Racjonalista - Strona głównaDo treści


Fundusz Racjonalisty

Wesprzyj nas..
Zarejestrowaliśmy
147.286.020 wizyt
Ponad 1061 autorów napisało dla nas 7284 tekstów. Zajęłyby one 28740 stron A4

Wyszukaj na stronach:

Kryteria szczegółowe

Najnowsze strony..
Archiwum streszczeń..

 Korea Północna zaatakuje
w 2018 r.
w ciągu kilku lat
nie zaatakuje
  

Oddano 3459 głosów.
Chcesz wiedzieć więcej?
Zamów dobrą książkę.
Propozycje Racjonalisty:
John Brockman (red.) - Nowy Renesans

Znajdź książkę..
Sklepik "Racjonalisty"

Złota myśl Racjonalisty:
Niech młodzieniec nie zaniedbuje filozofii, ale i starzec niech się nie czuje niezdolny do dalszego jej studiowania. Dla nikogo bowiem nie jest ani za wcześnie, ani za późno, aby zacząć troszczyć się o zdrowie swej duszy.
 Felietony i eseje » Felietony, bieżące komentarze

Koncert noworoczny z Wiednia
Autor tekstu:

Trudno znaleźć kogoś, kto go choć raz nie widział w telewizji, lub nie słyszał w radiu. Wszak odbywający się w Złotej Sali „Wiener Musikverein" koncert grany jest nieprzerwanie od 1939 roku. Obecnie transmitowany do blisko 100 krajów na całym świecie i oglądany i słuchany przez grubo ponad miliard ludzi. Większość wykonywanych podczas koncertu utworów jest autorstwa czteroosobowej dynastii Straussów, w tym dwa najważniejsze „hity": „Nad pięknym modrym Dunajem" Johanna Straussa syna i „Marsz Radetzky´ego" Johanna Straussa ojca — marsz jest poświęcony austriackiemu feldmarszałkowi Josephowi Radetzky´emu, dowodzącemu w roku 1848 zwycięską dla Austriaków bitwą pod Custozą podczas wojny austriacko-piemonckiej.

Dostanie biletu ma koncert jest nie lada wyczynem, a ceny tych najdroższych zbliżają się już do 1000 Euro. Prominentni Austriacy mają stałe rezerwacje, które można przekazać w spadku następcom. Myślę, że taką stałą rezerwację mógł mieć pewien bogaty wiedeński kupiec, który zaprosił mnie (na swój koszt) na koncert noworoczny w „Wiener Musikverein", a było to, o ile sobie dobrze przypominam, w roku 1975.

Koncert noworoczny — przepiękna muzyka, świetna orkiestra, sławni dyrygenci, wytworna publiczność, kwiaty zdobiące „Złotą Salę" przylatują samolotem aż z San Remo. A jaki jest Wiedeń i Wiedeńczycy na co dzień? A dokładnie, to jakie było miasto i jego mieszkańcy przed czterdziestoma laty, kiedy tam mieszkałem i pracowałem. Przez nieco ponad pięć lat miałem wiele sposobności przyjrzeć się im z bardzo bliska. Muzyka Straussów jest dla Wiedeńczyków takim samym cennym towarem handlowym, jak kremówki dla Wadowiczan. Ale na co dzień nie są ani tacy muzykalni, ani kulturalni. Są raczej niemili, nieuprzejmi i nieprzyjemni. Ze szczególnym lekceważeniem traktują prowincjuszy, nazywając ich pogardliwie chłopami. Jest to niechęć szczerze odwzajemniana ze strony tychże prowincjuszy. Szczególnie wśród osób starszych jest sporo takich, co wiedzą najlepiej, wszystko widzieli i na wszystkim się znają, nie przyjmują do wiadomości poglądów przeciwnych. Osobników takich nazywa się „Adabei" (od słów auch dabei). Ale też trzeba przyznać, że wiedeńczycy są ludźmi dość tolerancyjnymi wobec przyzwyczajeń i dziwactw innych, wyznając filozoficzny pogląd, że ludzie absolutnie „normalni" nie istnieją. Ten pogląd był zresztą podstawą teorii i nauki Siegmunda Freuda, również Wiedeńczyka.

Opowiem o zdarzeniu, które mi się przytrafiło w pierwszych dniach pracy. Wyjeżdżając do Austrii dość dobrze znałem niemiecki, miałem zdany na czwórkę obowiązujący wówczas egzamin państwowy. Okazało się jednak, że w Wiedniu nie mówi się po niemiecku, lecz w tamtejszym slangu „wienerisch" i to od fiakra począwszy, a na ministrze skończywszy (chyba, że nie jest on wiedeńczykiem). Duża niestaranność wymowy (Schlamperei) polegająca na połykaniu nie tylko końcówek, ale prawie całych wyrazów, na przykład „i ge" zamiast ich gehe (ja idę). Kiedy gadałem z takim nos w nos, przy pełnej koncentracji mogłem jeszcze zrozumieć, ale rozmowa telefoniczna była dla mnie tragedią. Dlatego, kiedy dzwoniący miał jakąś przynajmniej odrobinę ważniejszą sprawę, zapraszałem go do biura. Jeden z takich rozmówców okazał się przynajmniej dwa razy starszym ode mnie dystyngowanym panem. Przywitaliśmy się w ukłonach i uśmiechach, usiedliśmy przy stoliku i wymienili wizytówkami. Pan zaczął czytać moją i wyraz jego twarzy zmienił się nie do poznania. Rozmowa nie kleiła się, a ja zachodziłem w głowę, dlaczego. Na szczęście mój gość dość szybko to wyjaśnił: „Powiedział pan, że jest tu zaledwie kilka tygodni. Jest pan bardzo młody i niedoświadczony, więc udzielę panu ważnej rady. Proszę wziąć do ręki swoją wizytówkę i przeczytać ją na głos" — byłem zaskoczony tym dość zdecydowanym poleceniem, bo trudno było to nazwać prośbą, ale zrobiłem, co kazał: „Andrzej Wendrychowicz, Biuro Radcy Handlowego przy Ambasadzie Polskiej w Wiedniu" — „Nie przeczytał pan wszystkiego" — oświadczył ostro pan. Tym razem ja zaczynałem się irytować, ale spełniłem jego żądanie i doczytałem nazwę i numer ulicy, numery telefonów i telexu (nie było wtedy jeszcze faksów, a Internet chyba dopiero co wynaleziono). Mój gość na dobre się zdenerwował i zapytał podniesionym głosem — „A co jest przed pańskim nazwiskiem!?" — „Dipl. Ing." — odparłem (to skrót od dyplomowany inżynier, czy magister inżynier). „No właśnie!" — wykrzyknął pan i już spokojniej udzielił mi zapowiedzianej rady: „Kiedy przedstawiał się pan przez telefon, nie powiedział, że jest dyplomowanym inżynierem, a w Austrii to bardzo ceniony i trudny do uzyskania tytuł. Pan mnie w ten sposób zlekceważył, a nawet obraził, nie zadając sobie trudu przedstawienia się pełnymi tytułami. W tym kraju ludzie są bardzo dumni ze swoich tytułów i zawsze chcą wiedzieć, z kim mają do czynienia".

Do rady mojego gościa, z którym nigdy więcej się już nie spotkałem, zastosowałem się natychmiast, tym chętniej, że przecież nosiłem bardzo ceniony tytuł dyplomowanego inżyniera. A to, że byłem do tego pracownikiem ambasady, czyniło ze mnie cennego interlokutora dla próżnych wiedeńczyków. Rychło zauważyłem, że omal każdy miał jakiś tytuł. W gazetach widywałem teksty napisane przez jakiegoś DDDr, czyli potrójnego doktora. Albo przez Komerzialrat … (radcę komercyjnego, tytuły noszone głównie przez kupców), albo recenzję z premiery w operze napisaną przez Hofrat … (radca dworu, tytuł stosowany w kręgach ludzi kultury i sztuki), mógł to być nawet G.Hofrat (tajny radca dworu). Jeśli ktoś jest bankowcem lub nauczycielem będzie tytułowany profesorem. Jeden z moich klientów miał wizytówkę z tytułem „Dyplomowany hodowca świń". Początkowo byłem taką tytułomanią rozbawiony ale szybko zacząłem doceniać informacje z niej wynikające o kwalifikacjach i zasługach moich klientów, partnerów w interesach.

Zaprzyjaźniliśmy się rodzinnie z pewnym, także znacznie ode mnie starszym panem, Otto S., drobnym kupcem, Wiedeńczykiem od pokoleń. To na nim wytrenowałem mój „wienerisch". To on wprowadził nas w świat „zwykłych" mieszkańców Wiednia, bo normalni, wedle Freuda nie istnieją. Kiedy pierwszy raz zaprosił nas do swojej Stammgaststätte (gospody, do której stale zaglądał) i usiedliśmy przy jego Stammtisch (stałym stoliku), obecni w knajpie goście podchodzili do stolika i kilkakrotnie stukali w blat zamiast podawania ręki na powitanie. Podszedł także Wirt (karczmarz) i z zainteresowaniem wysłuchał relacji Otta, że jesteśmy z żoną Botschaftsangestellte (pracownikami ambasady) i jego przyjaciółmi, co wzbudziło podziw gospodarza i gości w karczmie. Dla próżnych Wiedeńczyków, a w tym wypadku karczmarza, to jakby jego knajpa dostała właśnie gwiazdkę w przewodniku kulinarnym Michelina. Otto nauczył mnie też zamawiać piwo: ein Pfiff to 1/8 litra, ein Seidel to 1/10 litra, ein Krüger to ½ litra. Nie można było tak po prostu powiedzieć: piwo proszę.

Także z Otto byliśmy pierwszy raz na Heuriger (młode wino, takie austriackie Beaujolais Noveau). Prawie cały Grinzing (zachodnia część 19 dzielnicy, Döbling, na skraju Lasku Wiedeńskiego) obsadzony jest winiarniami Heuriger — to nazwa zarówno lokalu, jak i podawanego w nim młodego wina, specyficzna tylko dla Wiednia. Tam się chodzi wyłącznie dla rozrywki, zaprasza prywatnych gości i oficjalne delegacje rządowe. Nie ma obowiązku zamawiać obfitego jedzenia, wystarczy chleb ze smalcem, a w niektórych lokalach przynosi się własną zakąskę. Wiele lokali ma kapele z muzyką zwaną „Schrammelmusik" (nazwa pochodzi od braci Schrammel, którzy ją zaczęli grać jako pierwsi). Muzycy grają i śpiewają stare wiedeńskie piosenki i kuplety. Stali bywalcy mają swoje ulubione utwory, o czym grajkowie dobrze wiedzą. Chociaż jedzenia nie trzeba zmawiać, to nie uchodzi nie dać napiwku muzykantom, w tamtych czasach było to przynajmniej 20 szylingów. Od świętego Marcina, czyli 11 listopada, „wird ausg´steckt", to znaczy lokale heurigerowe wystawiają drąg z „Buschen" (wiecha świerkowa niekiedy zdobiona kwiatami). Znak, że jest już wyszynk młodego wina. Karczmarz wystawiający wiechę nazywa się „Stangenwirt".

Osobliwością miasta są jego liczne kawiarnie. Pierwsza z nich założona została w roku 1683 przez Kolczyckiego lub Kolschitzky´ego (jedni twierdzą, że był Polakiem, inni, że Chorwatem). Faktem jest, że tylko on wiedział, co zrobić z workami kawy znalezionymi w łupach po pobitych w odsieczy wiedeńskiej Turkach. W kawiarni wiedeńskiej można robić praktycznie wszystko — pisać książki, wieść dysputy, oglądać telewizję, czytać gazety, grać w karty, bilard, brydża, szachy … Poszczególne lokale mają swoich stałych bywalców np. literatów czy urzędników z pobliskich ministerstw, albo przekupki z pobliskiego targu. Za kawiarnię nie uważa się licznych w mieście Esspresso, gdzie podają tylko kawę i zimne napoje. W prawdziwej kawiarni nie ma muzyki. Najważniejsza postacią wiedeńskiego Kaffehaus jest Oberkelner, nazywany przez bywalców po imieniu; Herr Franz, Herr Josef… Oberkelner rzadko sam podaje kawę, jest partnerem do pogadania o polityce, nowinkach w mieście i okolicy, człowiek który postara się o wszystko, o co się poprosi (papier na list — czy ktoś jeszcze pisze listy? — znaczek pocztowy, proszek od bólu głowy etc). Oberkelner wie doskonale, co jego stali goście zamawiają, jakie gazety czytają i w jakiej kolejności. W kawiarni nie prosi się po prostu o kawę, bo jest jej kilkanaście odmian (einen kleinen lub grossen Schwarzen, Braunen, Weisen — która może być mehr Licht lub mehr dunkel, Kapuziner i wiele innych).

Jako, że Austria jest krajem katolickim, tamtejsze święta i związane z nimi zwyczaje w zasadzie nie różnią się od polskich (Boże Narodzenie, Trzech Króli z herodami, Wielki Tydzień, Wielkanoc, Boże Ciało). Nie ma natomiast u nich komunijnego szaleństwa. Za to w Zielone Świątki (Pfingsten) odbywają się uroczyste bierzmowania (Firmung), szczególnie bogato obchodzone w katedrze św. Stefana (nazywanej „alter Steffel"). Rodzice prześcigają się w wystrojeniu swoich dzieci. Po uroczystościach rodziny wybierają się na Prater (ogromne, kiczowate wesołe miasteczko), gdzie wszystkie knajpy przygotowują szczególnie uroczyste koncerty. Największy szyk polega na tym, żeby ojciec chrzestny (Firmpate, nazywany też Göd) przewiózł swojego chrześniaka dorożką przyozdobioną kwiatami, kolorowymi wstążkami i balonikami.

Jednak nie miasto, jego mieszkańcy i ich zwyczaje zapadły mi najbardziej w pamięci, ale socjaldemokrata Bruno Kreisky. W latach 1970-1983 był kanclerzem. Jego rządy częściowo pokrywały się w czasie z „panowaniem" innych socjaldemokratycznych wielkich mężów stanu, Willego Brandta w Niemczech i Olofa Palmego w Szwecji. To Kreisky był jednym z tych dyplomatów, którzy wynegocjowali zakończenie 10 letniej okupacji (1945-1955) kraju przez zwycięskie mocarstwa (na większości obszaru Austrii stacjonowały wojska radzieckie) i odzyskanie niepodległości w zamian za zobowiązanie do wieczystej neutralności, niezawierania sojuszy wojskowych i nieutrzymywania na swoim terytorium obcych baz wojskowych. Pamiętam doskonale jego telewizyjne debaty z politycznym przeciwnikami. Przewyższał ich o lata świetlne w błyskotliwości, wiedzy, inteligencji, ciętych ripostach. Kreisky był mężem stanu, którzy rodzą się raz na dziesięciolecia i nikomu z zadufanych Wiedeńczyków (także tych, którzy owacyjnie witali Hitlera w 1938 roku) nie przeszkadzało, że Kreisky jest synem żydowskiego fabrykanta tekstylnego, bo wiedzieli, że temu człowiekowi zawdzięczają bardzo, bardzo dużo.

Czy Wiedeńczycy zmienili się od „moich czasów"? Nie sądzę. Nadal co trzeci z nich ma czeskie, co piąty węgierskie, a co siódmy polskie korzenie. Co ósmy jest Słowianinem z południa Europy. Także ich kuchnia jest zlepkiem dawnych receptur czeskich, bawarskich, węgierskich itp. Wybierzcie się kiedyś do Wiednia, to na prawdę ładne miasto a że jego mieszkańcy niezbyt sympatyczni? No cóż, w każdej stolicy świata mieszkają największe gbury i egoiści. Sympatycznych ludzi można spotkać dopiero na prowincji. W każdym kraju tak jest.

 Dodaj komentarz do strony..   Zobacz komentarze (10)..   


« Felietony, bieżące komentarze   (Publikacja: 08-01-2015 )

 Wyślij mailem..     
Wersja do druku    PDF    MS Word

Andrzej Wendrychowicz
Były wiceprezes Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów. Jest założycielem i koordynatorem portalu edukacyjnego etykawszkole.pl oraz tłumaczem literatury naukowo-technicznej.

 Liczba tekstów na portalu: 35  Pokaż inne teksty autora
 Najnowszy tekst autora: KOD - lewicowy dwugłos
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl. Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie, bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
str. 9783 
   Chcesz mieć więcej? Załóż konto czytelnika
[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365