Racjonalista - Strona głównaDo treści


Fundusz Racjonalisty

Wesprzyj nas..
Zarejestrowaliśmy
160.999.351 wizyt
Ponad 1064 autorów napisało dla nas 7320 tekstów. Zajęłyby one 28875 stron A4

Wyszukaj na stronach:

Kryteria szczegółowe

Najnowsze strony..
Archiwum streszczeń..

 Czy jesteś zadowolony/a z życia?
Tak
Nie
Nie wiem
  

Oddano 1876 głosów.
Chcesz wiedzieć więcej?
Zamów dobrą książkę.
Propozycje Racjonalisty:
Sklepik "Racjonalisty"

Złota myśl Racjonalisty:
Chrystus wypędził handlarzy ze świątyni. Potem handlarze zmądrzeli: przywdziali szaty kapłańskie.
 Państwo i polityka » Ekonomia, gospodarka, biznes

W trosce o ubogich
Autor tekstu:

Na pański rozum

Najważniejszym argumentem na rzecz silnego państwa, interwencjonizmu czy socjalizmu w ogóle jest troska o los ludzi ubogich. Jest to zarazem najsłabszy punkt doktryn wolnorynkowych. Gdyby państwo nie zadbało o biednych — uważa zdecydowana większość społeczeństwa — umarli by oni z głodu, brudu czy chorób zakaźnych. Tym samym większość ta przyznaje, że gdyby ich państwo nie zmusiło, to by o swoich biednych i głodnych bliźnich nie zadbali. Kłóci się to nieco z praktyką, bo przecież pomoc państwa istnieje zaledwie od 100 lat, a ludzie przeżyli już 5 mln lat, ale załóżmy, że tak jest, że bez przymusu państwa, nikt z nas nie podzieliłby się z potrzebującymi, wskutek czego tamci by zginęli.

Idąc tym torem rozumowania należy założyć także, że czynnikiem przeciwdziałającym trosce o ubogich jest sama demokracja, czyli rządy większości. No, bo skoro trzeba większość zmuszać do tego, aby pomagała bliźnim, znaczy że demokratycznie to by ona była temu przymusowi przeciwna. Gdyby bowiem zrobić głosowanie nad tym, czy chcemy płacić przymusowo na biednych czy nie, to zgodnie z powyższym — większość z nas powiedziałaby: NIE! W ten sposób przecież udowodniliśmy konieczność przymusu państwowego.

Sam przymus jest zatem sprzeczny z demokracją i godzimy się na niego w imię troski o ubogich. Skoro godzimy się na rezygnację z demokracji na rzecz troski o ubogich, to tym samym o tych ubogich dbamy bardziej niż o siebie. Demokracja jest w przekonaniu społeczeństwa czymś dobrym. Poświęcenie jej w imię dobra bliźniego oznacza, że poświęcamy coś „dobrego" w imię czegoś „lepszego". Tym lepszym jest w tym przypadku los ubogich.

I to jest, wbrew demagogicznym hasłom i ignorancji lewicy wniosek uzasadniony. Człowiek nie tylko chce o bliźnich dbać, on o nich dba. Widać to szczególnie wyraźnie w kraju, w którym przymus pomagania bliźnim jest stosunkowo najłagodniejszy. Mam na myśli Stany Zjednoczone. Nie dość, że Amerykanie są najhojniejszymi dawcami na cele filantropijne (ok. 1000 dol. w przeliczeniu na rodzinę), nie dość, że mają najwięcej organizacji dobroczynnych, to na dodatek tamtejsi biedacy żyją lepiej niż średnio zamożni obywatele Hiszpanii, Austrii czy Słowenii. Wniosek z tego, że pomoc państwa nie jest najważniejszym czynnikiem, który przeciwdziała ubóstwu. Powiem więcej, ona ubóstwu sprzyja. W dbających ustawowo o nędzarzy Indiach jest znacznie więcej biedy niż w (prawie) nie dbającym o nich, Hong Kongu. Im więcej środków z kasy państwa kieruje się w Polsce na pomoc ubogim, tym więcej nam tych ubogich przybywa.

Dzieje się tak z co najmniej dwóch powodów: primo, bo sama świadomość istnienia pomocy pozbawia ludzi motywacji do pracy i odpowiedzialności. Człowiek goniony przez psa przeskoczy mur czy parkan, którego w normalnych warunkach by nie pokonał. Trudności wywołują w nas motywację do ich pokonywania. I secundo, bo pomaganie jest dla urzędników i polityków bardzo opłacalnym zajęciem. Polityk, który się troszczy o biednych zdobywa uznanie wyborców. Im więcej tych wyborców zuboży, tym więcej głosów otrzyma. On także z pomocy żyje, i to żyje dobrze.

Pomoc ubogim polega na transferze kapitału od tych, którzy zdaniem polityków i urzędników mają go pod dostatkiem do tych, którym go brakuje. Jest to więc transfer z miejsca, w którym jest on lepiej wykorzystany (o czym świadczy to, że przecież on tam jest), do miejsca w którym go brak. Gdyby był to prosty transfer w stosunku 1 do 1 można by od biedy założyć, że biedny po otrzymaniu kapitału od bogatego zainwestuje go w biznes i przestanie być biednym. Problem w tym, że gdyby nawet biedny potrafił coś takiego uczynić (jest to mało prawdopodobne, no bo dlaczego akurat jest biedny?), to na jego drodze do prosperity stoi urzędnik państwowy, który dokonując transferu, znanego też jako redystrybucja dochodu narodowego, część pieniędzy zatrzymuje. Urzędnik, polityk, dostojnik państwowy nie tylko liczą sobie za przeprowadzenie transferu (jest przecież stroną pośredniczącą), oni go też niekiedy (celowo czy nie, to inna sprawa) marnotrawią. Dlaczego? Bo to nie ich pieniądze i siłą rzeczy nie dbają o nie tak jakby dbali o swoje. Taka jest natura człowieka i tego nie zmienimy. Próbowali to zmienić: Lenin, Stalin, Hitler, Mao, Pol Pot i wielu innych, i nic dobrego z tego nie wyszło.

I rzeczywiście, z badań Centrum im. Adama Smitha wynika, że do adresatów pomocy społecznej dociera od 20 do 30 proc. środków przeznaczonych na ten cel. Nie różnimy się pod tym względem od reszty świata, co jakby potwierdza tezę, że ludzie są wszędzie tacy sami. I tak w Stanach Zjednoczonych do adresata dociera ok. 22 proc., we Francji 30 proc., w Niemczech od 25 do 35 proc. Reszta zostaje w kieszeniach polityków i sympatyzujących z nimi grup interesu.

Skąd taka zgodność? Z natury człowieka.

Czy zatem należy zaniechać pomagania ubogim? Absolutnie nie! Trzeba tylko zrozumieć, że ludzi naprawdę biednych, to jest takich którzy sami nie są w stanie zmienić swego nędznego losu jest bardzo niewielu. Do tej grupy należą ludzie kalecy, poszkodowani przez żywioł, ofiary przemocy, ciężko chorzy, samotni, sieroty i ludzie zniedołężniali. Powoływanie dla nich ogromnej machiny państwowej dobroczynności jest niezmiernie kosztowne. Dużo taniej wychodzi życie wedle zasady: „pomóż bliźniemu raz dziennie, bo sam możesz się kiedyś znaleźć w tarapatach, a wtedy inni pomogą także tobie."

Dlatego ja raz dziennie daję komuś jałmużnę. Jeśli obyczaj ten się rozpowszechni wśród wszystkich, których na jałmużnę stać, jedynymi biednymi, jakich wkrótce napotkamy będą bezużyteczni urzędnicy, politycy i dostojnicy państwowi.


 Zobacz także te strony:
Szwajcarska nędza
 Po przeczytaniu tego tekstu, czytelnicy często wybierają też:
Szwajcarska nędza
W tym sęk czyli leśny problem

 Dodaj komentarz do strony..   Zobacz komentarze (14)..   


« Ekonomia, gospodarka, biznes   (Publikacja: 01-09-2004 )

 Wyślij mailem..     
Wersja do druku    PDF    MS Word

Jan M. Fijor
Ekonomista; publicysta "Wprost", "Najwyższego Czasu", "Życia Warszawy", "Finansisty" i prasy polonijnej; wydawca (Fijorr Publishing). Były doradca finansowy Metropolitan Life Insurance Co. Ekspert w dziedzinie amerykańskich stosunków społeczno-politycznych. Autor dwóch książek: "Imperium absurdu" i "Metody zdobywania klienta, czyli jak osiągnąć sukces w sprzedaży".

 Liczba tekstów na portalu: 36  Pokaż inne teksty autora
 Najnowszy tekst autora: Keynes i jego ludzie
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl. Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie, bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
str. 3584 
   Chcesz mieć więcej? Załóż konto czytelnika
[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365