Racjonalista - Strona głównaDo treści


Fundusz Racjonalisty

Wesprzyj nas..
Zarejestrowaliśmy
129.820.426 wizyt
Ponad 1046 autorów napisało dla nas 7159 tekstów. Zajęłyby one 28147 stron A4

Wyszukaj na stronach:

Kryteria szczegółowe

Najnowsze strony..
Archiwum streszczeń..

 Rok 2016
rok jak co rok
był dobry dla mnie
był dobry dla kraju
był dobry dla świata
był zły dla mnie
był zły dla kraju
był zły dla świata
  

Oddano 800 głosów.
Chcesz wiedzieć więcej?
Zamów dobrą książkę.
Propozycje Racjonalisty:
Sklepik "Racjonalisty"

Złota myśl Racjonalisty:
Fakt nauczania religii w murach szkolnych sprawia, że w świadomości ucznia zaciera się nawet intuicyjnie dlań uchwytna różnica między statusem wiedzy i wiary.
« Kościół i Katolicyzm  
Czy katolicyzm prowadzi do upadku?
Autor tekstu:

Dopóki kapłan, który z powołania neguje, szkaluje, zatruwa życie,
będzie uchodzić za wyższy typ człowieka, dopóty nie będzie
odpowiedzi na pytanie: co jest prawdą? Prawdę postawiono już
na głowie, skoro świadomy adwokat nicości i negowania
uchodzi za reprezentanta „prawdy"...
Fryderyk Nietzsche

"Kościół żołądek ma nie od parady,
Tyle już różnych krajów pożarł przecie,
A czy się kiedy przejadł? Nigdy w świecie!"

Mefisto

Adam Doboszyński, katolicki myśliciel i polski nacjonalista zarazem, zatytułował jeden ze swych artykułów: Czy katolicyzm prowadzi narody do upadku? (tekst ten ukazał się drukiem w Rzymie w wydawnictwie pod nazwą "W imię Boże" 1 IX 1945 r.). Autor ten rzecz jasna pisał ów tekst ku pokrzepieniu serc katolickich — Polakatolików w pierwszym rzędzie. Życzył sobie, by katolicy uwierzyli, że wreszcie przyszłość, po wielowiekowej dominacji narodów protestanckich, należeć będzie do nich. Choć — jak sam pisał — niekoniecznie do katolików „białej rasy", a raczej to pewne, przyznawał — „ras innych niż biała". "Tak czy owak — konkluduje Doboszyński — w r. 2000 narody protestanckie na pewno przewodzić światu nie będą".

Mamy już 2004 r. i wiemy to nawet lepiej niż katolicy innych krajów, że Doboszyński grubo się omylił. To narody katolickie, w tym nasz, stanowiły w wieku XX rezerwuar taniej siły roboczej, jeśli była ona w ogóle komuś potrzebna, lub wlokły się w ogonie narodów, które już dawno zerwały swą łączność z katolickim Rzymem. Ten żałosny stan trwa właściwie do dziś dnia.

Załóżmy jednak, zdobywając się na całkowitą fikcję polityczną godną autora "Teorii Narodu" i „Ekonomii miłosierdzia" (i choć 2000 r. mamy już za sobą), że w tym 2000 roku większość populacji katolików stanowiliby przedstawiciele innej „rasy" niż „rasa biała" — na przykład Chińczycy. (Podkreślamy z całą mocą, że jest to czysta fikcja, bo jak wiadomo w najmniejszym nawet stopniu tym „pogańskim" i „komunistycznym" Chińczykom nie są potrzebne nauki „naszego papieża", praktyki w rodzaju filipińskich katolików, krzyżujących się na pamiątkę „męki Pańskiej", ani żadni nowi święci męczennicy nawet o żółtej skórze i skośnych oczach). Jak powszechnie wiadomo Chiny konsekwentnie rozwijały się, m.in. gospodarczo, przez cały ubiegły rok, jak i lata poprzednie, bez katolicyzmu, a nawet wbrew katolicyzmowi (w Chinach Kościół tkwi ciągle w podziemiu!). Zakładając jednak, że Chińczycy stworzyliby w 2000 roku azjatyckie imperium (a z pewnością są bliscy jego utworzenia). Po czym by je schrystianizowali i na największej pagodzie w całym swym Państwie Środka, Zachodu i Wschodu zatknęli krzyż — byłby to z pewnością początek ich końca! Jak zresztą każdego narodu zdeprawowanego przez ten chytrze przemyślany system prania mózgów rodem z Palestyny via Rzym po całym bez mała świecie rozpanoszony.

Z katolickiego bowiem punktu widzenia cały ten wyścig technologiczny, jaki obecnie obserwujemy pomiędzy Chinami a Stanami Zjednoczonymi, i resztą Zachodu, oraz ta walka o gospodarczą i polityczną dominację w świecie (pewnie jak wierzy wielu katolików — „z podszeptu Szatana") — jest tylko zwykłą "marnością nad marnościami". Bo przecież cóż z tego, że cały świat Chińczycy by zawojowali, kiedy na duszach swych uszczerbku by doznali? — "Są przecież sprawy o niebo ważniejsze niż sprawna administracja, efektywna gospodarka, armia. Słowem — nowoczesne państwo i społeczeństwo". Tak twierdzą niemal wszyscy, zwykle nieudolni, naśladowcy „Zbawiciela". Nie ma bowiem dla nich nic ważniejszego, jak zbawienie indywidualnej duszy — z pomocą Kościoła hierarchicznego rzecz jasna — choćby na ustroniu od tej codziennej walki o byt, przetrwanie i zwycięstwo. Kiedy tak dekadencki, schyłkowy pogląd na życie staje się powszechny — to nie ma już komu pracować i walczyć. Zapełniają się tylko klasztory, a normalne dni pracy zamieniają się w ciągły korowód przebierańców — świąt kościelnych i istnych szopek. Miejsce dawnych defilad z czasów świetności Imperium zastępują procesje wokół kościołów i pielgrzymki do miejsc świętych. Miasta wobec braku rąk do pracy — choć bardzo skorych do modlitwy — porastają w końcu trawą, dzikimi krzewami i lasami. A schrystianizowanym dogłębnie mieszkańcom Imperium brakuje już nie tylko chleba (i manny z nieba jakoś nie widać), motywacji i wiary w sens codziennego wysiłku, ale nawet samej woli obrony tego, co jeszcze posiadają. Zupełnie jak w antycznym Rzymie owładniętym przez bardziej lub mniej udatnych naśladowców Chrystusa.

Schyłek i upadek Imperium przerabialiśmy już na przykładzie Rzymu. Przykład Rzymu powinien i dziś dawać do myślenia. Cóż, kiedy natchnieni piewcy „odwiecznych prawd" bezczelnie wmówili większości z nas, że śmierć tej wspaniałej cywilizacji zadał nie katolicyzm, ale „pogańska zgnilizna moralna".

Niejaki ojciec Klimuszko (znany szerzej jako uzdrowiciel) pisał, iż "upadek Rzymu dziś jeszcze zastanawia historyków i socjologów. Przecież imperium rzymskie reprezentowało wówczas najwyższą potęgę militarną, państwową, administracyjną i terytorialną. Wola Rzymu była prawem dla całego ówczesnego świata. I ten kolos, stojący u szczytu swej potęgi, runął pod naporem dzikich, stepowych hord. Tak się stać musiało. Błyszczał on bowiem na zewnątrz złotem, wewnątrz zaś był dotknięty rozkładem fizycznym i duchowym (stąd wniosek, że katolicyzm, bo Rzym był wówczas k a t o l i c k i !, prowadzi do fizycznego i duchowego zwyrodnienia — przyp. mój — WR). Kiedy w roku 455 Wandalowie wkroczyli do stolicy imperium — pisze dalej o. Klimuszko - nie napotkali żadnego oporu, miasta nikt nie bronił. Mężczyźni obojętnie przypatrywali się barbarzyńcom, a kobiety z balkonów posyłały im uśmiechy. Miecze dzikich hord dobijały tylko ten nieuleczalnie chory moralnie naród". A więc i ów katolicki uzdrowiciel, jakże by inaczej, przyczyny zła szukał tam, gdzie upatruje ją większość wykształconego na „prawdach" Biblii ogółu, tj. w rozkładzie moralnym i obyczajowym Rzymian. Ale takie bajki łatwiej wmówić tym, którzy nie znają oczywistych faktów. A fakty są takie, że od 380 r., tj. nietolerancyjnego edyktu arcykatolickiego cesarza Teodozjusza i jego synów, wyciągającego spod prawa wyznawców przedchrześcijańskich religii, i heretyków, całe imperium rzymskie na Wschodzie i Zachodzie było już KATOLICKIE! Cesarz ów bowiem autorytarnie zadekretował, że jego poddanym wolno wyznawać tylko i wyłącznie „jedynie słuszną" religię, tj. rzymski katolicyzm. Warto przy tym pamiętać i o tym, że "najbardziej głośnymi patriotami końca IV wielu byli (nie chrześcijanie, ale) zdecydowani poganie. Symmachus na przykład czcił Rzym jako miasto święte" (twierdzi wybitny historyk brytyjski Peter Brown). I kiedy tych zabrakło, nie było już komu bronić Rzymu przed naporem barbarzyńskich hord!

W roku ostatecznego upadku, tj. w 476, a więc bez mała 100 lat później od owego edyktu Rzym był już na wskroś katolicki. Skatoliczony totalnie! Do dzisiaj przetrwała też — z tamtych mrocznych czasów walki z tradycyjnymi kultami — pogardliwa nazwa „poganie". Ukuta przez chrześcijan dla określenia tych „bałwochwalców", którzy najzwyczajniej czcili świat doczesny — często pod postacią licznych bóstw — z dala od upadających w duchowej zgniliźnie chrześcijańskich miast. Ale i tam dosięgła ich w końcu ta pączkująca niczym komórki rakowe choroba — źródło atrofii, słabości i upadku wreszcie każdej ziemskiej wielkości.

Schyłkowa historia Rzymu wskazuje więc dowodnie na to, że nowa religia, której symbolem stała się na wieki rzymska szubienica, nie miała w sobie siły moralnej zdolnej wydźwignąć podupadłe dzieło Augustów i Cezarów. Tak jak nie miałaby siły wydźwignąć dzieło każdej innej nacji pod słońcem.

Przykład Rzymu niestety tylko dla nielicznych jest dowodem tego, że katolicyzm naprawdę prowadzi narody i państwa do całkowitego, ostatecznego wręcz upadku. Z losu Rzymu nie wyciągnął jednak właściwego wniosku ani Doboszyński, ani o. Klimuszko, ani jakikolwiek inny katolicki „myśliciel". Zresztą próżno by oczekiwać tego od nich! Takie wnioski może wysnuć tylko ten, kto nie boi się szukać prawdy poza Kościołem i jego metafizycznymi spekulacjami. A niestety opinie wszystkich niemal katolickich „myślicieli" są przytakiwaniem temu, co głosi nawet ten najmniej wykształcony, najmarniejszy i najgłupszy w świecie kapłan.

Na zakończenie naszych rozważań zacytujemy jeszcze uwagę Doboszyńskiego, który stwierdził, że "Kościół na przestrzeni dwu tysięcy lat swego istnienia przechodził szereg faz szybkiego rozrostu, a następnie zahamowania (...). Głównymi okresami zahamowania Kościoła były „ciemne wieki" po upadku Cesarstwa Rzymskiego, epoka humanizmu kulminująca w Reformacji i wreszcie wiek osiemnasty i dziewiętnasty, po wypaleniu się płomienia Kontrreformacji". Kiedy wczytamy się w te słowa, to przekonujemy się, że niemal cała historia Kościoła to czas hamowania rozwoju kultury i cywilizacji. Zaskakującym wydawać się może tylko to, że ich autor — choć wierny syn Kościoła — sam to wyraźnie potwierdził!

Zdaniem tegoż „głębokiego myśliciela katolickiego" przyszłość świata rozstrzygnie się w rozgrywce pomiędzy "wielkimi poganami — laickimi mędrcami i komunistycznymi bojownikami — a świętością wielkich katolików". Oby tylko po „rozgrywce" tej nie nastąpiły nowe „ciemne wieki"; jak miało to już miejsce po zwycięstwie „świętości wielkich katolików": świętych Ambrożych, Augustynów, Hieronimów nad poganami (takimi jak wspomniany już Symmachus). A do tragikomedii zaliczmy tych „zwycięskich" świętych, którzy świętości szukali, bądź to chodząc uparcie na czworakach, jak św. Doroteusz, bądź to siedząc stale — bez przerwy nawet na fizjologiczne potrzeby — na słupie, jak św. Szymon Słupnik. Kliniczne to przypadki psychicznych odchyleń od normy, lecz dla Kościoła wzory „prawdziwej ewangelicznej cnoty"!

Dość już z tym! Choroba zdiagnozowana. Trzeba ją wreszcie zacząć leczyć. Zacznijmy od siebie! I nie zadawajmy wciąż z uporem maniaka tych głupawych pytań, na które historia sama już niejednokrotnie dała klarowną odpowiedź, typu: czy katolicyzm prowadzi narody do upadku?

Współczesny nam Chińczyk, Deng Xiaoping, stwierdził słusznie, że "jeżeli naród nie jest w stanie pozbyć się dogmatów, choć życie potwierdza ich szkodliwość — jego los będzie żałosny". I takiego właśnie żałosnego losu doznajemy co najmniej od czasów reakcji katolickiej w Polsce. Reakcji, która utwierdziła w świadomości zbiorowej „jedynie słuszne", tj. katolickie dogmaty. Osiągnęła ona w epoce saskiej swe apogeum. Po upadku Polski Ludowej jesteśmy świadkami recydywy tej schyłkowej w dziejach Polski szlacheckiej epoki. Tyle że w nowych szatkach… To bowiem, co widzimy na co dzień: ten bezrząd, partyjnictwo, dewocja i te wszystkie szopki — to saska recydywa par excellence. Kto jednak pojął całą grozę naszego położenia i nie boi się myśleć? Kto nie lęka się szukać p r a w d y poza Kościołem, wiedząc, że tylko ta p r a w d a może nas wyzwolić?


 Zobacz także te strony:
Upadek cywilizacji antycznej
Dzieło Chrystusa zburzyło Rzym
Niszczenie starożytnej kultury
 Po przeczytaniu tego tekstu, czytelnicy często wybierają też:
Ekskomuniki jakich byśmy chcieli
Dzieło Chrystusa zburzyło Rzym

 Dodaj komentarz do strony..   Zobacz komentarze (64)..   


« Kościół i Katolicyzm   (Publikacja: 27-06-2004 )

 Wyślij mailem..     
Wersja do druku    PDF    MS Word

Wojciech Rudny
Z wykształcenia pedagog i historyk. Wydawca i niezależny publicysta. Zmarł w 2010 r. w wieku 41 lat.

 Liczba tekstów na portalu: 64  Pokaż inne teksty autora
 Najnowszy tekst autora: Najhojniej wynagradzający siebie politycy w Europie
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl. Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie, bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
str. 3472 
   Chcesz mieć więcej? Załóż konto czytelnika
[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2017 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365