>
Cytat:Nie będę operował chorych na kamicę, pozostawiając to ludziom zawodowo stosującym ten zabieg.
>
Chirurg nie składa tego fragmentu przysięgi czy ją łamie? W końcu to on jest człowiekiem zawodowo wykonującym ten zabieg, więc może, ale dlaczego mówi, że nie będzie?Nikt już praktycznie nie wykonuje tych zabiegów. Chodziło o kamicę pęcherzową, obecnie bardzo rzadką, w której duży złóg tworzy się bezpośrednio w pęcherzu moczowym, a nie zstępuje z miedniczki nerkowej, jak to się dzieje w kamicy nerkowej. W czasach Hipokratesa choroba była dość częsta i "leczyli" ją prymitywni rzeźnicy, przy których ówcześni lekarze to mistrzowie subtelności. Ten upiorny zabieg (cechujący się ponad 90% śmiertelnością) wykonywano w Indiach jeszcze w XIX wieku, co opisuje Jurgen Thorwald w świetnym "Stuleciu chirurgów". Dla zainteresowanych zamieszczam odnośny fragment:
"Pierwszy etap owej historii przeżyłem 3 marca 1854 roku po południu w
małym indyjskim miasteczku Khanpur. Było to w czasie mojej pierwszej podróży
do Indii, którą wówczas podjąłem, by studiować tak często zachwalaną przez
romantycznych profesorów "staroindyjską" chirurgię. 3 marca 1854 roku było
gorąco. Mimo to dostałem dreszczy, gdy wychudzony indyjski chłopak, leżący
na podłodze lepkiej od brudu chaty Mukerji, wydał pierwszy przenikliwy
krzyk. Mukerji, "wycinacz kamieni z Khanpur", operował dziecko z powodu
kamieni pęcherzowych, choroby występującej wówczas we wszystkich częściach
świata już w młodocianym wieku.
Członki chłopca prężyły się w żelaznym uchwycie rąk półnagiego pomocnika,
który trzymał go za ramiona i barki i nie pozwalał zsunąć ugiętych w
kolanach, szeroko rozstawionych nóg. Wychudła stara twarz Mukerji pozostała
nieporuszona. Wyciągnął naoliwione palce, którymi przez odbytnicę docisnął
kamień do dna pęcherza. Głęboko w kroczu dziecka tkwił nóż Mukerji, czerwony
od tryskającej krwi. Wbił go szybkim ruchem przez odbyt między mosznę i
krocze aż do pęcherza. Gdy go wyciągnął, chłopiec miotał głową w dzikim
bólu, a z jego gardła wydobywał się głośny, rodzierający serce krzyk.
Mukerji wsadził wskazujący palec w ranę i starał się wymacać kamień. Nie od
razu go znalazł, wcisnął więc dłoń w krwawiące krocze dziecka, by sięgnąć
głębiej do pęcherza. Jednocześnie uciskał drugą pięścią brzuch. Z tej też
strony przycinął kamień bliżej do palca tkwiącego w ranie.
Przeraźliwy krzyk przeszedł w nasilające się i słabnące wycie,
niczym wycie berbronnego dręczonego zwierzęcia, króre pomału traci siły.
Wysuszona ze starości, kawowej barwy twarz Mukerji pozostała sztywna i
nieporuszona. Tylko w jego bardzo ciemnych oczach o zaczerwienionych
powiekach ujrzałem błysk. Nagle wyjął zakrwawione palce i uchwycił długie,
wąskie kleszcze, leżące w budzie na podłodze. Wcisnął je przez ranę, raz
jeszcze pięścią przygniótł brzuch dziecka i zwarł kleszcze. Jego knykcie
zabarwiły się żółtawą bielą. Dał się słyszeć zgrzytliwy szmer. Potem Mukerji
pociągnął, a gdy dziecko z krzykiem udręki jeszcze raz usiłowało się zerwać,
podniósł kleszcze i podał swemu pomocnikowi różowowżółty kamień pęcherzowy,
może na dwa centymetry szeroki i trzy centymetry długi.
Sam Mukerji nie troszczył się zgoła o krwawiącą ranę, nie próbował zatamować
krwi, nie założył tamponu na częściowo rozciętą, częściowo rozdartą ranę, nie
założył żadnego opatrunku. Dał jedynie znak pomocnikom, którzy ścisnęli uda
jęczącego chłopca i zawiązali je dwoma konopnymi sznurami."