Racjonalista - Strona głównaDo treści


Fundusz Racjonalisty

Wesprzyj nas..
Zarejestrowaliśmy
199.142.537 wizyt
Ponad 1065 autorów napisało dla nas 7364 tekstów. Zajęłyby one 29017 stron A4

Wyszukaj na stronach:

Kryteria szczegółowe

Najnowsze strony..
Archiwum streszczeń..

 Czy konflikt w Gazie skończy się w 2024?
Raczej tak
Chyba tak
Nie wiem
Chyba nie
Raczej nie
  

Oddano 165 głosów.
Chcesz wiedzieć więcej?
Zamów dobrą książkę.
Propozycje Racjonalisty:
Wanda Krzemińska i Piotr Nowak (red) - Przestrzenie informacji

Znajdź książkę..
Sklepik "Racjonalisty"

Złota myśl Racjonalisty:
Wszystko co nieznane, wydaje się cudowne.
« Kościół i Katolicyzm  
Nawrót Średniowiecza [2]
Autor tekstu:

Polskie nieszczęście

Pod jednym przynajmniej względem jest nawet gorzej, niż w średniowieczu. Wtedy istniała instytucja Błazna, któremu wszystko wolno. W dzisiejszej Polsce nawet Błaznowi nie wolno tykać jednego tematu: w kraju rzekomo bez cenzury istnieje wielka strefa zakazana. Strzeżona jest przez autocenzurę, zastraszenie, środowiskową presję. Najczęściej też przez głupotę. A w razie czego i paragraf się znajdzie. Przekonał się o tym na własnej skórze Jerzy Urban, gdy skazano go za znieważenie papieża. Nie będziemy dyskutować, czy to błazen, czy inteligentna świnia, w sumie nie ma to znaczenia: nie chodzi o moralność, lecz o demokrację i wolność słowa. Stawanie w obronie Urbana nie sprawia mi najmniejszej przyjemności, ale że zrobiło to wcześniej stowarzyszenie Reporterzy bez Granic, czuję się kryty.

Nie trzeba wcale zresztą się posuwać do „znieważania papieża", znieważanie kogokolwiek jest nieładne i każdy ma prawo bronić w sądzie swego honoru (indywidualnie, nie zaś z pomocą państwa, które wyciąga swój Paragraf 22) — wystarczy szargnąć delikatnie jakąś świętość lub wjechać komuś na światopogląd, by zostać zlinczowanym. Przekonał się o tym Antoni Pospieszalski, nazywany przez niektórych „świeckim biskupem", mądry i odważny starzec, człek wierzący i wybitny znawca teologii, który przez lata w paryskiej „Kulturze" pisał „bez namaszczenia o religii". Pospieszalski został w styczniu niemalże zaszczuty, gdy ośmielił się napisać, że „pontyfikat Jana Pawła II był nieszczęściem dla Kościoła", gdyż „odwrócił się od osiągnięć Soboru Watykańskiego II", od zasad kolegialności i porozumienia, przywracając "rządy absolutu i jednostki"; gdyż trzymając się kurczowo celibatu wyścielił łoże pedofilii, gdyż zinstytucjonalizował hipokryzję, wyklinając środki antykoncepcyjne i zarazem przymykając oko na to, że większość katolików je stosuje… By już nie wspomnieć o prezerwatywie, jako ochronie przed AIDS, zwłaszcza w Afryce. Wszystko to należałoby rozwinąć i zniuansować, to i owo jeszcze dodać — o pustoszejących w Europie kościołach, o topniejących wciąż wpływach katolicyzmu w Ameryce Łacińskiej, Afryce i Azji pod naporem sekt i kościołów neoprotestanckich, — ale nie o tym chcę mówić. Solidaryzuję się z Pospieszalskim, lecz jego troska o zdrowie Kościoła to nie jest, poniekąd, moja sprawa. Bliższa mi troska o higienę umysłową ludzkości, a najprzód Polaków. Dlatego też skłonny byłbym ująć to inaczej, chociaż nie mniej brutalnie: miniony pontyfikat był najpierw wielkim szczęściem, a potem nieszczęściem dla Polski.

Gombrowiczu wróć

Roli Jana Pawła II w obalaniu komunizmu nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie kwestionował. Nawet gdyby niczego innego nie dokonał — a jakże wiele poza tym dokonał, by wspomnieć choćby o historycznym pojednaniu z judaizmem — z tego tylko tytułu zasługiwałby na wszystkie te pomniki, które wystawiono mu za życia, z trochę nietaktownym wszak pośpiechem (aczkolwiek najczęściej z jego przyzwoleniem). Wkrótce po wzlocie zaczęło się jednak dołowanie: w skrzydłach ubywało piór, a przybywało ołowiu. Szacunek i miłość do papieża rychło sparaliżowały wszelki zmysł krytyczny, nawet u tradycyjnych obrońców świeckości (jak „Gazeta Wyborcza" et consortes), którzy łacno ulegli towarzysko-etycznemu szantażowi (rządy Suchockiej, religia w szkole, aborcja...), zezwalając na stopniowy ześlizg ku republice wyznaniowej. Nawet Czesław Miłosz, który wówczas odważnie przestrzegał przed „państwem wyznaniowym", nie omieszkał potem udać się do Canossy. Najtęższe umysły uległy bezkrytycznej „papolatrii", jak to określał Andre Frossard, skądinąd wielki przyjaciel papieża. Zagubione społeczeństwo, od furmana po Noblistę, znalazło sobie wreszcie Ojca, ulegając przyśpieszonej infantylizacji. Papież, by ująć rzecz językiem Gombrowicza, Polaków upupił. Pozbawił ich zdolności myślenia o sprawach zasadniczych, we wszystkim ich wyręczając. Zaopiekował się ich umysłami tak troskliwie, że swą opiekuńczością je zadusił. Zresztą On sam, człowiek wielkiego formatu, nie byłby w stanie tego dokonać, gdyby nie miał na miejscu armii popleczników, a często i uzurpatorów, znacznie mniejszego kalibru, dbających głównie o swój interes. Czy można przyglądać się obojętnie temu, jak więdnie wolna myśl, jak sformatowany jest odtąd światopogląd, jak rozszerza się sfera tabu, w głowach i w życiu publicznym? Być może teraz, gdy opadnie fala emocji, wolna myśl będzie mieć znów szanse na odżycie. Może też dotrze do kogoś ów paradoks, nad którym bolał Jerzy Turowicz, lubiący powtarzać (jak i tylu innych), że „Polacy papieża kochają, ale wcale go nie słuchają".

Podniesie się zapewne wielki krzyk: „Nie bluźnić! Nie ranić uczuć religijnych!". Jeśli kogoś zraniłem, najszczerzej przepraszam, absolutnie nie było to moim celem. Ale odpowiem też na to: „Nie ranić uczuć wolnomyślicieli!". Czy ktoś się kiedyś zatroszczył o uczucia niedowiarków? Choćby ich było tylko trzech. Demokrację poznaje się nie po tym, jak głaszcze z włosem większość, lecz po tym, jak dba o prawa mniejszości. Usłyszę też pewnie pouczenie: „Szanuj ludzi wierzących". A dlaczegóż miałbym szanować ludzi wierzących? Szanuję ludzi porządnych. Jeśli głęboko wierzą i dają temu świadectwo swoim życiem — zasługują na szacunek (jak choćby Jan Paweł II). Jeśli nie wierzą, a postępują podobnie — tym bardziej. Wierzących byłbym nawet skłonny szanować mniej, gdyż im łatwiej. Ale tu już prześlizguję się w filozofię. Zapewne tego właśnie polskiemu katolicyzmowi najbardziej brakuje: odrobiny filozofii i metafizyki.

Wojny religijne

Często cytuje się słynne zdanie André Malraux o „wieku XXI, który będzie religijny, albo go nie będzie". Ale rozumie się je opacznie: autor "Nadziei" nie miał na myśli religii, lecz duchowość. I co gorsza, sądząc po pierwszych latach tego stulecia, wszystko przepowiedział na opak. Z doszczętnie zmaterializowanych, skonsumeryzowanych, zglajchszaltowanych przez media społeczeństw wyparowuje wszelka duchowość, a odpowiedzią na dotkliwy brak sensu jest nawrót do religijności prymitywnej, wyrażającej lęk, nieufność lub wrogość: sekty i zabobony, anatemy i krucjaty, fundamentalizm i terroryzm.

Przeciw religii można ostatnio wytoczyć wiele armat. To zresztą dzisiaj jej specjalność — wytaczanie armat. Na przekór swemu przesłaniu miłości nie jest dziś, mówiąc oględnie, wiodącą siłą pokoju — mimo bezwzględnie pokojowego credo jej najwyższych kapłanów, poczynając od papieża. Nie zwalajmy wszystkiego na islam, to zbyt łatwe. Winowajców znaleźć można po obu stronach. Nawet Samuel Huntington, którego "Szok cywilizacji" wywołał tyle kontrowersji, uważa że Ben Laden i Bush są „współodpowiedzialni" za wywołanie nowej wojny religijnej. Warto też wiedzieć — gdyż apokaliptyczne fajerwerki, inscenizowane przez Szaleńców Bożych spod znaku Allaha przesłaniają dyskretną pracę od podstaw — że w konkurencji zwanej prozelityzmem ewangelicy biją dziś na głowę islamistów: niezliczone sekty i Kościoły neoprotestanckie, wyrosłe w większości na amerykańskiej glebie, w oszałamiającym tempie rozprzestrzeniają swe macki w Afryce, w Indiach, w Chinach i na całym Dalekim Wschodzie, dobierając się nawet (co wywołuje liczne spięcia, tworząc nowe, potencjalne zarzewia wojen religijnych) do krajów Maghrebu, jak Maroko czy Algieria. Oczywiście nie zamazujmy różnic: nie chodzi o to, by postawić znak równości między fundamentalizmem islamskim, a chrześcijańskim: jeden dąży do teokracji i zaleca dżihad, czyli podbój i nawracanie orężem, drugi wyznaje pacyfizm i święcie wierzy w demokrację. Różnice doktrynalne też są zasadnicze: integryści chrześcijańscy chcą najprzód odmienić człowieka, by następnie oddziaływać na świat — integryści muzułmańscy zabiegają zaś o stworzenie islamskiego państwa, a jeszcze lepiej: ponadnarodowej ummy, aby dowieść wszechpotęgi Boga. Ale w świecie, wydanym grze krzywych luster, ich odbicia wzajem się dialektycznie dopełniają: jeden jest dla drugiego Szatanem, łączy ich wspólnota ekskomuniki i anatemy.

Nowa krucjata

Fundamentalizmy łączy zresztą znacznie więcej: gdy tylko czują, że są masą, starają się zaważyć na polityce, prawach, obyczajach… Zastępują państwo tam, gdzie ono abdykuje — w sferze socjalnej, w pomocy dla biednych i wykluczonych — co byłoby chwalebne, gdyby nie implikowało, w następnym rozdaniu kart, licytacji obyczajowo-prawnej, graniczącej z moralno-politycznym szantażem. Mamy bowiem do czynienia — co tu długo owijać w bawełnę — z nową moralną krucjatą, islamsko-chrześcijańską, przeciwko światu opanowanemu przez ateistyczny materializm. Światu wyzutemu z duchowej substancji, który na powrót trzeba zaczarować. Nie mam nic przeciwko powtórnemu zaczarowaniu świata, ale wolałbym go zaczarować inteligencją, sztuką i miłością, niż anatemą, nienawiścią i bezdusznością oszołomów, wielbiących okutaną dziewicę, ukamienowujących niewierną żonę i przedkładających żywot nienarodzonego kaleki nad zdrowie psychiczne, fizyczne i społeczną szansę przeżycia matki, czyli dojrzałego Człowieka, dysponującego prawem do błędu. Nie ma prostej odpowiedzi na pytanie, dlaczego — po paru dziesięcioleciach postępującej sekularyzacji — religia tak nachalnie wprasza się znów na forum publiczne.

Salman Rushdi jest tym przerażony. To, co wydawało mu się przed 15-stu laty kabałą przeciwko jego osobie, okazuje się dziś wyzwaniem, rzuconym w twarz każdemu z nas, wierzącemu pochopnie, że demokracja i sekularyzacja chronią nas po wsze czasy przed wszelkim odgórnym, arbitralnym dyktatem. Marcel Gauchet powiada, że „fundamentalizm to religijna riposta wobec świata, który na dobre rozwiódł się z religią". Psychika ludzka, jak i natura, nie znosi próżni: po kompromitacji zrodzonych z Oświecenia ideologi postępu trzeba było czymś dziurę zatkać. Ale dlaczego zatykać ją zwietrzałym kitem, łatą seksualnych kompleksów, nieustającym wskrzeszaniem figury dominacji jednej płci nad drugą? Zdecydujmy się, kochani: albo człowieka określa jego zdolność do uchwycenia tragizmu egzystencji — gnijące ciało versus wieczny duch — albo stara się on zorganizować cały, otaczający go świat w taki sposób, aby proces jego cielesno-moralnego gnicia przeszedł niezauważony, aby jego samczych instynktów żadne prawo nie poskramiało i aby ta hipokryzja, co więcej, stała się kanonem prawa.

Transcendencja

Rozumiem, że większości ludzi religia jest potrzebna, ale chciałbym przynajmniej, by mogli mnie wysłuchać, gdy wyjaśniam, dlaczego tak trudno mi się z tym pogodzić. O ile bowiem doceniam bezdyskusyjną, społeczną rolę religii, na przemian dobrą i złą — raz cement wspólnoty i pacyfikacja złych instynktów, raz opium dla ludu i złych popędów namaszczenie — o tyle na gruncie filozoficznym wydaje mi się abdykacją, jeśli nie kompromitacją umysłu. Proszę mnie źle nie zrozumieć: nie mam na myśli religijności, lecz religie ukonstytuowane i ich ziemskie instytucje. Nie wyobrażam sobie człowieczeństwa bez wymiaru religijnego: to wręcz jego wymiar podstawowy, zaraz po imponderabiliach — odżywianie się i rozmnażanie — decydujących o jego przetrwaniu. Tylko, że religijność — a może lepiej transcendencja — może wyrażać się wszędzie: w życiu, sztuce, filozofii, w poczuciu więzi z naturą. Co było najpierw: jajko czy kura? Argument, że na przykład wielka sztuka od wiek wieków łączyła się z religią i rozkwitała w promieniach Bożej łaski, z łatwością można odwrócić. To nie religia dodawała sztuce splendoru, lecz sztuka religii. Zgadzam się z Cioranem, że „bez Bacha, Bóg byłby postacią drugorzędną". Wszystko jest w rękach zwierzęcia, zwanego Człowiekiem. Bogów lepi sobie na podobieństwo najlepszych z jemu podobnych istot, aby potem ich zawieść. A czasem na podobieństwo najgorszych i wtedy oni go zawodzą, szybko i skutecznie.


1 2 

 Zobacz także te strony:
 Po przeczytaniu tego tekstu, czytelnicy często wybierają też:
Niech żyje beton!
W co wierzy polski katolik?

 Dodaj komentarz do strony..   Zobacz komentarze (2)..   


« Kościół i Katolicyzm   (Publikacja: 09-05-2005 Ostatnia zmiana: 10-06-2005)

 Wyślij mailem..   
Wersja do druku    PDF    MS Word

Stefan Rieger
Ur. w 1951 r. w Krakowie. Krytyk muzyczny, dziennikarz Radio France Internationale (RDI) oraz publicysta "Tygodnika Powszechnego" oraz londyńskiego "Tygodnika Polskiego". Studiował filologię romańską na Uniwersytecie Jagiellońskim i historię filmu w l'Ecole des Hautes Études en Sciences Sociales (EHESS) w Paryżu. Od 1981 roku mieszka we Francji, od 1983 r. pracuje w sekcji polskiej paryskiego RFI. Współpracował także z czasopismami: „Klasyka”, „Studio”, i in. Nominowany do Nagrody NIKE 1998 za wydaną przez słowo/obraz terytoria książkę "Glenn Gould, czyli sztuka fugi".
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl. Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie, bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
str. 4125 
   Chcesz mieć więcej? Załóż konto czytelnika
[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365