Racjonalista - Strona głównaDo treści


Fundusz Racjonalisty

Wesprzyj nas..
Zarejestrowaliśmy
173.402.522 wizyty
Ponad 1064 autorów napisało dla nas 7337 tekstów. Zajęłyby one 28957 stron A4

Wyszukaj na stronach:

Kryteria szczegółowe

Najnowsze strony..
Archiwum streszczeń..

 Kiedy będzie dostępna szczepionka na SARS-CoV-2 ?
Za miesiąc
Za pół roku
Za rok
Nie będzie możliwa
  

Oddano 1721 głosów.
Chcesz wiedzieć więcej?
Zamów dobrą książkę.
Propozycje Racjonalisty:
Sklepik "Racjonalisty"
Anatol France - Kościół a Rzeczpospolita
Mariusz Agnosiewicz - Zapomniane dzieje Polski

Złota myśl Racjonalisty:
"Matematyka zawiera w sobie nie tylko prawdę, ale i najwyższe piękno – piękno chłodne i surowe, podobne do piękna rzeźby."
« Tematy różnorodne  
Kto się boi oceanu [2]
Autor tekstu:

935 hektopaskali. Jedyna liczba stabilnie obojętna w chwili odczytu. Na logu — 2, 3, 5, nawet 20 węzłów. Wiatromierz — czasem 10, czasem ponad 100. Przy sterze ciężka praca i dziki wysiłek, wskaźnik 200 stopni, z odchyłem o 5, o 10. To dobrze, nawet świetnie. Lecz nagle skłon na burtę i wszystko diabli biorą: 180, 160, bywa 110 stopni. Kompas oszalał czy ja?

Potem sam, bez pomocy wraca na to, co być miało, 200. Cholera, znów się udało! Wracajcie, diabły, do piekła!

Można obetrzeć mokre czoło.

Przed nami przedziwna dekoracja, tło wirującej sceny. Papierowy ekran przypięty pineskami do światła. Właśnie idzie film o kolorach zachodu. Wspaniały film, nierealny jak wszystkie wspaniałe filmy. Albo jak opera, w której dekoracje to obraz kopniętego malarza. Surrealizm widoków, surrealizm odgłosów. Lecz jaka groźna, jaka wspaniała muzyka! Muzyka tak wspaniała, że krew się w żyłach ścina.

Z uciekającej fali, wciętej w to barwne tło, wiatr zrywa pierzaste strzępy. Wirują, opadają, wznoszą się i giną, uchodząc za grzbietami. Daleko przed linią szkwałów sztorm rozgania zbiórkę pijanych ptaków, która się tylko przyśniła.

- "Cinderella"zrobiona jest ze specjalnego gatunku stali — sir Henry stanął za moimi plecami, wciśnięty poza pulpit nawigacyjny, trzymając się za oparcie siedziska. Słabo słyszałem jego głos, rwany napięciem.- Ma podwójne poszycie burt i pokładu, z podziałem na sekcje. W każdej sekcji znajduje się obojętny gaz pod wysokim ciśnieniem. Przy stewie dziobowej są podobne zbiorniki, ale większe. Przy pawęży też. Dlatego dziób i rufa nie ryją głęboko w falach, jacht szybko wstaje z przechyłów. Mamy bardzo dużo wyporności dodatkowej, Richard, nic nam nie zagraża.

Czyżby więcej się bał, niż ja? Po co to gadanie? Admirał! Zresztą, myślałem, tylko idiota nie bałby się w takich warunkach. Prawie się roześmiałem na myśl, czym dla mnie jest ten strach. Czułem się jak drobny palacz opium, któremu nagle dano heroinę w zbyt pokaźnej dawce.

- Steruj uważnie, Richard, pilnuj fali, rozumiesz?

To w ogóle nic nie znaczyło. Na górze trwało piekło biorących się za bary gigantów, morze splotło się z wiatrem i niebem w spazmatycznych zapasach na śmierć i życie. Na cudzą śmierć, na cudze życie. Wyjść teraz na pokład znaczyło nie wrócić. Na wiatromierz bałem się spojrzeć. Zresztą nie było po co.

- Trzeba zrzucić apsel! — wrzasnąłem.- Koniecznie! Apsel!

Jacht wyprzedzał rozbuchane grzbiety fal, ze zbytnią prędkością spadał z załamujących się urwistych stoków, na łeb w doliny. Kładł się tam zupełnie płasko, pogrzebany pod wściekłą kotłowaniną kipieli, w bulajach pojawiała się straszliwa czerń ssącej otchłani. Nawet gdy był wyprostowany, nie odróżniałem pojedynczych fal od strony dziobu ani rufy. Wiedziałem, że strata masztów to kwestia czasu, jednej złośliwej fali. Może zrzucenie apsla złagodzi przechyły, pozwoli na to, by fale nas wyprzedzały.

Mimo tej dodatkowej wyporności jacht wstawał z trudem, dygocząc niby beczka zgniatana butem olbrzyma, ohydnie trzeszcząc. Wciskany w wodę kadłub, zbyt gwałtownie wyhamowywany, z żaglami pełnymi wiatru, przenosił na maszty niewyobrażalne obciążenia, które musiały okazać się zgubne, bez względu na solidność kolumn i olinowania. To, co było zaletą jachtu w dobrej pogodzie, stawało się przekleństwem w huraganie, mogło też okazać się wyrokiem.

Wszystkiego na raz mieć nie można. Głęboko zanurzony kil „Cinderelli", dobrze wyważony, gwarantował stabilność kursu, odporność na załamania fal. Z pewnością jednak nieśliśmy zbyt wiele żagli, które za wszelką cenę należało zredukować. Za wszelką to za wszelką. Gdy nie zrobimy tego sami, ocean zrobi za nas, ale bardziej brutalnie.

- Apsel! — wrzeszczałem.- Trzeba! Za często nas kładzie!

Wszelkie przyrządy przestały być przydatne. Tego nie można opisać. 90 czy 100, czy 120 węzłów nie sprawia już różnicy, z człowieka wyparowuje strach, jeśli zdołał się w nim w ogóle narodzić. Strach, wyobraźnia — nie dorastają do sytuacji, nie zajmują myśli. Bo o czym można myśleć, czego się bać w lufie armatniej na chwilę przed wystrzałem?

Jedno okropne jest wtedy, oczekiwanie. Najgorsza tortura dla człowieka. Jakby naciągał ktoś strunę. Skrzyp po skrzypie. Sadystycznie, powoli. Są struny, które pękają. Nie wszystkie.

Oddałem ster, co sir Henry przyjął z widoczną niechęcią. Nie godził się z moim zamiarem, nie mógł mi też go zabronić. Rozumiał, że nie ma innego wyjścia. Zostawiłem go w nawigacyjnej, wskoczyłem w czeluść mesy. Jacht pochylony w lewo nurkował, dziób miałem poniżej stóp. Skok nie był daleki, spotkaliśmy się w drodze z podłogą. Za moment dziób wjedzie ponad głowę, ale to nic nie znaczy. Na kolanach, czepiając się byle czego, dotarłem do swojej kabiny.

Nigdy nie byłem pedantem, dlatego moje niebo wyglądało jak po inwazji pijanych diabłów. Jezu, znaleźć co trzeba. Sam byłem niby pijany, ze skacowanym mózgiem. Jak szalony grzebałem w bałaganie, rozrzucając go na wszystkie strony. Wreszcie trafiłem na potrzebny pakunek. Podobnie na ślepo, wierzgając i stękając, wkładałem swoją piankę.

Zapiąłem zamek, rzepy, sprawdziłem rutynowo, założyłem parciane szelki pasa bezpieczeństwa. Wciągnąłem na łeb kominiarkę z kompletu, wysokie obcisłe buty. O rękawicach zapomniałem.

Wszystko tonęło w bulgoczącej szarości, wszystko było nieważne, zaledwie przybliżone. Wskazania przyrządów, kompasu, rozsądku. Nie miałem wątpliwości, że cokolwiek zrobię, może być decydujące. Dla mnie i dla jachtu. Ale człowiek nigdy o tym decydującym nie wie na pewno. Czy to jest właśnie to, czy coś innego. We łbie huczało mi tak samo jak na gołym pokładzie.

- Musi pan zamknąć za mną właz! Kiedy wyskoczę do kokpitu, najpierw będę wczepiał pas bezpieczeństwa, włazu nie zdążę zamknąć.

Było to oczywiste niby wygrana w totka. Mogło się zdarzyć, że czeka mnie pech, trafię akurat na falę łamiącą się nad pokładem. I nic nie zdążę zrobić, nawet zaczepić pasa. W pół sekundy, w ćwierć, wiek wcześniej nim zdołam to pojąć, znajdę się wiele metrów od jachtu. Neptun osobiście popuka mnie w czoło. Swoim wspaniałym widelcem.

Na wszelki wypadek łyknąłem porcję Glenn Livet, chciałem na koniec mieć w gębie jakiś przyjemny smak, bo sól z wodorostami nie bardzo mnie zachwycała. Wiedziałem, że tam na górze opiję się do rozpuku.

Wpadłem do kokpitu z zamkniętymi oczami, prawą ręką chwyciłem stalową poprzeczną linę, rozpiętą nad gretingiem, lewą zatrzasnąłem na niej karabińczyk z pasa. Zdawało mi się, że jestem szybszy od myśli, ale jacht położył się w tym czasie na burtę, schował się pod grzywaczem. Potworny wodospad ułożył mnie poziomo, zawisłem więc prostopadle do pokładu, najpierw na prawej ręce, palonej piekielnym bólem, potem jednak na pasie. Tak, byłem szybszy o pół sekundy. Pół sekundy — i wieczne kołysanie.

Gdy jacht się wyprostował, trzasnął mnie w brzuch zrębem kokpitu, dołożył siodełkiem sternika. Wczołgałem się, wciągnąłem na podłogę, na greting w kokpicie, włożyłem oba łokcie pod stalową linę. Nic jeszcze nie zdołałem zrobić, zaledwie udało mi się nie utonąć, ale musiałem odpocząć. Nie miałem pojęcia, że strach tak męczy.

Śmieszne było pomyśleć o sztormie na Ławicy Bahamskiej albo na Great Bank. Takie sztormy Bóg zsyła dla harcerzy, by zdobywali sprawności. Nigdy więcej nie określałem ich jako huragany.

Przyszła kolejna fala, kolejny przechył ku przepaści za burtą. Łokcie nie wytrzymały, zawisłem w przelewającej się wodzie jak spławik w wodospadzie, przytrzymany żyłką. Gdy fala przeszła, jacht nie zdążył się wyprostować przed nadejściem następnej. Wyższa była i dłuższa, twardsza i bardziej wściekła, zabrakło mi tchu w płucach. Otworzyłem oczy, zobaczyłem czerń bez cienia poświaty. Przemknęła myśl, że się utopię wisząc metr nad pokładem. Wiedziałem, że za moment zacznę tracić świadomość.

Spadłem, nogi zaplątały się w linkach sztormrelingu, zwisłem głową w dół do kokpitu. Odczułem słabość, zwymiotowałem. Glenn Livet, żółć i sól. Pod brzuchem kabestan szotowy. Wtedy przyszła chwila wytchnienia. Pojaśniało, mogłem ujrzeć pofałdowaną rozległą dolinę o barwie zgniłego mięsa, dymiące plamy jaskrawych pian, dalej wznoszącą się ścianę. Ta niepojęta, błyskawiczna powolność. Rozwiane włosy wariata, biegnącego z armatą pod pachą.

Wariat ważył miliony ton. Jeszcze zdołałem złapać końcówkę jakiegoś szota, owinąć wokół dłoni. Znów zrobiło się czarno. Wariat wpadł prosto na mnie, wystrzelił z tej armaty. Myślę, że wszystko się zgadza, tak bym się właśnie czuł w środku wybuchającej bomby.

Po którejś z rzędu nauce pływania i fruwania ulokowałem się na klapie bakisty, z kolanami pod naprężoną liną. Gorączkowo pracowałem, by zwolnić roler apsla. Daremnie. Żagiel wypełniony po brzegi huraganem jak miska gęstą zupą, ani myślał się zwijać. Ogarnęła mnie rozpacz. Jasne było, że nie dam rady spuścić go fałem po bezanmaszcie w dół i opanować na pokładzie. Niewiele ponad 5 metrów kwadratowych, zwijane wiatrem w najdzikszych konwulsjach — starczy, by zanieść mnie do Ameryki. Wszystkie możliwości przeleciały mi przez głowę, tylko jedna dawała szansę. Po prostu zwolnić szot apsla, niechaj wiatr go porwie na strzępy, niech go diabły mokre zabiorą.

Przesunąłem się w kierunku knagi z obłożoną na niej końcówką szotu apsla, ale nic nie zdążyłem zrobić. Wydało mi się, że pod jachtem otworzyła się dziura do samego piekła. Spadaliśmy.

Uderzenie było okropne, jak bym trzasnął o bruk. Łokciami i kolanami. Głową, udami, brzuchem. Natychmiast runęła na mnie niagara z mokrych kamieni. Czułem, że jacht kładzie się pod nią z łomotem, dzikim hałasem, że napręża się pas bezpieczeństwa, szelki wcinają się w ramiona. Gdybym mógł, trzymałbym się zębami, lecz niczego nie zdołałem pochwycić. Szarpnęło mną z porażającą siłą, z taką samą wstrzymało. Potem poczułem się lekko, swobodnie — i już wiedziałem, że nie jestem na jachcie, który pozostał daleko od unoszącej mnie fali.

Nie, strach nie zbudził się wcale, za szybko to się działo. Gdzieś w środku pojąłem, że chyba mnie już nie ma, że wszystko skończone, nic nie warto robić. Ale byłem zajęty wierzganiem, ochroną płuc przed wodą. Kretyńskim zdziwieniem, że niby dokąd lecę, dlaczego jestem spocony, czemu jest tak ciemno.

Nagle złapałem coś w obie dłonie, kurczowym chwytem szaleńca. To była wyrwana stójka sztormrelingu, w który się zaplątałem. Przez plecy przeleciał żar, jakby je batem rozcinano, potem fala przeszła. Wisiałem za burtą, na stalówkach sztormrelingu. Mój ciężar, zwiększony impetem wodnej kaskady, wyrwał kilka stójek, wyłamał je i pogiął. Nie musiałem sprawdzać, pas bezpieczeństwa puścił. Zerwał się, puścił, bo jakiś dureń bez wyobraźni ustalił normę dla huraganu. A przecież nawet Bóg tego nie ustalił.


1 2 3 4 5 Dalej..

 Po przeczytaniu tego tekstu, czytelnicy często wybierają też:
Kłamstwa w imię Boże
Quiz Racjonalisty - 40 pytań

 Zobacz komentarze (4)..   


« Tematy różnorodne   (Publikacja: 27-08-2007 )

 Wyślij mailem..     
Wersja do druku    PDF    MS Word

Zbysław Śmigielski
Powieściopisarz, nowelista, aforysta, najrzadziej poeta. Laureat konkursów i nagród literackich. Uznany za marynistę. Był kapitanem jachtowym, instruktorem żeglarstwa, nieco powłóczył się po morzach, co ma wpływ na twórczość. Zajmuje się propagowaniem spraw morza na spotkaniach autorskich, szczególnie z młodzieżą. Interesują go także inne sprawy: historia współczesna, problemy społeczne, konflikty moralne - to, czym żyjemy na codzień. Ostatnia książka: Sarmaty i scyty (2007). Zmarł w 2014.
 Strona www autora
 Numer GG: 3401579

 Liczba tekstów na portalu: 22  Pokaż inne teksty autora
 Najnowszy tekst autora: Nostalgia
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl. Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie, bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
str. 5529 
   Chcesz mieć więcej? Załóż konto czytelnika
[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365