 |
Chcesz wiedzieć więcej? Zamów dobrą książkę. Propozycje Racjonalisty: | | |
   |  |
 Złota myśl Racjonalisty: Nauka jest wielką republiką z wieczystem liberum veto, wedle którego głos jednego uczonego, gdy słuszny, zmusza do posłuchu wszystkich, naturalnie nie zaraz, ale ostatecznie zawsze. Więc w imię tych praw owej wielkiej republiki naukowej, stojącej ponad narodami, państwami, autorytetami, trzeba być cierpliwym. To nie oświata, to nauka. To nie popularyzacja lecz badanie. Jeśli ktoś mniema, że nie ma.. |  |
 |  |
|
|
|
 |
« Felietony i eseje Kłopotów z narodem ciąg dalszy Autor tekstu: Bogdan Miś
Mój tekst z „Racjonalisty", w którym zawarłem pewne
wątpliwości metodologiczne związane z pojęciem narodu, wywołał dyskusję
komentatorów, zmuszającą mnie do zabrania głosu ponownie; tym bardziej, że
zostałem niejako „wezwany do tablicy" przez jednego z nich. Otóż, po pierwsze, bardzo mnie zaniepokoiła rysująca się
dość wyraźnie w tej dyskusji tendencja do wymiany epitetów zamiast argumentów.
Sprawa jest niewątpliwie ważna, ale po co — Szanowni Panowie — zaraz łamać
krzesła? Czyż nie lepiej przyjąć do wiadomości, że w kwestiach tak
subtelnych, jak ta omawiana, żadna „jedynie słuszna" prawda nie istnieje?
Że mamy w tym wypadku do czynienia wyłącznie z wymianą poglądów, a te każdy
może mieć własne — i dopóki nie usiłuje narzucić ich innym, to nie ma się o co pieklić? Nie zgadzają się Panowie ze mną — lub między sobą — to
pozostańmy przy własnych zdaniach; i tyle. Nie jest to nie tylko powód do sięgania
po pałkę epitetów, ale nawet powód do niewypicia wspólnie piwa, albo co tam
kto lubi do organizmu w płynie wprowadzać. Możemy się tak umówić? Do rzeczy jednak, ale na początek jeszcze mała dygresja:
obawiam się, że tym razem rwetes będzie większy, bowiem mam zamiar podejść
do tematu narodu (a co gorsza, patriotyzmu — to w tej kwestii wezwano mnie do
odpowiedzi) jeszcze szczerzej. I jestem zupełnie pewny, że moje poglądy
ogromnej większości Czytelników do gustu absolutnie nie przypadną... Tak więc, naród. Bez wątpienia, narody istnieją. Dla mnie jednak — wyłącznie jako pewne
zjawisko z zakresu socjologii czy psychologii społecznej, zmienne w dodatku w czasie; a to dla urodzonego przyrodnika, matematyka zaś szczególnie,
„istnienie drugiego rodzaju", jednak zasadniczo różne od istnienia Słońca
czy nawet pierwiastka kwadratowego z liczby dwa. Nie w tym jednak leży istota
sprawy, choć pytanie o taki lub inny sens słowa istnienie
samo w sobie jest arcyciekawe i filozoficznie chyba ważne. Rzecz w ocenie
tego faktu: czy to dobrze, czy źle? Ja otóż uważam, że źle. Jestem zdecydowanym
przeciwnikiem podziału ludzkości na narody; powtarzam: sądzę, że nie wynika z niego absolutnie nic dobrego; no, może poza tym, że wspiera ów podział różnorodność
(równorzędnych i równocennych!) kultur. Ale te emocje, związane z „umiłowaniem
własnej flagi", to podkreślanie swojej inności (w domyśle: wyższości),
to doszukiwanie się „charakteru narodowego", wedle którego Żyd ma być
chytry i podstępny, Niemiec tępy, Francuz rozpustny, Polak moczymorda, zaś
Szkot skąpy... Wolę nie pisać co o tym myślę; takie słowa nie nadają
się do publikacji. Więc: nie ukrywam, że uważam za słuszne przeciwdziałanie
takim podziałom i kultywowaniu ich. W szczególności proponuję maksymalne
ograniczenie używania słowa naród
nie dlatego, żebym uważał, iż „to o czym się nie mówi — nie
istnieje", ale dlatego właśnie, żeby zminimalizować okazję do ujawnienia
jakichkolwiek emocji z tym związanych. Bardzo bliski z tym problemem jest kłopot z rozumieniem słowa
patriotyzm. Jeden z dyskutujących
nad moim poprzednim artykułem uznał, że ten termin jest jednoznacznie
pozytywny. Czy jednak doprawdy? Jeżeli przez patriotyzm
rozumieć ścisłe przestrzeganie praw rządzących
społecznością, w której się żyje z wyboru (przede wszystkim zaś płacenie obowiązujących tu podatków),
odczuwanie pewnej sympatii do owej społeczności, szanowanie jej obyczaju,
uznanie konieczności wspólnych działań w obronie tych wartości, gdy
są zagrożone — to zgoda. To jest dla
mnie pozytywne. Ale jeśli oznacza to obowiązek kochania jakiegoś drzewka
tylko dlatego, że się urodziłeś nad określoną rzeką; albo wspierania byle
durnia tylko dlatego, że bełkocze on coś w języku zbliżonym do tego, który
jest twoim natywnym; albo zapłakiwania się na śmierć dlatego, że ktoś inny
słabiej kopie nadmuchany powietrzem skórzany worek — to nie. Wyjaśniam: czuję silną wspólnotę duchową z żydowskim
filozofem, niemieckim matematykiem, francuskim pisarzem czy włoskim malarzem;
daleko większą, niż z polskim menelem, czy nawet z wieloma przedstawicielami
naszej „klasy politycznej" (właściwie nie mam pojęcia, czemu napisałem nawet,
ale niech już tak zostanie...). Wyjaśniam: dosyć lubię rzeczywiście widok wierzby płaczącej
(pod warunkiem, że nie leży pod nią kupa śmieci, podrzucona chytrze przez
mieszkającego w pobliżu chłopa); ale robi mi się autentycznie miękko koło
serca, gdy widzę w metrze londyńskim tego Murzyna, co tam zawsze gra bluesy na
saksofonie w zejściu do stacji Picadilly, albo kiedy dostrzegam wyłaniające
się w oddali z morza białe skały Dover, albo kiedy patrzę na katedrę w Erfurcie. Wyjaśniam dalej: nie przepadam — łagodnie mówiąc -
za polskimi przyśpiewkami ludowymi, uwielbiam natomiast jodłowania Tyrolczyków,
portugalskie fado, irlandzkie gigi i hiszpańskie flamenco. Bardzo lubię
wojskową muzykę rosyjską i niemiecką. Kocham jazz, ten najczarniejszy z możliwych. Wyjaśniam: polską rogatywkę uważam za nakrycie głowy
idiotyczne, uwielbiam zaś stroje wojskowe szkockich highlanderów i ich ryki:
Edinbourgh Military Tatoo oglądam z zapartym tchem. Wyjaśniam: bardzo lubię Warszawę (choć budzi ona też
mnóstwo moich zastrzeżeń). I Kraków (jak wyżej). I Gdańsk. Ale równie
dobrze czuję się w londyńskim City czy w Berlinie albo Lipsku; i mógłbym
tam mieszkać — gdyby się tak złożyło — bez przykrości i tęsknoty za
Pałacem Kultury na przykład, albo stadionem Legii (trochę gorzej z krakowską
Jamą Michalikową, bo to jednak kawiarnia nad kawiarniami...). A gdybym tam już
mieszkał, to z całą pewnością nie szukałbym na siłę żadnych
„krajan" i nie starał się kultywować żadnych obyczajów tylko dlatego,
że były to obyczaje mojej babci. Wręcz przeciwnie: starałbym się wrosnąć z korzeniami w miejscową społeczność, jeśli ją już wybrałem. Jestem zachwycony i poruszony do głębi obyczajem
matematyków, którzy nie podpisują swoich prac narodowością ani przynależnością
państwową, a tylko imieniem i nazwiskiem oraz nazwą uniwersytetu, w którym
pracują (co na ogół nie pozostaje w żadnym związku z pochodzeniem). Jak słyszę hasło „kupuj u swojego", to mi się
scyzoryk w kieszeni otwiera samoczynnie: dlaczegóż mianowicie miałbym wspierać
polskiego brakoroba nie kupując lepszego (nie: znacznie
lepszego, ale nawet: choć trochę
lepszego) wyrobu z Niemiec, Rosji, Chin czy USA? Nie umiesz lub nie chcesz
pracować — naucz się, albo zdychaj, niezależnie od pochodzenia! Wiele lat temu moja dawno nieżyjąca matka robiła mi
pewne wyrzuty z powodu moich dość luźnych stosunków z dalszą rodziną.
Powiedziałem jej wtedy: owa rodzina to przypadek; przyjaciół wybrałem sobie
sam. Nie zmieniłem zdania już nigdy, i tak zostanie. To jest kwintesencja całej
sprawy: wybór. Wybrać zaś w tym względzie każdy może dowolnie; i nikomu nic do tego. A jeśli ktoś uważa, że to co napisałem, to jest zupełny
nihilizm narodowo-patriotyczny, kosmopolityzm, żydokomuna i w ogóle masoneria — to jego sprawa. Współczuję i pozdrawiam.
« Felietony i eseje (Publikacja: 06-04-2005 Ostatnia zmiana: 08-04-2005)
Bogdan Miś Ur. 1936. Matematyk z wykształcenia; dziennikarz naukowy, nauczyciel akademicki i redaktor - z zawodu. Członek Komitetu Prognoz Polskiej Akademii Nauk "POLSKA 2000+". Wykładał - m.in. matematykę, informatykę użytkową, zasady dziennikarstwa telewizyjnego i internetowego - na Uniwersytecie Warszawskim (Wydz. Matematyki i Wydz. Dziennikarstwa), w Wyższej Szkole Ubezpieczeń i Bankowości, w Wyższej Szkole Stosunków Międzynarodowych i Amerykanistyki, w Akademii Filmu i Telewizji. Przez 25 lat pracował w TVP, ma na koncie ok. 1000 własnych programów; pełnił funkcję I zastępcy dyrektora programowego. Napisał ok. 20 książek, w większości popularnonaukowych, poświęconych matematyce i komputerom. Poza popularyzacją nauki, główną jego pasją są komputery z którymi jest, jak pisze, "zaprzyjaźniony od zawsze (tzn. od "ich zawsze")". Był programistą już przy pierwszej polskiej maszynie XYZ w roku 1959. Był także redaktorem naczelnym "PC Magazine Po Polsku" i "Informatyki", a w stanie wojennym - "Strażaka"; kierował działem nauk ścisłych w "Problemach" oraz działem matematyki i informatyki w "Wiedzy i Życiu". Obecnie publikuje okazjonalnie w "Polityce". Jest autorem witryn internetowych, m.in. www.wssmia.kei.pl, gbk.mi.gov.pl, prognozy.pan.pl. Jest członkiem ISOC, Polskiego Towarzystwa Matematycznego i członkiem-założycielem Naukowego Towarzystwa Informatyki Ekonomicznej. Liczba tekstów na portalu: 32 Pokaż inne teksty autora Najnowszy tekst autora: Dlaczego kocham Karola Darwina? | Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl.
Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie,
bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w
kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.str. 4073 |
 |