Racjonalista - Strona głównaDo treści


Fundusz Racjonalisty

Wesprzyj nas..
Zarejestrowaliśmy
166.410.818 wizyt
Ponad 1064 autorów napisało dla nas 7332 tekstów. Zajęłyby one 28943 stron A4

Wyszukaj na stronach:

Kryteria szczegółowe

Najnowsze strony..
Archiwum streszczeń..

 Kiedy będzie dostępna szczepionka na SARS-CoV-2 ?
Za miesiąc
Za pół roku
Za rok
Nie będzie możliwa
  

Oddano 542 głosów.
Chcesz wiedzieć więcej?
Zamów dobrą książkę.
Propozycje Racjonalisty:
John Brockman (red.) - Nowy Renesans

Znajdź książkę..
Sklepik "Racjonalisty"

Złota myśl Racjonalisty:
"Polski katolicyzm. Katolicyzm taki, jak urobił się historycznie w Polsce, rozumiem jako przerzucenie na kogoś innego - Boga - ciężarów nad siły. Jest to zupełnie stosunek dzieci do ojca. Dziecko jest pod opieką ojca. Ma go słuchać, szanować i kochać. Wypełniać jego przykazania. Więc dziecko może pozostać dzieckiem, ponieważ wszystka 'ostateczność' przekazana jest Bogu-Ojcu i jego ziemskiej ambasadzie,..
 Nauka » Historia nauki

Rozum i przemoc [1]
Autor tekstu:

"(...) sekta z tych samych powodów odnosi się podejrzliwie do artysty d do naukowca: twórcy z natury rzeczy skłonni są do zdrady, przedkładając nade wszystko prawdę lub piękno".

Roger Caillois, "Żywioł i ład"

Pogarda i nieufność, z jaką sekta wyznawców Hitlera odnosiła się do uczonych, była naturalnym owocem ideologii odrzucającej racjonalizm i uniwersalne wartości historyczne. Narodowy socjalizm był w gruncie rzeczy — jak sformułował to lapidarnie Joachim Fest — politycznie zorganizowaną obrazą rozumu. Bez wykształconej warstwy inteligenckiej, a więc i bez uczonych, trudno jednak administrować nowoczesnym państwem. Nic więc dziwnego, że w 1931 r. wydawca nacjonalistycznej gazety, Richard Breiting, wykorzystując sposobność rozmowy z Adolfem Hitlerem, spytał go, skąd partia po przejęciu władzy weźmie mózgi niezbędne dla sprawnego działania aparatu państwowego. „Ja będę mózgiem" — odpowiedział Hitler, a po chwili dodał z sarkazmem: „Czy sądzi Pan, że niemiecka klasa średnia, ten kwiat inteligencji, nie zgodzi się nam służyć i oddać swych umysłów do naszej dyspozycji? Niemiecka klasa średnia postawiona została przed faktem dokonanym; zrobimy z nią to, co będziemy chcieli". Przyszłość pokazała, że się nie mylił.

W jaki sposób stało się możliwe, że intelektualna elita kulturalnego i wykształconego narodu, nie wyłączając znacznej części jego wybitnych uczonych, sprowadzona została do roli powolnego — jeśli nie ochoczego - narzędzia w rękach prymitywnego demagoga? Na to pytanie, stanowiące jedną z ponurych zagadek naszego wieku, nie ma krótkiej i prostej odpowiedzi, a każda próba jej znalezienia musi zacząć się od rekonstrukcji zdarzeń.

Niemieckie środowisko naukowe lat trzydziestych nie było, rzecz jasna, jednorodne. Podziały były głębokie i wielorakie. W przypadku każdej dyscypliny naukowej natężenie wywieranej z zewnątrz i od środka presji ideologicznej, politycznej i administracyjnej było inne. Rozmaita była też wewnętrzna struktura poszczególnych środowisk. Interesujące wydaje mi się więc porównanie losów, jakie stały się w hitlerowskich Niemczech udziałem nauk biegunowo odmiennych — socjologii i filozofii z jednej, fizyki zaś z drugiej strony.

*

Socjologia i filozofia są dziedzinami szczególnie narażonymi na roszczenia panującej ideologii i szczególnie wobec nich bezbronnymi. Stanisław Tyrowicz w wydanej w 1970 r. rozprawie (,,Światło wiedzy zdeprawowanej. Idee niemieckiej socjologii i filozofii 1933- 1945") zwrócił uwagę, że niemiecka socjologia — mająca skądinąd znakomite tradycje — poniosła, właściwie już w latach dwudziestych, fatalną klęskę. Choć socjolodzy Niemiec weimarskich lubili nazywać uprawianą przez siebie dyscyplinę „naukową świadomością społeczeństwa mieszczańskiego", samoświadomość ta zawiodła tak dalece, że na przykład Karl Mannheim przekonany był w styczniu 1933 r., że narodowi socjaliści nie mają szans utrzymania się przy władzy dłużej niż dwa miesiące. Socjologia niemiecka nie potrafiła przed 1933 r. odpowiedzieć na pytanie: „czym jest narodowy socjalizm?", Ernst Cassirer zaś wyznał po latach z żalem, że „szerząca się mitologia polityczna hitleryzmu wydawała mu się tak absurdalna i niedorzeczna, fantastyczna i zabawna, że nie był w stanie zajmować się nią poważnie". Ta zadziwiająca ślepota na aktualną polityczną rzeczywistość wydaje się — do czego powrócę w dalszej części tego szkicu — głęboko zakorzeniona w niemieckiej tradycji naukowej, oddziałującej na postawy nie tylko socjologów, lecz całego środowiska akademickiego. W przypadku socjologów zamykanie się w wieży z kości słoniowej miało jednak konsekwencje szczególnie złowrogie. Nie brak historyków, którzy w bezradności nauk społecznych wobec zjawiska narodowego socjalizmu, kształtującego się przecież co najmniej dziesięć lat, dopatrują się jednej z istotnych przyczyn upadku Republiki Weimarskiej. Zdaniem Cassirera, właśnie dyscyplina zajmująca się ex professione teorią i badaniem zjawisk politycznych — pomijając nieliczne wyjątki, nie spełniła swych zadań.

Socjologia niemiecka została więc przez hitleryzm postawiona wobec faktu dokonanego. Po dojściu Hitlera do władzy żaden socjolog ani filozof nie mógł już uchronić się przed koniecznością wyraźnego samookreślenia swego stosunku wobec dyktatury. Quasi-legalny charakter reżimu, w znacznej mierze zapewne i zwykły strach sprawiały, że bardzo niewielu zdecydowało się na otwarty sprzeciw. Zgodnie ze słowami Karla Jaspersa, uczony w systemie hitlerowskim miał raczej do wyboru „albo podporządkować się określonej postaci dogmatycznej wiedzy totalnej, albo wszystkie możliwości myślenia i poznawania, stanowiące narzędzie jego egzystencji, pozostawić w zawieszeniu".

Istniała jeszcze, rzecz jasna, trzecia możliwość — emigracja. I tu historyk rozważanego przez nas okresu dziejów ma do odnotowania fakt szczególny: emigracja z Niemiec hitlerowskich była niemal wyłącznie emigracją wymuszoną, wygnaniem. Rzadkie były wypadki protestu w formie samorzutnego porzucania katedr uniwersyteckich. Stanisław Tyrowicz pisze, że nie jest mu znany ani jeden taki akt sprzeciwu w środowisku socjologów i filozofów. Wśród fizyków, których losy w Trzeciej Rzeszy są mi znane lepiej, byli tacy, którzy opuszczając Niemcy dokonywali — w swym subiektywnym przekonaniu — świadomego wyboru. Jednak wszelka dyskusja — a po wojnie toczono ich wiele — czy uczeni niemieccy winni byli, nie mogąc czynnie sprzeciwić się złu, „otrząsnąć proch ze swych sandałów" i udać się na obczyznę, jest — moim zdaniem — czystą spekulacją, pozbawioną empirycznych odniesień.

Przejęcie władzy przez Hitlera miało charakter quasi-legalny i w taki też sposób odbywało się wymuszanie decyzji opuszczenia Niemiec na osobach „światopoglądowo" bądź „rasowo obcych". Hitlerowskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, kierowane przez Wilhelma Fricka, potrzebowało nieco ponad dwa miesiące, by przygotować ustawę o rekonstrukcji służby państwowej. Postanowienia tej ustawy, która weszła w życie 7 kwietnia 1933 r., były proste: by przywrócić urzędom niemieckim „narodowy" charakter i uprościć administrację, należy z państwowych posad usunąć ludzi niekompetentnych, politycznie niepewnych i nie mogących się wykazać aryjskim pochodzeniem. Ustawa ta dotyczyła także pracowników wyższych uczelni; jak precyzował suplement z 6 maja — również tych, którzy, jak prywatni docenci, nie znajdowali się na państwowej liście płac.

Wobec tej ostatniej kategorii osób ustawa z 7 kwietnia przewidywała pewne wyjątki, dopuszczając pozostawienie na urzędach tych „nie-Aryjczyków", którzy pracowali w administracji przed pierwszą wojną światową, walczyli podczas tej wojny na froncie bądź stracili w niej ojca lub syna. Było to pozorne, taktyczne ustępstwo wobec prezydenta Hindenburga i — jakkolwiek w niektórych przypadkach owa klauzula wyłączająca wzbogaciła warianty personalnych rozgrywek — niemieckie wyższe uczelnie „oczyszczone" zostały z osób żydowskiego pochodzenia jeszcze przed wprowadzeniem w życie ustaw norymberskich z 1935 r.

Liczba profesorów i wykładowców szkół wyższych, którzy na skutek swych przekonań lub pochodzenia opuścili Niemcy hitlerowskie, przekracza trzy tysiące. Choć w gronie tym socjologowie stanowili skromną liczebnie grupkę, na emigracji znalazło się — według oszacowań niektórych badaczy — dwie trzecie uczonych uprawiających tę dyscyplinę w Republice Weimarskiej. Wyjechali uczeni najbardziej znaczący — Adorno, Fromm, Mannheimowie — i w rezultacie, jak zauważa Tyrowicz, to uchodźcy stanowili w okresie hitleryzmu jedyną frakcję, która chciała być dziedzicem niemieckiej tradycji socjologicznej. Dodajmy — jedyną, która też, dzięki materialnym warunkom stworzonym niemieckim socjologom emigrantom w Stanach Zjednoczonych, mogła ten zamiar wcielić w życie.

Pozostańmy jednak przy tych, którzy Niemiec nie opuścili. Niechęć do wyjazdu — jak wiemy, raczej powszechna w środowisku akademickim — nie oznaczała jeszcze gotowości do współpracy z reżimem hitlerowskim. W Niemczech działał nadal Leopold von Wiese, redaktor zlikwidowanego w 1934 r. kolońskiego kwartalnika socjologicznego. Nadal pisał prace, które ogłaszał za granicą, pozbawiony możliwości nauczania Alfred Weber, brat Maxa. Ci jednakże socjologowie, którzy w nowym systemie pragnęli zachować choć część formalnych przywilejów akademickich, musieli ze sformułowanej przez Jaspersa alternatywy wybrać człon pierwszy. Reżim wymagał od nich identyfikacji, a to oznaczało uprawianie socjologii skrajnie tendencyjnej, zaangażowanej, odrzucającej zarówno uniwersalne, wspólne nauce wartości podstawowe, jak i tradycję. Granice obiektywizmu wyznaczała racja stanu Trzeciej Rzeszy. Czołowy ówczesny cenzor niemieckiej nauki, profesor Ernst Kriek, oficjalne stanowisko w tej kwestii sformułował niedwuznacznie, pisząc, że „obiektywizm nauki to nic innego jak skłonność i postawa internacjonalistyczna, a więc nauka pozorująca brak zakorzenienia, oparta na podstawie fikcyjnej idei ludzkości, występująca z roszczeniami do prawomocności powszechnej".

Wybór politycznego konformizmu nie dla wszystkich socjologów niemieckich był wyborem bolesnym. Niektórzy, jak W. E. Mühlmann, uznali zwycięstwo hitleryzmu za „triumf wiary nad sceptycyzmem"; Carl Schmitt stworzył „naukowe" postawy koncepcji politycznego totalitaryzmu, tworząc formułę „swój — wróg" i dowodząc, że pojęcie wrogości nie musi mieć charakteru i sensu prywatnego. Istnieje — jego zdaniem - „wrogość socjologiczna" wymierzona we wroga kolektywnego, jedynym zaś gwarantem mogącym człowieka przed tym wrogiem obronić jest ujednolicone politycznie państwo, dysponujące pełnią władzy nad życiem i śmiercią obywateli. Nad stworzeniem „socjologii narodowej" pracowało wcale niemałe grono uczonych. Część z nich, jak M.H. Boehm, Hans Freyer, Max Rumpf, Andreas Walther czy Günther Ipsen, ku narodowemu socjalizmowi grawitowała już w okresie weimarskim. Inni zgłosili swój akces po styczniu 1933 r.

Nie będę wdawał się w rozważania nad tym, czym była i jakimi problemami zajmowała się „socjologia narodowa". To temat zbyt rozległy. Kończąc z socjologią godzi się jedynie przypomnieć jeszcze, że nie wszyscy przecież przedstawiciele tej nauki w Niemczech całkowicie „poddali się duchowi czasu". Byli tacy — niezbyt, przyznać trzeba, liczni — jak Werner Sombart, Alfred Vierkandt czy wspomniany już von Wiese, którzy nadal próbowali głosić poglądy niezgodne z narodowosocjalistyczną doktryną. Zepchnięto ich na margines życia akademickiego, to prawda. „Naród niemiecki nie ma do Pana zaufania" — oświadczył kiedyś Leopoldowi von Wiese pewien profesor socjologii. Zepchnięcie na margines nie oznaczało jednak jeszcze zamknięcia za drutami. Niektórzy mogli ogłaszać swe prace, wszyscy mogli pisać. Gdy skończyła się wojna, szuflady biurek „wewnętrznych emigrantów" okazały się jednak puste.


1 2 3 4 5 Dalej..

 Po przeczytaniu tego tekstu, czytelnicy często wybierają też:
Sekret na wagę śmierci
Korzenie nauki


« Historia nauki   (Publikacja: 03-12-2004 )

 Wyślij mailem..     
Wersja do druku    PDF    MS Word

Krzysztof Szymborski
Historyk i popularyzator nauki. Urodzony we Lwowie, ukończył fizykę na Uniwersytecie Warszawskim. Posiada doktorat z historii fizyki. Do Stanów wyemigrował w 1981 r. Obecnie jest wykładowcą w Skidmore College w Saratoga Springs, w stanie Nowy Jork.
Jest autorem kilku książek popularnonaukowych (m.in. "Na początku był ocean", 1982, "Oblicza nauki", 1986, "Poprawka z natury. Biologia, kultura, seks", 1999). Współpracuje z "Wiedzą i Życie", miesięcznikiem "Charaktery", "Gazetą Wyborczą", "Polityką" i in.
Dziedziną jego najnowszych zainteresowań jest psychologia ewolucyjna, nauka i religia. Częstym wątkiem przewijającym się przez jego rozważania jest pytanie o wpływ kształtowanych przez ewolucję czynników biologicznych i psychologicznych na całą sferę ludzkiej kultury, a więc na nasze zachowania, inteligencję, życie uczuciowe i seksualne, a nawet oceny moralne.

 Liczba tekstów na portalu: 31  Pokaż inne teksty autora
 Najnowszy tekst autora: Mężczyzna niepotrzebny
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl. Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie, bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
str. 3799 
   Chcesz mieć więcej? Załóż konto czytelnika
[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365