katolikom, ze nie moga dowolnie interpretowac biblii.
To ty starasz sie wlozyc takie slowa w moje Usta.

Ja zarzucam jedynie Tobie, ze bluznisz twierdzac, ze bog to postac literacka.
Ja zauwazylem, ze dla katolika nie ma czegos takiego jak literacki bog.

To Ty manipulujesz jak zwykle wypowiedziami i najzwyklej klamiesz

Zreszta co Ci biedaku zostalo? Nic
Tylko erystyka mozesz troszeczke sie z tego katolickiego bagna wyciagnac
19-04-2014 22:17 
 Ocena-1 na 1
worek kości (2937 punktów)
>dla katolika nie ma czegos takiego jak literacki bog.

Dla katolika, który jako naukowiec zajmuje się literaturoznawstwem, Bóg może być traktowany jak postać literacka.

Na przyszłość, przydatne rozróżnienie:

Przedmiot materialny - to, co jest dane do zbadania.
Przedmiot formalny - to, pod jakim kątem badamy to, co jest dane do zbadania.

Ten sam przedmiot materialny - np. Bóg - może być badany z różnych punktów widzenia: teologicznego, literackiego, moralnego itd. Katolik może wierzyć w doktrynę KK i traktować Boga, jako Stwórcę i autora Objawienia (przedmiot materialny), ale może się zająć przedstawieniem Boga w tekstach biblijnych z punktu widzenia np. opisów literackich (przedmiot formalny). To podstawy metodologii nauk. Pozdrawiam.

bembergiem w berg
21-04-2014 02:07 
 Ocena 3 na 3
pawel_wr (4297 punktów)

>Spór dotyczył problemu dowolnej interpretacji. Zarzucasz katolikom, że nie mogą dowolnie interpretować Biblii, tylko muszą się trzymać wykładni KK. Członkowie PSR także nie mogą dowolnie interpretować statusu PSR, tylko muszą się trzymać wykładni Zarządu.

Zręczna antylogiczna manipulacja interpretacyjna.
Członkowie PSR mogą : i zmienić zarząd , i SAMODZIELNIE napisać statut.

W KK następuje samopowielanie się zarządu , a statut //Biblia)
jest niezmienny.

Pogrążony w wierze odrzuca rozum.
worek kości (2937 punktów)
>W KK następuje samopowielanie się zarządu

Jedni odchodzą (wymierają), inni przychodzą. Proces ten sam, ale powolniejszy.

>a statut //Biblia) jest niezmienny.

Statutem jest doktryna, a ta także się z czasem zmienia.

bembergiem w berg
20-04-2014 07:38 
 Ocena 6 na 6
Fizyk (17637 punktów)
> KK uważa, że posiada na własny użytek najlepszą teologiczną wykładnię Biblii.

Dobrze to ująłeś: na własny użytek.
19-04-2014 14:36 
 Ocena 1 na 1
Andrzej Bogusławski (52265 punktów)
.
>Czytaj waść ze zrozumieniem.
www.racjon(*).php/z,0/d,20/s,515897#w526972

rafal73:
Mówimy teraz o biblii, która jest Prawdą Objawioną i nie podlega interpretacji przez szeregowego katolika.

KKK 119 "Zadaniem egzegetów jest pracować według tych zasad nad głębszym zrozumieniem i wyjaśnieniem sensu Pisma świętego, aby dzięki badaniu 94 przygotowawczemu sąd Kościoła nabywał dojrzałości. Albowiem wszystko to, co dotyczy sposobu interpretowania Pisma świętego, podlega ostatecznie sądowi Kościoła, który ma od Boga polecenie i posłannictwo strzeżenia i wyjaśniania słowa Bożego" (Sobór Watykański II, konst. Dei verbum, 12).

Czyli tylko Kościół może interpretować Biblię. Nie ja i nie Ty.
Dlatego pytam się kiedy Kościół ogłosił, że Biblia to pozycja literacka?

> We wklejonym przez ciebie fragmencie nie ma żadnego zakazu swobodnego interpretowania Biblii.
A czy o to pan Rafał zapytał? O współczesny zakaz interpretacji Biblii przez innowierców? A czy mógłby Kościół taki zakaz wydać i zastosować wobec łamiących go odpowiednie do Kościelnej sprawiedliwości sankcje?
www.racjon(*)m.php/z,0/d,3/s,528137#w528564
www.racjon(*)m.php/z,0/d,3/s,528137#w528937

>To, że KK daje sobie prawo do oceny i wyboru właściwej, z jego punktu widzenia, interpretacji, to coś, czym nie muszą się przejmować ludzie spoza Kościoła.
I nie przejmują się - piszą to co im wiedza, często głęboka - wskazuje.
Na naszym forum doskonale to czyni pan Andrzej.51

Miłego dnia.

@@@
.
19-04-2014 11:04 
 Ocena 2 na 2
hamp (3461 punktów)
>>Historia uczy, że wyznawcy tego indywiduum
>Myli ci się Bóg, jako postać literacka, z Bogiem - obiektem czci religijnej.
Czyli Biblia nie przedstawia Boga? No popatrz, trzeba wyrzucić tę księgę do kosza, albo najlepiej spalić, bo jest heretycka!
worek kości (2937 punktów)
>>>Historia uczy, że wyznawcy tego indywiduum
>>Myli ci się Bóg, jako postać literacka, z Bogiem - obiektem czci religijnej.
>Czyli Biblia nie przedstawia Boga?

Ciężko przyjąć do wiadomości, że teolog, językoznawca czy krytyk literacki mogą do tego samego tekstu podejść z różnych punktów widzenia i w punkcie wejścia przyjmować różne założenia?

bembergiem w berg
19-04-2014 17:21 
 Ocena 3 na 3
Sygnał (4252 punktów)
>Ciężko przyjąć do wiadomości, że teolog, językoznawca czy krytyk literacki mogą do tego samego tekstu podejść z różnych punktów widzenia i w punkcie wejścia przyjmować różne założenia?

Trudno, jeśli tylko jedna interpretacja jest objawiona, co czyni pozostałe błędnymi, nieprawdaż ?
worek kości (2937 punktów)
>Trudno, jeśli tylko jedna interpretacja jest objawiona, co czyni pozostałe błędnymi, nieprawdaż ?

Mhm. Weźmy opowieść O synu marnotrawnym i sprawdźmy te odmienne interpretacje:

Teolog: opowieść o synu marnotrawnym mówi nam o tym, że Bóg wybacza.

Językoznawca: tekst zawierający historię o synu marnotrawnym oryginalnie napisany był w języku hebrajskim lub aramejskim, a następnie został przetłumaczony na grecki.

Krytyk literacki: styl opowieści o synu marnotrawnym wyróżnia się wielkim pięknem i elegancją.

Powtórzę: czy naprawdę tak ciężko jest przyjąć do wiadomości, że teolog, językoznawca czy krytyk literacki mogą do tego samego tekstu podejść z różnych punktów widzenia i w punkcie wejścia przyjmować różne założenia? I że ich interpretacje wcale się nie wykluczają, ponieważ dotyczą innego aspektu interpretowanego tekstu?

Ech, przecież to podstawy pracy z tekstem. Ile ty masz lat?

bembergiem w berg
19-04-2014 17:55 
 Ocena 4 na 4
Sygnał (4252 punktów)
>Mhm. Weźmy opowieść O synu marnotrawnym i sprawdźmy te odmienne interpretacje:

Weźmy sobie informację o autorze. Jahwe, bóstwo żydów i chrześcijan. Tak więc:

>Teolog: opowieść o synu marnotrawnym mówi nam o tym, że Bóg wybacza.

Jako badacz Boga, jego interpretacja jest prawdziwa.

>Językoznawca: tekst zawierający historię o synu marnotrawnym oryginalnie napisany był w języku hebrajskim lub aramejskim, a następnie został przetłumaczony na grecki.

Nie jest to interpretacja.

>Krytyk literacki: styl opowieści o synu marnotrawnym wyróżnia się wielkim pięknem i elegancją.

Nie jest to interpretacja.

>Powtórzę: czy naprawdę tak ciężko jest przyjąć do wiadomości, że teolog, językoznawca czy krytyk literacki mogą do tego samego tekstu podejść z różnych punktów widzenia i w punkcie wejścia przyjmować różne założenia? I że ich interpretacje wcale się nie wykluczają, ponieważ dotyczą innego aspektu interpretowanego tekstu?

Mogą, ale wciąż prawdziwa (bo wypowiedziana przez Boga) będzie wersja teologa i ta lansowana przez kościół. Co z tego, że jakakolwiek inna interpretacja jest możliwa, skoro objawiona jest tylko ta od teologa? Biblia w końcu po to miała być napisana.
worek kości (2937 punktów)
>Nie jest to interpretacja.
>Nie jest to interpretacja.

A co?

Za wikipedią:
Cytat:

Najważniejsze konteksty interpretacyjne:
biograficzny - czynniki związane z życiem autora, które wpłynęły na dane dzieło,
historyczny - wydarzenia historyczne stanowiące tło utworu,
historyczno-literacki - odwołuje się do rozwoju cech pewnego typu utworów, prądów literackich i stylów w literaturze,
teoretyczno-literacki - przyporządkowanie utworów do istniejących gatunków literackich, do konkretnej odmiany gatunkowej, nazwanie cech typowych dla tego gatunku i przypisanie utworu do określonego prądu literackiego lub konwencji,
filozoficzny - włączenie utworu do panujących w danym czasie poglądów filozoficznych, ewentualnie religijnych bądź określonej ideologii,
społeczny - odzwierciedla stosunki społeczne, obyczajowość epoki w której powstał utwór,
literacki - związek interpretowanego dzieła z innymi utworami literackimi tego samego lub innych autorów,
artystyczny - odzwierciedla związek dzieła z innymi dziedzinami sztuki, np. malarstwem, architekturą, rzeźbą, muzyką.

pl.wikiped(*)aliza_dzieła_literackiego

>wciąż prawdziwa (bo wypowiedziana przez Boga) będzie wersja teologa

Załóżmy, że ktoś gra na skrzypcach.
Fizyk mówi: fale dźwięku mają długość X (załóżmy, że to poprawna liczba).
Krytyk muzyczny: Artysta fałszuje (załóżmy, że to poprawna ocena).

Kto ma rację - fizyk, czy krytyk muzyczny? I czy spór o to, który z nich ma rację, ma twoim zdaniem w ogóle sens? A jeśli nie ma sensu, to czemu?

bembergiem w berg
19-04-2014 20:53 
 Ocena 1 na 1
Sygnał (4252 punktów)
>Załóżmy, że ktoś gra na skrzypcach.
>Fizyk mówi: fale dźwięku mają długość X (załóżmy, że to poprawna liczba).
>Krytyk muzyczny: Artysta fałszuje (załóżmy, że to poprawna ocena).
>Kto ma rację - fizyk, czy krytyk muzyczny? I czy spór o to, który z nich ma rację, ma twoim zdaniem w ogóle sens? A jeśli nie ma sensu, to czemu?

A która z interpretacji jest natchniona przez bóstwo? Słowo daje, tu nie chodzi o niemożność interpretacji, tylko przeświadczenie o objawionym (przez bóstwo) charekterze jednej z nich.
worek kości (2937 punktów)
>A która z interpretacji jest natchniona przez bóstwo?

Nie wiem, o czym teraz mówisz - teolog nie twierdzi, że dokonuje interpretacji, będąc natchnionym przez bóstwo.

bembergiem w berg
19-04-2014 21:13 
 Ocena 2 na 2
Sygnał (4252 punktów)
>Nie wiem, o czym teraz mówisz - teolog nie twierdzi, że dokonuje interpretacji, będąc natchnionym przez bóstwo.

No ale przecież odgórna wykładnia, pochodząca od papieża, a więc głowy kościoła, powołanej za wstawiennictwem ducha świętego ostatecznie jest tą najlepszą teologiczną, jaką uznaje kościół. Tym samym teolog JEST natchniony przez bóstwo, jego interpretacja pochodząca wprost od (rzekomego) autora książki.

Tym samym wszelkie próby patrzenia na biblię jako cokolwiek innego (dla katolika przynajmniej) powinny być nie istotne, gdyż nie są w stanie uchwycić głównego celu tego dzieła.

Z tego między innymi powodu, teologia jest kompletnie bezużyteczna.
worek kości (2937 punktów)
>Tym samym wszelkie próby patrzenia na biblię jako cokolwiek innego (dla katolika przynajmniej) powinny być nie istotne

A rzeczywistość pokazuje, że na wydziałach teologicznych bada się Biblię ze wszystkich możliwych punktów widzenia. Czyli jednak dla katolików każdy aspekt jest istoty. Ty twierdzisz, że nie powinno tak być, że tylko jeden aspekt się liczy. Czyli albo ludzie, którzy poświęcili życia na studia biblijne w rzeczywistości nie wiedzą, co robią, albo ty nie masz pojęcia o czym mówisz. No i cóż.

bembergiem w berg
19-04-2014 21:41 
 Ocena 2 na 2
rafal73 (9720 punktów)
(zablokowany)
>>Tym samym wszelkie próby patrzenia na biblię jako cokolwiek innego (dla katolika przynajmniej) powinny być nie istotne
>A rzeczywistość pokazuje, że na wydziałach teologicznych bada się Biblię ze wszystkich możliwych punktów widzenia. Czyli jednak dla katolików każdy aspekt jest istoty. Ty twierdzisz, że nie powinno tak być, że tylko jeden aspekt się liczy. Czyli albo ludzie, którzy poświęcili życia na studia biblijne w rzeczywistości nie wiedzą, co robią, albo ty nie masz pojęcia o czym mówisz. No i cóż.

KK dzis nie moze tak jak by chial wiec musi pozwolic na nieco wiecej niz jeszcze 200 lat temu.
To, ze nie pali na stosie kazdego, kto odwazy sie miec inne zdanie nie znaczy, ze te inne zdanie jest tolerowane.
Ksiadz Lemanski tez mial swoja interpretacje katolicyzmu. I za te interpretacje zostal usuniety i uciszony.

Ja wie, ze katolicy to mistrzowie relatywizmu i arcymistrzowie jednego mowienia a drugiego robienia. Ale rzeczywistosc i codzienne zycie pokazuje i weryfikuje ten wlasnie katolicki relatywizm i hipokryzje.

To, ze na teologii troche sobie popieprza o religii i bogu nie znaczy, ze kk odda monopol na prawo do interpretacji boskiego objawienia
worek kości (2937 punktów)
>To, ze nie pali na stosie kazdego, kto odwazy sie miec inne zdanie nie znaczy, ze te inne zdanie jest tolerowane.
>Ale rzeczywistosc i codzienne zycie pokazuje i weryfikuje ten wlasnie katolicki relatywizm

Jeśli ktoś uznaje, że istnieje obiektywna prawda, to jest absolutystą, a nie relatywistą. Znaj pojęcia, których używasz.

bembergiem w berg
19-04-2014 21:56 
 Ocena 3 na 3
rafal73 (9720 punktów)
(zablokowany)
>>To, ze nie pali na stosie kazdego, kto odwazy sie miec inne zdanie nie znaczy, ze te inne zdanie jest tolerowane.
>>Ale rzeczywistosc i codzienne zycie pokazuje i weryfikuje ten wlasnie katolicki relatywizm
>Jeśli ktoś uznaje, że istnieje obiektywna prawda, to jest absolutystą, a nie relatywistą. Znaj pojęcia, których używasz.

Nie obiektywna ino katolicka. Nie ma nic obiektywnego w stwoerdzeniu, ze tylko ja i wylacznie ja mam racje.

Poza tym piszac o katolickim relatywiznie mialem na mysli ich relatywizm moralny - jak katolik robic tak czy tak to dobrze a jak ktos inny katolikowi robic tak samo to zle.
19-04-2014 22:07 
 Ocena-1 na 1
worek kości (2937 punktów)
>jak katolik robic tak czy tak to dobrze a jak ktos inny katolikowi robic tak samo to zle.

Jakiś przykład? Bo z tego, co wiem, to w katolicyzmie jest raczej dość popularne tzw. przykazanie miłości, żeby kochać bliźniego, jak siebie samego.


bembergiem w berg
19-04-2014 22:12 
 Ocena 4 na 4
rafal73 (9720 punktów)
(zablokowany)
>>jak katolik robic tak czy tak to dobrze a jak ktos inny katolikowi robic tak samo to zle.
>Jakiś przykład? Bo z tego, co wiem, to w katolicyzmie jest raczej dość popularne tzw. przykazanie miłości, żeby kochać bliźniego, jak siebie samego.

Wiem, ze jest takie przykazanie. I dlatego siostra psychopatka znecala sie nad dziecmi i pozwalala je gwalcic. Bo tak je kochala jak siebie sama.

I dlatego teraz sie ukrywa( bo jak znecala sie nad dziecmi to byc dobrze a jak teraz ma isc do wiezienia to byc zle) ==> relytywizm katolicki (przykazanie to jedno a czyny katolika to drugie)
worek kości (2937 punktów)
>relytywizm katolicki (przykazanie to jedno a czyny katolika to drugie)

Innymi słowy dla ciebie relatywizmem jest sytuacja, gdy teoria nie pokrywa się z praktyką. No i cóż.

bembergiem w berg
19-04-2014 22:06 
 Ocena 4 na 4
Sygnał (4252 punktów)

>A rzeczywistość pokazuje, że na wydziałach teologicznych bada się Biblię ze wszystkich możliwych punktów widzenia.

Teologia jest pseudonauką, także to żaden argument.

>Czyli jednak dla katolików każdy aspekt jest istoty. Ty twierdzisz, że nie powinno tak być, że tylko jeden aspekt się liczy. Czyli albo ludzie, którzy poświęcili życia na studia biblijne w rzeczywistości nie wiedzą, co robią, albo ty nie masz pojęcia o czym mówisz. No i cóż.

Mówię jedynie, że Biblia jako instrukcja od stwórcy jak być dobrym powinna być przede wszystkim jako taka interpretowana, przy założeniu, oczywiście, że tą instrukcją jest. Biorąc pod uwagę, że istnieją teologiczne interpretację od papiestwa (a więc natchnione przez Boga, autora instrukcji) pozostałe są próbą błędnej, bądź nie potrzebnej w ogólnym zamyśle autora interpretacji. Jak już mówiłem, to dowodzi tylko bezsensu teologii i idei objawionych tekstów.
worek kości (2937 punktów)
>>A rzeczywistość pokazuje, że na wydziałach teologicznych bada się Biblię ze wszystkich możliwych punktów widzenia.
>Teologia jest pseudonauką, także to żaden argument.

Czyli dla ciebie sytuacja, w której katolicy interpretują Biblię z różnych punktów widzenia, nie jest żadnym argumentem przeciwko twierdzeniu, że katolik zajmuje się tylko jednym punktem widzenia. No naprawdę

>Mówię jedynie, że Biblia jako instrukcja od stwórcy jak być dobrym powinna być przede wszystkim jako taka interpretowana

A można ją traktować jako np. źródło informacji o starożytnej kulturze żydowskiej?

>Biorąc pod uwagę, że istnieją teologiczne interpretację od papiestwa (a więc natchnione przez Boga, autora instrukcji) pozostałe są próbą błędnej, bądź nie potrzebnej w ogólnym zamyśle autora interpretacji.

To które interpretacje są właściwe, a które błędne, bo już się pogubiłem?


bembergiem w berg
19-04-2014 22:45 
 Ocena 2 na 2
Sygnał (4252 punktów)
>Czyli dla ciebie sytuacja, w której katolicy interpretują Biblię z różnych punktów widzenia, nie jest żadnym argumentem przeciwko twierdzeniu, że katolik zajmuje się tylko jednym punktem widzenia. No naprawdę

To, w jaki sposób się tym zajmują (czyli faktyczna interpretacja) nijak się ma do schematu, w jakim scenariusz ten powinien być rozwiązany.
1) Autor (Bóg) piszę instrukcję.
2) Czytelnik (teolog) instrukcję czyta i wyłapuje główny sens instrukcji.
W przypadku instrukcji nie oczekuje się od czytelnika rozważań na temat pięknej okładki, tylko proste przyswojenie sobie tego, co ta instrukcja opisuje.

Moje zarzuty dotyczą tego, że to żadna instrukcja, a teologowie jedynie mają urojenia.

>A można ją traktować jako np. źródło informacji o starożytnej kulturze żydowskiej?

Nie będzie to wtedy interpretacja teologiczna. Z racji jej nieobjawionego charakteru ta interpretacja jest więc podrzędna.

>To które interpretacje są właściwe, a które błędne, bo już się pogubiłem?

Przyjmując założenie o objawionym charakterze tej księgi i katolicką logikę, to prawidłowa jest zgodna z doktryną. Wszystkie pozostałe są zwyczajnie w stosunku do niej wtórne.
20-04-2014 00:00 
 0 na 2
worek kości (2937 punktów)
>W przypadku instrukcji nie oczekuje się od czytelnika rozważań na temat pięknej okładki, tylko proste przyswojenie sobie tego, co ta instrukcja opisuje.

Ale jeśli ktoś instrukcje oblekł w piękną okładkę, to pewnie miał ku temu jakiś powód (i ten powód można zbadać).

>Moje zarzuty dotyczą tego, że to żadna instrukcja, a teologowie jedynie mają urojenia.

Biblia nie istnieje?

W teologii już na starcie zakłada się, że Biblia jest tekstem objawionym. To dość mocne założenie, ale tak już jest - tego się nie udowadnia, to się przyjmuje na początku. Następnie - przyjąwszy takie założenie - bada się treść objawienia. Teolodzy więc nie doznają objawień, tylko badają tekst, o którym z góry zakładają, że został przez Boga objawiony.

Na mniejszą skalę to samo dzieje się np. w fizyce lub biologii. W fizyce zakłada się, że mamy bezpośredni dostęp do świata. Nie udowadnia się istnienia świata, tylko zakłada, że to, jak on nam się jawi, jest prawdziwe, że nie jesteśmy w matriksie, że to nie jest żadna iluzja. Tylko przyjmując - bez dowodu - założenie o obiektywnym istnieniu świata i naszej poznawczej dostępności do jego struktur, możliwa jest w ogóle nauka. W podobny sposób w teologii zakłada się, że Biblia jest tekstem objawionym.

>>A można ją traktować jako np. źródło informacji o starożytnej kulturze żydowskiej?
>Nie będzie to wtedy interpretacja teologiczna.

Bo będzie to interpretacja kulturoznawcza.

>Z racji jej nieobjawionego charakteru ta interpretacja jest więc podrzędna.

Nie rozumiem określenia "nieobjawiony charakter interpretacji".

>>To które interpretacje są właściwe, a które błędne, bo już się pogubiłem?
>Przyjmując założenie o objawionym charakterze tej księgi i katolicką logikę, to prawidłowa jest zgodna z doktryną.

Z punktu widzenia KK, właściwą interpretacją Biblii, jest interpretacja zawarta w doktrynie KK. To dość banalne.

>Wszystkie pozostałe są zwyczajnie w stosunku do niej wtórne.

Z punktu widzenia KK analizy lingwistyczne lub historyczne Biblii nie są wtórne, tylko pomocnicze. Służą one lepszemu odczytaniu treści Objawienia. Ale jak próbuję tutaj ludziom tłumaczyć - i jestem zaszokowany, że zrozumienie tego idzie tak opornie - Biblię można interpretować z różnych punktów widzenia, nie tylko z punktu widzenia teologii, ale także historii, lingwistyki czy filozofii.

Wszystko zależy od tego, jaki przyświeca nam cel. Jeśli ktoś chce się dowiedzieć, jakie boskie przesłanie wyłania się z Biblii, zajmie się teologią. Jeśli ktoś chce wiedzieć, jakim stylem posługiwali się autorzy ewangelii, zajmie się lingwistyką. Jeśli ktoś chce wiedzieć, jaki obraz świata wyłania się z treści biblijnych, zajmie się filozofią. Jeśli ktoś chce wiedzieć, jakie nakazy moralne zawarte są w Biblii, zajmie się etologią. Co tutaj jest niejasne?

bembergiem w berg
20-04-2014 00:26 
 Ocena 5 na 5
Sygnał (4252 punktów)

>Biblia nie istnieje?
>W teologii już na starcie zakłada się, że Biblia jest tekstem objawionym.

Jest to niesamowicie naciągane założenie.

>To dość mocne założenie, ale tak już jest - tego się nie udowadnia, to się przyjmuje na początku. Następnie - przyjąwszy takie założenie - bada się treść objawienia.
>Teolodzy więc nie doznają objawień, tylko badają tekst, o którym z góry zakładają, że został przez Boga objawiony.

W jaki sposób można badać objawienia?

>Teolodzy więc nie doznają objawień, tylko badają tekst, o którym z góry zakładają, że został przez Boga objawiony.

Skoro teolodzy nie dostają objawień, to ich interpretacja Biblii może być zwyczajnie błędna. Jak więc działa to w połączeniu z dogmatem o nieomylności papieża? Jeśli jest on w kwestii objawienia (a więc doktryny) nieomylny, a doktrynę zmienia w pewnych punktach, to albo jest heretykiem, albo jednak objawień doznaje. Które z powyższych ?

>Na mniejszą skalę to samo dzieje się np. w fizyce lub biologii. W fizyce zakłada się, że mamy bezpośredni dostęp do świata.

To założenie czyni dokładnie każda dziedzina.

>W podobny sposób w teologii zakłada się, że Biblia jest tekstem objawionym.

Założenie jest to kompletnie zbyteczne w pełnym rozrachunku. Teologia nie posiada własnych narzędzi do badania czegokolwiek. Jest więc jest więc niczym innym jak zbędną nadbudową nad czystą filozofię.

>Bo będzie to interpretacja kulturoznawcza.

Po co w takim razie ta wiedza teologom od objawień?

>Nie rozumiem określenia "nieobjawiony charakter interpretacji".

>Biblię można interpretować z różnych punktów widzenia, nie tylko z punktu widzenia teologii,

Jej główny cel (dla wierzących)

>ale także historii,

Analizy archeologiczne wskazują, że książka historyczna z Biblii kiepska.

>lingwistyki

Jak dowolne dzieło.
20-04-2014 01:07 
 Ocena 1 na 1
worek kości (2937 punktów)
>>W teologii już na starcie zakłada się, że Biblia jest tekstem objawionym.
>Jest to niesamowicie naciągane założenie.

Czemu naciągane?

>W jaki sposób można badać objawienia?

Dysponując treścią objawienia - tekstem biblijnym - i korzystając z narzędzi filozoficznych i filologicznych - odczytuje się zawarte w tej treści znaczenie.

>>Teolodzy więc nie doznają objawień, tylko badają tekst, o którym z góry zakładają, że został przez Boga objawiony.
>Skoro teolodzy nie dostają objawień, to ich interpretacja Biblii może być zwyczajnie błędna. Jak więc działa to w połączeniu z dogmatem o nieomylności papieża?

Dlatego papież rzadko korzysta z tego przywileju (dwa razy się to zdarzyło - przy okazji dogmatu o niepokalanym poczęciu Maryi oraz dogmatu o jej wniebowzięciu).

>Jeśli jest on w kwestii objawienia (a więc doktryny) nieomylny, a doktrynę zmienia w pewnych punktach, to albo jest heretykiem, albo jednak objawień doznaje. Które z powyższych ?

Żadne. Papieże starają się niczego ex cathedra po prostu nie ogłaszać - mają świadomość, że doktryna - w świetle przyszłych badań - może ulec zmianie.

>>Na mniejszą skalę to samo dzieje się np. w fizyce lub biologii. W fizyce zakłada się, że mamy bezpośredni dostęp do świata.
>To założenie czyni dokładnie każda dziedzina.

Czyli każda dziedzina musi na początku przyjąć coś bez dowodu, aby móc funkcjonować. Teologia, aby móc funkcjonować, musi przyjąć bez dowodu, że Biblia jest tekstem objawionym.

>>W podobny sposób w teologii zakłada się, że Biblia jest tekstem objawionym.
>Założenie jest to kompletnie zbyteczne w pełnym rozrachunku.

Dla teologii jest to założenie całkowicie podstawowe.

>Teologia nie posiada własnych narzędzi do badania czegokolwiek. Jest więc jest więc niczym innym jak zbędną nadbudową nad czystą filozofię.

Teologia jest jedną z pierwszych dyscyplin uniwersyteckich - pojawiła się na uczelni z pół tysiąca lat przed fizyką czy biologią, więc uwierz, że posiada ona swoją metodologię.

>>Bo będzie to interpretacja kulturoznawcza.
>Po co w takim razie ta wiedza teologom od objawień?

Aby zrozumieć treść biblijnych objawień, warto wiedzieć, kto te objawienia spisał, w jakim kontekście historycznym żył, co mogło mieć wpływ na jego percepcję.

>>Nie rozumiem określenia "nieobjawiony charakter interpretacji".

Wciąż tego określenia nie rozumiem.

>Analizy archeologiczne wskazują, że książka historyczna z Biblii kiepska.

Wskaż, proszę, jakieś opracowanie tego zagadnienia - historyczności Biblii - to przekonamy się, czy Biblia jest dla historyków tak bezwartościowa, jak twierdzisz.


bembergiem w berg
20-04-2014 12:19 
 Ocena 3 na 3
Sygnał (4252 punktów)
>Czemu naciągane?

Niedodefiniowane bóstwo, które to objawia.

>Dysponując treścią objawienia - tekstem biblijnym - i korzystając z narzędzi filozoficznych i filologicznych - odczytuje się zawarte w tej treści znaczenie.

Czyli w jaki sposób jest to różne od czystej filozofii?

>Dlatego papież rzadko korzysta z tego przywileju (dwa razy się to zdarzyło - przy okazji dogmatu o niepokalanym poczęciu Maryi oraz dogmatu o jej wniebowzięciu).

To nie odpowiada na pytanie jak to było w tych dwóch przypadkach.

>Żadne. Papieże starają się niczego ex cathedra po prostu nie ogłaszać - mają świadomość, że doktryna - w świetle przyszłych badań - może ulec zmianie.

Badań- czyli dalszych interpretacji, a więc dalszych efektów objawienia.

>Czyli każda dziedzina musi na początku przyjąć coś bez dowodu, aby móc funkcjonować. Teologia, aby móc funkcjonować, musi przyjąć bez dowodu, że Biblia jest tekstem objawionym.

Ale nadmiarowość przyjętych na początku założeń czyni z niej dziedzinę conajmniej bezużyteczną.

>Dla teologii jest to założenie całkowicie podstawowe.

Patrz punkt wyżej.

>Teologia jest jedną z pierwszych dyscyplin uniwersyteckich - pojawiła się na uczelni z pół tysiąca lat przed fizyką czy biologią, więc uwierz, że posiada ona swoją metodologię.

I to bodaj jedyny powód, dla którego ta dziedzina jest jeszcze uznawana za coś więcej niż urojenie. I przypomnij: jaką metodologię?
20-04-2014 12:49 
 Ocena-1 na 1
worek kości (2937 punktów)
>>Czemu naciągane?
>Niedodefiniowane bóstwo, które to objawia.

Jak nie?
www.ptta.pl/pef/pdf/b/bog.pdf

>Czyli w jaki sposób jest to różne od czystej filozofii?

Filozofia uzasadnia swoje twierdzenia wyłącznie rozumowo, a teologia odwołuje się do Objawienia.

>>Dlatego papież rzadko korzysta z tego przywileju (dwa razy się to zdarzyło - przy okazji dogmatu o niepokalanym poczęciu Maryi oraz dogmatu o jej wniebowzięciu).
>To nie odpowiada na pytanie jak to było w tych dwóch przypadkach.

W tych dwóch przypadkach papież powołał się na swoją nieomylność. Ale to nie było widzimisię papieża. Jak donosi wikipedia: "Do ogłoszenia dogmatu (o niepokalanym poczęciu) doszło w XIX w. Papież Pius IX w encyklice Ubi primum (2 II 1849 r.) poprosił biskupów całego Kościoła o pisemną opinię. Otrzymał 604 odpowiedzi. Jedynie czterech bądź pięciu biskupów nie widziało możliwości ogłoszenia dogmatu".

Czyli większość teologów - znawców Biblii, Tradycji i pism Ojców Kościoła - była w tej sprawie jednomyślna. Prośba papieża o ich opinię świadczy o tym, że nie powoływał się on na własne objawienia, tylko korzystał z pracy ekspertów.

>>Żadne. Papieże starają się niczego ex cathedra po prostu nie ogłaszać - mają świadomość, że doktryna - w świetle przyszłych badań - może ulec zmianie.
>Badań- czyli dalszych interpretacji, a więc dalszych efektów objawienia.

Nie wiem, co masz na myśli, mówiąc o efektach objawienia, ale przykład z ogłoszeniem dogmatu o niepokalanym poczęciu, mniej więcej daje obraz tego, jak w KK wygląda kształtowanie doktryny. Setki teologów z całego świata studiują Biblię i pisma Ojców Kościoła i w dyskusji uzgadniają wspólne stanowisko, by następnie przekazać je papieżowi, a on podejmuje ostateczną decyzję.

>Ale nadmiarowość przyjętych na początku założeń czyni z niej dziedzinę conajmniej bezużyteczną.

Bezużyteczną dla kogo? Teologia jest nauką autonomiczną. Z jakiego punktu widzenia twierdzisz, że teologia posiada "nadmiarowe założenia"?

>jaką metodologię?

Jako przykład badań nad metodą w teologii, mogę ci polecić pisma Bernarda Lonergana:
www.iep.utm.edu/lonergan/#H5


bembergiem w berg
21-04-2014 11:15 
 Ocena 2 na 2
Sygnał (4252 punktów)
>Filozofia uzasadnia swoje twierdzenia wyłącznie rozumowo, a teologia odwołuje się do Objawienia.

Co jest nadmiarowe względem filozofii, nie uważasz?

>W tych dwóch przypadkach papież powołał się na swoją nieomylność. Ale to nie było widzimisię papieża. Jak donosi wikipedia: "Do ogłoszenia dogmatu (o niepokalanym poczęciu) doszło w XIX w. Papież Pius IX w encyklice Ubi primum (2 II 1849 r.) poprosił biskupów całego Kościoła o pisemną opinię. Otrzymał 604 odpowiedzi. Jedynie czterech bądź pięciu biskupów nie widziało możliwości ogłoszenia dogmatu".

Wciąż powoduje to wytworzenie faktu niepokalanego poczęcia na zasadzie opinii ludzi. Kościół ma moc zmieniać fakty?

>Czyli większość teologów - znawców Biblii, Tradycji i pism Ojców Kościoła - była w tej sprawie jednomyślna. Prośba papieża o ich opinię świadczy o tym, że nie powoływał się on na własne objawienia, tylko korzystał z pracy ekspertów.

Ekspertów, którzy kompletnie nie mieli prawa nic o tym wiedzieć BEZ objawienia. Jakim cudem można w ogóle uznawać taką argumentację za zasadną?

>Nie wiem, co masz na myśli, mówiąc o efektach objawienia, ale przykład z ogłoszeniem dogmatu o niepokalanym poczęciu, mniej więcej daje obraz tego, jak w KK wygląda kształtowanie doktryny. Setki teologów z całego świata studiują Biblię i pisma Ojców Kościoła i w dyskusji uzgadniają wspólne stanowisko, by następnie przekazać je papieżowi, a on podejmuje ostateczną decyzję.

Chodzi o fizyczną niemożliwość "badań" nad objawieniem, co wpłynie dalej na zmianę faktów i uznanie za takowy czegoś, co jest fizycznie niemożliwe.

>Bezużyteczną dla kogo? Teologia jest nauką autonomiczną. Z jakiego punktu widzenia twierdzisz, że teologia posiada "nadmiarowe założenia"?

Z racji bezużytecznego założenia o istnieniu obiektu swoich "badań", czyli rzekomo fizycznie istniejącej postaci tylko i wyłącznie literackiej.

Ta dyskusja nic dalej nie wnosi.
worek kości (2937 punktów)
>>Filozofia uzasadnia swoje twierdzenia wyłącznie rozumowo, a teologia odwołuje się do Objawienia.
>Co jest nadmiarowe względem filozofii, nie uważasz?

A fizyka, powołując się na dane zmysłowe, jest nadmiarowa wobec filozofii także. A historia powołuje się jeszcze na artefakty i zakłada dodatkowo, że np. autorzy kronik i innych relacji, nie chcieli nikogo wprowadzić w błąd. Spora nadmiarowość. Kiedy nadmiarowość zaczyna być zarzutem?

>Wciąż powoduje to wytworzenie faktu niepokalanego poczęcia na zasadzie opinii ludzi.

Słowo daję, sto lat temu nikt nie mówił o fakcie ewolucji, a dzisiaj się o tym mówi w kółko. Czy to znaczy, że fakt ten został wytworzony przez ludzi?

>Ekspertów, którzy kompletnie nie mieli prawa nic o tym wiedzieć BEZ objawienia.

Ale mają przecież dostęp do tekstów, które są- z ich perspektywy - treścią objawienia.

>Chodzi o fizyczną niemożliwość "badań" nad objawieniem

Przecież - z punktu widzenia teologa - objawienie zostało spisane. Pewnie sam masz je gdzieś w domu (Biblia).

>>Bezużyteczną dla kogo? Teologia jest nauką autonomiczną. Z jakiego punktu widzenia twierdzisz, że teologia posiada "nadmiarowe założenia"?
>Z racji bezużytecznego założenia o istnieniu obiektu swoich "badań"

Dla teologii jest to bardzo użyteczne założenie. To, że dla ciebie jest bezużyteczne, to tylko dlatego, że nie uprawiasz teologii.


bembergiem w berg
21-04-2014 15:36 
 Ocena 3 na 3
Andrzej Bogusławski (52265 punktów)
.
>Słowo daję, sto lat temu nikt nie mówił o fakcie ewolucji, a dzisiaj się o tym mówi w kółko.
Dobrze, że nie coś innego, gdyż już by był Pan bez tego.
Mawiano i wcześniej. Odkąd istnieją ludzie, to jedni mówili tak, a inni siak.

Wielką zasługą teorii Darwina jest wyrzucenie z naukowego dyskursu "Boga": Przed Darwinem ateista mógł więc tylko powiedzieć w ślad za Hume'em: "Nie umiem wyjaśnić złożoności obiektów biologicznych. Wiem tylko, że Bóg nie stanowi dobrego wyjaśnienia. Musimy więc czekać w nadziei, że ktoś wpadnie na jakiś lepszy pomysł" [...] Chociaż więc, logicznie rzecz biorąc, można było być ateistą już przed Darwinem, dopiero Darwin sprawił, że ateizm jest w pełni satysfakcjonujący intelektualnie.
www.racjon(*)m.php/s,474426/z,0/d,3#w475843

>Czy to znaczy, że fakt ten został wytworzony przez ludzi?
Jaki fakt ewolucjonizmu, czy fakt wypracowania teorii, która tak doskonale się sprawdza.
www.racjonalista.pl/forum.php/s,614060#w614720
awe.mol.uj(*)UCJE_+_rysunki_nowa_wersja.pdf

Miłego dnia.

@@@
.
21-04-2014 17:37 
 Ocena 3 na 3
Sygnał (4252 punktów)
>A fizyka, powołując się na dane zmysłowe, jest nadmiarowa wobec filozofii także. A historia powołuje się jeszcze na artefakty i zakłada dodatkowo, że np. autorzy kronik i innych relacji, nie chcieli nikogo wprowadzić w błąd. Spora nadmiarowość. Kiedy nadmiarowość zaczyna być zarzutem?

Kiedy wychodzi ponad podstawowe 2, że świat działa w oparciu o pewne zasady i że te zasady są z pewną dokładnością poznawalne. Nadmiarowy postulat bóstwa jest już poważnym zarzutem względem teologii.

>Słowo daję, sto lat temu nikt nie mówił o fakcie ewolucji, a dzisiaj się o tym mówi w kółko. Czy to znaczy, że fakt ten został wytworzony przez ludzi?

Błąd, on został odkryty na zasadzie badań, a nie na zasadzie widzimisię hierarchów (czy to tylko papieża, czy synodu biskupów).

>Ale mają przecież dostęp do tekstów, które są- z ich perspektywy - treścią objawienia.

I o ile ten tekst nie zmieniał się z czasem (a byłoby to trudne) słuszna teologicznie jest tylko jedna interpretacja. Zmienność tych implementacji sugeruje albo to, że teologowie kompletnie nie wiedzą co robią, albo, że interpretacja na bieżąco jest przez Boga objawiana.

>Przecież - z punktu widzenia teologa - objawienie zostało spisane. Pewnie sam masz je gdzieś w domu (Biblia).

Patrz- punkt wyżej i wynajdź logiczną sprzeczność w badaniu nad czymś objawionym.

>Dla teologii jest to bardzo użyteczne założenie. To, że dla ciebie jest bezużyteczne, to tylko dlatego, że nie uprawiasz teologii.

Dziedzinę najszybciej pogrążyć pogrążając jej fundamenty. Teologia zabija się sama poczynając to właśnie "użyteczne założenie".
worek kości (2937 punktów)
>Kiedy wychodzi ponad podstawowe 2, że świat działa w oparciu o pewne zasady i że te zasady są z pewną dokładnością poznawalne. Nadmiarowy postulat bóstwa jest już poważnym zarzutem względem teologii.

Jakie racje stoją za przyjęciem tylko tych dwóch czynników? Czy nie jest to czysto arbitralne? To, że jedna nauka, zajmująca się przedmiotem X, zakłada A i B, nie uprawnia jej do krytykowania innej nauki, zajmującej się przedmiotem Y, która w tym celu zakłada C.

>Błąd, on został odkryty na zasadzie badań, a nie na zasadzie widzimisię hierarchów

Teolog też ci powie, że on stara się odkryć różne nowe rzeczy w treści objawienia.

>I o ile ten tekst nie zmieniał się z czasem (a byłoby to trudne) słuszna teologicznie jest tylko jedna interpretacja.

Świat, jako natura, także nie zmienił się w sposób istotny przez ostatnie 3000 lat, a jednak przez ten czas teorie naukowe na jego temat ulegały nieustannym zmianom.

>Zmienność tych implementacji sugeruje albo to, że teologowie kompletnie nie wiedzą co robią, albo, że interpretacja na bieżąco jest przez Boga objawiana.

Analogicznie - zmienność teorii naukowych sugeruje, że albo naukowcy nie wiedzą, co robią, albo świat się zmienia, albo - no właśnie - naukowcy wiedzą, co robią i odkrywają wciąż nowe rzeczy. No i teolog może powiedzieć to samo - wiemy, co robimy, i odkrywamy nowe rzeczy.

>Teologia zabija się sama poczynając to właśnie "użyteczne założenie".

Na jednym wydziale teologii - z tego, co słyszałem - rocznie broni się około 100 doktoratów. Jasne, można się zastanawiać, jaka - przy takiej masówce - jest ich jakość, ale ciężko powiedzieć, że teologia wymiera.


bembergiem w berg
21-04-2014 19:33 
 Ocena 3 na 3
Sygnał (4252 punktów)
>Jakie racje stoją za przyjęciem tylko tych dwóch czynników? Czy nie jest to czysto arbitralne? To, że jedna nauka, zajmująca się przedmiotem X, zakłada A i B, nie uprawnia jej do krytykowania innej nauki, zajmującej się przedmiotem Y, która w tym celu zakłada C.

Jest to założenie arbitralne, aczkolwiek jest to założenie, które czyni dokładnie każda dziedzina, dowolny system, który chce cokolwiek tłumaczyć. W tych dwóch punktach zawarta jest możliwość i zdolność do tłumaczenia.
Punkty te w stu procentach wystarczają, co czyni wszystkie dodatkowe nadmiarowymi, a więc niepotrzebnymi.

>Teolog też ci powie, że on stara się odkryć różne nowe rzeczy w treści objawienia.

Jakież to nowe metody do badania książki uzyskał teolog, których nie miał wcześniej?

>Świat, jako natura, także nie zmienił się w sposób istotny przez ostatnie 3000 lat, a jednak przez ten czas teorie naukowe na jego temat ulegały nieustannym zmianom.

Bo pojawiały się doskonalsze sposoby badania tego świata w postaci doskonalszych urządzeń pomiarowych. Dla teologa teraz czy 1000 lat temu książka była taka sama, tak samo objawiona.

>Analogicznie - zmienność teorii naukowych sugeruje, że albo naukowcy nie wiedzą, co robią, albo świat się zmienia, albo - no właśnie - naukowcy wiedzą, co robią i odkrywają wciąż nowe rzeczy. No i teolog może powiedzieć to samo - wiemy, co robimy, i odkrywamy nowe rzeczy.

Patrz, punkt wyżej. Jakby dać starożytnym myślicielom dostęp do naszych danych pomiarowych i nasz aparat badawczy, to podpisaliby się pod współczesną wizję świata. Teolog z czasów średniowiecza patrząc na teologię współczesną by się co najwyżej przeżegnał.

>Na jednym wydziale teologii - z tego, co słyszałem - rocznie broni się około 100 doktoratów. Jasne, można się zastanawiać, jaka - przy takiej masówce - jest ich jakość, ale ciężko powiedzieć, że teologia wymiera.

Miliony(tu: setki) much nie mogą się więc mylić. Przypomnij: co ostatnio odkryła teologia?
worek kości (2937 punktów)
>Punkty te w stu procentach wystarczają, co czyni wszystkie dodatkowe nadmiarowymi, a więc niepotrzebnymi.

To, że z punktu widzenia np. fizyki, założenia teologii są nadmiarowe, nijak nie podważa teologii jako takiej, ponieważ jest to nauka autonomiczna. Równie dobrze teolog może powiedzieć, że założenia fizyki są wybrakowane, ponieważ nie bierze ona pod uwagę, że świat mógł zostać stworzony.

>>Teolog też ci powie, że on stara się odkryć różne nowe rzeczy w treści objawienia.
>Jakież to nowe metody do badania książki uzyskał teolog, których nie miał wcześniej?

Np. powstające szkoły filozoficzne, takie jak fenomenologia czy egzystencjalizm, pozwoliły na spojrzenie na treść objawienia z nowego punktu widzenia.

>>Świat, jako natura, także nie zmienił się w sposób istotny przez ostatnie 3000 lat, a jednak przez ten czas teorie naukowe na jego temat ulegały nieustannym zmianom.
>Bo pojawiały się doskonalsze sposoby badania tego świata w postaci doskonalszych urządzeń pomiarowych. Dla teologa teraz czy 1000 lat temu książka była taka sama, tak samo objawiona.

Ale mogły pojawić się doskonalsze metody badania tego tekstu (nowe odkrycia archeologiczne, nowe odczytania jakiegoś oryginalnego tekstu, nowe metody krytyki literackiej, nowe narzędzia filozoficzne itd.)

>Patrz, punkt wyżej. Jakby dać starożytnym myślicielom dostęp do naszych danych pomiarowych i nasz aparat badawczy, to podpisaliby się pod współczesną wizję świata. Teolog z czasów średniowiecza patrząc na teologię współczesną by się co najwyżej przeżegnał.

Skoro współcześni teolodzy korzystają z nowych osiągnięć np. w filozofii, to nie widzę powodów, dla których średniowieczny teolog, gdyby miał dostęp do współczesnej wiedzy, także nie miał z niej skorzystać.

>Przypomnij: co ostatnio odkryła teologia?

Np. tajemnicę wcielenia:
www.znak.c(*)2,Jezus-z-Nazaretu-Dziecinstwo

"Jezus z Nazaretu. Dzieciństwo jest zapisem rozmyślań Benedykta XVI. To przejmująca medytacja kapłana i efekt osobistego odkrywania tajemnicy Wcielenia".

Nie czytałem jeszcze tych książek, więc nie wiem dokładnie, na czym polega to odkrycie.


bembergiem w berg
21-04-2014 20:15 
 Ocena 3 na 3
Sygnał (4252 punktów)
>To, że z punktu widzenia np. fizyki, założenia teologii są nadmiarowe, nijak nie podważa teologii jako takiej, ponieważ jest to nauka autonomiczna. Równie dobrze teolog może powiedzieć, że założenia fizyki są wybrakowane, ponieważ nie bierze ona pod uwagę, że świat mógł zostać stworzony.

Elementarz logiki: żeby uznawać coś za prawdopodobne trzeba mieć ku temu mocne podstawy. Teologia, niezależnie jak bardzo by się intelektualnie gimnastykowała, takich nie znajduje.

>Np. powstające szkoły filozoficzne, takie jak fenomenologia czy egzystencjalizm, pozwoliły na spojrzenie na treść objawienia z nowego punktu widzenia.

To byłaby wspominana przez Ciebie interpretacja filozoficzna, nie teologiczna, z którą tu tak zaciekle walczę.

>Ale mogły pojawić się doskonalsze metody badania tego tekstu (nowe odkrycia archeologiczne, nowe odczytania jakiegoś oryginalnego tekstu, nowe metody krytyki literackiej, nowe narzędzia filozoficzne itd.)

Teraz jest to interpretacja historyczna i literaturoznawcza, nie teologiczna.

>Skoro współcześni teolodzy korzystają z nowych osiągnięć np. w filozofii, to nie widzę powodów, dla których średniowieczny teolog, gdyby miał dostęp do współczesnej wiedzy, także nie miał z niej skorzystać.

Ale dwa systemy filozoficzne mogą być i częstokroć są wzajemnie sprzeczne. Co z tego, że Tomasz z Akwinu poznałby filozofię pozytywistyczną? Wciąż jego poglądy byłyby tymi słusznymi. Argumentem za potwierdzeniem tej tezy jest swobodne współistnienie wielu systemów filozoficznych w przeszłości. Epikurejczyk zapewne wiedział, o co chodzi stoikowi, ale uznawał to za piramidalny bełkot.
Zauważ, że wzajemnej sprzeczności nie uświadczysz w naukach przyrodniczych. To co nieco może powiedzieć o sensowności studiowania poszczególnych dziedzin.

>Np. tajemnicę wcielenia:
>www.znak.c(*)2,Jezus-z-Nazaretu-Dziecinstwo
>"Jezus z Nazaretu. Dzieciństwo jest zapisem rozmyślań Benedykta XVI. To przejmująca medytacja kapłana i efekt osobistego odkrywania tajemnicy Wcielenia".

Wpadł na to podczas modlitw i medytacji? Czy nie pachnie to trochę jak boskie objawienie?
19-04-2014 13:57 
 Ocena 7 na 7
Andrzej Bogusławski (52265 punktów)
.
>Myli ci się Bóg, jako postać literacka, z Bogiem - obiektem czci religijnej.
Ło Boze! Panie Piotrze jeżeli bym nawet uwierzył, jak nie wierzę, iż Panu się nie myli, to i tak Pan tu kręci w zależności od erystycznych potrzeb. Raz jest tak, a innym razem siak, tak jak czyni to cała teologia filozoficzna, czy filozofia teologiczna. Ot takie metafizyczne ple-ple.
www.racjon(*).php/z,0/d,10/s,447659#w449558

>Zachowanie tej siostry jest twoim zdaniem zgodne z katolicką doktryną?
Bardzo dobre pytanie. Możemy przejrzeć i katechizmy i Breviarium fidei i rzeczywiście nawoływania do łajdactw tam nie znajdziemy, ale weźmy do ręki jakąś w miarę obiektywną historię Kościoła i znajdziemy tam łajdactw zatrzęsienie. Występują tak gęsto, że to jakby historia łajdactw, a nie Kościoła była.

Kiedyś Pan tu napisał: Skoro Jezus mówił o powstrzymywaniu się od agresji, to ktoś, kto się jej dopuszcza w imię Jezusa, sprzeciwia się Jezusowi. Innymi słowy - agresywny chrześcijanin nie jest dobrym chrześcijaninem. Albo jeszcze inaczej - jeśli ktoś jest osobą religijną i robi się agresywny, gdy ktoś nie chce się na jego wiarę nawrócić, to jeśli nawraca wbrew zaleceniom swojej religii, to problem nie leży w religii, tylko w tej osobie.

A przecież konsekwencją tych słów - dla wszystkich inteligentnych ludzi, znających trochę historię chrześcijaństwa - jest to, iż "dobrzy chrześcijanie" to tylko zjawisko marginalne, prawie zupełnie nie zdarzające się wśród kleru, a nawet idąc zgodnie z hierarchią, to im wyżej tym gorzej. Wynika też z nich, iż cała ewangelizacja i kościelne nauczanie jest nawet funta kłaków nie warte. Coś musi być nie tak w tej doktrynie, że prowadzi ludzi do tak wielkiej niezgodności słów i czynów, że za miodoustym językiem czai się tyle potwornego zła.

Tak, Kościół chyba jednak uczy obłudy i matactwa, gdyż choćby i w publicznych wypowiedziach różnych ludzi trudno znaleźć porównywalną nienawiść z nienawiścią ludzi związanych z Kościołem. Oni wszystkiego i wszystkich nie podporządkowanych władzy kleru serdecznie i z całych sił nienawidzą.

Zadał Pan tu bardzo dobre pytanie, tyle że źle skierowane.
Nie wiem, czemu praktycznie Kościelne nauczanie do zła prowadzi, ale takie są fakty, że prowadzi i tylko są wyjątki potwierdzające tą smutną regułę.

Miłego dnia.

@@@
.
19-04-2014 13:36 
 Ocena 3 na 3
Andrzej Bogusławski (52265 punktów)
.
> Czytałeś Stary Testament?
>>>> Trochę.
>To musiałeś zwrócić uwagę na bohatera, któremu każda zbrodnia (z ekstremalnym ludobójstwem na czele) uchodzi na sucho, ale jednocześnie lubi wymyślać surowe zakazy dla innych, którzy przy tym śpiewają mu pochwalne piosenki, nazywając wszechdobrym?
Warto tu zwrócić uwagę na dorobek Władysława Witwickiego *: Poddając w tym eksperymencie badaniu psychologiczny mechanizm "godzenia" wiary z rozumem Witwicki wykazuje, w określonym typie wiary, istnienie supozycji, czyli przekonań pozornych, "nieszczerych", występujących zamiast spodziewanego wśród ludzi wykształconych systemu sądów, czyli przekonań właściwych, "szczerych". "Żadna supozycja nie jest przekonaniem, każda jest 'przekonaniem na niby', przekonaniem pozornym, cieniem przekonania, ponieważ brak jej istotnego dla przekonań momentu wiary (w znaczeniu świeckim).
www.racjonalista.pl/forum.php/s,545469#w545594

* Witwicki wywodził się z głęboko religijnej katolickiej rodziny. A przy swej wielkości był człowiekiem bardzo skromnym. Świadczyć o tym mogą, między innymi, poniższe zdania, nawiązujące do interesującego nas tematu, z listów do siostry-zakonnicy: "Wierz mi, że swojej sławy nie szukam ani rozgłosu. Ja tylko nad tym pracuję, żeby wierzący i nie wierzący byli oświeceni; jedni wiedzieli, w co i dlaczego wierzą, a drudzy wiedzieli, w co i dlaczego nie wierzą - a nie tak: bij zabij jeden drugiego i nikt nikogo dobrze nie rozumie". A w liście innym: "Bądź przekonana, że ja niczego nikomu do wierzenia nie podaję. Tego się w ogóle nie robi w naukowych książkach. I tak samo nikomu nie narzucam swych myśli. Wprost przeciwnie". I dalej: "Wiesz, mnie się zdaje, że pracować, jak człowiek potrafi najlepiej, to zawsze na Bożą chwałę wyjdzie na końcu".

Pozdrawiam.

@@@
.
19-04-2014 03:44 
 Ocena 2 na 2
pawel_wr (4297 punktów)
>>Czytałeś Stary Testament?
>Trochę.

To wiele tłumaczy....

Ale Nowy Testament znasz nieco lepiej?

Pogrążony w wierze odrzuca rozum.
worek kości (2937 punktów)
>>>Czytałeś Stary Testament?
>>Trochę.
>To wiele tłumaczy....

Np. co?

>Ale Nowy Testament znasz nieco lepiej?

Tylko nieco.

bembergiem w berg
18-04-2014 16:06
 Ocena 11 na 11
qerfy (677 punktów)
>Nie ma żadnego boga, żadnej siły, która powiedziałaby nam jak mamy
>postępować. W związku z tym sami musimy tworzyć normy moralne oparte... no właśnie, na czym? Stawiam
>tezę, że na własnym "widzimisię". Owe "widzimisię" często jest opakowane, a jakże, w naukowy lub
>filozoficzny żargon, ale niestety - opakowanie nie zmienia towaru w środku.

Rozumiem, że gdy widzisz czyjś ból i cierpienie, najpierw zastanawiasz się co bóg na ten temat powiedział, wertujesz stronice pisma, potem idziesz na konsultacje do księdza i w końcu podejmujesz decyzję, że nieszczęśnikowi należy pomóc? A może po prostu czujesz, że należy mu pomóc? Sądzę, że to drugie. Tego uczucia nie dyktuje ci bóg, ono jest w tobie i zawsze tam było, nawet wtedy, kiedy jeszcze nikt nie wymyślił religii.
Martin Dronn (-7 punktów)
wertujesz stronice pisma, potem idziesz na konsultacje do księdza i w końcu podejmujesz decyzję, że nieszczęśnikowi należy pomóc? A może po prostu czujesz, że należy mu pomóc? Sądzę, że to drugie. Tego uczucia nie dyktuje ci bóg, ono jest w tobie i zawsze tam było, nawet wtedy, kiedy jeszcze nikt nie wymyślił religii.
>
1. Skąd wniosek, że jestem wierzący?
2. Pomoc innym mam w genach? Uważam, ze to dość naiwne.
19-04-2014 11:57 
 Ocena 5 na 5
darkside (7775 punktów)
(zablokowany)
>2. Pomoc innym mam w genach? Uważam, ze to dość naiwne.

pl.wikipedia.org/wiki/Neurony_lustrzane
19-04-2014 12:09 
 Ocena 6 na 6
Andrzej Bogusławski (52265 punktów)
.
>1. Skąd wniosek, że jestem wierzący?
Niewierzący są bardziej oczytani.
www.racjonalista.pl/forum.php/s,615934#w615935
Szczególnie w książkach popularyzujących wiedzę naukową.

>2. Pomoc innym mam w genach? Uważam, ze to dość naiwne.
www.racjonalista.pl/forum.php/s,615934/z,0#w615965
Tylko naiwność Pana broni, ale może warto trochę poczytać i wyjść już z okresu dziecięcej naiwności.

Miłego dnia.

@@@
.
lipschitz (1674 punktów)
Przypadkiem te nasze "widzimisię" przybiera bardzo podobną formę, na przykład widok osoby znęcającej się nad psem wywołuje podobne reakcje, pewnie u większości z nas, chcielibyśmy natychmiast ukrócić ten proceder. Współodczuwamy, jest to w naszej naturze, aby to złamać armie całego świata prowadzą odpowiednie szkolenia, abyśmy byli zdolni zdolni strzelić do człowieka a nie nad jego głową. Pozbywamy się niewolnictwa z naszego życia wręcz wbrew religijnej moralności, ponieważ czujemy nieszczęście innych. Nawet wykreowaliśmy takie pojęcie jak psychopata, aby jasno określić sytuację, w której niektórzy z nas nie są zdolni do pewnych powszechnych zachowań i odruchów. Nie widzę tu zbyt wiele relatywizmu, po prostu tworzymy moralność wokół naturalnych ludzkich odczuć, chcemy na przykład podać znieczulenie cierpiącemu choremu i nie potrzebujemy do tego żadnego kodeksu, choć musimy czasem prowadzić spory, na przykład z religią, która próbowała nauczyć nas zupełnie innych odruchów.
Heremis (587 punktów)
Nie jestem ateistą, ale niejedna osoba zarzuciłaby mi tzw. relatywizm moralny. Moja moralność opiera się na tym co uznaję za sensowne, dobre i budujące. To z kolei jest sumą moich przekonań, intuicji, doświadczeń i rozumowania. Ogólnie staram się być dobry, ponieważ uważam to za dobre. Nie jest to łatwe. Staram się "miłować" innych ludzi bez względu na światopogląd, nie wtrącam się w ich życie i nie pouczam jak mają żyć. Generalnie jestem zwolennikiem złotej zasady etycznej. Część etyki chrześcijańskiej jest mi nadal bliska.

"Com napisał, napisałem" J 19, 22
Dizzy Devil (71 punktów)
>W związku z tym sami musimy tworzyć normy moralne oparte... no właśnie, na czym? Stawiam tezę, że na własnym "widzimisię".

Owszem, to prawda.
W rzeczywistości zdecydowania większość ateistów posiada system wartości tak samo zatwardziały, jak osoby wierzące, a często nawet bardziej. Często ten system wartości nie ma najmniejszego sensu.

Kilka przykładów.

Ateiści racjonaliści są za legalizacją eutanazji, ale gdy ja mówię, że eutanazja powinna być dostępna dla każdego, nie tylko dla chorych czy starych, to już napotykam na opór.
Ateiści nie chcą pozwalać na eutanazję zdrowym! A więc wartościują życie. Wartościują egzystencję jako coś obiektywnie lepszego od braku egzystencji. Ja się osobiście z tym zupełnie nie zgadzam. Mam poglądy czysto antynatalistyczne, jednak paradoksalnie bardzo niewielu ateistów je podziela.

Dlatego ja nie lubię mówić, że jestem ateistą. Wolę mówić, że jestem osobą niewierzącą. Nie chcę być kojarzony z typowym obrazkiem ateisty.

Skoro miało być kilka przykładów, a nie jeden przykład, to pójdźmy dalej.
Dzisiaj widziałem coś obrzydliwego w telewizji. Film dokumentalny przedstawiający, jak "miłośnicy zwierząt" ratują tygrysy przed wymarciem. Chcieli tygrysa z zoo nauczyć życia w dziczy. W tym celu wyprowadzili go na odludny teren, a tam wypuścili mu prosto przed nos specjalnie przywiezioną do tego celu żywą antylopę, żeby za nią poganiał i nauczył się polować. Przyglądali się, jak antylopa ucieka, a tygrys ją żywcem pożera.
No takie rzeczy, to robili Rzymianie, wypuszczając lwy na ludzi spędzonych na arenę!
To, co ci "miłośnicy zwierząt" zrobili, jest rzeczą wysoce moim zdaniem nieetyczną i obrzydliwą. Ilu jednak ateistów podziela mój pogląd? Pewnie niewielu. Oni większą wagę przywiązują do Madzi z Sosnowca, którą matka zabiła silnym uderzeniem w głowę.
Ja jednak wolałbym być 100 razy w sytuacji tej Madzi z Sosnowca, niż w sytuacji wyżej wspomnianej antylopy.
O ile Katarzynę Waśniewską skazano na 25 lat więzienia, to tych obrońców zwierząt moim zdaniem powinno się skazać na dożywocie.
Zaraz ktoś powie, że tygrysy "w naturze polują na antylopy". No i co z tego? Lwy na ludzi też w naturze nieraz polują. Czy to znaczy, że Rzymianie byli w porządku?

Oto właśnie obraz ateistów. Niczym się nie różnią od reszty. Mają tak samo wypaczone rozumowanie dobra i zła.

Przez kilka lat się broniłem przed nieuchronną konsekwencją swojego sposobu rozumowania, jednak w końcu musiałem uznać to, co logiczne. Też jednak nie znajdzie to poparcia u większości ateistów.
Nie ma moim zdaniem żadnego uzasadnienia dla stwierdzenia, że morderstwo jest wyrządzeniem zła osobie zamordowanej. Morderstwo samo w sobie, polegające na przerwaniu czyjejś egzystencji (z pominięciem tego, co jest bezpośrednio przed ustaniem tej egzystencji), nie nosi w sobie żadnych znamion krzywdy.
Idąc tym tropem, gdyby złodziej chciał okraść mieszkanie pana X, to wyrządziłby panu X mniejszą krzywdę, gdyby go w natychmiastowy, bezbolesny i niezauważalny dla pana X sposób zamordował, zanim pan X zauważyłby, że został okradziony.
W ten sposób pan X uniknąłby przykrości związanych z zostaniem okradzionym, a więc uniknąłby zła. Zaś zła związanego z ustaniem własnej egzystencji nigdy by nie doświadczył, bo jest to logicznie niemożliwe. Zgodnie z tym, co napisał kiedyś (ponoć) Epikur: śmierć jest niczym dla mnie, bo gdy jestem, śmierć jeszcze nie nadeszła, a gdy śmierć nadeszła, ja już nie jestem.

Czy z tego więc wynika, zapytacie, że powinno się przestać karać za morderstwa?
Moim zdaniem nie powinno, jednak uzasadnienie mam zupełnie inne od tego, które jest powszechnie używane.
Morderstwo powinno być karalne nie dlatego, że wyrządza krzywdę osobie zamordowanej, tylko dlatego, że perspektywa zostania zamordowanym wyrządza krzywdę żyjącym. To dlatego morderstwo powinno być niezgodne z prawem - żeby żyjący nie żyli w ciągłym strachu przed tym, że padną ofiarą mordercy, skoro nie grozi za to żadna kara. Tylko żyjąc można doświadczyć zła wynikającego z morderstwa.
19-04-2014 18:40 
 Ocena 4 na 4
qerfy (677 punktów)
>W rzeczywistości zdecydowania większość ateistów posiada system wartości tak samo zatwardziały, jak osoby wierzące, a często nawet bardziej. Często ten system wartości nie ma najmniejszego sensu.

Ale o co chodzi? Ateiści to grupa bardzo niejednorodna, a ty budujesz jakieś stereotypy.

>Kilka przykładów.
>Ateiści racjonaliści są za legalizacją eutanazji, ale gdy ja mówię, że eutanazja powinna być dostępna dla każdego, nie tylko dla chorych czy starych, to już napotykam na opór.
>Ateiści nie chcą pozwalać na eutanazję zdrowym! A więc wartościują życie. Wartościują egzystencję jako coś obiektywnie lepszego od braku egzystencji. Ja się osobiście z tym zupełnie nie zgadzam. Mam poglądy czysto antynatalistyczne, jednak paradoksalnie bardzo niewielu ateistów je podziela.

Człowiek zdrowy ceni sobie życie. Tym samym, opisany przez ciebie sposób wartościowania egzystencji nigdy nie utrwali się w społeczeństwie. Nie miej za to pretensji do racjonalistów. Racjonalizm powinien nam służyć. Dlatego myślą racjonalną jest dla mnie "egzystencja jest lepsza niż jej brak", a nieracjonalny jest antynatalizm. Umrzeć zawsze zdążymy. Będziesz nie istniał przez całą wieczność, więc co ci szkodzi cieszyć się życia przez te kilkadziesiąt lat?

>Dlatego ja nie lubię mówić, że jestem ateistą. Wolę mówić, że jestem osobą niewierzącą. Nie chcę być kojarzony z typowym obrazkiem ateisty.

Sam widzisz, że przyjąłeś pewien stereotyp. Stawiasz się w opozycji do niego i walczysz z nim.

>Skoro miało być kilka przykładów, a nie jeden przykład, to pójdźmy dalej.
>Dzisiaj widziałem coś obrzydliwego w telewizji. Film dokumentalny przedstawiający, jak "miłośnicy zwierząt" ratują tygrysy przed wymarciem. Chcieli tygrysa z zoo nauczyć życia w dziczy. W tym celu wyprowadzili go na odludny teren, a tam wypuścili mu prosto przed nos specjalnie przywiezioną do tego celu żywą antylopę, żeby za nią poganiał i nauczył się polować. Przyglądali się, jak antylopa ucieka, a tygrys ją żywcem pożera.

Faktycznie, trudno byłoby określić postępujących w podobny sposób ludzi, mianem "miłośników zwierząt". Natomiast jaki to ma związek z ateistami, zupełnie nie rozumiem

>Przez kilka lat się broniłem przed nieuchronną konsekwencją swojego sposobu rozumowania, jednak w końcu musiałem uznać to, co logiczne.

To przedstaw dowód logiczny skoro to takie logiczne.

>Też jednak nie znajdzie to poparcia u większości ateistów.
>Nie ma moim zdaniem żadnego uzasadnienia dla stwierdzenia, że morderstwo jest wyrządzeniem zła osobie zamordowanej.

Tu nie ma czego uzasadniać. Takie rzeczy się czuje. Większość ludzi, z normalnie rozwiniętym zmysłem moralnym wie, że morderstwo jest złe. Istnienie takich emocji jest biologicznie uwarunkowane.

>Morderstwo samo w sobie, polegające na przerwaniu czyjejś egzystencji (z pominięciem tego, co jest bezpośrednio przed ustaniem tej egzystencji), nie nosi w sobie żadnych znamion krzywdy.

Z ewolucyjnego punktu widzenia śmierć organizmu jest tragedią i to niezależnie od tego czy umierając cierpi czy nie. Dlatego zostaliśmy wyposażeni w stosowne instynkty mające osłaniać nas przed śmiercią. Prawodawstwo bazuje na tych instynktach.
Dizzy Devil (71 punktów)
>Człowiek zdrowy ceni sobie życie.

Należy zacząć od odpowiedniego zdefiniowania słowa "zdrowie".
Za osobę chorą uznaję osobę, która doznaje nadmiernego jej zdaniem dyskomfortu.
Za uzdrowienie uważam zmianę stanu z choroby na taki, który jest przez tę osobę pozytywnie oceniany lub którego ta osoba nie jest świadoma, jednak eliminuje on poprzedni dyskomfort.
Śmierć jest więc uzdrowieniem z każdej choroby.

Absolutnie zaś nie uważam, aby za "chorobę" uznawać coś, co jest negatywnie postrzegane jedynie przez otoczenie osoby, o której chorobie się rozstrzyga, a nie przez tę osobę samą w sobie.
Świetnym tu przykładem jest pedofilia. Pedofilia jest uznawana za chorobę, nawet jeśli pedofil cieszy się z bycia pedofilem. Jest to moim zdaniem zupełnie błędne podejście. Podejście stosowane jednak od wieków w celu eliminacji ze społeczeństwa jednostek nonkonformistycznych lub niespełniających przyjętych norm.

>opisany przez ciebie sposób wartościowania egzystencji nigdy nie utrwali się w społeczeństwie.

To prawda, ale nie wynika to ze "zdrowia", tylko z tego, że taka jest po prostu natura człowieka. Jak i zresztą wszystkich organizmów, bo gdyby była inna, to by dawno wyginęły.
Taka jest natura człowieka, co nie znaczy, że jest ona słuszna.

>Racjonalizm powinien nam służyć. Dlatego myślą racjonalną jest dla mnie "egzystencja jest lepsza niż jej brak", a nieracjonalny jest antynatalizm.

Absolutnie się nie zgadzam.
To właśnie antynatalizm jest racjonalny, bo to on nam służy.
Bo co to znaczy, że coś nam służy? Znaczy to, że to coś minimalizuje nasz dyskomfort.
Jedyną zaś drogą do kompletnego pozbycia się dyskomfortu jest przerwanie własnej egzystencji.
Argument, że "ktoś, kto nie istnieje, nie może też się cieszyć" jest nietrafny, ponieważ brak radości jest zły tylko wtedy, gdy brak radości wywołuje dyskomfort. Zaś gdy nie istniejemy, to brak radości nie wywołuje nam dyskomfortu. Z tego wniosek, że brak radości nie może być rozpatrywany negatywnie w przypadku mowy o przerwaniu własnej egzystencji.

>Umrzeć zawsze zdążymy. Będziesz nie istniał przez całą wieczność, więc co ci szkodzi cieszyć się życia przez te kilkadziesiąt lat?

Właśnie to szkodzi, co opisałem wyżej. Im dłużej się żyje, tym więcej dyskomfortu na nas spływa.
Racjonalne jest więc umrzeć jak najszybciej, tym bardziej, że nie daje to żadnych negatywnych efektów.
Radość jest zaś bez znaczenia z przyczyn opisanych też wyżej.
Przez życie można tylko stracić, bo zawsze jest z nim związany jakiś dyskomfort. Przez śmierć można tylko zyskać, bo eliminuje ona wszystkie dyskomforty.

>Sam widzisz, że przyjąłeś pewien stereotyp. Stawiasz się w opozycji do niego i walczysz z nim.

Nie ja go przyjąłem, tylko większość ludzi, która słyszy słowo "ateista".
Podobnie dzieje się ze słowem "konkubent", który za sprawą mediów nabrał ostatnio bardzo negatywnego znaczenia kojarzącego się z patologią.
Kto więc dzisiaj przedstawi swojego partnera "To jest mój konkubent"?

>Natomiast jaki to ma związek z ateistami, zupełnie nie rozumiem

Taki, że większość nie uważa, aby ten czyn był gorszy od czynu Katarzyny Waśniewskiej. Ja uważam, że jest gorszy. Więcej - ja nie uważam, żeby czyn Katarzyny Waśniewskiej był w jakikolwiek sposób krzywdzący dla jej córki. Krzywdzący to pewnie był dla jej męża, rodziców, teściów, ale nie dla córki. Córka tylko na tym skorzystała, bo nie będzie musiała przechodzić przez życie. To już jest plus.

>To przedstaw dowód logiczny skoro to takie logiczne.

Myślę, że już przedstawiłem.

>Większość ludzi, z normalnie rozwiniętym zmysłem moralnym wie, że morderstwo jest złe. Istnienie takich emocji jest biologicznie uwarunkowane.

A to nie znaczy, jak już wcześniej pisałem, że ten normalny zmysł jest racjonalny.
Biologicznie uwarunkowane - nie znaczy korzystne.

Biologiczne uwarunkowania są w wielu przypadkach niekorzystne.
Najlepszym przykładem jest strach przed śmiercią. Jest to uwarunkowanie biologiczne wykształcone na drodze ewolucji, niemniej jednak jest ono bardzo niekorzystne z punktu widzenia nas - jednostkowych istot świadomych.

>Z ewolucyjnego punktu widzenia śmierć organizmu jest tragedią

Ja nie rozmawiam tutaj o ewolucji, tylko o korzyściach/niekorzyściach płynących dla świadomej jednostki.
Ewolucja nie kieruje się dobrem świadomej jednostki. Ewolucja rządzi się zupełnie innymi prawami, które z dobrem świadomej jednostki nie mają nic wspólnego. Świadoma jednostka jest jedynie "narzędziem" ewolucji. Jest jak ta antylopa, którą miłośnicy zwierząt rzucili tygrysowi na pożarcie, była również tylko narzędziem.
Najwyższym zaś dobrem dla świadomej jednostki jest przerwanie świadomości. Przerwanie możliwości odczuwania jakichkolwiek wrażeń w ogóle.

>Dlatego zostaliśmy wyposażeni w stosowne instynkty mające osłaniać nas przed śmiercią

I te instynkty są dla nas bardzo niekorzystne.

>Prawodawstwo bazuje na tych instynktach.

A nie do końca powinno...
19-04-2014 23:37 
 Ocena 2 na 2
qerfy (677 punktów)
>>Człowiek zdrowy ceni sobie życie.
>Należy zacząć od odpowiedniego zdefiniowania słowa "zdrowie".
>Za osobę chorą uznaję osobę, która doznaje nadmiernego jej zdaniem dyskomfortu.
>Za uzdrowienie uważam zmianę stanu z choroby na taki, który jest przez tę osobę pozytywnie oceniany lub którego ta osoba nie jest świadoma, jednak eliminuje on poprzedni dyskomfort.
>Śmierć jest więc uzdrowieniem z każdej choroby.

Śmierć uwalnia od dyskomfortu. Nie zgodzę się jednak nazywać takiego uwolnienia uzdrowieniem. Uzdrowić to znaczy zachować życie odrzuciwszy dyskomfort.

>>Racjonalizm powinien nam służyć. Dlatego myślą racjonalną jest dla mnie "egzystencja jest lepsza niż jej brak", a nieracjonalny jest antynatalizm.
>Absolutnie się nie zgadzam.
>To właśnie antynatalizm jest racjonalny, bo to on nam służy.
>Bo co to znaczy, że coś nam służy? Znaczy to, że to coś minimalizuje nasz dyskomfort.
>Jedyną zaś drogą do kompletnego pozbycia się dyskomfortu jest przerwanie własnej egzystencji.

Co to znaczy, że coś nam służy? Dla mnie znaczy to, że służy naszym ciałom i umysłom, wypełniając je "pozytywnymi stanami". Wśród pozytywnych stanów widzę nade wszystko zdrowie, czyli harmonię ciała i spokój psychiczny, czyli harmonię umysłu. Nie służy nam to, co w jakikolwiek sposób zaburza tę równowagę. Harmonię ciała może zaburzyć wirus, bakteria czy jakakolwiek choroba, a harmonię umysłu myśl, "wyższa" idea, czy męcząca filozofia. Co się stanie kiedy poddamy się "wyższej" idei? Proszę posłuchać słów Dukaja z "Czarnych oceanów":

Cytat:
Gdy otworzono drzwi do pomieszczenia, włączyły się głośniki i popłynął z nich jego głęboki, charyzmatyczny głos, recytujący spisaną przez niego samego "Księgę Nieciała": "Jako na ducha, tak i na materię. Ciało to więzienie, ciało to kamień formy, maska i bielmo na oczach. Po nim, jak po schodach, wespniesz się do nieśmiertelności". Chwilę trwało, zanim znaleziono wszystkie głośniki i wyłączono je. Tymczasem guru mówił: "Słuchajcie, słuchajcie, słuchajcie: zarażam was". Policjanci poruszali się pośród owego horroru powoli, ostrożnie, zważając na każdy krok, zawsze puszczając przodem wślepionych na zapis skanerów. Wchodziło się do wnętrza tego domu jak do kesonu o niskiej zawartości tlenu - po kilku minutach trzeba było wyjść z powrotem na zewnątrz, popatrzeć na Alpy, zapalić papierosa, nawet nikotynowca (tu, w Szwajcarii, wciąż były one legalne). Inaczej umysł zapadał się w bagno dzikich skojarzeń, zaciągały się nad nim chmury depresji, duszność i mdłości dopadały człowieka. Stali więc pod werandą, oddychali górskim powietrzem i wymieniali półgłosem uwagi. - Jaty jak u Barkera. - Popierdoleńce cholerne. -Ja się poddaję, w ogóle już nie próbuję tego zrozumieć. -Co za chory umysł...?


>Więcej - ja nie uważam, żeby czyn Katarzyny Waśniewskiej był w jakikolwiek sposób krzywdzący dla jej córki. Krzywdzący to pewnie był dla jej męża, rodziców, teściów, ale nie dla córki. Córka tylko na tym skorzystała, bo nie będzie musiała przechodzić przez życie. To już jest plus.

Z drugiej strony, można sobie wyobrazić mnóstwo wspaniałych chwil, które mogła w swoim życiu przeżyć i ludzi, którzy mogliby te wspaniałe chwile z nią dzielić, gdyby żyła.

>>To przedstaw dowód logiczny skoro to takie logiczne.
>Myślę, że już przedstawiłem.

Nie przedstawiłeś i nie przedstawisz, ponieważ nikt nie posiada światopoglądu, który można by wydedukować z odgórnych aksjomatów. Filozofia którą prezentujesz, jest w moim przekonaniu nihilistyczna, toteż wyraźnie nieracjonalna, w tym sensie, że nie napędza "pozytywnych stanów".
Dizzy Devil (71 punktów)
>Uzdrowić to znaczy zachować życie odrzuciwszy dyskomfort.

Dlaczego?
Przypisujesz wartość życiu. Wartość ma tylko to, czego brak wywołuje dyskomfort.
Brak życia nie wywołuje dyskomfortu, a więc życie nie ma wartości.

>Nie służy nam to, co w jakikolwiek sposób zaburza tę równowagę.

Śmierć nie zaburza żadnej równowagi, wręcz przeciwnie. Równoważy wszystko.

>Z drugiej strony, można sobie wyobrazić mnóstwo wspaniałych chwil, które mogła w swoim życiu przeżyć

Takie myślenie jest błędne, co już tłumaczyłem.
Wspaniałe chwile w życiu są wartościowe tylko wtedy, gdy brak takich chwil powoduje dyskomfort.
Brak wspaniałych chwil nie wywołuje dyskomfortu komuś, kto nie istnieje.
A więc przejście ze stanu braku egzystencji do stanu egzystencji jest nieracjonalne, gdyż nie minimalizuje żadnego dyskomfortu związanego z brakiem wspaniałych chwil. Zaś może wprowadzić dyskomforty, których wcześniej nie było.
To dlatego antynatalizm jest jedynie racjonalnym podejściem. Zaistnienie nie eliminuje żadnego dyskomfortu, zaś wprowadza nowe. Nie można więc zaistnienia uznawać za coś pozytywnego. Zaprzestanie istnienia zaś eliminuje wszelkie dyskomforty nie wprowadzając żadnych nowych. Do dlatego przejście ze stanu istnienia w stan nieistnienia jest lepsze niż przejście ze stanu nieistnienia w stan istnienia.

>Nie przedstawiłeś i nie przedstawisz

To twoje zdanie. Ja uważam, że przedstawiłem.

>Filozofia którą prezentujesz, jest w moim przekonaniu nihilistyczna

Nie lubię nazywać swojej filozofii pojedynczymi słowa, bo różne osoby różnie mogą te słowa rozumieć.
Jednak uważam, że raczej nie jest nihilistyczna. Nihilizm to brak jakichkolwiek wartości. Dla mnie wartością jest brak dyskomfortu, czyli to nie jest znowu taki nihilizm...

>nie napędza "pozytywnych stanów"

Pozytywne stany są korzystne tylko wtedy, gdy ich brak wywołuje dyskomfort.
Jeśli brak pozytywnych stanów nie wywołuje dyskomfortu (a tak jest w przypadku kogoś, kto nie istnieje), wtedy zaistnienie pozytywnych stanów nie przedstawia sobą żadnej wartości.

Te poglądy ewoluowały u mnie przez lata. W obecnym kształcie są od około pięciu lat i myślę, że raczej się już nie zmienią.
21-04-2014 13:57 
 Ocena 4 na 4
qerfy (677 punktów)
>>Uzdrowić to znaczy zachować życie odrzuciwszy dyskomfort.
>Dlaczego?
>Przypisujesz wartość życiu. Wartość ma tylko to, czego brak wywołuje dyskomfort.
>Brak życia nie wywołuje dyskomfortu, a więc życie nie ma wartości.

Przypisujesz wartość swojej filozofii. Wartość ma tylko to, czego brak wywołuje dyskomfort.
Brak twojej filozofii nie wywołuje dyskomfortu, a więc twoja filozofia nie ma wartości.

>>Nie służy nam to, co w jakikolwiek sposób zaburza tę równowagę.
>Śmierć nie zaburza żadnej równowagi, wręcz przeciwnie. Równoważy wszystko.

We wszechświecie rozliczne stany równowagi występują na różnych poziomach jego organizacji. Śmierć zaburza równowagę żywego organizmu, niszcząc jego strukturę. Zaburza równowagę społeczną, nierzadko prowadzi do dezorganizacji czyjegoś życia. Ludzie, którzy stracili bliskich często uważają, że zatracili sens i nie mogą się odnaleźć (tu widać wyraźnie, że śmierć raczej zniszczyła pewien stan równowagowy).

>>Z drugiej strony, można sobie wyobrazić mnóstwo wspaniałych chwil, które mogła w swoim życiu przeżyć
>Takie myślenie jest błędne, co już tłumaczyłem.
>Wspaniałe chwile w życiu są wartościowe tylko wtedy, gdy brak takich chwil powoduje dyskomfort.

Wspaniałe chwile są wartościowe same w sobie.

>>Nie przedstawiłeś i nie przedstawisz
>To twoje zdanie. Ja uważam, że przedstawiłem.

Na Ziemi żyje 7 miliardów ludzi i większość traktuje swój światopogląd jako jedyny prawdziwy i możliwy, i co więcej, broni go zaciekle kiedy tylko może.
Uważam, że czasem powinniśmy weryfikować swoje przekonania. Sęk w tym, że nie jesteśmy swoim światopoglądem. Jesteśmy przede wszystkim swoimi ciałami. Problemy pojawiają się wtedy, kiedy centrujemy swoją tożsamość na światopoglądzie. Naszym życiem zaczyna wtedy kierować jakaś filozofia (z którą się przecież nie urodziliśmy), często zaczynamy postępować wbrew własnej naturze. To może prowadzić do dyskomfortu.

>Te poglądy ewoluowały u mnie przez lata. W obecnym kształcie są od około pięciu lat i myślę, że raczej się już nie zmienią.

Nasze poglądy powinny się zmieniać. Proces kształtowania się systemu przekonań często przebiega na zasadzie dodatniego sprzężenia zwrotnego i prowadzić może do skostnienia tegoż systemu. To dlatego chcą na nas wpływać już od momentu naszych narodzin. Wszystko po to, by zepchnąć nas do pewnego punktu i uwięzić w nim, tak byśmy już nie byli zdolni do innego sposobu postrzegania.
Dizzy Devil (71 punktów)
>Przypisujesz wartość swojej filozofii. Wartość ma tylko to, czego brak wywołuje dyskomfort.
>Brak twojej filozofii nie wywołuje dyskomfortu, a więc twoja filozofia nie ma wartości.

Gdyby moją filozofię zaimplementować w praktyce, wyeliminowałoby to wszystkie dyskomforty, włącznie ze sraczką po wielkanocnym śniadaniu.
A więc filozofia ta ma wartość wtedy, gdy zostanie zaimplementowana w praktyce.
Sama w sobie - bez implementacji, owszem, nie ma wartości.

>Śmierć zaburza równowagę żywego organizmu, niszcząc jego strukturę. Zaburza równowagę społeczną, nierzadko prowadzi do dezorganizacji czyjegoś życia. Ludzie, którzy stracili bliskich często uważają, że zatracili sens i nie mogą się odnaleźć (tu widać wyraźnie, że śmierć raczej zniszczyła pewien stan równowagowy).

Mówisz o śmierci kogoś innego, a nie własnej. Ja tu mówię o śmierci własnej.
Natomiast nawet na to, co mówisz, jest rozwiązanie - gdy znikną wszyscy, nikt nie będzie po nikim płakał.

Najlepszym wyjściem dla rozwiązania problemów ludzkości jest więc samozagłada.

>Wspaniałe chwile są wartościowe same w sobie.

A ja powtarzam - wartościowe jest tylko to, co ogranicza dyskomfort.
Wspaniałe chwile ograniczać dyskomfort mogą tylko, gdy się istnieje. Gdy jest się w stanie odczuwać dyskomfort wywoływany brakiem takich chwil.

Perspektywa przerwania własnej egzystencji wywołuje dyskomfort też tylko wtedy, gdy jeszcze do tego przerwania nie doszło.

Rozpatrujesz za/przeciw patrząc ze złej perspektywy.
Mówiąc o za/przeciw nieistnieniu, należy obrać perspektywę nieistnienia. Zaś ty obierasz perspektywę istnienia - podkreślasz wady nieistnienia z perspektywy osoby istniejącej. Mówisz o dyskomfortach, które występują u osoby istniejącej na myśl o zaprzestaniu istnienia. A powinnaś mówić o dyskomfortach występujących w stanie nieistnienia. Tylko one mogą mieć znaczenie dla ustalenia za/przeciw nieistnieniu.
Mówisz, że nieistnienie jest złe, bo nie można wtedy odczuwać wspaniałych chwil. A przecież dyskomfort wywołany perspektywą braku wspaniałych chwil jest odczuwalny tylko wtedy, gdy się istnieje. A to jest kolejny argument właśnie przeciwko istnieniu, a nie za nim. Najlepszym lekarstwem na strach przed śmiercią jest śmierć. Dopiero wtedy przestajemy się jej bać.

>Naszym życiem zaczyna wtedy kierować jakaś filozofia (z którą się przecież nie urodziliśmy), często zaczynamy postępować wbrew własnej naturze. To może prowadzić do dyskomfortu.

Ależ moja filozofia wcale mną nie kieruje. Gdyby tak było, to by mnie już dawno nie było.
21-04-2014 20:15 
 Ocena 1 na 1
qerfy (677 punktów)
>>Przypisujesz wartość swojej filozofii. Wartość ma tylko to, czego brak wywołuje dyskomfort.
>>Brak twojej filozofii nie wywołuje dyskomfortu, a więc twoja filozofia nie ma wartości.
>Gdyby moją filozofię zaimplementować w praktyce, wyeliminowałoby to wszystkie dyskomforty, włącznie ze sraczką po wielkanocnym śniadaniu.
>A więc filozofia ta ma wartość wtedy, gdy zostanie zaimplementowana w praktyce.
>Sama w sobie - bez implementacji, owszem, nie ma wartości.

Nie ma nic odkrywczego w tym, że gdy ktoś przestaje żyć, przestaje też mieć problemy. Niepotrzebnie włożyłeś w swój przekaz tyle słów, by to nam oznajmić.
Próba zastosowania takiej filozofii w praktyce to nic innego jak oddanie się "wyższej", chorej idei - wirusowi umysłu pl.wikipedia.org/wiki/Wirus_umysłu
Dizzy Devil (71 punktów)
>Nie ma nic odkrywczego w tym, że gdy ktoś przestaje żyć, przestaje też mieć problemy.
>Niepotrzebnie włożyłeś w swój przekaz tyle słów, by to nam oznajmić.

Niby nic odkrywczego, ale jednak i tak to odrzucasz zarówno swoim postępowaniem, jak i myśleniem.

>Próba zastosowania takiej filozofii w praktyce to nic innego jak oddanie się "wyższej", chorej idei

Nie chorej, lecz zdrowej idei. W końcu jej implementacja eliminuje cierpienie, a więc jest zdrowa.

Zdrowe jest to, co ogranicza cierpienie. Chore jest to, co cierpienie wzmaga.
To cenienie życia jest chorą ideą, bo wzmaga cierpienie.
Próbujesz odwrócić kota ogonem.
W ogóle sprawa uznawania czegoś za chorobę, bądź nie, jest dość ciekawa, ale to chyba materiał już na inną dyskusję... Wstępnie jednak dodam, że zupełnie się nie zgadzam z zaliczaniem pedofilii do grona chorób, jeśli pedofilowi jego orientacja sprawia satysfakcję. Chorobę należy mierzyć biorąc za punkt odniesienia osobę, o której chorobie się orzeka, a nie jej otoczenie. Jeżeli pedofil cierpi, gdy nie może mieć kontaktów seksualnych z dzieckiem, zaś czuje się szczęśliwy, gdy do takich kontaktów dochodzi, to właśnie kontakty seksualne z dzieckiem są dla niego zdrowe. Zaś to, jaki wpływ te kontakty mają na to dziecko, nie ma tutaj żadnego znaczenia dla orzekania o chorobie (lub braku choroby) pedofila. Uznawanie powszechnie pedofilii za chorobę bierze się wyłącznie z prób wartościowania pedofilii poprzez pryzmat przyjętych w danej kulturze zasad współżycia społecznego, a więc nie liczą się tu cechy tej osoby, tylko stosunek oceniającego do tych cech.

Wracając do tematu - to właśnie stosowanie twojej filozofii w praktyce, a więc podtrzymywanie życia zakładając, że ma ono jakąś wartość, jest oddaniem się chorej idei.
Ta idea jest jednak silniejsza od mojej, dlatego jest tak powszechna.
Jej siła polega na tym, że nie wynika tylko z inteligentnych przemyśleń, ale z instynktu samozachowawczego. To jest jej napędem. Instynkt samozachowawczy napędza ludzkie myśli i poglądy. Ludzie zazwyczaj tworzą sobie takie poglądy, by były w zgodzie z instynktownymi popędami, stąd właśnie się bierze przypisywanie życiu wartości.

Instynktownie boisz się przestać istnieć (mimo, że to nie wyrządza żadnej szkody tobie), dlatego masz takie poglądy, jakie masz.
Ja zdołałem się wybić ponad te irracjonalne lęki, przynajmniej teoretycznie.
Tobie się to jednak nie udaje ani praktycznie, ani teoretycznie.
23-04-2014 11:01 
 Ocena 1 na 1
qerfy (677 punktów)
>Ta idea jest jednak silniejsza od mojej, dlatego jest tak powszechna.
>Jej siła polega na tym, że nie wynika tylko z inteligentnych przemyśleń, ale z instynktu samozachowawczego. To jest jej napędem. Instynkt samozachowawczy napędza ludzkie myśli i poglądy. Ludzie zazwyczaj tworzą sobie takie poglądy, by były w zgodzie z instynktownymi popędami, stąd właśnie się bierze przypisywanie życiu wartości.
>Instynktownie boisz się przestać istnieć (mimo, że to nie wyrządza żadnej szkody tobie), dlatego masz takie poglądy, jakie masz.

Starając się uzmysłowić ci to co chcę powiedzieć, począwszy od pierwszego postu, zwrócę się raz jeszcze do metafory memów, której użyłem w poprzednim wpisie. Otóż, oparłszy się na niej, należy przyznać, że wszystkie nasze systemy przekonań, światopogląd, tożsamość, idee w które wierzymy, ogólnie wszelkie ciągi myślowe jawiące się naszej świadomości, są tzw. mempleksami, czyli spójnymi zbiorami memów. Memy posiadają reprezentację fizyczną w układzie nerwowym, są pewnym rodzajem softwaru, który kieruje hardwarem ciała. Wyjąwszy matematykę, żaden spośród mempleksów nie jest obiektywnie prawdziwy i dowiedliwy w sensie logicznym. Ani ten, który ja posiadam we własnym mózgu i którego bronię w tej dyskusji, ani ten, który ty posiadasz w swoim i którego ty bronisz. Z uwagi na ten fakt, nie sposób uzasadnić "prawdziwości" któregokolwiek z nich, nie możemy bowiem odwołać się w tym celu do kryterium prawdy logicznej. Dokładnie to miałem na myśli, kiedy twierdziłem, że nie dowiodłeś i nigdy nie dowiedziesz "prawdziwości" swoich przekonań. Także ja tego nie zrobię w stosunku do moich przekonań.

Jak dojść do porozumienia w takim przypadku? Powinieneś oczyścić swój umysł z memów, które się w nim zagnieździły, a ja powinienem oczyścić swój. Czy w takim stanie "czystego" umysłu ja będę twierdził swoje, a ty swoje? Jasne, że wtedy tak nie będzie. Wówczas stanie się oczywistym, że nie broniliśmy swoich przekonań, to raczej przekonania broniły się same. Replikowały się. W moim mózgu sprawniej replikowały się przekonania przydające wartość życiu, w twoim natomiast przekonania negujące wartość życia. I jedne i drugie, same w sobie nic nie znaczą. Niemniej jednak moje lepiej się rozprzestrzeniają, jako że, co już opisałem, generują "pozytywne stany". Co więcej, jak zauważyłeś, pobudza je instynkt samozachowawczy oraz multum innych popędów i emocji. Na jakich fundamentach, poza ciężką depresją lub przewlekłą, nieuleczalną chorobą wywołującą nieznośny ból, miałyby być oparte te, które ty opisujesz? Na jakim podłożu wyrosły twoje? Może warto zrobić przegląd oprogramowania, by spróbować usunąć z mózgu to, które jest zbędne?
Dizzy Devil (71 punktów)
>Wyjąwszy matematykę, żaden spośród mempleksów nie jest obiektywnie prawdziwy i dowiedliwy w sensie logicznym.

To, co tutaj przedstawiałem do tej pory, jest jak najbardziej dowiedliwe w sensie logicznym.
Nie jest bowiem logiczny strach przed stratą czegoś, czego nie można utracić.
Ty podtrzymujesz istnienie, a istnienia nie można stracić. Strata = żal za tym, czego już nie ma. Nie można żałować, że już się nie istnieje. Jest to z logicznego punktu widzenia niemożliwe.
Dlatego nielogiczne jest stwierdzenie, że kogoś dotknęła krzywda, bo stracił życie. Życia stracić nie można.
"Strata" życia jest postrzegalna tylko przez innych (przez obserwatorów), a nie przez jednostkę, której to bezpośrednio dotyczy.

>Czy w takim stanie "czystego" umysłu ja będę twierdził swoje, a ty swoje? Jasne, że wtedy tak nie będzie.

Ależ ja będę cały czas twierdził swoje.
A jeśli uważasz, że nie, to co będziemy według ciebie wtedy obaj twierdzić? Jakieś pomysły?

>Wówczas stanie się oczywistym, że nie broniliśmy swoich przekonań, to raczej przekonania broniły się same. Replikowały się.

Moje się akurat nie replikowały z niczego.
Nikt mi ich nie przekazał, ani mi się nie udało nikomu ich przekazać.

>Na jakich fundamentach, poza ciężką depresją lub przewlekłą, nieuleczalną chorobą wywołującą nieznośny ból, miałyby być oparte te, które ty opisujesz?

Pewnie na podobnych, co twój ateizm.
Tak samo, jak życia, można bronić wiary w Boga. Przecież wiara w Boga daje pozytywne stany! To po co być ateistą?
Jeżeli to, co do tej pory tu przedstawiałem, jest śmieszne lub bez sensu, to bycie ateistą jest tym bardziej śmieszne lub bez sensu.
O ile przerwanie istnienia eliminuje każdy dyskomfort całkowicie, to jaki dyskomfort eliminuje bycie ateistą? Jakoś nie mogę się żadnego doszukać...
A więc skoro lepiej jest istnieć, niż nie istnieć, to jednocześnie lepiej jest w Boga wierzyć, niż być ateistą. Na identycznej zasadzie można bronić wiary w Boga, na jakiej ty bronisz życia.
23-04-2014 23:13 
 Ocena 2 na 2
qerfy (677 punktów)
>>Wyjąwszy matematykę, żaden spośród mempleksów nie jest obiektywnie prawdziwy i dowiedliwy w sensie logicznym.
>To, co tutaj przedstawiałem do tej pory, jest jak najbardziej dowiedliwe w sensie logicznym.

Proponuję zapoznać się z pojęciem dowodu pl.wikipedia.org/wiki/Dowód_(matematyka). Jeśli wciąż będziesz przekonany, że dowiodłeś "prawdy" to opublikuj swoje odkrycie w jakimś czasopiśmie naukowym, matematycy będą musieli przyznać ci rację w obliczu "dowodu", który im przedstawisz.

>>Czy w takim stanie "czystego" umysłu ja będę twierdził swoje, a ty swoje? Jasne, że wtedy tak nie będzie.
>Ależ ja będę cały czas twierdził swoje.
>A jeśli uważasz, że nie, to co będziemy według ciebie wtedy obaj twierdzić? Jakieś pomysły?

Nic nie będziemy twierdzić. I właśnie o to chodzi.

>>Wówczas stanie się oczywistym, że nie broniliśmy swoich przekonań, to raczej przekonania broniły się same. Replikowały się.
>Moje się akurat nie replikowały z niczego.
>Nikt mi ich nie przekazał, ani mi się nie udało nikomu ich przekazać.

To dlaczego tak zaciekle ich bronisz? I dlaczego wydaje ci się, że doszedłeś do czegoś odkrywczego?

>Jeżeli to, co do tej pory tu przedstawiałem, jest śmieszne lub bez sensu, to bycie ateistą jest tym bardziej śmieszne lub bez sensu.

Śmieszne i bezsensu jest bezkrytyczne przywiązywanie się do swoich przekonań oraz sztywność światopoglądowa. Taka postawa jest zupełnym przeciwieństwem racjonalizmu. "Racjonalizm światopoglądowy odrzuca przyjmowanie na samą tylko wiarę religijnych, filozoficznych, społecznych i politycznych dogmatów". Wskazana definicja doskonale ujmuje sedno racjonalizmu. Dla mnie to przede wszystkim czujna postawa, strzegąca mnie przed złośliwymi ideami i nie sprawdzoną wiedzą. Coś jak skaner antywirusowy w komputerze.
Dizzy Devil (71 punktów)
>Jeśli wciąż będziesz przekonany, że dowiodłeś "prawdy" to opublikuj swoje odkrycie w jakimś czasopiśmie naukowym

Każdy dowód opiera się na jakichś założeniach. Tutaj założeniem jest, że należy dążyć do minimalizacji odczuwanego dyskomfortu.
Jak już pisałem, z czym się zresztą zgodziłeś, poprzez zaprzestanie istnienia eliminujemy każdy dyskomfort. Zaprzestanie istnienia spełnia więc przyjęte założenie.
Perspektywa zaprzestania istnienia sama w sobie wywołuje dyskomfort u jednostki istniejącej, ale ten dyskomfort znika wraz z istnieniem. Nadal więc założenie jest spełnione - poprzez zaprzestanie istnienia znika również dyskomfort wywołany perspektywą zaprzestania istnienia. Dyskomfort wywoływany przez perspektywę zaprzestania istnienia nie jest więc w żaden sposób argumentem za tym, że powinno się istnieć (w ramach przyjetego na samym początku założenia).
Dowodu formalnego ci oczywiście nie podam, bo nie jestem do tego kompetentny, ale myślę, że dla kogoś kompetentnego nie będzie to stwarzać problemu. Pozostaje kwestia chęci. Nawet ktoś kompetentny może nie chcieć takiego dowodu w formalny sposób zapisać (z podobnego powodu, dla którego wielu biologów i fizyków twierdzi, że Ziemia ma 5 tysięcy lat...).

Ja tylko podaję intuicyjny (nieformalny) opis wykrytej przeze mnie sprzeczności.
Tak samo jak mówi się, że coś nie może jednocześnie istnieć i nie istnieć. Niby oczywiste, ale formalnego dowodu też ci nie podam, bo nie potrafię. Myślę, że ty też nie potrafisz, ale nie protestujesz przeciwko temu stwierdzeniu.

>Nic nie będziemy twierdzić. I właśnie o to chodzi.

To znaczy też, że w ogóle nie będziemy istnieć lub będziemy na poziomie rozwoju ślimaka, który nic nie twierdzi.
Wcześniej z tych "memów" wyłączyłeś matematykę. A to niby dlaczego? Przecież pojęcia matematyki też są tylko siecią powiązań komórek mózgowych i bez tych powiązań matematyki nie będzie, i żaden matematyk nic nie będzie twierdził... I właśnie o to chodzi? Hm.

>To dlaczego tak zaciekle ich bronisz?

Pewnie właśnie dlatego, że nikt mi ich nie przekazał, to tym bardziej satysfakcjonująca jest ich obrona.
O przyczyny tej satysfakcji mnie nie pytaj. To kwestia psychologiczna. Nie potrafię tego wyjaśnić.
Z racjonalnego punktu widzenia, nie powinienem bronić tych poglądów, tylko je we własnym życiu zaimplementować nie oglądając się na innych. Niestety jestem tylko człowiekiem

>I dlaczego wydaje ci się, że doszedłeś do czegoś odkrywczego

Bo inni do tego nie doszli? To chyba najczęstsza miara odkrycia.
No pewnie doszedł do tego już ktoś inny przede mną, jednak nie było mi o tym wiadomo, kiedy ja do tego doszedłem.

>Śmieszne i bezsensu jest bezkrytyczne przywiązywanie się do swoich przekonań oraz sztywność światopoglądowa.

Owszem. Dlatego moje poglądy ewoluują. Jeszcze 5 lat temu wcale nie były takie "radykalne".
No i tutaj muszę się przyznać - poglądy w tym kształcie, w jakim prezentuję je obecnie, zawdzięczam nie do końca samemu sobie, ale... przeciwnikom aborcji.
Kiedyś, dawno temu, opowiadałem się za aborcją do pewnego miesiąca ciąży. Toczyłem na ten temat sporo dyskusji na forach internetowych. Jednym z głównych argumentów przeciwników aborcji był: "skoro można zabić pięciomiesięczny płód, to dlaczego nie noworodka?". Miało to pewnie na celu wykazanie absurdu zgody na aborcję do piątego miesiąca ciąży.
Skłoniło mnie to do przemyśleń. Efektem tych przemyśleń są moje obecne poglądy. Doszedłem do wniosku, że w zasadzie zabicie noworodka, gdy życzą sobie tego rodzice, nie jest niczym złym, a nawet jest pozytywne.
25-04-2014 00:19 
 Ocena 1 na 1
qerfy (677 punktów)
>>Jeśli wciąż będziesz przekonany, że dowiodłeś "prawdy" to opublikuj swoje odkrycie w jakimś czasopiśmie naukowym
>Każdy dowód opiera się na jakichś założeniach. Tutaj założeniem jest, że należy dążyć do minimalizacji odczuwanego dyskomfortu.

Dlaczego przyjmujesz, że zdanie "należy dążyć do minimalizacji odczuwanego dyskomfortu" jest zdaniem prawdziwym? Musiałoby takim być, jeżeli chcesz przy jego pomocy wyprowadzać poprawne wnioski. W istocie to dogmat. Mogę wskazać inne podobne zdania, np. "należy dążyć do rozprzestrzeniania swoich genów", "należy dążyć do zjednoczenia się z bogiem", "należy dążyć do utrzymania zdrowia", itp. Żadne z nich nie jest bezwzględnie prawdziwe ani fałszywe.
Choćby nawet ktoś uznał ów dogmat za prawdziwy, to wciąż nie widzę w jaki sposób miałoby z niego wynikać zdanie "powinienem przerwać swoje istnienie". Łatwo sobie wyobrazić dlaczego. Załóżmy, że kogoś boli ząb. Skoro tylko przyjął twój dogmat za prawdziwy, powinien w tym momencie zmierzać do zminimalizowania odczuwanego dyskomfortu. Co więc zrobi? Teoretycznie, wedle twojej filozofii, powininen strzelić sobie w głowę z rewolweru. Nie zrobi tego jednak, ponieważ na samą myśl o tym odczuje ogromny dyskomfort, który powinien przecież minimalizować. Ładując magazynek jego dyskomfort-strach będzie narastał, zamiast się zmniejszać. Odrzuci więc rewolwer i sięgnie po środek przeciwbólowy.

>Dowodu formalnego ci oczywiście nie podam, bo nie jestem do tego kompetentny, ale myślę, że dla kogoś kompetentnego nie będzie to stwarzać problemu.

Hehe. Czyta to jakiś matematyk?

>>Nic nie będziemy twierdzić. I właśnie o to chodzi.
>To znaczy też, że w ogóle nie będziemy istnieć lub będziemy na poziomie rozwoju ślimaka, który nic nie twierdzi.
>Wcześniej z tych "memów" wyłączyłeś matematykę. A to niby dlaczego? Przecież pojęcia matematyki też są tylko siecią powiązań komórek mózgowych i bez tych powiązań matematyki nie będzie, i żaden matematyk nic nie będzie twierdził... I właśnie o to chodzi? Hm.

Nie wyłączyłem matematyki. Matematyka, podobnie jak nauka jest szczególna. Natomiast tutaj chciałem podkreślić fakt bycia pod wpływem systemu przekonań, który często jest czymś zewnętrznym wobec nas, choć możemy sobie nie uświadamiać skąd się wziął w naszej głowie.

>>Śmieszne i bezsensu jest bezkrytyczne przywiązywanie się do swoich przekonań oraz sztywność światopoglądowa.
>Owszem. Dlatego moje poglądy ewoluują. Jeszcze 5 lat temu wcale nie były takie "radykalne".
>No i tutaj muszę się przyznać - poglądy w tym kształcie, w jakim prezentuję je obecnie, zawdzięczam nie do końca samemu sobie, ale... przeciwnikom aborcji.
>Kiedyś, dawno temu, opowiadałem się za aborcją do pewnego miesiąca ciąży. Toczyłem na ten temat sporo dyskusji na forach internetowych. Jednym z głównych argumentów przeciwników aborcji był: "skoro można zabić pięciomiesięczny płód, to dlaczego nie noworodka?". Miało to pewnie na celu wykazanie absurdu zgody na aborcję do piątego miesiąca ciąży.
>Skłoniło mnie to do przemyśleń. Efektem tych przemyśleń są moje obecne poglądy. Doszedłem do wniosku, że w zasadzie zabicie noworodka, gdy życzą sobie tego rodzice, nie jest niczym złym, a nawet jest pozytywne.

Wygląda na to, że właśnie doprowadziłeś argument przeciwników aborcji do granic absurdu.
Dizzy Devil (71 punktów)
>Dlaczego przyjmujesz, że zdanie "należy dążyć do minimalizacji odczuwanego dyskomfortu" jest zdaniem prawdziwym?

Jest to naturalna, najwyższa potrzeba każdej istoty. Wszystkie potrzeby człowieka można uogólnić do jednej potrzeby ograniczania dyskomfortu.
Czasami pewne decyzje człowieka powodują zwiększenie jakiegoś dyskomfortu, ale to tylko wtedy, gdy zapewnia to pomniejszenie innego lub nie dopuszcza w ogóle do powstania innego, silniejszego dyskomfortu. Przykładem jest tu chociażby sytuacja, gdzie matka woli kupić dziecku prezent na Mikołaja, niż kupić sobie nowe, seksowne ciuchy. Takie postępowanie jest błędnie oceniane jako "altruistyczne". Wcale nie jest to altruizm - matka robi to dla siebie, żeby uchronić się przed dyskomfortem wywołanym wyrzutami sumienia (tak, wiem co to jest egoizm genetyczny, ale psychologiczne wyjaśnienie jest tylko inną formą spojrzenia na to samo).

Nawet, paradoksalnie, podtrzymywanie własnego życia wynika z potrzeby dążenia do minimalizacji dyskomfortu, który to życie właśnie wywołuje. Strach przed zaprzestaniem własnej egzystencji jest de facto strachem przed... ustaniem wszelkich dyskomfortów.
Jest to trochę sprzeczne, ale niestety tak to właśnie wygląda.
Człowiek chce istnieć, ponieważ perspektywa nieistnienia sprawia mu dyskomfort. Przedłużając swe istnienie ogranicza dyskomfort wywołany perspektywą nieistnienia - a więc dąży do minimalizacji dyskomfortu. Mimo że gdyby w istocie przestał istnieć, to wyeliminowałby ten dyskomfort raz na zawsze, wraz ze wszystkimi innymi - a więc jeszcze lepiej go zminimalizował.
Niestety człowiek nie postępuje logicznie.

>Choćby nawet ktoś uznał ów dogmat za prawdziwy, to wciąż nie widzę w jaki sposób miałoby z niego wynikać zdanie "powinienem przerwać swoje istnienie".
Po pierwsze nie zgadzam się ze słowem "dogmat". Dlaczego, to wyjaśniłem powyżej.
A co do drugiej części zdania, to jesteś moim zdaniem w błędzie.
Z założenia "należy dążyć do minimalizacji odczuwanego dyskomfortu" wynika natychmiast, że powinno się przestać istnieć, bo tylko w ten sposób można ten dyskomfort zminimalizować do zera.

>Załóżmy, że kogoś boli ząb. Skoro tylko przyjął twój dogmat za prawdziwy, powinien w tym momencie zmierzać do zminimalizowania odczuwanego dyskomfortu. Co więc zrobi?
>Teoretycznie, wedle twojej filozofii, powininen strzelić sobie w głowę z rewolweru. Nie zrobi tego jednak, ponieważ na samą myśl o tym odczuje ogromny dyskomfort,
>który powinien przecież minimalizować. Ładując magazynek jego dyskomfort-strach będzie narastał, zamiast się zmniejszać. Odrzuci więc rewolwer i sięgnie po środek
>przeciwbólowy.
Dokładnie tak będzie. To jest to samo, co już opisałem na początku posta. Jest to właśnie ten paradoks. Z tego samego powodu istnieję nadal i ja.
Tak czy owak, decyzja, którą ten człowiek podejmuje, jest błędna. No ale już ewolucja "specjalnie" tak ludzi zaprogramowała. Gdyby byli inni, toby nie istnieli.
W tym przypadku jednak, człowiekowi z bólem zęba, którego opisałeś, przysługę mógłby zrobić jakiś inny człowiek, który nie miałby już skrupułów, żeby go zabić.

>Natomiast tutaj chciałem podkreślić fakt bycia pod wpływem systemu przekonań, który często jest czymś zewnętrznym wobec nas, choć możemy sobie nie uświadamiać skąd się wziął w naszej głowie.

Każdy system przekonań bierze się z ogółu doświadczeń, więc jest w pewnym sensie zawsze "zewnętrzny".
Jednak to wcale nie jest argument za uznaniem go za fałszywy.

>Wygląda na to, że właśnie doprowadziłeś argument przeciwników aborcji do granic absurdu.

Wszelka argumentacja przeciwników aborcji opiera się na założeniu, że "życie człowieka jest cenne".
Ja się nie staram negować argumentów przeciwników aborcji płynących z tego założenia. Ja neguję samo założenie.

Z tego wynika jeszcze jedna ciekawa rzecz. Na tej podstawie można macierzyństwo przyrównać do... pedofilii.
O ile pedofil wykorzystuje dziecko seksualnie dla zaspokajania swoich potrzeb seksualnych, to matka robi w zasadzie to samo - wykorzystuje dziecko egzystencjalnie dla zaspokajania swoich potrzeb macierzyńskich (matka odnosi korzyści z istnienia dziecka, więc wykorzystuje to dziecko egzystencjalnie).
Ani pedofilowi, ani matce nie zależy na tym, żeby dziecku stała się krzywda. Zarówno pedofil, jak i matka (w większości przypadków) chcą zapewnić dziecku jak największy komfort w czasie, gdy będzie wykorzystywane seksualnie lub egzystencjalnie (co w praktyce raczej oznacza jak najmniejszy dyskomfort, a nie jak największy komfort).
Niestety w każdym przypadku dziecko cierpi. A w przypadku wykorzystywania egzystencjalnego często cierpi bardziej niż w przypadku wykorzystywania seksualnego. Jeśli dziecko będzie miało wypadek i straci obie nogi, to cierpi. Cierpi z powodu własnej matki - bo je urodziła.
W przypadku wykorzystywania seksualnego przez pedofila mamy podobną sytuację. Dziecko cierpi w późniejszych latach życia w wyniku społecznej stygmatyzacji jako "ofiara pedofila". Pedofilowi też pewnie nie zależało na tym, żeby to dziecko się tak fatalnie potem czuło w wyniku jego wykorzystywania.
Jest to więc analogia do macierzyństwa i wynikających z niego fatalnych skutków dla dziecka.
27-04-2014 17:42 
 Ocena 1 na 1
qerfy (677 punktów)
>>Dlaczego przyjmujesz, że zdanie "należy dążyć do minimalizacji odczuwanego dyskomfortu" jest zdaniem prawdziwym?
>Jest to naturalna, najwyższa potrzeba każdej istoty. Wszystkie potrzeby człowieka można uogólnić do jednej potrzeby ograniczania dyskomfortu.

To założenie jest całkowicie błędne. Człowiek ma wiele potrzeb i one nie sprowadzają się do siebie, ani do żadnej "ogólnej" potrzeby. Takie "ogólne" potrzeby to nic innego jak dogmaty, które od momentu przyjęcia ich za prawdziwe zaczynają kierować naszym życiem, czasami wbrew potrzebom naturalnym (piramida maslowa)
01-05-2014 19:40 
 Ocena-1 na 1
Dizzy Devil (71 punktów)
>To założenie jest całkowicie błędne. Człowiek ma wiele potrzeb i one nie sprowadzają się do siebie, ani do żadnej "ogólnej" potrzeby. Takie "ogólne" potrzeby to nic innego jak dogmaty

Każda potrzeba polega na odczuwaniu dyskomfortu i dążeniu do jego minimalizacji.
Dążenie do minimalizacji dyskomfortu jest więc uogólnieniem każdej potrzeby, tak jak - biorąc za przykład ulubioną przez ciebie matematykę - mamy całki pojedyncze, podwójne, potrójne, ale i mamy też całki n-te, które są ogólnym opisem wszystkich tych poprzednich oraz jeszcze innych.
Tak i tu dążenie do minimalizacji dyskomfortu uogólnia wszystkie potrzeby, bo każda potrzeba ma to do siebie, że sprawia dyskomfort, który człowiek chce ograniczać.
Człowiek NIE potrzebuje jeść - człowiek potrzebuje ograniczyć dyskomfort wynikający z niejedzenia.
Człowiek NIE potrzebuje oddychać - człowiek potrzebuje ograniczyć dyskomfort wynikający z nieoddychania.
Ani jedzenie, ani oddychanie nie są z punktu widzenia człowieka-jednostki celem. Celem jest ograniczenie dyskomfortu i to po to człowiek je i oddycha.
Zaś znaczenie ewolucyjne procesu jedzenia i oddychania nie ma tutaj żadnego znaczenia, gdyż ewolucja nie wytworzyła tego, co wytworzyła, kierując się dobrem świadomej jednostki. Dobro świadomej jednostki z punktu widzenia ewolucji jest zupełnie bez znaczenia.
Nie należy mylić "potrzeb" w kontekście procesu życia, rozmnażania, przemiany pokoleń, trwania gatunku ludzkiego, itd., z potrzebami w kontekście dobra świadomej jednostki. To są zupełnie różne rzeczy, a te pierwsze nawet nie powinny być nazywane potrzebami.

Dyskomfort jest warunkiem wystarczającym i koniecznym zarazem do istnienia potrzeby.
Bez dyskomfortu nie ma potrzeby. Bez potrzeby nie ma dyskomfortu.
03-05-2014 16:05 
 Ocena 1 na 1
qerfy (677 punktów)
>>To założenie jest całkowicie błędne. Człowiek ma wiele potrzeb i one nie sprowadzają się do siebie, ani do żadnej "ogólnej" potrzeby. Takie "ogólne" potrzeby to nic innego jak dogmaty
>Każda potrzeba polega na odczuwaniu dyskomfortu i dążeniu do jego minimalizacji.

Oraz na dążeniu do maksymalizacji komfortu. Dyskomfort jest przeciwieństwem komfortu zgodnie z równaniem y=-x, gdzie y-poziom dyskomfortu, a x-poziom komfortu. Że tak jest, wiemy z doświadczenia. Im więcej cierpienia tym mniej przyjemności i odwrotnie. Minimalizacja dyskomfortu jest zatem matematycznie równoważna maksymalizacji komfortu. Jeśli przyjmujesz, że dążysz do minimalizacji dyskomfortu (czyli do tego by y było jak najmniejsze) to musisz, na mocy logiki przyznać, że dążysz także do maksymalizacji komfortu (do tego by x było jak największe). W momencie śmierci odczuwany dyskomfort i komfort są równe zeru (y=0 i x=0). Dyskomfort nie jest więc miminalny. Minimalny byłby wtedy, kiedy byłby mniejszy od zera (y<0). Wtedy oczywiście (x>0). Dowiodłem formalnie, że należy żyjąc dążyć do komfortu, ponieważ tylko wtedy możemy zminimalizować dyskomfort.

>Człowiek NIE potrzebuje jeść - człowiek potrzebuje ograniczyć dyskomfort wynikający z niejedzenia.

Człowiek potrzebuje ograniczyć dyskomfort wynikający z niejedzenia, a zatem zmaksymalizować komforty wynikający z jedzenia.

>Człowiek NIE potrzebuje oddychać - człowiek potrzebuje ograniczyć dyskomfort wynikający z nieoddychania.

Człowiek potrzebuje ograniczyć dyskomfort wynikający z nieoddychania, a zatem zmaksymalizować komfort wynikający z oddychania.

>Ani jedzenie, ani oddychanie nie są z punktu widzenia człowieka-jednostki celem. Celem jest ograniczenie dyskomfortu i to po to człowiek je i oddycha.

Celem jest ograniczenie dyskomfortu i zwiększenie komfortu. Po to jadłem dziś obiad, żeby nie odczuwać głodu (dyskomfortu), lecz odczuwać zaspokojenie (komfort) będące przeciwieństwem głodu.
10-05-2014 15:08 
 Ocena 2 na 2
Dizzy Devil (71 punktów)
>Człowiek potrzebuje ograniczyć dyskomfort wynikający z niejedzenia, a zatem zmaksymalizować komforty wynikający z jedzenia.

Zauważ, że istnieje mnóstwo potencjalnych komfortów, które mógłbyś uzyskać, gdybyś odczuwał przeciwstawny dyskomfort. Jednak nie odczuwasz tych komfortów, ponieważ nie dążysz do minimalizacji przeciwstawnego dyskomfortu - gdyż tego dyskomfortu nie masz. Czy jednak brak tego komfortu powoduje u ciebie negatywne odczucia?
Na przykład, ktoś odczuwa silną potrzebę jedzenia kału. Idąc twoim myśleniem, zjadając kał podnosi mu się poziom komfortu wynikający z tego zjadania.
Ty nie odczuwasz komfortu wynikającego z jedzenia kału, czy to znaczy, że jesteś w gorszej sytuacji niż tamten człowiek?

Nie jest istotne odczuwanie komfortu, tylko brak odczuwania dyskomfortu właśnie.
Jeśli brak komfortu sprawia dyskomfort, to komfort jest pozytywny tylko dlatego, że jego brak sprawia dyskomfort, a nie przez brak komfortu sam w sobie.

Eliminacja negatywnych skutków braku komfortu wymaga minimalizacji istniejącego dyskomfortu. Zaś drogą do pozbycia się dyskomfortu nie jest tylko pozyskanie komfortu. Przejście w stan neutralny jest równie skuteczne.
Wszystko się więc sprowadza do dyskomfortu. Nie trzeba pozyskiwać komfortu, żeby się pozbyć dyskomfortu.

Kamień nie odczuwa komfortu, jednak nie odczuwa też dyskomfortu. To go ustawia w pozycji lepszej niż pozycja człowieka. A to wszystko dzięki temu, że nie ma potrzeb, bo dyskomfort zawsze wynika z potrzeby.

Dlatego uważam, że kamień jest wolny, a człowiek jest więźniem - więźniem swoich potrzeb.
10-05-2014 17:47 
 Ocena 1 na 1
nie-wiem (38 punktów)
>Dlatego uważam, że kamień jest wolny, a człowiek jest więźniem - więźniem swoich potrzeb.

Kamień nie ma woli. Nie może nawet popełnić samobójstwa.
Dizzy Devil (71 punktów)
>Kamień nie ma woli. Nie może nawet popełnić samobójstwa.

Nie ma woli i właśnie dlatego jest wolny.
Zniewolone może być tylko to, co posiada wolę.
nie-wiem (38 punktów)
>Nie ma woli i właśnie dlatego jest wolny.
>Zniewolone może być tylko to, co posiada wolę.

I vice versa. Wolne może być tylko to, co posiada wolę.

"wolny" - działający zgodnie z własną wolą
"zniewolony" - działający wbrew własnej woli

stan kamienny nie jest ani wolnością, ani zniewoleniem
Dizzy Devil (71 punktów)
>"wolny" - działający zgodnie z własną wolą
>"zniewolony" - działający wbrew własnej woli

"zniewolony" - działający wbrew własnej woli
"wolny" - nieprawda, że działający wbrew własnej woli

Kamień jest więc wolny, bo to nieprawda, że działa wbrew własnej woli.
Człowiek jest zniewolony, bo nie ma człowieka, któremu nigdy się nie zdarzyło działać wbrew swej woli.
nie-wiem (38 punktów)
>"zniewolony" - działający wbrew własnej woli
>"wolny" - nieprawda, że działający wbrew własnej woli
>Kamień jest więc wolny, bo to nieprawda, że działa wbrew własnej woli.
>Człowiek jest zniewolony, bo nie ma człowieka, któremu nigdy się nie zdarzyło działać wbrew swej woli.
>

"Wolny - działający zgodnie z własną wolą"
Kamień nie jest wolny, bo to nieprawda, że działa zgodnie z własną wolą (przecież jej nie ma!).
Człowiek bywa wolny i zniewolony. Bo nie ma (pomijam możliwe wyjątki) człowieka, któremu nie zdarzyłoby się doświadczyć jednego i drugiego.

Tak czy siak, jeśli ktoś ceni sobie wolność, musi cenić sobie życie. Bo jest ono jej warunkiem.
Dizzy Devil (71 punktów)
>Kamień nie jest wolny, bo to nieprawda, że działa zgodnie z własną wolą (przecież jej nie ma!).

Nie jest możliwe działanie w pełni zgodnie z własną wolą. A więc wedle twojej definicji wolność nie istnieje.

>Człowiek bywa wolny i zniewolony.

Człowiek, dopóki żyje, dopóty jest zniewolony. Nie może być wolny.
Np. ja teraz chciałbym sobie pofruwać bez skafandra kosmicznego w przestrzeni kosmicznej, a nie mogę. Jestem więc zniewolony.
Każdy świadomy swego istnienia człowiek chce czegoś, czego nie może. Każdy jest więc niewolnikiem. Nie ma znaczenia stopień nasilenia tej potrzeby. Fakt, że taka potrzeba jest, że istnieje takie życzenie, a nie może być spełnione, już jest wystarczający do uznania człowieka za niewolnika.
Zgodnie z własną wolą działać więc nie można. A skoro to działanie zgodnie z własną wolą jest według ciebie definicją wolności, to wolność nie istnieje.

Jedyną sensowną definicją wolności jest więc definiowanie wolności poprzez zaprzeczenie działaniu wbrew własnej woli, a nie przez działanie zgodnie z własną wolą.

Jeśli ktoś lub coś ma wolę, to zgodnie z nią działać nie może.
Dlatego tylko to, co nie ma woli, jest wolne.
29-05-2014 16:37 
 Ocena 1 na 1
nie-wiem (38 punktów)
>Nie jest możliwe działanie w pełni zgodnie z własną wolą. A więc wedle twojej definicji wolność nie istnieje.

Czemu nie jest możliwe?

>Np. ja teraz chciałbym sobie pofruwać bez skafandra kosmicznego w przestrzeni kosmicznej, a nie mogę. Jestem więc zniewolony.

Jesteś zniewolony swoimi zachciankami. Jednak gdybyś chciał tego, co jest możliwe do zdziałania, byłbyś w pełni wolny. A więc człowiek ma zawsze wybór - jestem wolny bądź zniewolony.

>Każdy świadomy swego istnienia człowiek chce czegoś, czego nie może. Każdy jest więc niewolnikiem. Nie ma znaczenia stopień nasilenia tej potrzeby. Fakt, że taka potrzeba jest, że istnieje takie życzenie, a nie może być spełnione, już jest wystarczający do uznania człowieka za niewolnika.

Nawet jeśli masz rację, to nie znaczy to, że człowiek jest zawsze zniewolony. Tylko takim bywa.

>Zgodnie z własną wolą działać więc nie można. A skoro to działanie zgodnie z własną wolą jest według ciebie definicją wolności, to wolność nie istnieje.

Znikąd nie wynika, że nie można działać zgodnie z własną wolą. Ja właśnie wypełniam moją wolę odpisania ci na wypowiedź.

Zatem - to co teraz robię jest znakomitym dowodem na to, że wolność istnieje.

>Jedyną sensowną definicją wolności jest więc definiowanie wolności poprzez zaprzeczenie działaniu wbrew własnej woli, a nie przez działanie zgodnie z własną wolą.

A to jest właśnie zaprzeczenie działania wbrew własnej woli - działanie zgodnie z własną wolą.

Brak jakiegokolwiek działania jest zaś zaprzeczeniem jednego i drugiego. Nie jest ani wolnością, a niewolą. Po prostu nie jest.

>Jeśli ktoś lub coś ma wolę, to zgodnie z nią działać nie może.
>Dlatego tylko to, co nie ma woli, jest wolne.

Może. Właśnie to robię. Tylko to co ma wolę jest (albo jak WOLISZ - bywa) wolne.
10-05-2014 20:09 
 Ocena 1 na 1
Episode_2 (3284 punktów)
Zgadzam się, jednak widzę też inne możliwości.
Na przykład:
Nie jesteś głodny, idziesz do koleżanki a ona częstuje Cię pysznym ciastem.
Jesz i odczuwasz komfort z tego powodu mimo, że wcześniej nie odczuwałeś dyskomfortu z powodu braku ciasta.
Albo siedzisz w domu wieczorem i nie masz potrzeby, żeby z niego wyjść.
Dzwonią kumple i wyciągają Cię na piwo. Cieszysz się z tego i czujesz się komfortowo w towarzystwie mimo, że nie odczuwałeś dyskomfortu z powodu siedzenia w domu.
Co Ty na to?
Dizzy Devil (71 punktów)
>Nie jesteś głodny, idziesz do koleżanki a ona częstuje Cię pysznym ciastem.
>Jesz i odczuwasz komfort z tego powodu mimo, że wcześniej nie odczuwałeś dyskomfortu z powodu braku ciasta.

Odczuwałeś dyskomfort z powodu braku w mózgu substancji, której produkcję pobudza cukier obecny w cieście, nie będąc świadomy przyczyny swojego dyskomfortu.
Episode_2 (3284 punktów)
>Odczuwałeś dyskomfort z powodu braku w mózgu substancji, której produkcję pobudza cukier obecny w cieście, nie będąc świadomy przyczyny swojego dyskomfortu.
W moim przykładzie nie odczuwałem dyskomfortu, bo nie byłem głodny.
No i pozostaje jeszcze drugi przykład, który wymieniłem. Jeśli ten wydaje Ci się wątpliwy.
Dizzy Devil (71 punktów)
>No i pozostaje jeszcze drugi przykład, który wymieniłem. Jeśli ten wydaje Ci się wątpliwy.

Identyczne rozumowanie. Dyskomfort istniał, ale nie istniała świadomość możliwego sposobu na jego złagodzenie.
21-05-2014 21:43 
 Ocena 1 na 1
Episode_2 (3284 punktów)
>Identyczne rozumowanie. Dyskomfort istniał, ale nie istniała świadomość możliwego sposobu na jego złagodzenie.
Czy dyskomfort nieodczuwany jest dyskomfortem?
Zastanów się jeszcze raz nad tymi przykładami na spokojnie.
Dizzy Devil (71 punktów)
>Czy dyskomfort nieodczuwany jest dyskomfortem?

Nie jest. Jednak w tym przypadku istniał, jednak nie była zdiagnozowana jego przyczyna lub możliwy sposób jego eliminacji. Gdyby dyskomfort nie istniał, to osoba nie uznałaby kolejnego stanu za korzystniejszy w porównaniu z poprzednim.
Jeżeli jakiś stan B uznajemy za korzystniejszy względem stanu A, w którym znajdowaliśmy się wcześniej, to znaczy to, że stan A wywoływał u nas jakiś dyskomfort, którego teraz nie ma. W przeciwnym wypadku nie można uznać stanu B za korzystniejszy.

Dyskomfort nie musi polegać na bezpośrednim myśleniu "ojej, ale mi niedobrze".

Każda ocena zmiany stanu na lepszy oznacza, że poprzedni stan sprawiał więcej dyskomfortu niż aktualny. Bo jeśli nie sprawiał, to niby skąd się wzięła ocena drugiego stanu jako "lepszy"? Nie ma takiej możliwości - byłoby to logicznie niemożliwe.

Dyskomfort maleje wraz ze wzrostem oceny kolejnych stanów jako "lepszych" lub wraz z zaprzestaniem jakiejkolwiek percepcji.
nie-wiem (38 punktów)
>Każda ocena zmiany stanu na lepszy oznacza, że poprzedni stan sprawiał więcej dyskomfortu niż aktualny.

Bynajmniej. Musiałbyś założyć, że człowiek jest nieomylny co do swoich ocen. Sama zmiana może np. przynieść chwilowe zawieszenie dyskomfortu jako jakaś innowacja. I jeśli ktoś właśnie w tym momencie zabiera się za ocenę, będzie niesprawiedliwy. Bo oceniając stan poprzedni, nie weźmie pod uwagę tego "pierwszego razu", lecz mniej przyjemny ciąg dalszy.

>Bo jeśli nie sprawiał, to niby skąd się wzięła ocena drugiego stanu jako "lepszy"? Nie ma takiej możliwości - byłoby to logicznie niemożliwe.

Choćby z tego powodu, o którym pisałem wyżej. Zdaje się, że przeceniasz człowieka posądzając go o nieomylność.

>Dyskomfort maleje wraz ze wzrostem oceny kolejnych stanów jako "lepszych" lub wraz z zaprzestaniem jakiejkolwiek percepcji.

Więc osoba zawyżająca ocenę swojej sytuacji prowadzi do zmniejszenia swojego dyskomfortu. Wystarczy sobie wmawiać (uświadamiać), że jest dobrze.
Dizzy Devil (71 punktów)
>Choćby z tego powodu, o którym pisałem wyżej. Zdaje się, że przeceniasz człowieka posądzając go o nieomylność.

Człowiek się co do swoich odczuć nie myli.
Jeżeli teraz czuję się lepiej niż godzinę temu, to nie jest możliwe, że za kolejną godzinę okaże się, że to nieprawda, że wtedy się czułem lepiej niż godzinę wcześniej.
Odczucia są aktualne na ten czas, w którym są.

Jeżeli Małgośka się zakochała w Janku, to za dwa lata, gdy już zdąży jej porządnie namłócić, nie może powiedzieć, że ona to go jednak wcale nie kochała. Kochała go. To teraz go nie kocha.
Odczucia zawsze są takie, jakimi się w danej chwili wydają.
Nie ma możliwości weryfikacji odczuć stwierdzając, że wcale nie były takie, jakie się wydawały w momencie, gdy były.
nie-wiem (38 punktów)
>Człowiek się co do swoich odczuć nie myli.
>Jeżeli Małgośka się zakochała w Janku, to za dwa lata, gdy już zdąży jej porządnie namłócić, nie może powiedzieć, że ona to go jednak wcale nie kochała. Kochała go. To teraz go nie kocha.
>Odczucia zawsze są takie, jakimi się w danej chwili wydają.

Ale pamięć zawodzi. Ludzie mają tendencje do pamiętania czegoś lepiej lub gorzej niż w rzeczywistości to wyglądało.
Czyli za 10 lat Małgośka będzie przekonana, że nie kochała Janka, pamiętając selektywnie tylko sytuacje kiedy żywiła doń negatywne odczucia.
Więc w nowym związku z Grzegorzem będzie się czuła o niebo lepiej niż z Jankiem. Co jest co najmniej przesadą. Ale ona właśnie tak czuje. A sam napisałeś: "nie może powiedzieć, że ona to go jednak wcale nie kochała", a ona jednak tak czuje w chwili, kiedy o tym mówi. Prawda, że można się mylić we własnych odczuciach?

>Nie ma możliwości weryfikacji odczuć stwierdzając, że wcale nie były takie, jakie się wydawały w momencie, gdy były.

Nie ma. Dlatego nigdy nie mamy pewności, czy naprawdę czujemy się lepiej niż czuliśmy. Raczej nie przed chwilką, ale np. kilka lat temu.
Episode_2 (3284 punktów)
>Odczucia zawsze są takie, jakimi się w danej chwili wydają.
>Nie ma możliwości weryfikacji odczuć stwierdzając, że wcale nie były takie, jakie się wydawały w momencie, gdy były.
No ale właśnie zanegowałeś mój poobiedni komfort tylko dlatego, że później wydarzyło się coś innego. Według Ciebie komfort po fakcie stał się nieprawdziwy.
Gdzie logika?

Twoje wypowiedzi miałyby sens, gdybyś uważał, że człowiek zawsze odczuwa dyskomfort, tylko o tym nie wie. Czy tak uważasz?

Ale nawet jeśli tak uważasz i tak odczuwasz, nie możesz zakładać, że inni nigdy nie czują się komfortowo, bo jak sam pisałeś:
>Człowiek się co do swoich odczuć nie myli.
nie-wiem (38 punktów)
>Doszedłem do wniosku, że w zasadzie zabicie noworodka, gdy życzą sobie tego rodzice, nie jest niczym złym, a nawet jest pozytywne.

Jest jeszcze jedno założenie, które poczyniłeś, a które milcząco pomijasz. Mianowicie "śmierć powoduje zaprzestanie istnienia". Jeśli nie jest zgodne z prawdą (a tego nie wiemy), cała twoja filozofia staje się naiwną mrzonką o eldorado niebytu.

Nawet zaimplementowanie twojej filozofii w stosunku do "potencjalnych" ludzi, czyli rezygnacja z rozmnażania się nie jest mniej ryzykowna od uśmiercania ich w ramach domniemanego raju pozbawionego cierpienia. A to dlatego, że jeśli istnienie tych "potencjalnych" ludzi jest niezależne od tego, czy zostaną spłodzeni czy nie i jeśli przy tym zaistnienie właśnie w formie człowieczej poprawia ich sytuację, to znowuż działasz na ich niekorzyść - nie dopuszczając ich do narodzin. Może być też np. tak, że przejście przez człowieczą formę istnienia bez zakłóceń (np. uśmiercenie) jest koniecznym warunkiem do finalnego jego zaprzestania. A więc chcąc dobrze (zmniejszyć dyskomfort), w rzeczywistości utrudniasz komuś bycie.

Jeśli masz zamiar zarzucisz mi religijne fantazjowanie, to profilaktycznie już odeprę taki argument. Jeśli niepotrzebnie, to przepraszam najmocniej. Robię to m.in. w ramach oszczędzenia nam czasu.

Twoja filozofia jest nie mniej religijna niż ta, którą tu wykoncypowałem, jako że wiedzy pewnej o tym, co po śmierci i przed narodzinami nie mamy. Więc jedyne co nam pozostaje to snucie hipotez, które wydają nam się mniej lub bardziej prawdopodobne albo mniej lub bardziej nam odpowiadające.

Wygląda na to, że tak bardzo pragniesz 'nie istnieć', że bierzesz taki finał za oczywistość.
Dizzy Devil (71 punktów)
>Jest jeszcze jedno założenie, które poczyniłeś, a które milcząco pomijasz. Mianowicie "śmierć powoduje zaprzestanie istnienia".

No i tu mnie masz
Dlatego zawsze staram się mówić o korzyściach płynących z "zaprzestania istnienia" zamiast ze "śmierci".
Jednak nie zawsze mi się to udaje.
Dizzy Devil (71 punktów)
>Jeśli masz zamiar zarzucisz mi religijne fantazjowanie, to profilaktycznie już odeprę taki argument.

Absolutnie nie zarzucam czegoś takiego. Są to jak najbardziej słuszne wątpliwości, gdy mówimy o życiu/śmierci.
Jednak już nie, gdy mówimy o istnieniu/nieistnieniu.

Natomiast prawdą jest, że pewnej recepty na nieistnienie nie posiadam.

>Twoja filozofia jest nie mniej religijna niż ta, którą tu wykoncypowałem, jako że wiedzy pewnej o tym, co po śmierci i przed narodzinami nie mamy.

Ale ja wcale nie uznaję twojej wypowiedzi za "religijną".
Jest to słuszne, racjonalne, niereligijne rozumowanie (oczywiście tylko wtedy, gdy jest stawiane jako hipoteza, a nie jako fakt).
26-04-2014 11:44 
 Ocena 1 na 1
czas trwania (4 punktów)
Odczuwanie dyskomfortu jak również odczuwanie braku dyskomfortu jest formą aktywności, po śmierci nie jesteśmy aktywni, toteż śmierć nie jest brakiem dyskomfortu, bo go nie odczuwamy.

Śmierć: pl.wiktionary.org/wiki/śmierć

W jaki sposób brak dyskomfortu pod postacią śmierci jest wartością, kiedy nie żyjąc nie będziesz miał możliwości odbioru wartości, jak również wszyscy inni nieżyjący (pozbawieni dyskomfortu). Dla kogo wtedy cokolwiek będzie wartością?
Dizzy Devil (71 punktów)
>Odczuwanie dyskomfortu jak również odczuwanie braku dyskomfortu jest formą aktywności
Wcale nie pisałem o odczuwaniu braku dyskomfortu, tylko o braku odczuwania dyskomfortu. A to różnica.

>W jaki sposób brak dyskomfortu pod postacią śmierci jest wartością, kiedy nie żyjąc nie będziesz miał możliwości odbioru wartości, jak również wszyscy inni nieżyjący (pozbawieni dyskomfortu). Dla kogo wtedy cokolwiek będzie wartością?

W podobny sposób, w jaki brak bólu podczas operacji jest wartością dla osoby pod narkozą, która przecież nie zdaje sobie sprawy z tego, że nie odczuwa bólu.
Też mógłbyś jej w takim razie zadać pytanie: a po co ci narkoza?

Brak dyskomfortu jest wartością nawet wtedy, jeśli nie ma nikogo, kto mógłby ten brak dyskomfortu odczuć.
Natomiast brak uciechy jest antywartością tylko wówczas, gdy jest komu ten brak uciechy odczuć i odczuwać z tego powodu dyskomfort.
28-04-2014 16:55 
 Ocena 1 na 1
nie-wiem (38 punktów)
>W podobny sposób, w jaki brak bólu podczas operacji jest wartością dla osoby pod narkozą, która przecież nie zdaje sobie sprawy z tego, że nie odczuwa bólu.

Raczej nie jest wartością dla osoby już będącej pod narkozą, bo jej tak jakby chwilowo nie ma. Jest wartością dla niej, zanim podda się operacji.

Analogicznie jest z brakiem istnienia. Jak już człowieka nie będzie, znikną wszelkie wartości, które o tyle mają rację bytu, o ile istnieje podmiot wartościujący. A więc tylko dla przyszłego trupa jest to wartością.

A więc nie mogę się zgodzić z tym:
>Brak dyskomfortu jest wartością nawet wtedy, jeśli nie ma nikogo, kto mógłby ten brak dyskomfortu odczuć.

Wartość to wynik wartościowania, którego "nic" jest pozbawione. Nie ma podmiotu wartościującego - nie ma wartościowania, nie ma wartościowania - nie ma wartości.
Dizzy Devil (71 punktów)
>Wartość to wynik wartościowania, którego "nic" jest pozbawione. Nie ma podmiotu wartościującego - nie ma wartościowania, nie ma wartościowania - nie ma wartości.
>

W takim razie inaczej rozumiemy słowo "wartość". Trudno mi jednak znaleźć inne.
Być może "dobro" byłoby lepszym słowem, chociaż to też nie jest pewne.

Zamieńmy więc

Brak dyskomfortu jest wartością nawet wtedy, jeśli nie ma nikogo, kto mógłby ten brak dyskomfortu odczuć.

na

Brak dyskomfortu jest dobry nawet wtedy, jeśli nie ma nikogo, kto mógłby ten brak dyskomfortu odczuć.
04-05-2014 13:43 
 Ocena 1 na 1
nie-wiem (38 punktów)
>Brak dyskomfortu jest dobry nawet wtedy, jeśli nie ma nikogo, kto mógłby ten brak dyskomfortu odczuć.

Uważam, że to nie o złe słowo chodzi, lecz o złe podejście do sprawy. Bo trudno oceniać pozycję czegoś czego nie ma.

Najlepiej wyobrazić sobie, że istnieje jeden człowiek (żeby ocena świadków odpadła), następnie umiera i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy to go spotkało było dobre?
zakładając, że:

- nie odczuł tego po śmierci
- nie odczuł tego przed śmiercią

Nie odczuł nigdy zupełnego braku dyskomfortu. Brak zupełnego dyskomfortu nie istnieje podobnie jak śmierć na takiej zasadzie, że jak już jedno i drugie przychodzi, nie ma tego, dla którego to istnieje.

Brak dyskomfortu jest niebytem. Niebyt nie może być zły albo dobry.
Dizzy Devil (71 punktów)
>Uważam, że to nie o złe słowo chodzi, lecz o złe podejście do sprawy. Bo trudno oceniać pozycję czegoś czego nie ma.
>(...)
>Nie odczuł nigdy zupełnego braku dyskomfortu. Brak zupełnego dyskomfortu nie istnieje podobnie jak śmierć na takiej zasadzie, że jak już jedno i drugie przychodzi, nie ma tego, dla którego to istnieje.

Nie chodzi o odczuwanie braku dyskomfortu, tylko o brak odczuwania dyskomfortu.
Kamień kopnięty przez dziecko nie odczuwa braku dyskomfortu. Jednak to nie zmienia faktu, że jest w lepszej sytuacji niż kopnięty później przez to dziecko kot.

>Brak dyskomfortu jest niebytem. Niebyt nie może być zły albo dobry.

Niebyt jest dobry w tym sensie, że nie ma komu go uznać za zły.

Zło = odczucia
Dobro = brak odczuć
nie-wiem (38 punktów)
>Kamień kopnięty przez dziecko nie odczuwa braku dyskomfortu. Jednak to nie zmienia faktu, że jest w lepszej sytuacji niż kopnięty później przez to dziecko kot.

Chodzi mi o to, że kamień w zasadzie nie jest w żadnej sytuacji. Funkcjonuje w świecie tylko jako przedmiot.

Więc jeśli chcesz być spójny w tym, żeby na potrzeby roztrząsanego tutaj problemu postawić się w sytuacji "niebytu"/"kamienia", to i musisz wziąć pod uwagę, że "niebyt" i "kamień" swojego położenia nie wartościują.

Tylko człowiek żyjący i odczuwający dyskomfort może zazdrościć braku dyskomfortu.

>Niebyt jest dobry w tym sensie, że nie ma komu go uznać za zły.

Analogicznie. Niebyt jest zły, bo nie ma komu go uznać za dobry.

>Zło = odczucia
>Dobro = brak odczuć

Zło - brak odczuć
dobro - odczucia

To co podałem ma taką samą wartość co podałeś ty. Obaj wartościujemy z pozycji istoty odczuwającej.
Dizzy Devil (71 punktów)
>Tylko człowiek żyjący i odczuwający dyskomfort może zazdrościć braku dyskomfortu.

Nie chodzi o to, żeby go zazdrościć, ani pożądać. Chodzi o to, by ten brak był faktem - nawet poza jakimkolwiek postrzeganiem.

>Analogicznie. Niebyt jest zły, bo nie ma komu go uznać za dobry.

Złe jest tylko to, co jest odczuwalne. Dobre zaś niekoniecznie musi być odczuwalne, by było dobre. Zły jest tylko dyskomfort. Dyskomfort musi być odczuwalny, by był faktem. Dobre jest wszystko, co nie jest dyskomfortem. "Nie-dyskomfort" nie musi więc być odczuwalny, aby był faktem.

>Zło - brak odczuć
>dobro - odczucia

j.w.
17-05-2014 22:41 
 Ocena 1 na 1
nie-wiem (38 punktów)
>Nie chodzi o to, żeby go zazdrościć, ani pożądać. Chodzi o to, by ten brak był faktem - nawet poza jakimkolwiek postrzeganiem.

Brak jako fakt (coś co obiektywnie jest) nie istnieje. To tylko abstrakcja, istnieje tylko jako zaprzeczenie faktu i tylko w umyśle osób postrzegających.

Więc wymagasz niemożliwego.

>Złe jest tylko to, co jest odczuwalne. Dobre zaś niekoniecznie musi być odczuwalne, by było dobre. Zły jest tylko dyskomfort. Dyskomfort musi być odczuwalny, by był faktem. Dobre jest wszystko, co nie jest dyskomfortem. "Nie-dyskomfort" nie musi więc być odczuwalny, aby był faktem.

Dobre jest tylko to, co jest odczuwalne. Złe zaś niekoniecznie musi być odczuwalne, by było złe. Dobry jest tylko komfort. Komfort musi być odczuwalny, by był faktem. Dobre jest wszystko to, co nie jest dyskomfortem. Dyskomfortem nie jest komfort i nie-dyskomfort, ale nie-dyskomfort jest zły, bo nie jest odczuwalny.

>jw.

jw.
Dizzy Devil (71 punktów)
>Złe zaś niekoniecznie musi być odczuwalne, by było złe.

Taka definicja zła nie ma praktycznego sensu (to trochę jak przestępstwo bez ofiary).
Jednak jeśli uważasz, że ma, to ja już nie wiem, co powiedzieć.
22-05-2014 13:29 
 Ocena 1 na 1
nie-wiem (38 punktów)
>Taka definicja zła nie ma praktycznego sensu (to trochę jak przestępstwo bez ofiary).
>Jednak jeśli uważasz, że ma, to ja już nie wiem, co powiedzieć.

Nie ma. Masz rację. Ale chcę zwrócić twoją uwagę, że sensu też nie ma twoja definicja "dobra". Z tego samego powodu. Zresztą właśnie po to powstała moja poprzednia wypowiedź. Absurdem zwalczam absurd.

"Dobre zaś niekoniecznie musi być odczuwalne, by było dobre."

No musi do cholerki być odczuwalne. Wyobraź sobie, że nikt nie istnieje, czyli nikt nie odczuwa dyskomfortu. Kto miałby niby stworzyć wówczas "dobro" tego braku dyskomfortu?

To "dobro" musi być odczuwalne choćby jako idea. Nie ma czegoś takiego jak "dobro" i "zło" istniejące obiektywnie. Więc zawsze przypisujesz czemuś dobro bądź zło z jakiejś perspektywy. Musi to być perspektywa osoby tkwiącej w komforto-dyskomforcie istnienia.
Dizzy Devil (71 punktów)
>Wyobraź sobie, że nikt nie istnieje, czyli nikt nie odczuwa dyskomfortu. Kto miałby niby stworzyć wówczas "dobro" tego braku dyskomfortu?

Nikt nie musiałby tego tworzyć. Dobro jest synonimem braku dyskomfortu.
Zaś brak dyskomfortu to albo brak percepcji dyskomfortu, albo percepcja braku dyskomfortu.

>To "dobro" musi być odczuwalne choćby jako idea.

To tak jakby istnienie kamienia musiało być odczuwalne przez jakąś istotę, bo w przeciwnym razie kamień by nie mógł istnieć.

>Nie ma czegoś takiego jak "dobro" i "zło" istniejące obiektywnie.

Tym obiektywnym dobrem jest brak percepcji zła.

Zło jest percepcją dyskomfortu.
Dobro jest przeciwieństwem tego, a więc percepcją braku dyskomfortu LUB brakiem percepcji dyskomfortu. Ta druga część po "lub" jest tu istotna.
28-05-2014 10:17 
 Ocena 2 na 2
nie-wiem (38 punktów)
>Nikt nie musiałby tego tworzyć. Dobro jest synonimem braku dyskomfortu.

Pytanie za milion. Kto tworzy synonimy i abstrakcje typu "brak"?
a) żyjący, doświadczający dyskomfortu człowiek
b) kamień
c) nicość

>Zaś brak dyskomfortu to albo brak percepcji dyskomfortu, albo percepcja braku dyskomfortu.

Brak dyskomfortu to tylko i wyłącznie percepcja brak dyskomfortu, tak jak brak pieniędzy to percepcja braku pieniędzy, a nie brak percepcji pieniędzy.

To są dwie różne rzeczy. Jeśli zaglądam do portfela i widzę, że jest pusty stwierdzam "brak pieniędzy". Jeśli aktualnie mój portfel jest poza zasięgiem, żadnego braku nie jestem w stanie stwierdzić. Pieniądze być może tam leżą.

>To tak jakby istnienie kamienia musiało być odczuwalne przez jakąś istotę, bo w przeciwnym razie kamień by nie mógł istnieć.

Kamień istnieje niezależnie ode mnie, a wartości dobro/zło zostało przeze mnie jako człowieka stworzone. Chyba, że wierzysz w absolutne dobro i zło nadane przez jakieś bóstwo?

>Tym obiektywnym dobrem jest brak percepcji zła.

Brak to coś z definicji nieistniejącego obiektywnie. Coś obiektywnie istniejącego to coś istniejącego niezależnie od podmiotu postrzegającego. A "brak" czegokolwiek w ten sposób nie istnieje.
Obiektywnie istnieją pieniądze, kury, marmur, pasikoniki.
Obiektywnie nie istnieją brak pieniędzy, brak kury, brak marmuru, brak pasikoników.
Żeby "brak" powstał musi go stworzyć zdolny do abstrakcyjnego myślenia człowiek.

Mam nadzieję, że teraz już to jest wystarczająco jasne.

>Zło jest percepcją dyskomfortu.
>Dobro jest przeciwieństwem tego, a więc percepcją braku dyskomfortu LUB brakiem percepcji dyskomfortu. Ta druga część po "lub" jest tu istotna.

dobro jest percepcją komfortu, zło jest (jako przeciwieństwo) brakiem percepcji komfortu lub percepcją braku komfortu - analogicznie (czemu się zgadzasz z jednym, a z drugim nie?)

ta druga część po LUB jest fałszywa jako coś realnego, ale może być prawdziwa jako idea, idea braku percepcji dyskomfortu jest dobra
Dizzy Devil (71 punktów)
Percepcja braku dyskomfortu - nie cierpi.
Brak percepcji dyskomfortu - nie cierpi.
A więc oba przypadki są brakiem cierpienia, a więc brakiem dyskomfortu.

Brak cierpienia jest obiektywny. Jako taki może być użyty do obiektywnego zdefiniowania dobra. Tylko brak cierpienia jest jedyną możliwością obiektywnego zdefiniowania dobra w sposób praktyczny. Żadna inna definicja dobra nie ma praktycznego zastosowania. Jedyną praktycznie zastosowalną definicją dobra jest właśnie brak cierpienia.

>zło jest (jako przeciwieństwo) brakiem percepcji komfortu

Zło jako brak percepcji komfortu nie ma sensu, bo nikomu ani niczemu nie wadzi.
Taka spojrzenie na zło jest niepraktyczne. Nadal jest to przestępstwo bez ofiary.
nie-wiem (38 punktów)
>Brak cierpienia jest obiektywny. Jako taki może być użyty do obiektywnego zdefiniowania dobra. Tylko brak cierpienia jest jedyną możliwością obiektywnego zdefiniowania dobra w sposób praktyczny. Żadna inna definicja dobra nie ma praktycznego zastosowania. Jedyną praktycznie zastosowalną definicją dobra jest właśnie brak cierpienia.

A co znaczy wg ciebie słowo "obiektywny"? Bo nie bardzo rozumiem. Definicję dobra choćby tak sformułowaną jak twoja podaje człowiek (istota cierpiąca). Jest więc subiektywna.
Dwa, jest niemożliwa do praktycznego zastosowania, bowiem dobro jak brak cierpienia nie jest percypowane przez osobę tym dobrem obdarzoną. I nie mam tu koniecznie na myśli czucia się dobrze, tylko choćby możliwość czysto intelektualnego stwierdzenia "To dobro". A więc twoja definicja dobra ma tylko teoretyczne zastosowanie i na domiar złego jest zakorzeniona w tym cierpieniu. Bo gdyby nie ono (a więc idąc dalej - życie), w ogóle by nie powstała.
Ja tu nie widzę miejsca na obiektywizm.

>Zło jako brak percepcji komfortu nie ma sensu, bo nikomu ani niczemu nie wadzi.
>Taka spojrzenie na zło jest niepraktyczne. Nadal jest to przestępstwo bez ofiary.

Podobnie jak nikomu dobrze nie robi ani idei dobra w głowie nie rodzi brak percepcji dyskomfortu.
Mogę się zgodzić, że to stan neutralny, ale nigdy dobry.
29-04-2014 11:54 
 Ocena 1 na 1
czas trwania (4 punktów)
Napisał Pan: "...wszystkie potrzeby człowieka można uogólnić do jednej potrzeby ograniczenia dyskomfortu..." oraz "...poprzez zaprzestanie istnienia eliminujemy każdy dyskomfort."
Rozważmy przykład operacji: pacjent zapewne wcześniej poczuł ból (dyskomfort), od którego chciał się uwolnić, udając się do lekarza. Ból jest informacją o tym że w jego organizmie toczy się choroba, która nieleczona może prowadzić np. do śmierci. Zatem odczuwany przez niego dyskomfort pod postacią bólu ma ustrzec go przed śmiercią. Pan proponuje rozwiązać to za pomocą śmierci właśnie. Innymi słowy, aby uniknąć śmierci powinien się zabić?

Przychylam się do poglądu, że dążenie człowieka do ograniczenia dyskomfortu jest środkiem do m.in. zachowania życia, a nie celem samym w sobie.

Sprowadzenie życia do chęci pozbycia się dyskomfortu uważam za błąd logiczny, nie uwzględniający pozostałych elementów, który stoi w opozycji do większości innych wartości.
Odbierając komuś życie można pozbawić go dyskomfortu, tylko w jakim celu jeśli można, zachowując życie, zastosować wszystkie inne prostsze i mniej inwazyjne rozwiązania. A zatem jest to rozwiązanie, w którym więcej tracimy niż zyskujemy. Możliwe jest życie szczęśliwe przy jednoczesnym odczuwaniu dyskomfortu.
Śmierć jest ostatecznym rozwiązaniem.
Dizzy Devil (71 punktów)
>Ból jest informacją o tym że w jego organizmie toczy się choroba, która nieleczona może prowadzić np. do śmierci. Zatem odczuwany przez niego dyskomfort pod postacią bólu ma ustrzec go przed śmiercią. Pan proponuje rozwiązać to za pomocą śmierci właśnie.

Dokładnie tak.
Ból, który ma ustrzec przed śmiercią, nie istnieje dla dobra świadomej jednostki.
Ból istnieje z przyczyn ewolucyjnych. Ewolucja doprowadziła do powstania zdolności odczuwania bólu. A ewolucja, jak już wcześniej pisałem, NIE kierowała się nigdy i nie kieruje się dobrem świadomej jednostki. Świadoma jednostka jest bez znaczenia w procesie ewolucji.

>Innymi słowy, aby uniknąć śmierci powinien się zabić?

Powinien się zabić, aby przestać bać się śmierci. A więc owszem - de facto uniknie śmierci zabijając się.

>Przychylam się do poglądu, że dążenie człowieka do ograniczenia dyskomfortu jest środkiem do m.in. zachowania życia, a nie celem samym w sobie.

Po pierwsze - "cel" ewolucyjny nie uważam tu za cel, bo jak już pisałem wyżej, świadoma jednostka z punktu widzenia ewolucji jest bez znaczenia.
Dążenie do ograniczania dyskomfortu jest TEŻ mechanizmem, który ewolucja wykształciła, by jednostka nie zdechła za szybko przed rozprzestrzenieniem genu.
Jednak ten mechanizm został tak urządzony, że nigdy nie doprowadza do całkowitej eliminacji dyskomfortu.
A więc ewolucja spowodowała, że człowiek odczuwa dyskomfort, spowodowała też, że człowiek dąży do zmniejszania tego dyskomfortu, jednak, co tu bardzo istotne, sprawiła również, by człowiek tego dyskomfortu nigdy nie mógł całkowicie wyeliminować, albo żeby było to bardzo trudne, lub odłożone w czasie.

Jak widać, ewolucja wcale nie działa dla dobra świadomej jednostki.
Ewolucja wytworzyła skłonność do ograniczania dyskomfortu, ale SAMA ten dyskomfort wprowadziła. Przypomina to więc trochę eksperymenty medyczne polegające na zarażaniu ludzi lub zwierząt chorobami, okaleczanie ich, a potem próby leczenia i obserwacje, czy da się wyleczyć...
Przypomina to też film "Piła", gdzie ktoś przykuł ludzi do rury i dał im w ramach "pomocy" piłę, żeby sobie odcięli nogę, aby się uwolnić.

Nie ma to więc nic wspólnego z dobrem jednostki.

>Sprowadzenie życia do chęci pozbycia się dyskomfortu uważam za błąd logiczny, nie uwzględniający pozostałych elementów, który stoi w opozycji do większości innych wartości.

Wszystkie inne "wartości" wynikają z przyjęcia założenia (błędnego moim zdaniem), że życie ma wartość samo w sobie.
To właśnie ono jest błędem logicznym. Podtrzymywanie życia nie ma sensu, ponieważ nie można utracić życia. Jak już pisałem, strata wiąże się z poczuciem żalu za utraconym. Nie można żałować, że straciło się życie. Nie ma więc sensu żyć.

>Odbierając komuś życie można pozbawić go dyskomfortu, tylko w jakim celu jeśli można, zachowując życie, zastosować wszystkie inne prostsze i mniej inwazyjne rozwiązania.

Nie zgadzam się. Nie są ani prostsze, ani mniej inwazyjne.
Zabić kogoś jest bardzo łatwo - jest to o wiele prostsze niż leczenie kataru.
Inwazyjne - też nie. Inwazyjność rozumiem jako odczucie inwazyjności. Jeśli ktoś nie doświadcza inwazyjności (dyskomfortu płynącego z inwazyjności), to nie jest to w istocie inwazyjne. Śmierć więc nie jest inwazyjna. Inwazyjna jest zaś operacja, bo po operacji człowiek będzie świadomy, że ktoś mu grzebał w ciele i będzie mógł odczuwać tego negatywne skutki (nawet jeśli będą tylko psychologiczne).

Moim zdaniem samobójstwo powinno być oferowaną alternatywną ścieżką leczenia wszelkich dyskomfortów.

>A zatem jest to rozwiązanie, w którym więcej tracimy niż zyskujemy.

Na pewno niczego nie tracimy. Warunkiem koniecznym do straty jest odczuwanie dyskomfortu. Cóż więc tracimy?

>Możliwe jest życie szczęśliwe przy jednoczesnym odczuwaniu dyskomfortu.

Czy to znaczy, że ktoś taki nie chciałby przestać odczuwać tego dyskomfortu, gdyby ktoś czarodziejską różdżką mógł tak sprawić?
Gdyby chciał przestać go odczuwać, to by to znaczyło, że wcale nie był w pełni szczęśliwy, bo ktoś w pełni szczęśliwy nie potrzebuje niczego więcej ponad to, co ma.
A gdyby nawet nie chciał przestać go odczuwać, to i tak to nie jest argument. Gdyby ktoś go zabił, to przecież nie płakałby za tym, że już nie żyje i nie może odczuwać swoich "ulubionych" dyskomfortów. A więc nie miałby dyskomfortu wynikającego z braku możliwości odczuwania innego "ulubionego" dyskomfortu. Niczego by więc na śmierci nie stracił tak czy owak.

>Śmierć jest ostatecznym rozwiązaniem.

Śmierć jest najprostszym i jedynym logicznym rozwiązaniem.
Uważasz je za ostateczne, bo się go boisz. Perspektywa śmierci sprawia tobie TERAZ dyskomfort. Ten dyskomfort odpowiada za odrzucanie jej.
Jednak emocje swoją drogą, a logika swoją. Logiczne jest, byś się zabił, albo żeby ktoś inny ciebie zabił. Wtedy przestałbyś odczuwać wszelki dyskomfort, włącznie z tym, który teraz sprawia, że uważasz śmierć za ostateczne rozwiązanie.

Życie jest jak nałóg, jak uzależnienie od heroiny. Szkodzi uzależnionemu, ale uzależniony wpada w panikę, gdy nie ma pod ręką kolejnej działki.
Dizzy Devil (71 punktów)
Cały sprzeciw wobec moim poglądom tutaj wynika z niemożności odseparowania emocji od rozumu, z niemożności przyjęcia za fakt sprawy, która z emocjonalnego punktu widzenia jest straszna i odrażająca.
Gdyby się to wam udało, rozdzielić te dwie rzeczy (a mi się po wielu latach dopiero udało), to wszystko stałoby się dla was oczywiste.
Należy się nauczyć myśleć i uznawać za poprawne nawet to, co odczuwa się jako straszne i odrażające, i czego nigdy by się nie zrobiło z powodu tych odstraszających emocji. Tylko wtedy można zrozumieć to, o czym tutaj cały czas piszę.
Sprzeciw wobec moich poglądów wynika z mechanizmu znanego w psychologii jako "racjonalizacja". Straszne jest myśleć, że śmierć jest lepsza od życia, co nie? No to lepiej zracjonalizować życie i zacząć myśleć, że życie jest super. Wtedy nie będzie strasznie
Dodatkowym elementem tej racjonalizacji jest projekcja tego wszystkiego na innych. No bo gdybyśmy pozwolili innym, którzy twierdzą że śmierć jest lepsza, na zabijanie się, no to zaszłaby obawa, że sami w końcu byśmy tak zaczęli myśleć (tzw. "społeczny dowód poprawności"), lepiej więc takich delikwentów uznać za wariatów i wysyłać ich na leczenie. Dzięki temu możemy obronić swoją wiarę w wyższość życia nad śmiercią, a co za tym idzie uchronić się od negatywnych emocji.
01-05-2014 21:34 
 Ocena 1 na 1
nie-wiem (38 punktów)
>Cały sprzeciw wobec moim poglądom tutaj wynika z niemożności odseparowania emocji od rozumu, z niemożności przyjęcia za fakt sprawy, która z emocjonalnego punktu widzenia jest straszna i odrażająca.

To teraz mi wykaż, w którym momencie ja racjonalizuję. Bo przedstawiłem Ci, że z racjonalnego punktu widzenia wartość bez podmiotu wartościującego nie istnieje, a ty promujesz nieistnienie jako wartość dla nieistniejącego.

Twój błąd polega na tym, że tak jak twoi interlokutorzy nie możesz się pozbyć perspektywy istniejącego w percepcji idei nieistnienia i wszystkiego co ta ze sobą niesie.
Dizzy Devil (71 punktów)
>To teraz mi wykaż, w którym momencie ja racjonalizuję. Bo przedstawiłem Ci, że z racjonalnego punktu widzenia wartość bez podmiotu wartościującego nie istnieje, a ty promujesz nieistnienie jako wartość dla nieistniejącego.
>Twój błąd polega na tym, że tak jak twoi interlokutorzy nie możesz się pozbyć perspektywy istniejącego w percepcji idei nieistnienia i wszystkiego co ta ze sobą niesie.

Wiadomo, że ktoś, kto nie myśli i nie czuje, nie może niczego oceniać, ani wartościować. Ale tu nie o to chodzi. Chodzi o to, żeby istniejący nie wartościował czegoś negatywnie, a nie o to, żeby nieistniejący wartościował pozytywnie.

To tak jak z narkozą, o której już wspominałem. Człowiek nie po to się poddaje narkozie, żeby pozytywnie to wartościować będąc w stanie narkozy, ani po to, aby pozytywnie to wartościować zanim się narkozie podda, tylko po to żeby nie wartościować negatywnie tego, co będzie, gdy się jej nie podda.

Jest pewna sprzeczność pomiędzy pozytywnym podejściem do eutanazji, jako sposobu na ukrócenie cierpień, a odrzucaniem eutanazji w sytuacji, gdy te cierpienia nie są większe od przeciętnej dawki cierpienia doznawanej przez wszystkich ludzi.
Moim zdaniem cierpienie to cierpienie. Każde jest wystarczającym powodem do eutanazji.
nie-wiem (38 punktów)
> Człowiek nie po to się poddaje narkozie, żeby pozytywnie to wartościować będąc w stanie narkozy, ani po to, aby pozytywnie to wartościować zanim się narkozie podda, tylko po to żeby nie wartościować negatywnie tego, co będzie, gdy się jej nie podda.

Człowiek poddaje się narkozie, żeby nie odczuwać bólu. Pozytywnie wartościuje brak bólu. Negatywnie wartościuje ból. I po wyjściu z narkozy nadal będzie negatywnie wartościować ból i pozytywnie wartościować brak bólu.

>Moim zdaniem cierpienie to cierpienie. Każde jest wystarczającym powodem do eutanazji.

Z jednej strony się zgadzam. Człowiek powinien mieć możliwość zakończenia życia z jakiego bądź powodu, jeśli sam się do życia nie pchał.

Ale z drugiej strony takie nastawienie sprawia, że na cierpienie patrzy się (moim zdaniem niesłusznie)jednowymiarowo. I stworzymy w ten sposób świat samobójców i hedonistów.
Dizzy Devil (71 punktów)
>Człowiek poddaje się narkozie, żeby nie odczuwać bólu. Pozytywnie wartościuje brak bólu. Negatywnie wartościuje ból. I po wyjściu z narkozy nadal będzie negatywnie wartościować ból i pozytywnie wartościować brak bólu.

A co jeśli umrze podczas operacji nigdy się nie wybudzając. Czy to będzie znaczyło, że narkoza nie miała sensu, bo i tak nie miał okazji po narkozie jej pozytywnie "wspominać"?

>Z jednej strony się zgadzam. Człowiek powinien mieć możliwość zakończenia życia z jakiego bądź powodu, jeśli sam się do życia nie pchał.
>Ale z drugiej strony takie nastawienie sprawia, że na cierpienie patrzy się (moim zdaniem niesłusznie)jednowymiarowo. I stworzymy w ten sposób świat samobójców i hedonistów.
>

Krótko będzie on istniał, skoro w końcu wszyscy się zabiją.
Nie będzie więc ani samobójców, ani hedonistów - nie będzie nikogo
A tak się śmiali z Kononowicza...
nie-wiem (38 punktów)
>A co jeśli umrze podczas operacji nigdy się nie wybudzając. Czy to będzie znaczyło, że narkoza nie miała sensu, bo i tak nie miał okazji po narkozie jej pozytywnie "wspominać"?

No jako fakt dokonany nie miała sensu dla zainteresowanego, bo ten nie żyjąc, nie ocenia czy coś jest sensowne, czy nie.

Natomiast narkoza jako idea (czyli oglądana z perspektywy sprzed jej dokonania) jak najbardziej ma sens dla zainteresowanego. I na tym jej sens się skończy, jeśli zainteresowany się nie przebudzi, nie mając tym samym okazji do oceny narkozy post factum.
Dizzy Devil (71 punktów)
>No jako fakt dokonany nie miała sensu dla zainteresowanego, bo ten nie żyjąc, nie ocenia czy coś jest sensowne, czy nie.

Z tego, co piszesz, wynika, że śmierć podczas operacji pod narkozą jest równoważna śmierci podczas operacji bez znieczulenia...
nie-wiem (38 punktów)
>Z tego, co piszesz, wynika, że śmierć podczas operacji pod narkozą jest równoważna śmierci podczas operacji bez znieczulenia...

Oczywiście. Możemy wartościować "umieranie" z perspektywy człowieka żyjącego albo zaprzestać wartościowania jeśli mówimy o osobie zmarłej.

Kluczowe jest ustalenie punktu odniesienia. Dla kogo jest równoważna?
Dizzy Devil (71 punktów)
>Kluczowe jest ustalenie punktu odniesienia. Dla kogo jest równoważna?

Ból ma wartość negatywną dla tego, kto czuje ból. Dlatego powinien być eliminowany. Fakt, że po eliminacji bólu ktoś taki już nie istnieje (przez co nie czuje już bólu), nie wpływa na wartość eliminacji bólu. Nie musi istnieć ktoś, dla kogo to jest teraz warte. Nie ma znaczenia aktualna percepcja wartości, tylko eliminacja przeszłego dyskomfortu.

Idąc twoją drogą, twoim myśleniem, musisz przyznać, że eutanazja jako taka jest bez sensu, bez względu na przyczynę. Nawet jeśli człowiek cierpi straszne męki, to eutanazja zgodnie z twoim podejściem jest pozbawiona jakiegokolwiek sensu. To jest wniosek z tego, co tu cały czas prezentujesz. Więc teraz wprost napisz mi, że eutanazja, bez względu na przyczynę, jest bez sensu. Jeśli tego nie jesteś w stanie napisać, bo tak nie myślisz, to znaczy, że zgadzasz się z moimi poglądami, mimo że ciągle twierdzisz, że nie.
nie-wiem (38 punktów)
>Ból ma wartość negatywną dla tego, kto czuje ból. Dlatego powinien być eliminowany. Fakt, że po eliminacji bólu ktoś taki już nie istnieje (przez co nie czuje już bólu), nie wpływa na wartość eliminacji bólu. Nie musi istnieć ktoś, dla kogo to jest teraz warte. Nie ma znaczenia aktualna percepcja wartości, tylko eliminacja przeszłego dyskomfortu.

Dla kogo ma znaczenie eliminacja przeszłego dyskomfortu, skoro nikogo nie ma?
Cały czas robisz ten sam błąd. Odrywasz wartość od podmiotu wartościującego. Możesz mówić o tym, że likwidacja bólu niesie likwidację cierpienia, ale przydawanie temu wartości dobro/zło jest nadużyciem.

Eliminacja bólu jest cokolwiek warta tylko i wyłącznie dla kogoś istniejącego. Jest coś warta teraz. Wartość nie jest bytem absolutnym. Wartości się nie odtwarza, ją się tworzy.

>Idąc twoją drogą, twoim myśleniem, musisz przyznać, że eutanazja jako taka jest bez sensu, bez względu na przyczynę.

Nie, ja nigdzie tak nie twierdzę. Twierdzę tylko, że śmierć jako fakt nie jest dobra dla żadnej jednostki, bo w momencie śmierci już jej nie ma. Śmierć zawsze jest dobra tylko jako idea.
Próbuję Ci uzmysłowić, że warunkiem istnienia dobra i zła jest życie, życie wartościujące jak właśnie nasze ludzkie życie. I tylko w obrębie życia możemy wartościować. To co przed i po jest poza sferą jakiejkolwiek oceny i oceniania.

Eliminowanie bólu bądź eliminacja jako idea są dobre, ale eliminacja bólu jako jego ostateczne zaprzestanie już nie.
Eutanazja ma znaczenie tylko dla osoby żyjącej.
Dizzy Devil (71 punktów)
>Dla kogo ma znaczenie eliminacja przeszłego dyskomfortu, skoro nikogo nie ma?

Należy na to patrzeć wstecz.
Gdyby ten, kogo już nie ma, wrócił do jestestwa, to by żałował swojego powrotu. W tym sensie eliminacja przeszłego dyskomfortu ma znaczenie nadal wtedy, gdy nikogo już nie ma.

>Możesz mówić o tym, że likwidacja bólu niesie likwidację cierpienia, ale przydawanie temu wartości dobro/zło jest nadużyciem.

Ja dobro definiuję poprzez likwidację cierpienia. Taką stosuję dla 'dobra' definicję. Nie jest to więc żadne nadużycie, tylko nazywanie rzeczy po imieniu.

>Eutanazja ma znaczenie tylko dla osoby żyjącej.

Nadal z tego wynika, że eutanazja jest bez sensu, bo gdy już się stanie faktem, to i tak nie będzie miała znaczenia. Zaś gdy jeszcze ma znaczenie, to jeszcze nie została dokonana, a skoro nie została dokonana, to nie ma pozytywnych jej efektów - a więc de facto też nie ma znaczenia, bo jeszcze się nie odbyła. Czyli nie ma znaczenia tak, czy owak.
A więc plączesz się.
Z twoich poglądów wynika natychmiast, że eutanazja jako taka nie ma sensu. Gdy jeszcze nie została dokonana, to nie ma znaczenia, bo nie została jeszcze dokonana, a gdy już została dokonana, to też nie ma znaczenia, bo nie ma komu tego znaczenia dostrzec.

>Twierdzę tylko, że śmierć jako fakt nie jest dobra dla żadnej jednostki, bo w momencie śmierci już jej nie ma. Śmierć zawsze jest dobra tylko jako idea.

No to tak samo można napisać, że śmierć jest zła również tylko jako idea, a jako fakt już nie.
A więc według tego śmierć nie jest ani zła, ani dobra.

Skąd więc się bierze twoje, jak i innych tutaj osób, uznanie śmierci za coś obiektywnie gorszego od życia?
Nadal to się nie trzyma kupy.
Ja uważam, że śmierć jest lepsza od życia. A ty że nie jest lepsza, jednak równocześnie z twoich wypowiedzi wynika, że nie jest też gorsza. A skoro nie jest ani lepsza, ani gorsza, to dlaczego ktoś miałby teraz nie umrzeć? Przecież i tak niczego to nie zmieni. Nie będzie ani lepiej, ani gorzej. Jedno prącie.
29-05-2014 17:19 
 Ocena 1 na 1
nie-wiem (38 punktów)
>Gdyby ten, kogo już nie ma, wrócił do jestestwa, to by żałował swojego powrotu. W tym sensie eliminacja przeszłego dyskomfortu ma znaczenie nadal wtedy, gdy nikogo już nie ma.

Skąd wiesz, że by żałował? To nie to samo, ale podobny przypadek: Słychać o przypadkach, kiedy niedoszli samobójcy/eutanatycy/trupy (po doświadczeniu śmierci klinicznej) są wdzięczni za, że żyją. Zauważ, że nie za to, że ktoś im zabrał cierpienie związane z umieraniem. Nie masz więc podstaw, żeby zakładać, żal po powrocie.

>Ja dobro definiuję poprzez likwidację cierpienia. Taką stosuję dla 'dobra' definicję. Nie jest to więc żadne nadużycie, tylko nazywanie rzeczy po imieniu.

A likwidacja cierpienia jednej osoby związana z cierpieniem drugiej jest dobra?
Jeśli nie, to jesteś w stanie zagwarantować, że jest taka likwidacja cierpienia, która nie niesie i nieść nie może ze sobą innego? Czy dobro definiowane w twój sposób w ogóle praktycznie istnieje?

>Nadal z tego wynika, że eutanazja jest bez sensu, bo gdy już się stanie faktem, to i tak nie będzie miała znaczenia.

Bo takie są fakty. Nie zgadzasz się z tym? Uważasz, że człowiek będąc trupem przywiązuje jakąkolwiek wagę do eutanazji?

>Zaś gdy jeszcze ma znaczenie, to jeszcze nie została dokonana, a skoro nie została dokonana, to nie ma pozytywnych jej efektów - a więc de facto też nie ma znaczenia, bo jeszcze się nie odbyła. Czyli nie ma znaczenia tak, czy owak.

Może mieć pozytywne efekty jako idea. Czyli świadomość tego, że: zniknę/mogę zniknąć wraz z moim cierpieniem. To przynosi ulgę. Tylko to. Bo śmierć jej niestety nie przynosi. Nie ma komu jej odczuć, człowiek od początku do końca cierpi.

>A więc plączesz się.

W żaden sposób.

>Z twoich poglądów wynika natychmiast, że eutanazja jako taka nie ma sensu. Gdy jeszcze nie została dokonana, to nie ma znaczenia, bo nie została jeszcze dokonana, a gdy już została dokonana, to też nie ma znaczenia, bo nie ma komu tego znaczenia dostrzec.

Wróć. Ma znaczenie, gdy jeszcze nie została dokonana i właśnie dlatego, że nie została dokonana. Bo jak obaj wiemy, po wszystkim już nie ma znaczenia dla zainteresowanego, bliscy są w innej sytuacji.

>No to tak samo można napisać, że śmierć jest zła również tylko jako idea, a jako fakt już nie.

Owszem.

>A więc według tego śmierć nie jest ani zła, ani dobra.

Jako taka nie. Racja.

>Skąd więc się bierze twoje, jak i innych tutaj osób, uznanie śmierci za coś obiektywnie gorszego od życia?

Skąd się wzięło twoje przekonanie o moim przekonaniu? Nie przypominam sobie, żebym coś podobnego wybredził.

>Nadal to się nie trzyma kupy.

Bo grzęźniesz we własnych urojeniach, czego dowodem jest wmawianie mi, że twierdzę coś, czego nie twierdzę.

>Ja uważam, że śmierć jest lepsza od życia. A ty że nie jest lepsza, jednak równocześnie z twoich wypowiedzi wynika, że nie jest też gorsza.

Ja po prostu tych dwóch rzeczy nie porównuje, bo dwa różne levele.
Śmierć jest tylko ideą i jako idea napawa zarówno trwogą, jak i pewną ulgą. Ponieważ życie daje mi możliwość wartościowania czegokolwiek, tylko to się w nim zawiera oceniam z perspektywy dobra i zła. O śmierci jako przyszłym fakcie mogą powiedzieć, że się go boję lub że go oczekuję. Ale nigdy, że w ten sposób przydarzy mi się coś dobrego bądź złego.

>A skoro nie jest ani lepsza, ani gorsza, to dlaczego ktoś miałby teraz nie umrzeć? Przecież i tak niczego to nie zmieni. Nie będzie ani lepiej, ani gorzej. Jedno prącie.

Dla tego trupa to wszystko jedno. Dla mnie już niekoniecznie. Bo tą osobą może być ktoś, kogo kocham. I będę cierpieć. Zauważ, że likwidacja cierpienia przyniosłaby wówczas cierpienie kogoś innego, w tym wypadku moje.
02-05-2014 00:37 
 Ocena 1 na 1
Episode_2 (3284 punktów)
Twoje rozumowanie wydaje mi się słuszne.
Ale co z tego? Mam to gdzieś. Wolę skupiać się na radości życia, zamiast na dyskomforcie.
A, właśnie. Nie wydaje Ci się, że Twoje myślenie zwiększa Twój dyskomfort?
Dizzy Devil (71 punktów)
>Twoje rozumowanie wydaje mi się słuszne.
>Ale co z tego? Mam to gdzieś. Wolę skupiać się na radości życia, zamiast na dyskomforcie.
>A, właśnie. Nie wydaje Ci się, że Twoje myślenie zwiększa Twój dyskomfort?
>

Owszem, zwiększa dyskomfort. Jednak jeśli takie myślenie kiedyś zostanie zaimplementowane i przez to uchroni przed dużo większym dyskomfortem, to bilans będzie dodatni.
Episode_2 (3284 punktów)
>Owszem, zwiększa dyskomfort. Jednak jeśli takie myślenie kiedyś zostanie zaimplementowane i przez to uchroni przed dużo większym dyskomfortem, to bilans będzie dodatni.

Rozumiem. Chcesz radykalnego rozwiązania, a nie zadowalania się półśrodkami.
Co jeśli niemożliwe będzie zaimplementowanie tego myślenia?
Masz zamiar cierpieć (zwiększać swój dyskomfort) dla nierealnego ideału?
Dizzy Devil (71 punktów)
>Co jeśli niemożliwe będzie zaimplementowanie tego myślenia?

To wtedy przyznam ci rację.
Episode_2 (3284 punktów)
>>Co jeśli niemożliwe będzie zaimplementowanie tego myślenia?
>To wtedy przyznam ci rację.
Zastanawiałeś się już nad realnością tego zaimplementowania?
Dizzy Devil (71 punktów)
>Zastanawiałeś się już nad realnością tego zaimplementowania?

Owszem. Jest to realne, chociaż też i nie trywialne.
Irracja (4721 punktów)
>Tak więc, bracia ateiści, nie jest wesoło, przynajmniej ja nie mam powodów do wesołości. A wy? Czy jesteście w stanie sensownie obronić własny system wartości bez przyjętych beztrosko założeń początkowych w stylu... to jest ważne, to jest najważniejsze bo... tak mi się wydaje, albo pan taki a taki o tym pisał?

... bo spełnia potrzeby mojego własnego ego. Mam bardzo egoistyczne podejście do wszelkich systemów wartości...

>Chętnie poczytam, bardzo chętnie, jak się wywijacie z relatywizmu....

... trudno wywinąć się z relatywizmu. Nawet egoizm, w danej chwili podlega warunkom społecznym, czasowym, itp. Własne "widzimisię" również jest rodzajem warunków kształtujących własny egoizm...


... nauka jest nienawistna teizmowi, gdyż prowadzi do deizmu. A ten wyklucza wpływ "Boga i kleru" na życie doczesne...
Deus (3 punktów)
>W związku z tym sami musimy tworzyć normy moralne oparte... no właśnie, na czym? Stawiam tezę, że na własnym "widzimisię". Owe "widzimisię"

To religie są oparte na wartościach moralnych, a nie na odwrót.
Zasady moralne mają zamiar oddzielać dobro od zła. Za każdą powszechnie przyjętą zasadą moralną kryje się działanie w imię szczęścia ludzi.
Szczęście. Na chęci posiadania szczęścia oparte są wszystkie systemy moralne. Jeśli wiemy na czym oprzeć swój system, to możemy rozpocząć tworzenie go.

Wróć do listy wątków działu Filozofia i światopogląd
Aby pisać w tym wątku, musisz się zalogować

  

Zaloguj przez OpenID..
Jeżeli nie jesteś zarejestrowany/a - załóż konto..

Szukaj na Forum  Przewodnik  Regulamin i instrukcja obsługi Forum  Kolegium Moderatorów

 


[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365