Racjonalista - Strona głównaDo treści


Fundusz Racjonalisty

Wesprzyj nas..
Zarejestrowaliśmy
148.856.844 wizyty
Ponad 1062 autorów napisało dla nas 7287 tekstów. Zajęłyby one 28732 stron A4

Wyszukaj na stronach:

Kryteria szczegółowe

Najnowsze strony..
Archiwum streszczeń..

 Co z Brexitem?
będzie drugie referendum
będzie początkiem końca UE
zyska na nim Wielka Brytania
ostatecznie wzmocni UE
dużo hałasu o nic
  

Oddano 303 głosów.
Chcesz wiedzieć więcej?
Zamów dobrą książkę.
Propozycje Racjonalisty:
Sklepik "Racjonalisty"

Złota myśl Racjonalisty:
"Dla egzystencjalisty (...) jest niesłychanie żenujące to, że Bóg nie istnieje, ponieważ w ten sposób znika wszelka możliwość znalezienia wartości w zrozumiałym niebie (...) Straciliśmy religię, ale zyskaliśmy humanizm".
« Państwo i polityka  
Demokracja po polsku
Autor tekstu:

Jakiś przyszły historyk ukuje zapewne nowy termin, desygnujący ten typ systemu politycznego, który obserwujemy dziś w Polsce. Jeśli system, który funkcjonował w tym rejonie Europy w pierwszych czterech dekadach drugiej połowy XX w., historycy zechcą nazywać, po staremu, demokracją ludową, to niezłym korelatem tego terminu, określającym system zrealizowany w Polsce w ostatniej dekadzie, byłaby „demokracja konfesyjna". Nazwy te łączy w każdym razie to, że obydwie noszą znamiona żartu słownego: pierwsza jest pleonazmem (znaczy wszak tyle, co „ludowa władza ludu"), druga zaś zawiera jawne contradictio in adiecto. Nadto, każda z nich ma się do pojęcia demokracji mniej więcej tak, jak „Królestwo Niebieskie" do pojęcia monarchii: jest jedynie metaforyczną doń aluzją. Daleko idące uzależnienie instytucji swoistych dla demokratycznego państwa od instytucji skrajnie antagonistycznych wobec demokracji — przedtem od samozwańczej Awangardy Przodującej Klasy, dziś od samozwańczych Strażników Prawdziwych Wartości - prawdopodobnie skłoni też historyków do objęcia obu tych systemów jakąś wspólną kategorią nadrzędną: może będzie nią „semidemokracja", a może — co wydaje się trafniejsze — „demokratoid". Niewykluczone, że system dzisiejszy zostanie uznany za lepszą imitację demokracji niż poprzedni; w końcu postęp w technologii polityki jest równie naturalny, jak postęp w technologii produkcji, a wszak produkowane dziś dermatoidy znacznie lepiej imitują skórę, niż te sprzed pięćdziesięciu lat. Granica między autentykiem a imitacją zawsze jednak pozostaje ostra. Trudno rozstrzygnąć, w jakiej mierze podobieństwa między tymi dwoma systemami są efektem dziedziczenia. Fakt, że polska nowa klasa polityczna tak ochoczo włączyła do swego instrumentarium mgławicowe „wartości chrześcijańskie" i równie mętną „naukę społeczną Kościoła" (sowicie opłacając dostawcę tych ideologicznych narzędzi sprawowania władzy), można by tłumaczyć wyniesionym z przeszłości przekonaniem, że utrzymanie władzy wymaga wsparcia ze strony jakiejś silnej instytucjonalnie, a do niczego nie zobowiązującej ideologii. Ale fakt, iż gdzie indziej — na przykład w Czechach czy na Węgrzech — nowi politycy nie sięgnęli po taki instrument, podważa to wyjaśnienie; demokracja ludowa była zresztą w późnych swoich fazach zbyt anemiczna ideologicznie, by móc przekazać następczyni gen tego rodzaju. Jednakże klimat ideowy obu tych polskich pseudodemokracji jest w uderzająco podobnym stopniu nasycony irracjonalizmem, a triumfalna obecność „jedynie słusznego światopoglądu" stanowi tylko jeden z komponentów tego klimatu. Składa się nań także zjawisko, które w połowie lat pięćdziesiątych nazwano kultem jednostki, upatrując w nim (raczej nietrafnie) źródło „błędów i wypaczeń" stalinizmu. Zjawisko to odrodziło się w bliźniaczej postaci kultu osoby „papieża-Polaka" — równie pracowicie i podobnymi, iście bizantyjskimi środkami organizowanego, podsycanego i chronionego przed uszczerbkiem. Innym trwałym rysem tego klimatu jest metafizyczna idea tzw. sprawiedliwości dziejowej: poprzedni system w pierwszych latach swego istnienia skazał na zagładę społeczną wszystkich przedstawicieli dawnej „klasy wyzyskiwaczy"; system obecny od początku forsuje, pod hasłem dekomunizacji, identyczny zamiar wobec wszystkich, którzy „brali aktywny udział w popieraniu" tego poprzedniego. W obu przypadkach propagatorzy takiej „sprawiedliwości dziejowej" nawet nie próbowali (bo zapewne wiedzieli, że to niewykonalne) ukazać jakiegoś pożytku społecznego płynącego z jej realizacji; i w obu jednakowo skrzętnie ukrywali całkiem wymierne korzyści, jakie przynosi ona im samym.

Istotne podobieństwa rodzinne łączą też obie te pseudodemokracje w sferze praktyki sprawowania władzy. Zjawiskiem, które mogłoby śmieszyć, gdyby nie miało dotkliwych skutków dla interesów państwa i obywateli, jest skwapliwość, z jaką nowa klasa polityczna dba o to, by wszystkie wyższe i trochę wyższe stanowiska publiczne zajmowali „jej" ludzie — choćby całkiem niekompetentni — dokładnie tak samo, jak czynili to dawni „właściciele Polski". Równie uderzające podobieństwo łączy style uprawianego w tych systemach tzw. dialogu władzy ze społeczeństwem. Jak dawniej, tak i teraz ten „dialog" jest w istocie monologiem władzy, przerywanym (dziś częściej niż przedtem) objawami zniecierpliwienia społecznego. Gdy zniecierpliwienie to przybiera radykalne formy, rządzący niekiedy nieco ustępują (lub obiecują ustępstwa) w sprawach partykularnych i stosunkowo drobnych; nigdy natomiast nie pytają społeczeństwa o zdanie przed podjęciem decyzji w sprawach zasadniczych, żywo obchodzących wszystkich lub prawie wszystkich. Być może lekcja referendum z 1946 roku, którego wyniki trzeba było sfałszować, by zachować i twarz, i władzę, działa nadal, bo i po przełomie 1989 roku o nic istotnego obywateli nie zapytano: ani o reprywatyzację (której przewidywany koszt — 180 mld zł — jest wyższy niż całoroczny budżet państwa), ani o prawną dopuszczalność aborcji (mimo że liczba podpisów pod żądaniem referendum w tej sprawie trzykrotnie przewyższyła wymaganą), ani o kształt administracyjnego podziału kraju; w aktualnej dziś sprawie zmiany struktury podatków nie przeprowadzono nawet badań pinii publicznej. Jak dawniej, tak i teraz dezaprobatę dla swoich poczynań rządzący tłumaczą niezrozumieniem ich racji; sobie (a częściej dziennikarzom) mają za złe co najwyżej niedostatki perswazji i reklamy owych poczynań. W to, że sami wiedzą najlepiej, jak urządzić ludziom nowy, wspaniały świat, nie wątpią nigdy. Analogie w schematach autoreklamy i starań o pozyskanie poparcia społecznego dla własnych programów (czy raczej karier) politycznych są zbyt oczywiste, by warto je było opisywać; najogólniejsze z tych schematów mają zresztą charakter ponadustrojowy. Jednakże niektóre ich rysy swoiste zasługują na wymienienie. Jednym z nich jest powoływanie się na domniemane uniwersalne prawa — historyczne, ekonomiczne, a także tzw. naturalne — których rzeczywisty stopień uzasadnienia jest niski lub wręcz zerowy. Innym jest swoista elastyczność argumentacji, umożliwiająca korzystanie z racji przeciwstawnych. Na przykład, o ile większość społecznie dolegliwych posunięć nowych władz uzasadniano potrzebą stopniowego dorównywania krajom ekonomicznie zaawansowanym, o tyle kolejny bulwersujący projekt rządowy - likwidację powszechnie w cywilizowanym świecie praktykowanej progresji podatkowej — jego autor lansuje pod hasłem „Wyprzedźmy innych" (nie ma przy tym żadnych podstaw, by twierdzić, że owe rzekomo wyprzedzane kraje z czasem pójdą w nasze ślady pod tym względem; wiadomo natomiast, że odeszły one od praktyk tego rodzaju wraz z końcem ery dzikiego kapitalizmu).

Wreszcie, charakterystyczny jest pewien niezmiennie stosowany rodzaj oszukiwania społeczeństwa przez władze, mianowicie tzw. kłamstwo w żywe oczy (bo zawoalowane sposoby wprowadzania w błąd należą do rekwizytów każdego teatru politycznego). Przed laty pewien Amerykanin tak oto tłumaczył mi, dlaczego wielu jego współobywateli nie wierzy, że w Związku Radzieckim i krajach satelickich wolność słowa jest drastycznie ograniczana: Gdy pytany o to przez dziennikarza, przed kamerami amerykańskiej telewizji, ambasador ZSRR, patrząc prosto w oczy stwierdza stanowczo, że w jego kraju wszędzie wolno mówić to, co się myśli, że każdy ma dostęp do wszelkich publikacji i nikt nie jest represjonowany za swoje poglądy, to słuchacz nie może mu nie uwierzyć, a co najmniej zaczyna wątpić w prawdziwość pochodzących skądinąd informacji, że jest wręcz przeciwnie. Leszek Balcerowicz stosuje tę samą technikę, gdy przekonuje — spokojnym, pewnym siebie głosem profesjonalisty - że ludzie o niskich dochodach nie stracą, a zyskają na jego reformie podatkowej. I zapewne niektórzy mu uwierzą — nawet wbrew własnej wiedzy arytmetycznej. Dodajmy gwoli sprawiedliwości, że AWS-owscy oponenci Balcerowicza postępują w podobny sposób, gdy swój projekt reformy podatkowej nazywają prorodzinnym, zamiast promującym wielodzietność: entuzjastów wielodzietności (także, a może zwłaszcza, cudzej) jest — poza klerem katolickim — niezbyt wielu, a jakąś rodzinę ma prawie każdy, więc nazwa „prorodzinny", chociaż jawnie nieadekwatna, jest na pewno bardziej atrakcyjną etykietą reklamową tego projektu. Rozczarowany polską demokracją Jacek Kuroń tłumaczy moralną i intelektualną ułomność polityków postsolidarnościowych „chorobą kesonową": zbyt szybko wynurzyli się oni na powierzchnię z głębin, w których panowało wysokie ciśnienie dyktatury. Metafora ta miałaby większą wartość wyjaśniającą, gdyby ostatnie jej słowa brzmiały: „w których poddani byli wysokiemu ciśnieniu frustracji". Tłumaczyłaby wówczas objawy swoistej charakteropatii, występujące z jednakowym nasileniem wśród postsolidarnościowej elity władzy i w jej post-KPP-owskim odpowiedniku z pierwszej powojennej dekady: w obu przypadkach na powierzchnię wynurzyli się ludzie, których przez całe dziesięciolecia dławiła niemożność zaspokojenia własnych ambicji politycznych — ludzie dotąd zepchnięci do podziemia, szykanowani i więzieni. Reakcją na gwałtowne wynurzenie stała się degradacja osobowości: megalomania, przekonanie o własnej nieomylności, poczucie historycznej misji, którą trzeba wypełnić bez względu na liczbę ofiar, pogarda dla społeczeństwa, które „nie dojrzało", nienawiść do swych niedawnych — rzeczywistych i domniemanych — gnębicieli i całkowita determinacja, by nigdy już nie oddać władzy. „Choroba kesonowa" nie dotknęła tylko nielicznych i u niewielu przebiega w łagodnej postaci; nadto — jak przed pół wiekiem, tak i dziś — działa mechanizm selekcji negatywnej: ci zdrowsi są usuwani lub sami usuwają się w cień. A kandydatów na następców wyszukuje się i promuje spośród sobie podobnych. Toteż nadzieja Jacka Kuronia na rychłe przyjście młodego pokolenia, które od nowa zbuduje polską demokrację, przysporzy mu zapewne dalszych rozczarowań.

*

[Publikowane w Bez Dogmatu Nr 38. Publikacja w Racjonaliście za zgoda Autorki.]


 Zobacz także te strony:
Religia a demokracja
Jak Kościół walczył z demokracją
 Po przeczytaniu tego tekstu, czytelnicy często wybierają też:
Demokracja świątobliwie pogardliwa
Religia a demokracja

 Dodaj komentarz do strony..   Zobacz komentarze (5)..   


« Państwo i polityka   (Publikacja: 04-02-2004 Ostatnia zmiana: 16-06-2005)

 Wyślij mailem..     
Wersja do druku    PDF    MS Word

Barbara Stanosz
Filozof, logik, publicystka; emerytowany profesor Uniwersytetu Warszawskiego. Autorka popularnych książek i podręczników do logiki oraz prac z dziedziny logicznej teorii języka. Współzałożycielka i redaktor naczelny czasopisma Bez Dogmatu. Tłumaczka literatury filozoficznej. Ostatnia książka: "W cieniu Kościoła czyli demokracja po polsku" (2004)
 Strona www autora

 Liczba tekstów na portalu: 19  Pokaż inne teksty autora
 Najnowszy tekst autora: Filozoficzne podstawy ateizmu
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl. Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie, bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
str. 3241 
   Chcesz mieć więcej? Załóż konto czytelnika
[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365