Racjonalista - Strona głównaDo treści


Fundusz Racjonalisty

Wesprzyj nas..
Zarejestrowaliśmy
155.448.782 wizyty
Ponad 1062 autorów napisało dla nas 7301 tekstów. Zajęłyby one 28805 stron A4

Wyszukaj na stronach:

Kryteria szczegółowe

Najnowsze strony..
Archiwum streszczeń..

 Czy jesteś zadowolony/a z życia?
Tak
Nie
Nie wiem
  

Oddano 241 głosów.
Chcesz wiedzieć więcej?
Zamów dobrą książkę.
Propozycje Racjonalisty:
Friedrich Nietzsche - Antychryst

Znajdź książkę..
Sklepik "Racjonalisty"

Złota myśl Racjonalisty:
"Obecnie nie ma na świecie ani jednej wiarygodnej religii".
« Światopogląd  
Pozostałości chrześcijańskiego myślenia w kulturze świeckiej [3]
Autor tekstu:

Pogarda wobec cielesności

To gardzenie ciałem pokrywa się w chrystianizmie z pogardą dla świata. Nawet w Konradzie Wallenrodzie można przeczytać: „cechowały go prawdziwie chrześcijańskie cnoty… pogarda świata". Wierzący często podporządkowują problemy tego świata problemom świata tamtego, o którym nic pewnego nie wiedzą, i którego najpewniej nie ma. Pogarda ciała przeniknęła naszą kulturę tak głęboko, że nadal zakonnice odruchowo plasujemy ponad prostytutką, choć tylko ta druga pracuje uczciwie na chleb. Może dlatego, niepokorni reżyserzy tak często obnażają hipokryzję, jednocześnie promując postać „dziwki o złotym sercu". Nawet człowiek o otwartym umyśle często wstydzi się tego co cielesne. Erich Maria Remaque zauważył w powieści: Kochaj bliźniego (Liebe deinen Nächsten — 1941), że nigdy nie wstydzimy się złych rzeczy, a jedynie tych które wiążą się choćby pośrednio z seksem. Poczucie winy seksualnej, jak zauważył jeden z czytelników portalu racjonalista.pl gwarantuje, że zawsze będą jacyś grzesznicy do zapędzenie do Kościoła. Jak wykazał Deschner cała polityka wczesnego chrześcijaństwa oparta była na walce z bóstwami i symbolami fallicznymi, co wskazywałoby na to, że Nietzsche miał rację, mówiąc o buncie brzydkich i słabych. To też może być przyczyna dlaczego tak bardzo nawet dziś szokuje nas japoński skrajny praktycyzm w sprawach seksu (wielkim zainteresowaniem mediów Zachodu cieszył się tokijski zakład, oferujący tysiące stosunków oralnych jednocześnie), czy zakwaterowania (kapsuły noclegowe w hotelach). Japonia i Chiny dotknięte są o wiele mniejszą obsesją ciała i duszy niż Zachód.

Egocentryzm

Kolejnym obok anty-cielesnej obsesji, lęku wobec techniki i przyszłości oraz przejawów ludzkiej emancypacji, wrakiem filozofii, a raczej doktryny chrześcijańskiej, obecnym w naszej kulturze jest pewien specyficzny typ egoizmu i egocentryzmu. Czołowy amerykański racjonalista (jeden z filarów założonego przez Sama Harrisa The Reason Project), nowojorski komik i komentator polityczny Bill Maher kpił w jednym ze swych komediowych występów z tego, że duży procent mieszkańców USA wierzy, że Jezus wróci na ziemię za ich życia, no i oczywiście będzie zainteresowany spotkaniem z nimi… Chrześcijański egocentryzm jest egocentryzmem dość przewrotnym, ponieważ chrześcijanie każą nam z jednej strony pochylać nad losem ubogich i nawet przyznawać im rację w sporze z bogatymi, tylko dlatego, że są biedni (metodyści i kalwiniści są tu wyjątkiem, bo oni traktują bogactwo jako dowód łaski, a więc i racji), z drugiej jednak uważają się za lepszych z racji udziału w rzekomym bożym planie, w którym to planie oczywiście zaklepują sobie pierwszoplanową rolę. Stąd właśnie wiele filmów nieproporcjonalnie uwypukla losy głównego bohatera, jego zmagań i momentu zbawienia, tj. nagrody za trudy, minimalizując rolę innych bohaterów i odpowiedzialności jednostki za podjęte wybory. Zamiast tego mamy ślepy los, szczęście i łaskę bożą dawaną nawet temu, kto specjalnie niczym na nią nie zasłużył. Ten kontrast między marnością człowieka a pozytywnym zbiegiem okoliczności jest takim ukrytym: „chwalmy Pana !". Absolutyzacja znaczenia własnych losów typowa jest dla maluczkich i ich strachu przed maluczkością. Chrześcijaństwo pozwala maluczkim poczuć się wyżej w hierarchii społecznej i własnych oczach dzięki uczestniczeniu w domniemanym niebiańskim planie.

Nadmierne poczucie misji

Emanacją religijnego egocentryzmu jest tzw. „etos pracy", któremu też poświęciłem już jeden artykuł. Tak jak religia futbolizmu, to raczej antyczny kult sprawności i siły, etos pracy to (czy etos „słodkiego jarzma pracy") pozostałość pseudobibiblijnej mentalności, która nadal bywa bardzo szanowana nawet przez liberałów, czyli tzw. etos pracy. Nie chodzi tu jednak o to, czy należy pracować i znajdować w tym radość czy nie, lecz o skłonność do pryncypialnego potępiania próżniactwa. Na to zjawisko zwrócił uwagę Tom Hodgkinson brytyjski autor urodzony w 1968 roku, a od 1993 roku wydawca czasopisma: „The Idler" czyli „Próżniak", na wzór pisma o takim samym tytule do którego artykuły pisał XVIII-wieczny idol Hodgkinsona Samuel Johnson. Hodgkinson, podobnie jak opisywani przezeń wybitni ludzie (Oscar Wilde, Mark Twain, Samuel Johnson, Robert Louis Stevenson, Henry David Thoreau, Albert Einstein i Jerome K. Jerome itd.) jest zwolennikiem powolnego i próżniaczego trybu życia. Hodgkinson przyznaje, że całą książkę napisał by uleczyć swe wieloletnie poczucie winy z powodu fizycznej niemożności zwleczenia się rano z łóżka, zapewne biedak ma niskie ciśnienie, wiem coś o tym… Autor pisze sporo o licznych biblijnych potępieniach lenistwa, jako o źródle naszego poczucia winy, kiedy przez chwilę nic nie robimy i mamy tzw. chwilę dla siebie. W pewnym sensie ten rodzaj poczucia winy podobny jest postawie znerwicowanych matek, które wyrzucają sobie np. to, że wydały parę groszy na swoje potrzeby, a nie na przykład na zaspokojenie zachcianek dzieci. Pryncypialne poświęcanie się dla innych, nawet jeśli inni odbierają to jako manię kontroli i tyranię, i nawet gdy prowadzi do destrukcji też jest takim postchrześcijańskim odpadkiem. Bardzo inteligentnie Hodgkinson rozprawia się z „purytańskim pracusiem" Benjaminem Franklinem, który obok wielu mądrych rzeczy palnął też głupstwo: „kto rano wstaje temu pan bóg daje" (early to bed, early to rise, makes a man healthy, wealthy and wise), a przecież wiadomo, że daje on głównie: artystom, politykom i biznesmenom, czyli tym, którzy NIE wstają rano. Jest to oczywiste, ponieważ dobry pomysł, który da pieniądze przyjdzie do głowy nie zmęczonemu urzędnikowi „godzina piąta, minut trzydzieści", lecz wypoczętemu człowiekowi, zdolnemu do refleksji. Zresztą, o ile pamiętam Franklin powiedział też: time is money, i tu może nawet by się nie mylił, mógłby to być czas takiej właśnie owocnej drzemki. Słowem, etos pracy to kolejna rzecz do odczarowania. Niektórzy wierzący traktują swą pracę jako arcyważną misję tak samo jak przypisują sobie arcyważną rolę podczas rzekomego zbawienia. Ciekawe jest to, że (post)chrześcijańskie potęgi takie jak UE a zwłaszcza USA, boją się ekspansji Chin i Indii, bo przypisują im błędnie (co zauważył Fareed Zakaria), misyjne podejście do ideologii politycznych, tymczasem ani konfucjanizm ani hinduizm nie wysyłał misjonarzy na Zachód (choć Leibniz żałował, że uczniowie Konfucjusza nie robią tego w Europie co jezuici w Chinach...).

Wiara w moc pustych słów

Z duchem (post)chrześcijańskiej hierarchii łączy się nadmierna wiara w moc słów. Z tego oparu chrystianizmu częściowo zdołaliśmy się już uwolnić, nie pamiętamy już, że kiedyś słowa: bless you miały na serio zbawić od dżumy, lecz nadal często procesujemy się o słowa, karzemy bluźnierstwa i „mowę nienawiści" (która powinna być zawężona tylko do jawnego nawoływania do ludobójstwa i prześladowań), nadal potępiamy też wulgaryzmy, choć jedyne co one ranią to nasze nadymane ego. Claude Levi-Strauss pisał, że modlitwa różni się od magii, tym, że zakłada postawę błagalną zamiast sprawstwa, podczas gdy mag wpływa na bóstwo zamiast prosić o danie mu czegoś. Jednakże wbrew temu podziałowi, chrześcijanie liczą, że słowa modlitwy wywołają efekt niczym magia. Mówiąc: „przeproś" ludzie o chrześcijańskiej mentalności zakładają, że wywołają tym rzeczywistą skruchę. Tak rodzi się purytańska hipokryzja. Tymczasem znajomy mówił mi o przygodzie dziennikarza, który oskarżył pewnego biznesmena o złodziejstwo lub korupcję, nie miał jednak wystarczających dowodów, więc sąd kazał mu przeprosić owego biznesmena, którego nazwiska zapomniałem. Przyjmijmy więc, że miał on nazwisko Wiśniewski. Dziennikarz „przeprosił" go mówiąc: „Wiśniewski nie jest złodziejem ?!?" kończąc wyraźną oznaką zaskoczenia i szoku. Przykład obrazuje nam jak niewiele znaczą słowa, a jak wiele kontekst. Mamy jednak „Słowo Boże", które jakoś nie zważa na kontekst...Musimy jednak pamiętać, że równie stary numer jak przecenianie znaczenia słów to osądzać „swoich" po słowach (tj. pobożnych życzeniach), a wroga po czynach (np. pisma Św. Tomasza versus gułagi, lub „Manifest komunistyczny" versus proces inkwizycyjny). Można też wspomnieć ultrakatolickiego ambasadora Portugalii usiłującego wepchnąć inwokację do boga w preambułę traktatu wersalskiego (historyk i dziennikarz katolicki Kuehnelt-Leddin był autentycznie przekonany, że ten brak mógł skutkować nietrwałością pokoju!), coś nam to przypomina, prawda?

Determinizm historyczny

Ostatnim (post)chrześcijańskim zanieczyszczeniem naszej cywilizacji do jakiego chciałbym się odnieść, jest — zmora historyków — skłonność do szukania na siłę związków przyczynowo-skutkowych i ukrytego sensu. Bezskutecznie David Hume przestrzegał przed braniem koincydencji za związek przyczynowo-skutkowy, lub co gorsza związek konieczny. Chrystianizm każe też naukowcom szukać ukrytego sensu istnienie człowieka, i co gorsza absolutyzację tego sensu. Tymczasem każdy rozsądny człowiek wie, że nie ma czegoś takiego jak sens życia w para chrześcijańskim znaczeniu, tj, że nie ma absolutnego sensu życia. Możliwe, że rację ma komik amerykański Jerry Seinfeld twierdząc, że lubimy książki, bowiem „jeśli chcemy nudnej długiej opowieści bez sensu, to mamy nasze życia…". Jedyny sens życia jest subiektywny i dotyczy naszych bliskich i znajomych i naszego postępowania wobec społeczeństwa, za co jedyną nagrodą jest wzajemność życzliwości i szacunku. Pomysł, że ma istnieć byt jaki waży nasze uczynki i ocenia je „obiektywnie" jest absurdem. Nawet deiści w to zwykle nie wierzą. Niestety chrześcijański czas linearny, który wprawdzie wyparł równie nieprzydatny intelektualnie antyczny czas cykliczny (ery złote, srebrne i brązowe), przewidujący jakieś milenium i związaną z nim nagrodę każe wielu budować rozmaite historyczne mity, takie jak marksistowski mit wiecznej szczęśliwości po rewolucji (Marks) czy tzw. wigowski mit historyczny zakładający, że cały czas następuje postęp cywilizacyjny, że regresy są złudzeniem i ludzkość zmierza ku ideałowi wolności, którym może być system amerykański (Condorcet), nowoczesna biurokracja będąca niejako emanacją rozumu (Hegel i rozum dziejów) czy liberalna demokracja dla wszystkich narodów (Fukuyama, którego praprzodkiem intelektualnym pod tym względem mógłby być Burke). Zabawne jest to, że papież (nie pamiętam numerka starca piotrowego:) potępił w 1950 roku historyzm (to to samo co historycyzm, bowiem historicism jest anglosaską wersją słowa Historismus), na równi ze „skrajnym" ewolucjonizmem, egzystencjalizmem i pragmatyzmem! Wiem to z lektury dzieła: „Ślepy tor" (s. 213) austriackiego konserwatywnego katolika Erika Kuehnelta-Leddina, jakże to znamienne, że katolik nie wychwycił „własnego" chrześcijańskiego historyzmu, za to doskonale zauważa ten konkurencyjny condorcetowsko-marksistowski." Tymczasem nic nie potwierdza słuszności determinizmu historycznego, przeciwnie Voltaire, Nietzsche i Kant uczą nas, że o postęp trzeba walczyć i wystrzegać się regresu „wieków ciemnych". Absolutyzacja związków przyczynowo-skutkowych prowadzi do szukania przez słabsze umysły na siłę jednej praprzyczyny danych zjawisk. Na przykład konserwatyści chrześcijańscy, powołując się na Hegla, upatrują jedynej przyczyny rewolucji 1789 roku w wyparciu się boga, tymczasem nie ma jednej przyczyny rewolucji francuskiej. Historycy wymieniają wśród owych przyczyn niezdecydowanie Ludwika XVI, niekorzystny traktat handlowy z W. Brytanią, uniemożliwienie kariery w armii nie-szlachcicom, brak popularności Ludwika XVI w armii (był gruby, ospały i nie dbał o linię), nieurodzaj i „zdradę" arystokracji, której część stanęła w awangardzie oświecenia. To jeszcze nie wszytko. Przy okazji warto nadmienić o rewolucji niderlandzkiej skierowanej przeciw liberalnej obyczajowo elicie tzw. „regentów" w 1787 roku, a więc dwa lata wcześniejszej od Francuskiej. Otóż tę rewolucję holenderską duchowni (kalwińscy) poparli twierdząc, że bóg jej chciał… To jak to jest z tym nieodzownym rewolucyjnym wyparciem się boga?


1 2 3 4 Dalej..
 Zobacz komentarze (29)..   


« Światopogląd   (Publikacja: 02-08-2012 )

 Wyślij mailem..     
Wersja do druku    PDF    MS Word

Piotr Napierała
Urodzony w 1982r. w Poznaniu - historyk; zajmuje się myślą polityczną oświecenia i jego przeciwników i dyplomacją Francji i Anglii XVIII wieku, a także kwestiami związanymi z ustrojem państw (Niemcy, Szwecja, W. Brytania, Francja) w tej epoce.
 Strona www autora

 Liczba tekstów na portalu: 74  Pokaż inne teksty autora
 Najnowszy tekst autora: Bernard-Henri Lévy American Vertigo
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl. Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie, bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
str. 8230 
   Chcesz mieć więcej? Załóż konto czytelnika
[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365