Racjonalista - Strona głównaDo treści


Fundusz Racjonalisty

Wesprzyj nas..
Zarejestrowaliśmy
145.571.588 wizyt
Ponad 1060 autorów napisało dla nas 7275 tekstów. Zajęłyby one 28687 stron A4

Wyszukaj na stronach:

Kryteria szczegółowe

Najnowsze strony..
Archiwum streszczeń..

 Korea Północna zaatakuje
w 2018 r.
w ciągu kilku lat
nie zaatakuje
  

Oddano 2829 głosów.
Chcesz wiedzieć więcej?
Zamów dobrą książkę.
Propozycje Racjonalisty:
Sklepik "Racjonalisty"

Złota myśl Racjonalisty:
"Życiową misją człowieka jest także nieustannie i niezmordowanie, zastępować przekonania nieuzasadnione, przekonaniami uzasadnionymi."
« Felietony i eseje  
Lekcja w umarłej klasie
Autor tekstu:

Należy pogrzebać bez uprzedzeń, z odrobiną dystansu, w owych śmieciach myślowych serwowanych nam niewybrednie przez obywateli polityków. Wyczuwa się w tym lekceważenie, protekcjonalizm niby wobec słabo rozwiniętych dzieci. Problem w tym, że dzieci słabo rozwinięte również chcą poważnego traktowania, trzeba więc zachować choćby pozory. W życiu bowiem odróżnienie prawdziwego szacunku od pozornego w ogóle nie jest możliwe. Pozorny by więc wystarczył.

Grzebanie w owych śmieciach myślowych napawa przerażeniem. Wprawdzie już z odrobiny dystansu wyraźnie w nich widać groteskę, gdy jednak zdać sobie sprawę, że stanowią one osnowę polityki — politycznej, czyli odniesień międzynarodowych, osnowę polityki społecznej, gospodarczej, słowem wszelkiej — przestaje być śmiesznie, zaczyna być strasznie bez najmniejszej przesady.

Śmieciami są poglądy, prawdy i obietnice obywateli polityków.

Zresztą przepraszam, obywateli przecież wcale już nie ma, zostało po nich jakieś szczątkowe obywatelstwo w formie głupiego pytania w ankietach, poza tym są panowie. Panowie politycy. Czy ktoś jeszcze w takim stopniu czuje się panem?

Poglądy, prawdy i obietnice panów polityków nie są poglądami, prawdami, ani obietnicami. Nie odpowiadają definicjom nawet. Ale zostawmy semantykę.

Zwolnieni z okowów komunizmu panowie politycy gorączkowo szukali właśnie tego wszystkiego, szukali poglądów i prawd, poza tym kombinowali, co by tu obiecać ludziom, czyli wyborcom. Zadanie trudne, wymagało solidnej pracy umysłowej. Jakże, wymyślić nowe poglądy na sprawy wewnętrzne i międzynarodowe, na gospodarkę, stosunki społeczne, rany boskie, na taki nawał spraw! I to szybko, czas nagli, władza ni stąd ni zowąd sama wpada w ręce, więc pożar, panowie, co tu ludziom ogłosić?

Recepta okazała się prosta. Swoją drogą ciekawe, który z panów na to wpadł. Co prawda, nie każdy prosty pomysł jest genialny, ten jednak wytrzymał próbę sporego czasu, 15 lat i wygląda, że utrzyma się znacznie dłużej. Niestety, na to wygląda.

Starczyło wyjść z założenia, że wszystko za komuny było złe, godne potępienia, stąd naturalny już wniosek o zgrabności pojęć odwróconych. Skoro komuna uważała sanację za złą, sanacja jest dobra, komuna uważała Ruskich za przyjaciół, Ruscy są wrogami, Niemcy wprost przeciwnie, Ameryka takoż. Komuna broniła w kodeksach obywateli, my ich będziemy gromić, bo zresztą obywateli nie ma. Komuna chroniła pracowników diabli wiedzą przed kim, sama przecież była pracodawcą, my teraz pracowników chronić nie będziemy, bo pracodawcami są wiadomo, swoi. I tak dalej, tak dalej.

Nie wzięło się to z powietrza. Ściągawką do tego odwrócenia pojęć mogą być ewangelie niejednego proroka — Dmowskiego, usprawiedliwiająca własną wersalską zdradę, Piłsudskiego podnoszącego do rangi obywatelskiej cnoty zbrodnię zamachu stanu, ulotne pisemka różnych Piaseckich, Mackiewiczów, Nowakowskich, judzące, podszczuwające, wredne. Była ich cała czereda hałaśliwa, drąca ten postaw sukna jak to tylko możliwe, jak długo się dało. Do września się dało, potem nastąpił krach, nawet najgłupszy Polak zrozumiał, że dalej tak nie można, że cena zbyt wysoka. Ale co tam cena, przecież to naród płaci! Więc póki co, przytaili się, podgryzać nie przestali. Tutaj też nie brakuje ściągawek — Ciechanowski, Kott, Romer, aż nudno wymieniać. Była tych proroków zbyt gęsta czereda.

I oto w obecnych czasach, osiemdziesiąt lat później, wszystkie upiory nabierają życia. Osiemdziesiąt lat to więcej niźli pokolenie. Doświadczeni przez upiory zdołali wymrzeć nieomal w komplecie, młodzież pamięci nie ma, innym wszystko jedno, byle się trzymać z dala od komuny. Trzeba zauważyć, że panowie politycy reprezentują pokolenie średnie, pomostowe. Pamiętają nie tyle okres międzywojnia, ile to, czego komuna zabraniała. Sięgają więc po to zabronione, nie orientując się zresztą, skąd to właściwie pochodzi, nie wiedząc o ściągawkach, dlatego nie powtarzają ślepo ich treści, coś przeinaczą zwykle, dodadzą albo ujmą — ale patrzący z dystansu, jeśli choć pobieżnie zna historię i nie jest mu wszystko jedno, poznaje tę umarłą klasę, lekcję zastygłą na zawsze w czasie przeminionym.

Symptomatyczne — w trakcie tej strasznej lekcji nikt nie przywołuje nazwisk nauczycieli, nie cytuje autorów podręczników. Nauka jest na wiarę. Argument — katolicką.

Tę katolicką wiarę wykorzystują podobnie demagogicznie, na bezczelnego. Zagrozić komuś, że jest złym katolikiem — toż jakby na śmierć go skazać. Wystarczy, by pan polityk miał kolegę biskupa, nawet mniej, żeby tylko z biskupem go widywano, już nikt mu nie podskoczy, już może być złym katolikiem. Jak ten, który wątpi w prawdy przez polityka głoszone i jego poglądy — ten zawsze jest złym, obowiązkowo. Zgnoić takiego, zmieszać z błotem, jakaż to radość patriotyczna!

Pozwólmy sobie na wiwisekcję idola panów polityków. Skalpelem będzie wiedza, odrobina rozumu i on sam, Idol z dużej litery. Marszałek Józef Piłsudski.

Najpierw ciekawostka. W całej historii Polski, od samego zarania, nie było dotąd nikogo czczonego tak bałwochwalczo, z takim wściekłym warczeniem, rozrywaniem gardeł przeciwnikom. Zdumiewające, że nikt inny nie zasłużył nie tylko na nic podobnego, lecz nawet zbliżonego. Ani Kazimierz Wielki, ani Jan Sobieski, ani książę Józef. Żaden nie był bez wad. Kazimierz, bo był dawno i może nieprawda, a zresztą nieważne, Sobieski z tą głupią Maryśką, Poniatowski nie tylko Elsterę miał, ale i Esterę, poza tym niejedną. Natomiast Pan Marszałek nie miał żadnych wad. Absolutnie. Od a do zet samiutkie zasługi. O zasługach Marszałka wolno pleść nawet androny, bo i andronom nikt nie zada kłamu. O wadach Pana Marszałka nie wolno! Wad nie było. I już.

Zacznijmy od zasług. To będzie na serio. Uczciwe słowo honoru.

To prawda poza dyskusją, że Pan Marszałek podarował nam Polskę. Siedział w Magdeburgu i zrobił hokus pokus. „I ni z tego ni z owego była Polska na pierwszego" — sam to kiedyś powiedział. Na przełomie tych lat 1917/18 bolszewicy nie byli jeszcze pewni swego, nie mogli nie ogłosić, że nie chcą Priwislinskiego Kraju. I nie mógł nie znaleźć się Polak, który by tej Polski Polakom nie podarował. Choćby tego kawałka z Lublinem i okrajem. Czytajcie historię, Polacy. Nie tylko sam Piłsudski tę Polskę darowywał, było też sporo innych. Jacy byli, tacy byli, ale byli. Zasługa Piłsudskiego została wypracowana ponad wszelką wątpliwość. W tym samym czasie Niemcom ani się śniło z czegokolwiek rezygnować, Austriakom nigdy, póki się nie rozpadli tak jakoś dokładnie i akurat.

W tym czasie zresztą była taka moda, wszecheuropeizująca. Moda trzymania za mordę, choć na różne sposoby realizowana w różnych krajach, stanowiła jednak swoistą epidemię o różnym też nasileniu. Nie każdy państwowy organizm jej uległ. Wiadomo, organizmy mają różną odporność. „Każdy naród — powiadają Anglicy — taki ma rząd, na jaki zasługuje".

Portugalczycy zasłużyli na Salazara, Włosi na Mussoliniego, Hiszpanie na Franco, Niemcy na Hitlera, Chorwaci na Paveliča, Rumuni na Antonescu, Rosjanom słusznie przypadło najgorzej, wyhodowali Stalina. Natomiast my Polacy otrzymaliśmy od niebios wspaniały dar — Marszałka Piłsudskiego. Straszliwego pecha mieli ci inni, skoro zasłużyli, bo my dostąpiliśmy łaski. Widać, Królowa Polski czuwa nad nami bez przerwy. Inne narody do dziś muszą się wstydzić tych swoich przywódców, niechętnie o nich wspominają, a my — my jesteśmy dumni. Rzecz jasna, mamy z czego. Kojarzyć piękne słowo „sanacja" z brzydactwem w rodzaju „neues ordnung" czy nawet „new deal" — z tego by się spowiadać trzeba w narodowym konfesjonale.

Nieważne analogie. Bereza, więzienne reżimy nie z sufitu zapożyczone, proces brzeski, krwawy zamach stanu, uśmierzanie buntów, tworzenie wszechpolskiej partii, bredzenie o mocarstwie państwa, które zaledwie stanęło na nogach jeszcze nie w pełni własnych — to nie slogany komuchów, to zwykły przegląd prasy. Rządowej, trzeba podkreślić, bo taka wówczas była. Nikt się jakoś nie dziwił, że rozpoczynającą się wojnę motorów chciano wygrać na koniach, że za friko oddano przemysłowe ćwierć kraju, przekazując resztę w pacht cudzoziemcom, albo wyraźniej wrogom nie kryjącym wrogości. Lecz mniejsza o analogie. W ogóle o wszystko to mniejsza. Lepiej za gardło tego, kto o czymś takim pamięta. Wizerunek Idola jest nienaruszalny.

I te nasze polskie, sarmackie sentymenty! Nasza głupota, uparcie przypisywana innym. Kiedy ostatnio kanclerz pojechał do prezydenta, od razu stało się jasne, że go musiał polubić. Kanclerz prezydenta, bo prezydent kanclerza nie, prezydent jest głupi i zły, nie ma prawa nikogo lubić. Lubienie to cecha ludzi dobrych, choć czasem robiących błędy jak właśnie kanclerz zrobił. Polskiemu politykowi nie przyjdzie do łba, że kanclerz może lubi dropsy, może swojego psa, natomiast do prezydenta pojechał ubić interes. Kanclerzowi potrzebna jest ropa, potrzebny jest gaz i parę innych rzeczy. Tego polski polityk nie pojmuje, polski polityk nie chce niczego od kogoś, kogo nie może polubić. Najchętniej, gdyby to było możliwe, postawiłby chiński mur na tym wschodzie, jeszcze by go podparł plecami, byle nie patrzeć nawet w tamtą stronę.

I nie przyjdzie mu do łepetyny, że to także lekcja z tej umarłej klasy.

Odbywa się jakiś dziwny, straszny taniec chochołów. Przez pięćdziesiąt lat karmiono nas bajkami, kazano wierzyć w rzeczy, które nie istnieją. Budowano ścianę, którą rozbierano przed ukończeniem, siano trawę i wzbraniano jej podlewania, czyniono to tak długo, aż wreszcie zaczęto budować bez cegieł, samymi gestami murarzy, zaczęto i siać bez ziarna. A kiedy bajki runęły, kiedy się okazało, że żadnej ściany nie ma, żadnej trawy nie posiano - chochoły tańczą dalej.

Lekcja w umarłej klasie trwa.


 Po przeczytaniu tego tekstu, czytelnicy często wybierają też:
Mit kapłańskiego powołania
Mędrca szkiełko i oko

 Dodaj komentarz do strony..   Zobacz komentarze (7)..   


« Felietony i eseje   (Publikacja: 15-01-2007 )

 Wyślij mailem..     
Wersja do druku    PDF    MS Word

Zbysław Śmigielski
Powieściopisarz, nowelista, aforysta, najrzadziej poeta. Laureat konkursów i nagród literackich. Uznany za marynistę. Był kapitanem jachtowym, instruktorem żeglarstwa, nieco powłóczył się po morzach, co ma wpływ na twórczość. Zajmuje się propagowaniem spraw morza na spotkaniach autorskich, szczególnie z młodzieżą. Interesują go także inne sprawy: historia współczesna, problemy społeczne, konflikty moralne - to, czym żyjemy na codzień. Ostatnia książka: Sarmaty i scyty (2007). Zmarł w 2014.
 Strona www autora
 Numer GG: 3401579

 Liczba tekstów na portalu: 22  Pokaż inne teksty autora
 Najnowszy tekst autora: Nostalgia
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl. Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie, bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
str. 5208 
   Chcesz mieć więcej? Załóż konto czytelnika
[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365