Racjonalista - Strona głównaDo treści


Fundusz Racjonalisty

Wesprzyj nas..
Zarejestrowaliśmy
162.230.786 wizyt
Ponad 1064 autorów napisało dla nas 7324 tekstów. Zajęłyby one 28895 stron A4

Wyszukaj na stronach:

Kryteria szczegółowe

Najnowsze strony..
Archiwum streszczeń..

 Czy jesteś zadowolony/a z życia?
Tak
Nie
Nie wiem
  

Oddano 2476 głosów.
Chcesz wiedzieć więcej?
Zamów dobrą książkę.
Propozycje Racjonalisty:
John Brockman (red.) - Nowy Renesans

Znajdź książkę..
Sklepik "Racjonalisty"

Złota myśl Racjonalisty:
Technologia, w wielu znaczeniach, jest najwyższą ekspresją ludzkości.
 Społeczeństwo » Etyka zawodowa i urzędnicza

Sardoniczny uśmiech Kasandry [1]
Autor tekstu:

Poniższy tekst jest fragmentem szerszego opracowania z lat 97/98. Nie było ono nigdzie publikowane, a inspiracją do jego odkurzenia były publikowane w miesięczniku „Komentarze" fragmenty dyskusji panelowych, które odbywały się w ramach konferencji programowej Unii Wolności z listopada 2003 r. Chciałoby się zapytać niektórych ze znamienitych Gości, w jakich konstelacjach wówczas przebywali i w jakich przebywają dziś. Z takiej perspektywy kryzysu państwa istotnie nie widać. W ogóle niewiele widać. Gdzie wówczas przebywała i co mówiła „hołota" — jak łaskawie ocenił część społeczeństwa jeden ze znamienitych Gości [ 1 ] — można sobie poczytać niżej. I nie było to wdzieranie się „na salony", a już z pewnością nie na takie salony, których bywalcy zapomnieli skąd sami pochodzą.

Jest też ów tekst pewnego rodzaju odpowiedzią na wprowadzaną obecnie — z fanfarami i bębnami — ustawę mającą dyscyplinować urzędników administracji publicznej i odpowiedzialności za błędne, delikatnie rzecz ujmując, działania. Można byłoby zapytać tylko, gdzie przebywali obecni autorzy-reformatorzy, gdy alarmy już nie dzwonkami lecz syrenami się odzywały, że równia pochyła coraz bliżej pionu zmierza.

(...) W głośnych sporach o przyjęcie takich czy innych rozwiązań decentralizacji państwa i budowy struktur samorządów terytorialnych, nie ma praktycznie sporu, co do potrzeby przeprowadzenia reformy. Politycy, działacze, naukowcy w tym jednym punkcie są zadziwiająco zgodni. Reforma samorządowa jest niezbędna, a na jej bazie przeprowadzane będą reformy innych sfer życia, jak choćby opieki zdrowotnej, szkolnictwa, ubezpieczeń społecznych. Tymczasem obywatel, jeśli w ogóle zastanawia się nad sensem przeprowadzanych reform, to nierzadko ze zdumieniem przygląda się rzeczywistości i zadaje sobie pytanie, po co to wszystko?

Wiele opracowań, publikacji, wypowiedzi szeroko uzasadnia potrzebę przemian, więc można by w tym miejscu odesłać obywatela do odpowiednich cytatów, jak np.; "(...) Zazwyczaj przyjmuje się, że do zalet techniki decentralizacji, pojmowanej jako usamodzielnienie ogniw lokalnych, należy wyzwalanie lokalnych inicjatyw i zainteresowanie lokalnych społeczności zadaniami administracji publicznej, ustalanie hierarchii potrzeb lokalnych. Zwiększa się też rola czynnika społecznego i zapewnia przewagę tego czynnika nad czynnikiem zawodowym w aparacie samorządu. Ujmuje się te czynniki zazwyczaj w literaturze jako odbiurokratyzowanie i uspołecznienie administracji. Jest to jednocześnie forma podnoszenia kultury politycznej społeczeństwa (samorząd terytorialny staje się >>szkołą rządzenia<<) i gospodarności. Samorząd daje rozeznanie w potrzebach i warunkach lokalnych, których nie znają organy wyższego stopnia.(...)." [ 2 ] Wobec ośmioletnich doświadczeń funkcjonowania gmin, jako podstawowego szczebla struktury administracyjnej państwa, można by powyższy cytat odebrać jako opis innych czasów i innego, utopijnego świata. (...)

Wielomiesięczne, niekiedy wieloletnie dobijania się obywatela o uznanie jego racji, krążą od urzędu do urzędu, czasem w samym urzędzie i w efekcie nie znajdują rozwiązania. Ewidentne naruszanie zasad prawnych, choćby przewlekłości załatwiania spraw, lub też w ogóle ich ignorowanie, nie wywołuje żadnych reperkusji w stosunku do konkretnych osób. Urzędnik, wielu szczebli i funkcji, mając poczucie bezkarności bezceremonialnie łamie prawo, podejmuje samowolne działania, wprowadza w błąd obywateli, a nakładając bezprawnie nienależne opłaty, doprowadza do sytuacji, która w języku przepisów prawnych nazywana jest bezpodstawnym wzbogaceniem. W oczach i umyśle obywatela znajduje zaś określenie mniej eufemistyczne. Wszystko pod osłoną szyldu urzędu i całego stosu przepisów, których albo nie ma, albo są, lecz mają zupełnie inną wymowę, niż się to urzędnikowi wyinterpretowało. Totalne lekceważenie przepisów, to stałe elementy mechanizmu postępowania pracowników administracji.(...) Żaden też, oczywiście, nie podjął i nie podejmie działania sprzecznego z zasadą lojalności wobec drugiego urzędnika. Tak funkcjonujące mechanizmy utwierdzają urzędnika w przekonaniu o całkowitej bezkarności, niezależnie od rodzaju i liczby popełnianych błędów czy świadomych naruszeń zasad. Element ryzyka poniesienia konsekwencji za błędne działanie lub zaniechanie zdaje się w praktyce urzędniczej w ogóle nie występować. Wszystko w najgorszym wypadku zostanie złożone na karb anonimowego i bezosobowego urzędu. Stąd też z upodobaniem stosowana metoda odsyłania obywatela do sądu powszechnego (...).

Większość ludzi żywi przekonanie, że sądy są taką instytucją, która dla zwykłego, szarego obywatela może być tylko sprawczynią kłopotów; obcym i wrogim tworem, mogącym jedynie skazać na grzywnę lub, co gorsza, więzienie. Stereotyp postrzegania sprawiedliwości sądowej, każe myśleć o sądach jako instrumencie służącym bogatym, których stać na dobrych i drogich adwokatów. A także dla urzędów, których bronią prawnicy opłacani przez państwo. Paradoksalnie, obywatel wnosząc pozew przeciwko urzędowi, jednocześnie opłaca ze swoich podatków obrońcę tego urzędu. Dodatkowym elementem ograniczającym jest też stereotypowe poczucie wstydu związanego z faktem występowania przed sądami, obojętnie w jakim charakterze. W świadomości przeciętnego obywatela sądy przeznaczone są do rozpoznawania spraw przestępczych. Spory cywilne o podłożu administracyjnym są zjawiskiem niemal nieznanym. Największym zaś ograniczeniem, dla wielu nie do przebycia, jest pusty portfel, uniemożliwiający opłacenie fachowego obrońcy. Tu również ujawnia się iluzoryczność zapisu o prawie do sądu (...). Te uwarunkowania urzędnicy znają i ze spokojem odsyłają tam swych antagonistów wiedząc, że na ogół obywatel z tej drogi nie skorzysta. A nawet jeśli, to przecież ani urząd, ani urzędnik niczym nie ryzykują. W najgorszym przypadku grzywna czy odszkodowanie — rzadki przypadek — i tak zostaną uregulowane ze środków budżetowych, a więc z podatków. Wnoszący więc sprawę, w razie jej wygrania, po części sam sobie będzie płacił. Czy w tej sytuacji można się dziwić postawom urzędniczym? Wszak żaden z nich niczym nie ryzykuje i praktycznie za nic nie ponosi odpowiedzialności. Mowa oczywiście o stronie praktycznej, a nie teoretycznych zapisach. Tak funkcjonujący system trudno uznać za motywujący do fachowego, kompetentnego i rzetelnego postępowania. Raczej wręcz przeciwnie, wzmaga tylko poczucie bezkarności i prowokuje do nieodpowiedzialnych zachowań.(...) Gdyby choć część (...) bezsensownych, a nade wszystko bezprawnych wysiłków włożono w poszukiwania rozwiązań np. zmniejszania zaległości czynszowych.

Można przecież sobie wyobrazić taki system, w którym gmina (jej jednostki pomocnicze) posiada bank danych o osobach, które chcą zamienić mieszkania na większe, bo status materialny im na to pozwala. Równocześnie posiadając dane osób, nie opłacających czynszu z powodu niedoboru środków finansowych, a jednocześnie chętnych do zamiany mieszkania na mniejsze, w zamian za uregulowanie narosłego długu, można byłoby kojarzyć tak zbieżne interesy. Zadłużony mieszkaniec otrzymywałby dodatkową szansę, alternatywę wobec możliwości znalezienia się na bruku, a gmina otrzymywałaby zwrot zaległych opłat. A co robi gmina? Oddaje sprawę do sądu, a po wyroku eksmisyjnym wyrzuca zadłużonego mieszkańca. Czasem na bruk, choć nierzadko musi jednak zapewnić jakiś dach nad głową, natomiast tak opróżniony lokal sprzedaje na wolnym rynku. Zysk finansowy dla gminy, w tej jednostkowej operacji, wydaje się być niewątpliwy, ale usunięty lokator wciąż istnieje, a wraz z nim koszty. Nie ma znaczenia gdzie przebywa, bo obciążenia ponosimy w rezultacie wszyscy. (...)

Najpoważniejszym jednak kosztem, nieuchwytnym początkowo, lecz przez lata narastającym, jest koszt społeczny. Człowiek pozbawiony szansy, pozbawiony perspektyw, potraktowany w znanym stylu mechanicznego działania, przez lata będzie w sobie wykształcał agresję wobec — w efekcie — państwa. W takim duchu wychowywał będzie swoje dzieci, a to w przyszłości zaowocuje zachowaniami, których przykłady już dziś mamy na co dzień. Wiele z nich, o charakterze przestępczym, u swojego podłoża ma wychowanie w biedzie i atmosferze nieakceptacji kształtu obecnych realiów. Nieakceptacji nie dlatego, że nie odpowiada ustrój demokracji, lecz dlatego, iż rzeczywistość nie daje szansy ludziom. Tym, którzy przez całe życie pracowali i wiedli spokojny, nieodkrywczy ale uczciwy żywot, a teraz nagle zostali pozbawieni podstaw egzystencji. W tym, m.in., wielka rola wspólnot samorządowych, aby stwarzać takim ludziom szanse i alternatywy.

Rzymianie mawiali, że znajomość prawa polega nie na znajomości jego słów, lecz siły i możliwości. Sama więc świadomość istnienia przepisów normujących określone sfery życia, ustalających obowiązek takiego, a nie innego zachowania, nie oznacza jeszcze, że obywatel może mieć poczucie bezpieczeństwa w oparciu o wiarę w moc zapisów chroniących jego prawa. Moc owych gwarancji praworządności nie wynika bowiem z samego faktu ich istnienia, nie wynika też z faktu umiejscowienia ich w którymkolwiek akcie prawnym, od zasad konstytucyjnych poczynając. Moc owych zasad wynika ze sposobu ich realizacji, konsekwentnego przestrzegania, egzekwowania nie tylko w zakresie nakładanych obowiązków, nakazów czy zakazów, lecz równolegle, z tą samą konsekwencją przestrzeganych uprawnień. Naruszanie któregokolwiek przepisu jest łamaniem ustalonych norm postępowania i dotyczy wszystkich bez wyjątku, ktokolwiek tego dokonuje.(...) Nie można zatem nad podobnymi zdarzeniami przechodzić do porządku dziennego tylko dlatego, że — w przekonaniu oceniającego — naruszenie było mało istotne.(...) W przypadku ujawnionego naruszenia prawa przez obywatela, konsekwencje następują niejako automatycznie. Świadomość zagrożenia karą za dokonanie czynu niedozwolonego powoduje, że, w większości, ludzie stosują się do obowiązujących reguł postępowania. Ponieważ jednak nikt rozsądny nie będzie twierdził, że każda jednostka ludzka ma w sobie zakodowany imperatyw praworządnego postępowania — już raczej na odwrót, bo w odczuciu każdego niemal, to prawo jest dobre, które jest dobre dla niego samego - dlatego kontrola zachowań zgodnych z ustalonym porządkiem występować musi. Z tej więc strony, ze strony nakazów, zakazów czy obowiązków, obywatel na co dzień odczuwa realizowaną zasadę egzekwowania zasad.

Zupełnie inaczej przedstawia się sprawa, gdy rzecz dotyczy przestrzegania praw obywatelskich w zetknięciu z działaniem urzędu administracyjnego. Zapisy gwarantujące praworządność działań tracą swą wyrazistość, często są po prostu pustą deklaracją. (...) Funkcjonariusz administracji publicznej, a takim jest również urzędnik samorządowy, podejmuje działania w imieniu państwa i każde jego zachowanie będzie utożsamiane z działaniem państwa. Zatem zły urzędnik, łamiący prawo, wrogi wobec społeczności, mierny fachowiec, a przy tym arogancki i butny, tworzyć będzie obraz państwa w oczach tych, którym przyjdzie się z takim urzędnikiem zetknąć, lub choćby tylko o nim słyszeć. (...). W wielu oficjalnych wypowiedziach na temat demokracji, praworządności, struktur samorządowych, przywołuje się przykłady rozwiązań przyjętych przez kraje zachodnie o znacznie starszych tradycjach tworzenia mechanizmów demokratyzacji życia. Nie są one pozbawione wad, ponieważ uniwersalnych, bezbłędnych rozwiązań po prostu nie ma. Dążenie więc do kompleksowego kopiowania wszystkiego, co tylko zostanie nam zaoferowane, nie byłoby rozsądne, natomiast racjonalne dobieranie sprawdzonych środków dla osiągania określonych celów ma sens.


1 2 Dalej..

 Po przeczytaniu tego tekstu, czytelnicy często wybierają też:
Samorząd czy mafia?
Służba cywilna: Nowelizacyjna zadyszka


 Przypisy:
[ 1 ] Komentarze Nr 1 (10) styczeń 2004.
[ 2 ] Prof. Z .Leoński: Samorząd terytorialny w RP, wyd. C. H. Beck, Warszawa 1998, s.9.

« Etyka zawodowa i urzędnicza   (Publikacja: 06-09-2004 )

 Wyślij mailem..     
Wersja do druku    PDF    MS Word

Witold Filipowicz
Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, magister administracji, studium podyplomowe integracji europejskiej. Wieloletni pracownik administracji rządowej szczebla centralnego, w tym na stanowiskach kierowniczych, specjalista z zakresu zamówień publicznych i funkcjonowania administracji. Autor szeregu publikacji, m.in. w "Dziś", Komentarze", "Forum Akademickie", "Obywatel" oraz na wielu serwisach internetowych publicystyki niezależnej, autor raportu "Służba cywilna III RP: zapomniany obszar", prezentowanego i opublikowanego na stronach Fundacji Batorego w Programie Przeciw Korupcji.

 Liczba tekstów na portalu: 21  Pokaż inne teksty autora
 Najnowszy tekst autora: Przekrzywiona opaska Temidy
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl. Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie, bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
str. 3621 
   Chcesz mieć więcej? Załóż konto czytelnika
[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365