Racjonalista - Strona głównaDo treści


Fundusz Racjonalisty

Wesprzyj nas..
Zarejestrowaliśmy
150.335.729 wizyt
Ponad 1062 autorów napisało dla nas 7289 tekstów. Zajęłyby one 28737 stron A4

Wyszukaj na stronach:

Kryteria szczegółowe

Najnowsze strony..
Archiwum streszczeń..

 Co z Brexitem?
będzie drugie referendum
będzie początkiem końca UE
zyska na nim Wielka Brytania
ostatecznie wzmocni UE
dużo hałasu o nic
  

Oddano 901 głosów.
Chcesz wiedzieć więcej?
Zamów dobrą książkę.
Propozycje Racjonalisty:
Sklepik "Racjonalisty"

Złota myśl Racjonalisty:
Wielu ludzi uważa Boga za służącego; chcieliby, aby wykonywał za nich brudną robotę.
 Państwo i polityka » Ekonomia, gospodarka, biznes

Kroc i jego hamburgerowe imperium
Autor tekstu:

Ostatnio media obwieściły, że McDonald's zamyka 175 swoich restauracji w 10 krajach, a z trzech państw wycofuje się całkowicie. W historii korporacji, która od początku rozrastała się niezwykle dynamicznie, to pierwszy tak widoczny przejaw jej kryzysu. Przeciwnicy globalizacji i kapitalizmu, liczni zdredowani zwolennicy trawki, nienawidzący szczerze niezdrowych frytek i hamburgerów, mają wreszcie tę niewątpliwą satysfakcję, że McDonald's się zwija.

Wiele wskazuje na to, że McDonald's stał się od jakiegoś czasu kozłem ofiarnym nękanego zewsząd kapitalizmu; posądza się go o wszystko, co w kapitalizmie może być najgorsze: o nieludzki wyzysk człowieka pracy przez międzynarodowego molocha; o to, że zawsze sprzeciwiał się związkom zawodowym w swoim imperium; o propagowanie niezdrowej żywności; o niszczenie tropikalnych lasów; o męczenie zwierząt… Dlatego brunatno-czerwoni antyglobaliści atakują go łomami i kamieniami, a karykaturalnie spasieni miłośnicy junk foods nękają Bogu ducha winną firmę sądowymi pozwami, żądając od McDonald's horrendalnie wysokich odszkodowań. Za co? Ano za to, że wywiódł ich w pole, nie mówiąc w swoich reklamach o tym, że bezmyślne napychanie się frytkami i hamburgerami może prowadzić do — delikatnie mówiąc — bardzo widocznej nadwagi i związanych z nią chorób oraz dolegliwości.

Tymczasem "imperialistyczna machina Zachodu" — tak zwykle określają sieć restauracji McDonald'sa jej zlewicowani przeciwnicy — to nadal największe gastronomiczne imperium świata — zatrudnia 400 tys. pracowników, posiada w 121 krajach ponad 30 tys. restauracji obsługujących 46 mln konsumentów dziennie. W samym USA McDonald's wciąż dominuje na rynku fast foodu z dochodami ponad 20 mld dol. rocznie, na głowę bijąc najbliższych konkurentów, tj. Burger Kinga (8,59 mld) i Wendy's (6,15 mld). Wciąż powstają nowe restauracje, także poza USA, chociaż mniej niż w poprzednich latach. Niemniej od dwóch lat pojawiają się oznaki kryzysu, a obecnie planowane zamknięcie 175 restauracji oznacza zwolnienie od 400 do 600 pracowników na całym świecie, z czego 250 w samym USA. W ciągu mijającego roku wartość rynkowa McDonald'sa zmniejszyła się o jedną trzecią. Przybywa jej wielu groźnych rywali. Pojawiła się najbardziej niebezpieczna dla firmy konkurencja w postaci sieci barów, tak popularnej dziś „zdrowej żywności", jak Subway czy Boston Market. [Zob. też: Dalajlama nie chce KFC w Tybecie]

Twórca imperium

W czasach, kiedy imperia przeżywają kryzys lub swój schyłek, wraca się zwykle pamięcią do „złotego wieku" i prapoczątku świetności; wspomina „ojców-założycieli". Tak jak Juliusz Cezar nie był pierwszym cesarzem imperium rzymskiego ani jego twórcą, tak bracia Rysio i Maurycy „Mac" McDonaldowie nie są właściwymi pomysłodawcami systemu biznesu, któremu nadano ich nazwę. Pomimo że pierwszą restaurację z hamburgerami założyli już w 1940 roku w Kalifornii, to jednak niewiele mają wspólnego z późniejszym sukcesem korporacji. Prawdziwa historia sieci restauracji McDonald's zaczęła się bowiem dopiero w 1954 roku za sprawą niejakiego Rajmunda Alberta (Raya) Kroca — akwizytora ze wschodniego wybrzeża, sprzedającego na terenie całych Stanów Zjednoczonych multimiksery do koktajli mlecznych.

Kariera owego sprzedawcy to wzorcowy przykład american dream — droga selfmademana — na pewno nie usłana różami, a okupiona łzami i potem — od pucybuta do multimilionera. Warto wspomnieć tego bohatera kapitalizmu (nie bójmy się takich słów, bo skoro socjaliści mają swoich gierojów, dlaczego nie wolno mieć ich zwolennikom kapitalizmu!?), tym bardziej, że w tym roku mija setna rocznica jego urodzin.

Niewątpliwie życiorys Raya Kroca może być inspiracją dla wielu młodych ludzi, którzy — zamiast posługiwać się kamieniami czy bejsbolami lub jak towarzysz „Che" karabinem, w opacznie pojmowane imię wolności — wolą uczciwie i ciężko pracować, a nie demolować cudzą własność i zabijać, by osiągnąć prawdziwą wolność dla siebie i swych najbliższych. Dlatego studiujmy i bierzmy przykład z takich ludzi jak np. handlowiec-kapitalista Ray, a nie rewolucyjny terrorysta „Che". Oto moja propozycja. Życie Kroca bowiem to przykład do naśladowania niemal dla każdego — jak najbardziej godny polecenia, wzór heroizmu praktycznego na co dzień, prowadzącego do prawdziwej wolności; życie Guevary natomiast to tragiczne bohaterstwo i zmarnowany heroizm, bo użyty w złej z gruntu sprawie, niosącej śmierć i zniewolenie jednostek i całych narodów. (Nb. Szanowni Wydawcy, kiedy wreszcie na półki polskich księgarń i bibliotek trafi polska edycja autobiografii Raya Kroca???).

Początek komiwojażerskiej kariery

Ray Kroc urodził się w roku 1902 w Oak Park, w chicagowskim West Side w skromnej rodzinie (jego ojciec Ludwik był technikiem w Western Electric Union). W przeciwieństwie do młodszego brata Boba, Raya nigdy nie pociągała kariera naukowa (Bob został lekarzem endokrynologiem, jednak zasłynął dopiero jako prezes Fundacji Kroca), wolał zajmować się rzeczami praktycznymi; kiedy więc Bob studiował medycynę, Ray sprzedawał papierowe kubki, od rana do późnego popołudnia przemierzając ulice Chicago w poszukiwaniu klienteli. Jego ówczesny rozkład dnia może niejednego przyprawić o zawrót głowy. Zaczynał pracę o siódmej rano, następnie sprzedawał kubki firmy Lily Tulip aż do siedemnastej. Po skończonej pracy zamiast do domu, jak większość ludzi, szedł do drugiej pracy. Wieczorami aż do drugiej nad ranem pracował w lokalnej rozgłośni radiowej, gdzie był zatrudniony jako pianista (gry na fortepianie nauczyła go matka, kiedy był jeszcze dzieckiem). Jak sam wspomina w swojej autobiografii, był zdolny do takiego wysiłku, gdyż umiał wykorzystać każdą chwilę wypoczynku; spał równie intensywnie, jak pracował. Kroc nie znosił bezczynności, chciał żyć na przyzwoitym poziomie i otaczać się ładnymi rzeczami. Tylko dzięki pracy na dwóch etatach mógł sobie na ten luksus pozwolić.

Wiosną 1925 roku, pomimo że interes z kubkami wciąż się rozwijał, Kroc postanowił wziąć pięciomiesięczny urlop. Wyruszył na Florydę, ale nie po to, by beztrosko odpoczywać. Zatrudnił się w firmie W.P. Morgan&Son zajmującej się pośrednictwem w handlu nieruchomościami. Terenem działania firmy był Bulwar Las Olas w Forcie Lauderdale, a klientami amerykańscy milionerzy. Ray sprawdził się także w handlu nieruchomościami. Jego wyniki były tak dobre, że firma nagrodziła go, oddając mu do dyspozycji limuzynę marki Hudson wraz z szoferem.

Kroc znalazł się na liście dwudziestu najlepszych agentów. W końcu jednak media przyczyniły się do załamania koniunktury, odradzając zakupu podmokłych, bagiennych gruntów na półwyspie. Ray powrócił do Chicago i do pracy w firmie Lily Tulip. W latach 1927-1937 poszerzył znacznie jej obszar działania. Był jednym z najlepszych akwizytorów, podlegało mu piętnastu innych sprzedawców. Mimo to praca w Lily Tulip szarpała mu nerwy, kierownictwo nie zgadzało się m.in. z jego propozycjami motywowania ludzi do pracy, skutecznie gasiło jego energię i entuzjazm. W owym burzliwym okresie Kroc poznał bliżej jednego ze swych klientów, inżyniera Earla Prince’a, który nie tylko założył sieć lodziarni o nazwie „Prince Castle", ale opatentował również swój wynalazek — multimikser do mlecznych koktajli wyposażony w sześć wirujących łopatek. Ray postanowił zaryzykować — porzucił pracę w Lily Tulip, przyjmując ofertę współpracy od zdolnego inżyniera. W wieku trzydziestu pięciu lat rozpoczął się nowy etap w jego życiu.

Od akwizytora do inwestora

Kroc został wyłącznym przedstawicielem handlowym firmy Prince’a; zajmował się dystrybucją multimikserów na obszarze całych Stanów Zjednoczonych, podczas gdy Earl ich produkcją. Ray pisał o tym okresie swojego życia: „było to dla mnie niczym szlifowanie kamiennej bryły — pierwszy etap wznoszenia mego osobistego pomnika ku czci kapitalizmu". Przekonywanie nabywców do nowego produktu wbrew pozorom nie było wcale takie łatwe, wielu restauratorów nie widziało istotnej potrzeby w przestawieniu się na miksery sprzedawane przez Kroca. Wkrótce II wojna światowa zatrzymała na pewien czas ekspansję Raya (miedź używana do produkcji mikserów była wówczas nieosiągalna), który zajął się w tym czasie dystrybucją słodzonego mleka w proszku. Zaraz po zakończeniu wojny Kroc powrócił do sprzedaży mikserów, które znajdowały swych licznych nabywców w wyrastających jak grzyby po deszczu nowych punktach gastronomicznych. W 1948 roku sprzedał ich rekordową ilość — osiem tysięcy sztuk.

Traf chciał, że pewnego dnia klientami Kroca zostali bracia McDonald z Los Angeles, którzy w swojej restauracji postanowili użyć aż ośmiu dostarczanych przez niego urządzeń. Kiedy Ray mógł wreszcie osobiście zobaczyć ich bar — oniemiał. Wzorowy porządek, nienaganna i szybka obsługa przy ogromnej liczbie konsumentów. Wnet „wyobraziłem sobie restaurację McDonalda przy wszystkich skrzyżowaniach dróg w całym kraju" — zapisał w swoim notatniku. Było to jak olśnienie. Nazajutrz braciom McDonaldom zaproponował utworzenie ogólnokrajowej sieci lokali wzorowanych na już istniejącym. Myślał o obopólnych korzyściach. I co ciekawe — ze swej strony tylko o nowych rynkach zbytu dla swoich multimikserów!

Początkowo bracia McDonaldowie wystraszyli się pomysłem rozentuzjazmowanego akwizytora, zdając sobie sprawę z ogromu zadań, jakie by ich czekały przy jego realizacji. Jednak Kroc podjął się tego zadania. Niczym wielcy zdobywcy i on nie poprzestawał na małym. „Myśl o sprawach wielkich, a wielkim się staniesz" — mawiał. McDonaldowie przyznali mu koncesję na budowę sieci restauracji na całym obszarze Stanów Zjednoczonych, identycznych jak ta pierwsza. Posiłki i napoje również miały być jednakowe. Umowa przewidywała, że Kroc otrzyma 1,9 % od obrotu każdej z restauracji, z czego McDonaldom odda 0,5%. Ray miał ponadto zagwarantowane 950 dolarów za każdą oddaną przezeń w ajencję placówkę. W 1955 r. w Des Plaines w stanie Illinois Kroc otworzył pierwszą franchise — ajencję będącą początkiem imperium McDonald'sa.

Wielki pomnik ku czci kapitalizmu

Zajmując się restauracją, Ray nie zaniedbywał handlu multimikserami, bo tylko dzięki temu miał z czego opłacić dzierżawę i pensje pracowników. W rok później w Kalifornii otwarto już trzy następne lokale, a do końca 1956 roku powstało kolejnych osiem w różnych częściach Stanów. W 1961 roku Kroc postanowił kupić od braci McDonaldów prawa do tworzenia sieci barów pod ich nazwiskiem. Kwota jakiej zażądali, była oszałamiająca — dwa miliony siedemset tysięcy dolarów!

Pomimo to Kroc postanowił spłacić Rysia i „Maca"; znalazł kredytodawców. Wyliczył wówczas, że ta ogromna pożyczka (ostateczny koszt transakcji zamknął się kwotą 14 milionów dolarów!) będzie spłacana aż do 1991 roku. W nawet najbardziej optymistycznej wersji Ray nie zakładał, że już w 1972 roku wszystkie jego zobowiązania finansowe zostaną uregulowane (pięć lat wcześniej McDonald's ekspandował na rynki światowe — pierwszy bar poza granicami USA powstał w Kanadzie, a wkrótce potem w kilku krajach Ameryki Środkowej). W tym samym 1972 roku Kroc otrzymał prestiżowe nagrody, były to Horatio Alger Award i The Presidential Star. A w rok później został nawet Amerykaninem Roku.

Pomimo wielu zdrowotnych dolegliwości Kroc pozostał bardzo aktywny do końca swojego pracowitego życia; zawsze mierziła go bezczynność, dlatego wciąż osobiście wyszukiwał najlepsze miejsca pod lokalizację nowych barów.

Kiedy w 1977 roku opublikował swoją autobiografię — już jako senior chairman korporacji McDonalda — jego imperium posiadało 4 177 restauracji w USA i 21 zagranicą.

Trzeba przyznać, że ten chicagowski akwizytor, który był zawsze przeświadczony o swoim zwycięstwie, rzeczywiście zbudował znakomity biznes — wielki pomnik ku czci kapitalizmu — mógł wreszcie spać spokojnie.

Zmarł 14 stycznia 1984 roku w kalifornijskim San Diego.

*

[Tekst opublikowany w „Najwyższym CZASIE!" nr 1/2003]


 Po przeczytaniu tego tekstu, czytelnicy często wybierają też:
Najhojniej wynagradzający siebie politycy w Europie
Racjonalista.pl (EN)

 Dodaj komentarz do strony..   


« Ekonomia, gospodarka, biznes   (Publikacja: 29-06-2004 )

 Wyślij mailem..     
Wersja do druku    PDF    MS Word

Wojciech Rudny
Z wykształcenia pedagog i historyk. Wydawca i niezależny publicysta. Zmarł w 2010 r. w wieku 41 lat.

 Liczba tekstów na portalu: 64  Pokaż inne teksty autora
 Najnowszy tekst autora: Najhojniej wynagradzający siebie politycy w Europie
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl. Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie, bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
str. 3483 
   Chcesz mieć więcej? Załóż konto czytelnika
[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365