 |
Chcesz wiedzieć więcej? Zamów dobrą książkę. Propozycje Racjonalisty: | | |
   |  |
 Złota myśl Racjonalisty: "Jeszcze Polska, jeszcze raz Polska. Co zrobimy z odzyskaną wolnością? Chwilowo przykościelni spierają się, czy nadal prosić Boga, żeby zwrócił ojczyznę wolną, czy żeby ją już teraz wolną zachował. Pan Bóg czeka na dalsze instrukcje. Zatroskani chcą, żebyśmy byli podobni do największej demokracji świata, czyli do Indii, Kaliszan nie widać, ci, którzy wczoraj handlowali dolarami pod kinem, budują.. |  |
 |  |
|
|
|
 |
Kultura » Historia
Zapomniane dzieci – wywiad z Władysławem Grodeckim [2] Autor tekstu: Bartosz Bolesławski
Po brytyjsko-radzieckiej inwazji na Iran w
sierpniu 1941 r. północny Iran znalazł się pod okupacją sowiecką. W tym
czasie powstał obóz w Teheranie i dwa przejściowe w Ahwazie i Meszhedzie. Po
przybyciu do stolicy Iranu dzieci zakwaterowano w niedokończonej fabryce
broni i w namiotach. Często sypiały na gołej ziemi. Choć też przynoszono im
materace, lampy, zabawki i słodycze, to brakowało księży, pielęgniarek i
lekarzy. W zabójczym klimacie wybuchła epidemii tyfusu plamistego i duru
brzusznego. Każdego dnia umierało po ok. 15 osób. Z braku trumien grzebano
dzieci owinięte kocem. Brakowało miejsca na pochówek. Na nowym cmentarzu
przeznaczonym wyłącznie dla Polaków pochowano ok. 2000 zmarłych. A jednak
jak wspomina płk. Ross: „Byłoby nieprawdą twierdzić, że polscy uchodźcy w
Teheranie byli entuzjastycznie nastawieni do wyjazdu na południe.
Deportowani z własnych domów w Polsce i wożeni pod przymusem w różnych
kierunkach po ogromnych przestrzeniach europejskiej i azjatyckiej Rosji nie
mieli ochoty do dalszych podróży w nieznane, nawet w najlepszych warunkach".
Nie mieli ochoty wyjazdu na południe kraju, a tym bardziej za ocean.
Najwięcej chętnych było na wyjazd do Meksyku w nadziei na przekroczenie
granicy USA, gdzie mieli swych krewnych. Tymczasem dla ocalałych dzieci zaczęto
organizować w Iranie szkoły, ochronki i różne kursy. Największy ośrodek
powstał w Isfahanie. Decyzja o umieszczeniu dzieci w Isfahanie była
podyktowana naglącą potrzebą wywiezienia jak największej liczby sierot do
lepszych warunków klimatycznych i mieszkaniowych, by po przeżyciach w ZSRR
powróciły do zdrowia i nabrały sił. Początkowo było tu 250 dzieci, ale z
biegiem czasu znalazło się tu ok. 2500 osób. W latach 1942-1945 przewinęło
się przez ten ośrodek około 2000 dzieci. Niektóre mieszkały tu od początku
do końca istnienia obozu. Inne do wyjazdu do Afryki lub Nowej Zelandii.
Europejskie i amerykańskie siostry zakonne
przekazały Polakom sześć szkół i internaty, a szach wypożyczył wielką
pływalnię. Pomagał dzieciom ks. bp Józef Gawlina, saperzy Dywizji
Karpackiej, siostry nazaretanki i żołnierze alianccy, stacjonujący w Iranie.
Jaki był stosunek aliantów do
polskich sierot. Czy mógłby pan przybliżyć chwalebną działalność płk.
Aleksandra Rossa?
Gdy rządy USA i Wielkiej Brytanii w imię
przyjaznych stosunków z Rosją odmówiły polskim dzieciom gościny, pierwszym
krajem, który zezwolił im na przybycie, były Indie. Ich śladem podążyły
władze krajów Afryki Wschodniej, Meksyku i Nowej Zelandii.
Na początku XXI w. dowiadujemy się z mediów,
jakim problemem dla państwa polskiego jest przyjęcie kilku czy kilkunastu
rodzin ze Wschodu. Jakie więc musiały być problemy z przyjęciem wielu
tysięcy wygłodzonych, schorowanych i wynędzniałych, obcych dzieci w okresie
wojny? Jak wyglądało życie tubylców i młodych przybyszów z dalekiego i
zimnego Lechistanu? Życie obok wojny?
W trakcie moich wędrówek po świecie
odwiedziłem większość miejscowości gdzie znajdowały się obozy polskich
dzieci. Tam lub w innych krajach (w USA, Kanadzie, Meksyku, Argentynie,
Polsce) opowiadano mi, z jaką serdecznością przyjmowano polskie sieroty.
Dzieci bały się trudów podróży, kontaktów z ludźmi obcej kultury i religii,
a nawet jak w przypadku Afryki — dzikich zwierząt. Prawie zawsze były to
obawy zupełnie nieuzasadnione, prawie wszędzie przestraszone sieroty witano
polskim hymnem, przynoszono różne prezenty. W obozach robiono wszystko, by
dzieci czuły się dobrze, by niczego im nie brakowało. Były kaplice, gdzie
dzieci się modliły, place zabaw i szkoły, gdzie dzieci przygotowywano do
zawodu, normalnego życia i sprawowania władzy po powrocie do Polski po
wojnie. Najbardziej ulubione przez nie przedmioty w szkole to: język polski,
geografia i historia ojczysta! Uczono prawdziwej historii Polski, historii,
której dzieci nie musiały się wstydzić.
Ogromne zasługi w ratowaniu polskich sierot
miał angielski pułkownik Aleksander Ross, który urządził specjalny obóz dla
dzieci i roztoczył nad nimi staranną opiekę. Szczerze je pokochał. Według
jego raportu od marca do września 1942 r. z Rosji do Iranu wyjechało łącznie
75 003 wojskowych i 41 128 cywilów, w tym ok. 20 tys. dzieci. Ponadto przez
Meszhed wyjechało 2 694 osoby, głównie cywilów.
Niestety trzeba było wkrótce opuścić
gościnny Iran i ruszać na południe.
Jam Saheb Digvijay Sinhji — „dobry
maharadża" z Indii — zaopiekował się tysiącem polskich sierot. Czy dużo było
takich historii, że ktoś z odległego kraju, innej kultury pochylił się nad
losem polskich dzieci?
Przypadków niezwykłej gościnności i
serdeczności na tułaczym szlaku polskich dzieci było bardzo dużo. To
zaskakujące, że gościnność to cecha ludzi i narodów biednych. Często biedni
ludzie, choć sami niewiele mają, dzielą się z innymi. Europa jest bogata,
ale ludzie nie są szczęśliwi. W Azji i Afryce żyją ludzie biedni, ale bardzo
gościnni i szczęśliwi.
Znam ją nie tylko z opisów, sam tej
gościnności i serdeczności doświadczyłem, szczególnie ze strony muzułmanów i
ludzi Czarnego Lądu.
Nie ma na świecie kraju równie fascynującego
jak Indie. Już na początku w 1974 r., gdy pojawiła się pierwsza okazja,
udałem się nad Ganges! Byłem pod wielkim wrażeniem polskiego inżyniera
Maurycego Friedmana, współpracownika Gandhiego, który odwiedził mnie wówczas
w Bombaju. Zaś w bibliotece polskiej w Madrasie dowiedziałem się, że Indie
były pierwszym krajem, który przyjął kiedyś polskie dzieci… Poza przejściem
morskim z Rosji do Iranu było przejście lądowe do Indii. Konsulat RP w
Bombaju zaproponował władzom utworzenie obozu w Bandurze. Tam dzieci miały
odpoczywać i dochodzić do pełni sił. Jednak władze Indii odrzuciły ten
projekt .
W tej niełatwej sytuacji przyszła pomoc z
niespodziewanej strony. Maharadża Navagaru Jam Saheb Digvijay Sinhji — który
osobiście jako chłopiec poznał w Szwajcarii Ignacego Paderewskiego, a po
latach w Londynie Władysława Sikorskiego — zainteresował się historią
naszego kraju, szczerze polubił Polaków i przejął się tragicznym losem
polskich sierot. Zaproponował utworzenie własnym sumptem obozu w Balachadi i
to uczynił. Za jego przykładem poszło 25 maharadżów i innych dobroczyńców!
Polskie wojsko po pewnym czasie
opuściło Iran i ruszyło w szlak bojowy. Wtedy wielu nastolatków kłamało na
temat swojego wieku, aby tylko dostać się do armii. Co jednak z młodszymi
dziećmi, które nie mogły służyć w wojsku? Jakie były ich dalsze losy, kiedy
już opuściły przyjazny Iran?
Ten stan nie mógł trwać długo. Obawa, że w
razie zmian politycznych znowu mogły wrócić w ręce Sowietów napawała
niepokojem. Jeszcze w czerwcu 1942 r. rząd brytyjski z rządami swych kolonii
w Afryce Wschodniej i na konferencji gubernatorów w Nairobi zdecydował o
umieszczeniu Polaków w krajach Afryki Wschodniej, a polskie sieroty zgodził
się przyjąć rząd Indii.
Natomiast w tworzeniu armii gen. Władysława
Andersa ogromną rolę odegrał powstały w 1933 r. Konsulat w Bombaju. Wobec
skandalicznie ubogiego zaopatrzenia w żywność, odzież i sprzęt formowanych
polskich oddziałów i cywilów przez ZSRR zaistniała pilna potrzeba
przekazania im niezbędnego wyposażenia z magazynów armii brytyjskiej.
Nierzadkie bowiem były przypadki koczujących, wygłodzonych, obdartych i
brudnych dzieci.
Opieką nad polskimi dziećmi, które
zostały w ZSRR, zajmowała się także Hanka Ordonówna.
Polska kolonia w Bombaju uczyniła wszystko,
by losem ginących z głodu i chorób w azjatyckiej Rosji po zwolnieniu z
zsyłki zainteresować wpływowe koła Indii. Udało się! Poza pomocą
zorganizowaną przez Czerwony Krzyż, pomagał Polish Children's Fund (Fundusz
stworzony z inicjatywy konsulatu w Bombaju). Pomoc dzieciom niósł rząd
Indii, brytyjskie władze lokalne i dziesiątki bezimiennych ofiarodawców.
Pierwszy transport polskich dzieci drogą lądową do Meszhedu miał miejsce 13
marca 1942 r. Przy wsparciu Brytyjczyków i Hindusów pomoc organizował
konsulat RP w Bombaju.
Największym jednak osiągnięciem konsulatu
pod auspicjami PCK była organizacja ekspedycji z Indii z pomocą materialną.
Ciężarówki jechały z żywnością, lekarstwami, odzieżą, a wracały z dziećmi z
sierocińca w Aszhabadzie. Ekspedycją kierował Tadeusz Lisicki, a jedną z
opiekunek była Hanka Ordonówna. Eugeniuszowi i Kirze Banasińskiej udało się
stworzyć kilka obozów. Największy z nich znajdował się w Valivade, gdzie
umieszczono ok. 5 tys. uchodźców. Funkcję harcmistrza w tym obozie sprawował
tu legendarny ks. Zdzisław Peszkowski. Możliwość inwazji wojsk japońskich na
Indie, a także trudności z przyjęciem większej liczby dzieci przez kraje
Afryki Wschodniej stanowiły przeszkodę dla kolejnych transportów dzieci do
tego kraju. Dopiero zmieniła to interwencja brytyjskiego ministra spraw
zagranicznych Anthony’ego Edena.
Jak wiele z tych osób ocalałych
jeszcze żyje? Czy utrzymuje pan z nimi kontakty?
Znany polski współczesny podróżnik Wojtek
Dąbrowski powiedział kiedyś o mnie (zawsze z pisaniny innych można
dowiedzieć się coś o sobie!): „Grodecki to legenda i pierwszy Polak, który
przecierał szlaki innym, także mnie".
Miłe to stwierdzenie. Tak, to prawda, że
zaczynałem swe wędrówki po świecie, gdy nie było internetu, komórek, gdy
Polakowi trudno było o paszport, gdy były kłopoty z uzyskaniem wiz,
zdobyciem obcej koniecznej w podróży waluty, gdy nie było odpowiednich map,
przewodników, gdy za granicę Polski wyjeżdżali tylko sportowcy i politycy,
gdy byliśmy traktowani na Zachodzie jak trędowaci, gdy w szkołach nie uczono
żadnego języka przydatnego w podróży itd. W tamtych czasach samotna wyprawa
była prawdziwą szkoła przetrwania. Wierzyłem, że tam gdzie są ludzie, tam da
się przeżyć i to czego nauczyłem się w polskiej szkole, w domu, na ulicy to
musi wystarczyć i wystarczyło!
Gdy czyniłem przygotowania do pierwszej
wyprawy dookoła świata z lat 1992-1994 i zbierałem adresy różnych
organizacji międzynarodowych, instytucji polonijnych i zgromadzeń zakonnych,
mój serdeczny przyjaciel, salezjanin ks. Andrzej Policht (późniejszy
założyciel Salezjańskiego Wolontariatu Misyjnego w 1997 r.) przekazał mi
starannie przygotowany wykaz adresów wszystkich polskich misjonarzy tego
zgromadzenia na świecie. On pierwszy podał mi pomocną dłoń.
W wykazie adresów na pierwszym miejscu była
już wspomniana s. Walentyna Czernik, salezjanka w Lonavli koło Bombaju. Nim
do niej dotarłem, przeżyłem prawdziwy horror w czasie wędrówki przez Indie.
Z pięcioosobowego grona studentów, z którymi rozpoczynałem wyprawę, pozostał
tylko jeden. Inni, zawłaszczając samochód i kamerę video, w ogóle nie
wyjechali z Delhi. Zostałem z niewielką ilością pieniędzy (praktycznie
wystarczyło na przelot i kilkudniowy pobyt w Melbourne) bez biletu
powrotnego, bez biletu wyjazdowego i wizy do Nowej Zelandii, bez możliwości
podjęcia pracy, bez żadnego adresu kogoś, kto by zechciał pomóc. itd.
1 2 3 Dalej..
« Historia (Publikacja: 12-10-2017 )
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl.
Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie,
bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w
kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.str. 10155 |
 |