Racjonalista - Strona głównaDo treści


Fundusz Racjonalisty

Wesprzyj nas..
Zarejestrowaliśmy
157.111.950 wizyt
Ponad 1063 autorów napisało dla nas 7302 tekstów. Zajęłyby one 28805 stron A4

Wyszukaj na stronach:

Kryteria szczegółowe

Najnowsze strony..
Archiwum streszczeń..

 Czy jesteś zadowolony/a z życia?
Tak
Nie
Nie wiem
  

Oddano 599 głosów.
Chcesz wiedzieć więcej?
Zamów dobrą książkę.
Propozycje Racjonalisty:
Sklepik "Racjonalisty"
Anatol France - Bogowie pragną krwi
Mariusz Agnosiewicz - Kryminalne dzieje papiestwa tom II

Złota myśl Racjonalisty:
(..) dlaczego ktokolwiek miałby ufać Bogu albo też w ogóle uznawać jego istnienie? Jeżeli "dlaczego" znaczy "na jakich podstawach, podobnych tym, do których odwołujemy się, przyjmując hipotezy naukowe" - odpowiedzi nie ma, jako że nie ma takich podstaw.
 Społeczeństwo » Młodzież, szkoła, studia

Subiektywnie o religijnej indoktrynacji
Autor tekstu: Róża

W napływie emocji postanowiłam napisać ten tekst, jako że spotkało mnie parę nieprzyjemności z racji ujawnienia się ze swoim światopoglądem ateistki. Jestem pewna, że nikt nie zrozumie jak ciężko jest obwieścić rodzinie, że jest się ateistką, o ile sam tego nie przechodził. To może opiszę to tak jak pamiętam.

Święta Bożego Narodzenia — spędziłam bardzo po katolicku, niejako chowając głowę w piasek poddając się całemu temu rytuałowi łamania opłatkiem (życzenia z mojej strony szczere), tylko ten kawałek białego płatka chlebowego stracił dla mnie znaczenie. Zatem magia Świąt, oczekiwania nadejścia samego Zbawiciela przywodziła mi na myśl moment oczekiwania na kogoś, kto niby jest, a jednak go nie ma, więc na oczekiwanie na kogoś zupełnie wymyślonego, w dodatku na kogoś, kto w moim odczuciu nie istnieje. Już wówczas czułam, że nie żyję w zgodzie ze sobą, że odgrywam rolę udając, że wierzę. Postanowiłam jednak nie psuć rodzinie tego dnia i przemilczałam sprawę. Po świętach, ok. dwa tygodnie później, nastąpiła wizyta duszpasterska samego proboszcza. Szczerze, to nawet nie wiedziałam, że to proboszcz, bo nie chodzę do kościoła od ponad dwóch lat. Gdy rozpoczęło się śpiewanie kolęd w ostatnim momencie postanowiłam nie sprawiać przykrości rodzinie i przyszłam, a raczej stanęłam i patrzyłam w sufit i na podłogę nie śpiewając i nie modląc się wspólnie. Proboszcz to człowiek bystry w lot pojął o co chodzi i w momencie, gdy wyglądało na to, że już wychodzi, spytał czy ja mam jakieś zastrzeżenia, czy też życzenia, pomysły odnośnie prowadzenia mszy świętej.

Naturalnie odparłam, że nie mam, gdyż nie chodzę do kościoła. Nastąpiło dość krótkie, ale gęste i wymowne milczenie i zapytano mnie, czy córka (akurat miałam moją czterolatkę na kolanach) będzie chodzić na religię i w jakiej wierze ja i mój mąż chcemy ją wychować. Nie spodziewałam się tak osobistego pytania. Teściowie nie wyglądali na zadowolonych z mojego przyznania się do nie uczęszczania do kościoła, ale zachowali się dzielnie i …milczeli w oczekiwaniu na dalszy rozwój sytuacji. Pod naciskiem i za namową męża zgodziłam się na wychowanie córki w wierze katolickiej i w przedszkolu, do którego będzie uczęszczać, jest religia — nikt oczywiście nie poinformował mnie, że nieobowiązkowa, zatem samo przez się rozumiało się, że są to zajęcia obowiązkowe.

Wracając do rozmowy z proboszczem. Odparłam, że córka będzie wychowywana na katoliczkę. Wówczas ksiądz, podpierając jednym palcem brodę i patrząc chłodno w moje oczy skwitował, że jak córka będzie tak wychowywana to ja będę musiała chodzić z nią do kościoła i wyjścia innego nie będzie. Odparłam, że zobaczymy — tak naprawdę to miałam dość tych przepytywanek i narastającego napięcia — teściowie są głęboko wierzącymi ludźmi i nie spodziewali się, że ich synowa jest ateistką. Myślę, że odetchnęli z ulgą, że ich wnuczka jednak będzie chodzić na religię.

Mnie to wcale nie w smak. Wolałabym dla niej uczciwszą wiedzę i moja córka, choć mała, już zna na pamięć osiem planet z układu słonecznego i potrafi je rozróżnić patrząc na obrazek. Najbardziej podoba jej się Wenus i Ziemia. Córka mówi, że ta nasza błękitna planeta jest taka niebieska i kulista, jak jej kolorowa piłka plażowa. Edukuję córkę sama. Cieszę się, że moje dziecko jest tym zainteresowane i tylko miałam problem z przystępnym wyjaśnieniem jej, co to ewolucja ( córka zaśmiewała się, że ona nie wygląda jak małpka i że urosła w brzuszku) podchwyciłam to i obie zaśmiewałyśmy się do rozpuku. ( Bardzo potrzebne są tu odpowiednie pomoce.) Później moja czterolatka oznajmiła mi, że szkoda, że nie ma dinozaurów i że fajnie, że jest tyle różnych zwierzątek.

Być może niektórym zdaje się, że to zbyt wcześnie na takie naukowe pojęcia, ale ona doskonale je zapamiętuje i co więcej zadaje bardzo mądre pytania. Martwi mnie, że gdy pójdzie do przedszkola namieszają jej księża w głowie i zamiast biologicznej wykładni wmówią jej, że to Bóg w swej wszechmocy ulepił Ziemię, gwiazdy i wszystko co nas otacza.

Ponadto osoby mi najbliższe wpajają mi, że zrobię krzywdę dziecku, jeśli zrobię z niej ateistkę, że ją dzieci odizolują, będą drwić, będzie wyalienowana. Tylko dlatego godzę się na katechezę i edukację chrześcijańską. Niezwykle trudno mi nawet o tym pisać i dzielić się tym z racjonalistami. Nie jestem tchórzem. O swoim ateizmie powiedziałam jasno i klarownie. Nasłuchałam się o szatanie, sądzie ostatecznym o wychowaniu, o hańbie jaką przynoszę dziecku i rodzinie. Nie jest łatwo. Przyznałam się stosunkowo niedawno, i ilekroć przyjeżdżam w swoje strony rodzinne jedna z najbliższych mi osób wytacza emocjonalne działa, mówiąc mi o braku kultury i swoim zmarnowanym wysiłku wychowawczym.

Piszę ten tekst w pełni świadoma, że ktoś z bliskich może odczytać moją skargę; dlatego postanowiłam najzwyczajniej w świecie ukryć swoją tożsamość z obawy przed większym naciskiem ze strony bliskich. Nie jest budujące to, że najukochańsze osoby nie są w stanie zaakceptować naszego weta przeciwko religii.

Bardzo chciałabym, aby w szkole dawano więcej wiedzy, choćby równolegle z religią. Sama nie posiadam odpowiednich kompetencji do nauki biologii, ale z pomocą odpowiednich książek będę udzielać mojemu dziecku odpowiedzi najjaśniejszych jak potrafię.

Będzie dla mnie dość przykrym obowiązkiem przyzwalanie na te nauki o Bogu i wpajanie jednocześnie, że tak naprawdę to Boga nie ma, a świat powstał z wielkiego wybuchu. Obawiam się, czy nie narobię szkód i tak prawdę mówiąc to sama myśl o tych wszystkich konfliktach budzi we mnie frustrację.

Żyjąc w małej mieścinie szalenie trudno jest mieć swój pogląd, tak różny od chrześcijan. No bo w końcu ja też zostałam wychowana na katoliczkę i wiem jak cała ta religia wygląda i z jaką niechęcią od lat młodości chodziłam na msze święte, później miałam okres głębokiej wiary, gdzie każdy najmniejszy grzech wywoływał u mnie lęk przed zemstą bożą. Nie chcę by tego doświadczało moje dziecko, a wygląda na to, że znalazłam się w patowej sytuacji. Pocieszenie znalazłam w słowach jednego ze znajomych, który powiedział: ”Nie martw się, ty też wierzyłaś, ale twoja świadomość się obudziła, jeśli córce pozwolisz, kiedyś i ona zrozumie”. I tego się trzymam.


 Po przeczytaniu tego tekstu, czytelnicy często wybierają też:
Widmo 20 lat piekła dla studenta
List polskiego ucznia

 Dodaj komentarz do strony..   Zobacz komentarze (41)..   


« Młodzież, szkoła, studia   (Publikacja: 15-03-2009 )

 Wyślij mailem..     
Wersja do druku    PDF    MS Word
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl. Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie, bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
str. 6408 
   Chcesz mieć więcej? Załóż konto czytelnika
[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365