Racjonalista - Strona głównaDo treści


Fundusz Racjonalisty

Wesprzyj nas..
Zarejestrowaliśmy
200.584.033 wizyty
Ponad 1065 autorów napisało dla nas 7364 tekstów. Zajęłyby one 29017 stron A4

Wyszukaj na stronach:

Kryteria szczegółowe

Najnowsze strony..
Archiwum streszczeń..

 Czy konflikt w Gazie skończy się w 2024?
Raczej tak
Chyba tak
Nie wiem
Chyba nie
Raczej nie
  

Oddano 347 głosów.
Chcesz wiedzieć więcej?
Zamów dobrą książkę.
Propozycje Racjonalisty:
Sklepik "Racjonalisty"
Lucas L. Grabeel - Homo Sanctus. Opowieść homokapłana
Mariusz Agnosiewicz - Zapomniane dzieje Polski

Złota myśl Racjonalisty:
"Radykalna nowość nauki współczesnej polega właśnie na odrzuceniu wiary, która leży u sedna wszelkich popularnych religii, że siły poruszające gwiazdami i atomami zależą od preferencji ludzkiego serca".
« Prawo  
Urządzić cały kraj… [2]
Autor tekstu:

Nie jest to wcale przypadłość trapiąca tylko wyżyny władzy. Wręcz przeciwnie, to jest utrapienie powszechne, którego przykłady można znaleźć wszędzie. Z tego, że tę chorobę najlepiej widać z ulicy Wiejskiej, nie wynika, że na wsi jej nie widać. Jest to sposób widzenia charakterystyczny dla warstw niższych, przesiąkniętych resentymentem i aspirujących do awansu. Zajęcie wyższej pozycji postrzegane jest jako możliwość powiększenia obszaru samowoli. To dlatego Polak jest postrzegany jako destruktor, że poczucie swobody utożsamia z możliwością dewastacji. W tej optyce grzeczność, rzetelność czy poczucie obowiązku postrzegane są tylko negatywnie: jako skutki przymusu, znamionującego poddaństwo. To jest rzeczywiście dobry grunt dla krzewienia się patologii politycznej; ale przysposabiają go nie wady prawne lecz mentalne. One też mają swój znaczący udział w tworzeniu nadmiaru niedobrego prawa i zbędnej mnogości jeszcze gorszych wykładni.

Przykładem takiego niedobrego prawa jest zapis o możliwości uchylenia aresztu tymczasowego za poręczeniem majątkowym lub za poręczeniem powszechnie szanowanych osób. Zapis ten jest skandaliczny, ponieważ jaskrawo narusza zasadę równości wobec prawa: zmniejsza dolegliwość dla majętnych i ustosunkowanych. Nie dość na tym — zgodnie z postanowieniem kodeksu postępowania karnego areszt tymczasowy jest instrumentem zapobiegania możliwości wpływu podejrzanego na przebieg postępowania przygotowawczego; w tym: ukrywania lub niszczenia dowodów, wpływania na poszkodowanych i świadków, preparowania alibi itd. W zasadzie nie powinno być trudności ze zrozumieniem, że podejrzany, zdolny do „wykupienia się" z aresztu tymczasowego znaczną kwotą lub słowem znanych osobistości ma też znaczne możliwości przedsiębrania tego właśnie, do czego sankcja, której unika, miała nie dopuścić. I tak, choćby uchwalić, że przed wejściem do każdego sądu ma być spiżowa tablica z sentencją o równości wobec... itd., w mocy pozostanie mądrość ludowa, znana od czasów Batorego: prawo polskie jako pajęczyna/bąk się przebije, a na muchę wina.

Innym przykładem jest sposób interpretacji prawa. Ściśle z tymi złogami mentalnymi związana. Nie jest bowiem tak, że wszystkie zapisy są nierzetelne. Ale nie pomogą najlepiej zredagowane zapisy, gdy zabraknie nie tylko woli ich przestrzegania, ale gdy będą interpretowane daleko obok „litery", za to „wedle ducha". Nie metafizycznego, lecz społecznego. Czyli wedle tego, jak interpretatorzy rozpoznają przyzwolenie społeczne. Wertując informacje o tym, jakie sprawy są umarzane ze standardowym uzasadnieniem „niską szkodliwością społeczną" i konfrontując te dane z informacjami o tym, w jakich sprawach śledztwa są wdrażane, oskarżenia kierowane do sądów i tam z całą powagą długo rozpatrywane, można dość wiele o tym przyzwoleniu powiedzieć. [ 6 ] O jego kierunku co najmniej w skrócie powiedzieć należy tyle, że wedle tych danych bez wątpienia istnieje przyzwolenie na prawną dyskryminację grup słabszych — czy to dlatego, ze mało licznych (mniejszości kulturowe i obyczajowe), czy też ze względu na poślednie usytuowanie w hierarchii społecznej (kobiety, niepełnosprawni, dzieci, społecznie wykluczeni). I analogicznie dopełnia je przyzwolenie na forsowanie swoich racji grup uprzywilejowanych; w krajowych realiach są to grupy profesjonalnie eksponujące swój związek z dominującym wyznaniem. To dlatego z jednej strony notorycznie podejmuje się kroki prawne w celu rozpatrzenia (z reguły pozytywnego) spraw o „urażanie uczuć religijnych", choćby przesłanki były wątpliwe, a poszlaki (o dowodach nie wspominając) iluzoryczne; i z tego samego powodu umarza się sprawy związane z mową nienawiści, choć przesłanki są silne, a dowodów moc.

Taki „ład prawny", odzwierciedlający przecież dominujący społecznie sposób myślenia i wartościowania, nie pozwala na optymistyczną konstatację, że „żyjemy w państwie prawa". Ten „ład" domaga się rozpoznania jako akceptowana instrumentalizacja prawa, służąca wzmocnieniu hierarchicznej struktury społecznej. Dokonuje się to najprostszym i całkiem niewyrafinowanym sposobem, tzn. przez systematyczne wzmacnianie pozycji większości kosztem praw mniejszości. Nazywając zjawisko to dosadniej — taki model interpretacji prawa służy jednoznacznemu zdominowaniu, wręcz zawłaszczeniu przestrzeni publicznej przez grupy uprzywilejowane; co nie oznacza nic innego, jak tylko eliminowanie z tej przestrzeni grup słabych.

Ciągłość tego procesu widać równie wyraźnie w interpretacjach indywidualnych. Zdawałoby się, że prawo do obrony czy równość dostępu do wymiaru sprawiedliwości jest zasadą formalnie niepodważalną. Zdawałoby się nawet, że — zważywszy rozwarstwienie polskich społeczności — zasada ta będzie przykładnie respektowana; tym przykładniej, że nie ma w Polsce tradycji świadczenia usług prawnych pro publico (a to, swoją drogą, w biednym kraju brak interesujący; i nie mniej interesujące jest przyjmowanie tego braku w milczącym zrozumieniu). Otóż nic z tego; może się zdarzyć — i się zdarza — że wniosek o wyznaczenie pełnomocnika prawnego z urzędu, uzasadniony społeczną i ekonomiczną mizerią, zostanie odrzucony. Z uzasadnieniem, że wnioskodawca powinien więcej pracować, wtedy miałby środki na leczenie i na adwokata. Zdarza się tak, to ważny szczegół, w regionach, w których poziom niedostatku i zakres społecznego wykluczenia jest (pozostając w poetyce prawnej) faktem powszechnie znanym; tzn. takim, o którym każdy może bez trudu uzyskać wiedzę i który wobec tego sąd ma obowiązek brać pod uwagę z urzędu. Jaśniej tej kwestii napisać niepodobna. Wyegzekwować respektowania czytelnego zapisu także niepodobna — z przyczyn jak wyżej.

Niebawem, bo mamy już kolejny koncept na „udoskonalenie" Ustawy Zasadniczej, rozpocznie się pseudodebata nad „wartościami", którym ten koncept ma się szczególnie, jak żaden inny, przysłużyć. Pseudo, ponieważ potoczy się ona wedle znanego (i uprzykrzonego) schematu „i komu to może przeszkadzać". Skupi się ona wyłącznie na sferze symbolicznej; przejścia od patetycznych deklamacji „o wartościach" do sentencji res sacra, miser (rozpatrywanej inaczej niż w trybie rapsodycznym) raczej nie należy się spodziewać. Argumenty są (także uprzykrzenie) przewidywalne; i trochę na wyrost tak nazwane. Standardem takiego dyskursu jest zastępowanie argumentacji rzeczowej argumentacją ad hominem i nadużywaniem retoryki wojennej: tylko „złym ludziom" (nihilistom, zwolennikom „cywilizacji śmierci", lewakom, zboczeńcom) przeszkadza najniewinniejsze przecież, ba — podniosłe moralnie — zawłaszczenie całej przestrzeni dla naszych wartości i symboli, dla naszych obyczajów; to nie my zawłaszczamy — to ci „źli ludzie" walczą z naszymi wartościami. Będzie też dużo rozumowań pseudonaiwnych: że niby skoro komuś wadzą symbole religijne w przestrzeni publicznej, to zacznie się domagać burzenia świątyń, bo też są w tej przestrzeni. To oczywiście retoryczny cynizm, nie żadna naiwność: świątynie są miejscami szczególnymi — od dość dawna taka jest ich właściwość, że nie ma świeckiego przymusu czy też obowiązku uczęszczania do nich; uczęszczają tam ci, którzy tego chcą.

Tymczasem do instytucji publicznych obowiązek lub potrzeba kieruje ludzi różnych poglądów i obyczajów, w celach niezwiązanych z eksponowaniem czy uzgadnianiem światopoglądów. Doprawdy, dla płatnika podatku nie jest interesujące wyznanie wiary urzędnika skarbowego ani — dla urzędu — wyznanie płatników wszelkich podatków. Nie widać żadnej racji, aby tak jedni, jak i drudzy w instytucji przecież niesakralnej (nawet dla wyznawców radykalnego fiskalizmu) musieli jej przestrzeń koniecznie zagospodarować symbolami należącymi do porządku innego niż fiskalny. I taki porządek rzeczy wydaje się dość zrozumiały: przestrzeń publiczna z definicji jest niezróżnicowana (neutralna) dla wszystkich obywateli. W przeciwnym razie dokonuje się tychże obywateli zróżnicowania — na uprawnionych do czucia się swojsko i tych pozostałych. Warto też wreszcie przemyśleć sobie, czy aby wobec tych, którzy mając do wyboru instytucję wyznaniową (szkołę, aptekę, klinikę itp.) i publiczną, wybierają instytucję publiczną, najwłaściwszym gestem jest ostentacyjne podkreślanie, że cokolwiek by wybrali, i tak znajdą się w przestrzeni bynajmniej nieneutralnej.

Nie mniej drastycznym procesem, choć obywającym się bez angażowania symboli, jest różnicowanie obywateli wedle ich pozycji społecznej. Przykład chorego bezrobotnego, któremu w regionie niemogącemu uporać się z długotrwałym bezrobociem strukturalnym odmawia się przydzielenia pełnomocnika procesowego z urzędu, jest tego stanu rzeczy egzemplifikacją dostateczną, chociaż nie wyłączną. W regionach podobnych, tzn. fatalistycznie akceptujących rozległość i trwałość (przechodzącą w dziedziczność) społecznego wykluczenia, ostrzej zaznacza się realna linia stratyfikacji przestrzeni publicznej na część „swojską" i część dla „gorszych". Przypisanie do tych części następuje nieledwie automatycznie: miejsce wśród gorszych przypadnie — wszędzie - biednie wyglądającym, niepełnosprawnym i kobietom; w miasteczkach — oprócz wymienionych także tym, którzy podają wiejski adres. Poniekąd nie jest to nic nowego — raczej następuje reaktywacja dawnego imprintu, określającego właściwy porządek: drzwi frontowe są dla państwa, a dla reszty jest wejście od kuchni i pokorne czekanie.

Obowiązkiem instytucji publicznych jest dbać o to, aby wszyscy — z konieczności, potrzeby czy wyboru z nich korzystający czuli się w tych miejscach u siebie, niezależnie od przekonań czy statusu materialnego i społecznego; aby w tej przestrzeni znajdowali się bez poczucia, że są na cudzym terenie — a zatem, że ich potrzeby mogą być ignorowane, a stawiane im wymagania cięższe. Taki stan rzeczy nie jest niczym innym, jak nierównością wobec prawa. Na co zresztą jest przyzwolenie społeczne. Tu jednak rolą państwa bynajmniej nie jest kultywowanie takich przyzwoleń.

Prawdopodobne też, że pojawią się głosy swoiście zdumiewające. Nie treścią wypowiedzi, ale faktem, że — dajmy na to — profesor prawa będzie wykazywał, iż symboliczne (ale przecież niewyłącznie) zawłaszczenie przestrzeni publicznej przez grupy uprzywilejowane stanowi dobrą okazję, aby grupy z tej przestrzeni eliminowane poćwiczyły sobie… cnotę tolerancji. W wypowiedzi tej odnajduję podany bez znieczulenia tryb rozumowania, tkwiący w bogatych materiałach etnologicznych, zebranych w ostatnich latach przez Aliną Całą, Hannę Węgrzynek czy Joannę Tokarską-Bakir. Tryb ten zakłada jako rzecz oczywistą podporządkowanie wszelkiej mniejszości i wynikającą stąd całkowitą odpowiedzialność za „dobrosąsiedzkie" relacje. Wnikliwy komentarz tego zjawiska dała tylko JTB. Jeśli nadal takie rozumowanie ma być „oczywiste", to mogę — pro domo sua — replikować, że tak jak nie należy się spowiadać z cudzych grzechów, tak też nie należy żadnej cnoty praktykować cudzym kosztem. Sposobności do ćwiczenia cnoty tolerancji mniejszości miały już pod dostatkiem; pora, aby do ćwiczeń przystąpili ci, którzy tak chętnie innym je zalecają.


1 2 3 Dalej..

 Po przeczytaniu tego tekstu, czytelnicy często wybierają też:
Dlaczego rozum wzbrania się przed wiarą w Boga, którego mogą pożreć myszy?
Ziemia nie tak już jałowa

 Zobacz komentarze (11)..   


 Przypisy:
[ 6 ] Zob. M. Płatek, Jakiegoś geja poszturchać; także wyczerpujący raport stowarzyszenia Otwarta Rzeczpospolita dotyczący czterech umorzonych postępowań. Zob. J. Jedlicki, A. Bodnar, A. Cała, M. Głowiński, Przestępstwa nie stwierdzono, Warszawa 2008.

« Prawo   (Publikacja: 24-04-2011 Ostatnia zmiana: 25-04-2011)

 Wyślij mailem..   
Wersja do druku    PDF    MS Word

Romana Kolarzowa
Profesor Uniwersytetu Rzeszowskiego (zakład aksjologii wydziału filozoficznego). Wcześniej pracowała na Uniwersytecie Jagiellońskim, w Akademii Muzycznej w Poznaniu oraz na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Była redaktorką wydawnictwa Rebis. Była związana z organizacjami: Ruch Obrony Praw Kobiet, NEUTRUM, Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami. Autorka książek: "Postmodernizm w muzyce" (Warszawa 1993), "Przekroczyć estetykę" (Kraków 2001), "Wprowadzenie do tradycji i myśli żydowskiej" (Rzeszów 2006), "Kilka ćwiczeń z myślenia praktycznego" (w przygotowaniu).

 Liczba tekstów na portalu: 4  Pokaż inne teksty autora
 Najnowszy tekst autora: Krwawe majaki kultury
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl. Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie, bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
str. 1202 
   Chcesz mieć więcej? Załóż konto czytelnika
[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365