Racjonalista - Strona głównaDo treści


Fundusz Racjonalisty

Wesprzyj nas..
Zarejestrowaliśmy
144.831.669 wizyt
Ponad 1060 autorów napisało dla nas 7269 tekstów. Zajęłyby one 28656 stron A4

Wyszukaj na stronach:

Kryteria szczegółowe

Najnowsze strony..
Archiwum streszczeń..

 Korea Północna zaatakuje
w 2018 r.
w ciągu kilku lat
nie zaatakuje
  

Oddano 2430 głosów.
Chcesz wiedzieć więcej?
Zamów dobrą książkę.
Propozycje Racjonalisty:
Sklepik "Racjonalisty"

Złota myśl Racjonalisty:
W istocie, tylko naiwny antropocentryzm może upatrywać wyłącznie w ludzkości zarówno stronę bierną, jak i czynną przy rozważaniu problematyki zła.
 Kościół i Katolicyzm » Historia Kościoła

Cena świętego spokoju [1]
Autor tekstu:

Czyli religijny raj dla oportunistów albo też „azyl ignorancji" (wg Spinozy).

Motto: "Zło jest w tym, iż ludzie ciemni uznają,
że przebywają w świetle".
Giordano Bruno

Mimo to, iż jestem ateistą, coś mi się wydaje, że jestem osobnikiem o wiele bardziej moralnym niż ci (nie wszyscy zapewne), którzy uważają się za głęboko wierzących. Do takiego paradoksalnego z pozoru wniosku doszedłem w czasie lektury komentarzy zamieszczonych w Racjonaliście, do tekstu (pogadanki) p. Jacka Tabisza „Czy powinno się propagować ateizm". Abstrahując od faktu, iż w niektórych z nich aż roiło się od bredni (zainteresowani domyślają się na pewno, które posty mam na myśli), to ogólny sens tych spornych wypowiedzi można by sprowadzić do następującego rozumowania:

Człowiekowi potrzebna jest świadomość czegoś, co nada sens jego życiu, oraz otaczającemu go światu. Tym czymś lub raczej Kimś jest oczywiście Bóg, gdyż wg wierzących nic innego nie może spełnić tej doniosłej roli w tak doskonały sposób, w jaki możemy oczekiwać od Boga. Choć w żadnym z komentarzy nie sprecyzowano o jakiego Boga chodzi piszącym, to można przypuszczać, iż mieli oni na myśli osobowego Boga teizmu, opisanego w Biblii, wyznawanego również przez katolików, czyli Boga Jahwe i jego Syna Jezusa Chrystusa (występujących jako Święta Trójca, łącznie z Duchem Św.)

Z tego ważnego powodu uważają oni, iż ateiści nie powinni w ogóle zabierać głosu w sprawie istnienia, bądź też nie istnienia Boga, ponieważ ta głęboka psychiczna potrzeba człowieka wystarczająco dobrze uzasadnia konieczność wiary w Boga, istnienia religii, jak i propagującego ją Kościoła. Wszelkie inne tłumaczenia, iż sensu życia ludzkiego nie trzeba zaraz szukać w wyimaginowanym świecie nadprzyrodzonym, że może warto byłoby go poszukać na Ziemi w samej ludzkiej egzystencji — nie znajdują uznania u osobników religijnie uwarunkowanych i za wszelką cenę (nawet śmieszności) starają się oni „oświecać" błądzących w tej materii (a raczej jej braku), iż Prawda jest po ich stronie, a życie ludzkie bez wiary w Boga i tak pozbawione jest sensu, obojętnie co by o tym mówili niewierzący.

Jak można odpowiedzieć na tak sformułowane argumenty? Jestem w tej dobrej sytuacji, iż mogę posłużyć się czyimś przemyśleniem w tej kwestii. W doskonałej książce Duchowość ateistyczna, Andre Comte-Sponville’a są miedzy innymi takie fragmenty:

Otóż co mówi nam religia, zwłaszcza chrześcijańska? Mówi nam, że nie umrzemy lub nie umrzemy naprawdę albo zmartwychwstaniemy, że w związku z tym odnajdziemy naszych drogich bliskich, których utraciliśmy, że sprawiedliwość i pokój koniec końców wezmą górę; a wreszcie, że już od dawna jesteśmy kochani miłością nieskończoną… Czego chcieć więcej? Oczywiście niczego! Z tego powodu religia jest podejrzana: to jest zbyt piękne, jak to się mówi, żeby mogło być prawdziwe! Takim argumentem posługuje się Freud w Przyszłości pięknej iluzji:

„Byłoby to z pewnością bardzo piękne, gdyby istniał Bóg, stwórca świata oraz pełna dobroci Opatrzność, moralny porządek wszechświata i życie po śmierci; ciekawe jednak, że jak na razie jest to dokładnie to wszystko, czego możemy pragnąć dla samych siebie". Takim samym argumentem posłużył się już Nietzsche w Antychryście: "Wiara ratuje, a więc kłamie". Za bardzo pragniemy Boga, żeby mógł być prawdziwy; w religii szukamy zbyt wiele pocieszenia, żeby mogła być wiarygodna. /../ Iluzja nie jest więc błędem pewnego rodzaju; jest to rodzaj wiary /../ w to, że coś jest prawdziwe, ponieważ się tego mocno pragnie. 

Dla mnie ta argumentacja jest na tyle przekonująca, że gdyby chodziło o przekonywanie siebie samego, to na tym fragmencie można by zakończyć ten tekst. Jestem jednak świadom, iż mogą być ludzie, którym takie argumenty nie trafią do przekonania. Dlatego specjalnie dla nich postaram się stanąć na wysokości zadania i znaleźć coś bardziej przekonującego. Na razie wróćmy do tematu: zatem tak czytam i czytam te komentarze i aż nie wierzę własnym oczom: ani jedna strona sporu (co oczywiste, gdyż oni wierzą, iż wiedzą), ani druga strona (czego już nie bardzo rozumiem), nie przytacza w swej argumentacji najważniejszego aspektu tego zagadnienia! Mianowicie CENY jaką ludzkość zapłaciła i płaci nadal za wiarę w bogów (inaczej mówiąc: za istnienie idei Boga). Pozwolę więc sobie niniejszym przedstawić jak widzę ten problem od swojej strony.

Otóż moim zdaniem każdy chrześcijanin, a już szczególnie katolik, powinien nieustannie pamiętać, iż jest pewien wstydliwy aspekt religijności (czy też pobożności lub bogobojności, można to różnie określać), który mimo, że z religijnego punktu widzenia nie jest brany pod uwagę, to jednakże z etycznego punktu — dyskredytuje całkowicie każdego wyznawcę, nie tylko jako prawego człowieka, ale przede wszystkim jako osobnika moralnie uświadomionego. Tak się bowiem składa, iż kwestia moralności — czyli tej nieodzownej człowiekowi busoli, pozwalającej mu rozróżniać dobro i zło — jest często używana przeciwko ateistom, którzy jakoby muszą być z założenia amoralni, ponieważ zdaniem wierzących, moralność nierozerwalnie wiąże się z Bogiem i religią.

Inaczej mówiąc: bycie osobnikiem moralnym (ale w kontekście religijnym, nieetycznym) uznawane jest jako synonim prawości człowieka, lub jego doskonałości. Tak przynajmniej starają się wmówić swym owieczkom ich duchowi pasterze, a oni powtarzają to jak mantrę przy każdej okazji. Otóż nic bardziej błędnego! Obrazowo to ujmując można by pokusić się o stwierdzenie, iż począwszy od samego Boga, poprzez jego kapłanów, a skończywszy na jego wyznawcach - wszyscy z nich „mają krew na rękach" i nieczyste sumienie. Wyjaśnię pokrótce co mam na myśli.

Jedną z przyczyn, iż z osobnika wierzącego stałem się agnostykiem, a potem ateistą, było uświadomienie sobie ceny, którą zapłaciła (i płaci nadal) ludzkość za istnienie religii. Ale też — co ważniejsze nawet — była moja niezgoda na nią, mój moralny bunt przeciwko w tak zakłamany sposób pojmowanej rzeczywistości i wartościowaniu świata. Po pierwsze: nie podobał mi się wizerunek Boga wykreowany w Biblii; ten jego okrutny a zarazem infantylny sposób rozwiązania problemu z upadkiem człowieka w raju i przerażające oraz niesprawiedliwe konsekwencje jakie z tego wynikły dla rodzaju ludzkiego, były nie do przyjęcia i zaakceptowania przez moje wrażliwe sumienie i mój system wartości, którego jestem zwolennikiem.

Bowiem to boże działanie (nazywane także Opatrznością bożą) doskonale można streścić poglądem, znajdującym się w dawnej sztuce „Diabeł kulawy", iż Boga można przyrównać do chirurga, który chcąc mieć pacjentów, wpierw ludzi ranił i okaleczał, aby potem miał kogo leczyć, obłudnie się nad nimi litując. A dokładniej mówiąc; aby miał kogo leczyć jego Syn, który — o dziwo! — został przewidziany przez Boga do tej roli jeszcze przed stworzeniem świata i ludzi („On był wprawdzie przewidziany przed stworzeniem świata, dopiero jednak w ostatnich czasach się objawił ze względu na nas", 1P 1,20). Nie muszę dodawać jakie to niesie implikacje, jeśli chodzi o rozumienie sensu dzieła bożego. Ponieważ pisałem już na ten temat, tutaj pominę tę kwestię.

Do tego fatalnego wizerunku Boga Jahwe należy jeszcze zaliczyć zastosowanie przez niego odpowiedzialności zbiorowej (tak niemile widzianej przez wierzących), czyli ukaranie całej przyszłej ludzkości za grzech prarodziców, oraz obciążenie człowieka winą za istnienia zła w dziele bożym, pomimo wszechmocy i wszechwiedzy Stwórcy tegoż dzieła. Potem wprowadzenie w życie ekstremalnego rozwiązania w postaci potopu, a jeszcze później wybranie sobie przez Boga jednego narodu spośród wielu, roztoczenie nad nim opieki i prowadzenie go do wojen z innymi narodami, gdyż miał on taką koncepcję, aby wszystkich wrogów Izraela położyć sobie pod stopy. Dlatego Stary Testament spływa krwią niezliczonych tysięcy ofiar bratobójczych wojen, toczonych w imieniu, z nakazu i przy aprobacie Boga Jahwe. Czy taki wizerunek Boga może zaakceptować ktoś, kto był wychowywany na moralnie wrażliwego osobnika? Oczywiście, że nie!

To jednak nie wszystko. Po drugie: nie podoba mi się sposób, w jaki Bóg Jahwe rozwiązał problem naprawy swego dzieła. Będąc bytem wszechmocnym i wszechwiedzącym nie musiał uciekać się do takiego spektakularnego działania, polegającego na złożeniu sobie ofiary ze swego Syna (czyli z siebie samego), po to, by przebłagać/przekupić siebie za swe nieudane stworzenie — człowieka. Tak samo jak mógł zapobiec upadkowi pierwszych ludzi w raju (wiedząc o nim nieskończenie wcześniej, gdyż to on jest jedynym Stwórcą swego dzieła), lub w ostateczności przebaczyć im (jest ponoć nieskończenie miłosierny), tak i w tym przypadku mógł spowodować aby zbawienie ludzi obyło się bez konieczności złożenia sobie ofiary w postaci zamęczonego na śmierć jego Syna, odkupywania nią grzechów ludzi i obarczania winą za ten ohydny czyn, jego dotychczasowy naród wybrany.

Natomiast realności samego zbawienia i tak w żaden sposób nie można zweryfikować, gdyż ma ono mieć miejsce po śmierci wszystkich ludzi, na końcu dziejów (eschatologia). Za to idea tej soteriologicznej obietnicy wyrządziła ludzkości niesamowitą ilość całkiem realnego zła; strachu, cierpienia i niezawinionych krzywd — w zamian niczego nie dając w rzeczywistym świecie (nie licząc kapłanów tejże religii, którzy ciągnęli z niej same korzyści). Po trzecie (o tych korzyściach właśnie):

Nie podoba mi się także i to, że Bóg — mimo to, iż zna całą przyszłość swego dzieła i wiedząc ile zła i krzywd ludzie sobie wyrządzą z powodu wiary w jego Syna - pozwolił na zaistnienie tej karykatury chrześcijaństwa, którą jest katolicyzm pod przewodnictwem papiestwa. A już w szczególności nie podoba mi się historia Kościoła kat., który uważa się za jedynego legalnego spadkobiercę i szafarza Słowa Bożego, zapisanego w Biblii. Jest to przerażająca historia, pełna przemocy, okrucieństwa, przelewania krwi milionów ofiar, grabieży i kradzieży ich mienia, przekupstwa, pazerności dóbr materialnych, psychicznego terroru i nietolerancji oraz wszelkich możliwych zbrodni i podłości, jakie tylko może wyrządzić człowiek człowiekowi (chcącym wiedzieć więcej, polecam „Przerażającą cenę zbawienia" i „Krezusową cenę zbawienia" oraz „Zatrute ziarno").


1 2 3 Dalej..
 Zobacz komentarze (28)..   


« Historia Kościoła   (Publikacja: 07-07-2013 )

 Wyślij mailem..     
Wersja do druku    PDF    MS Word

Lucjan Ferus
Autor opowiadań fantastyczno-teologicznych. Na stałe mieszka w małej podłódzkiej miejscowości. Zawód: artysta rękodzielnik w zakresie rzeźbiarstwa w drewnie (snycerstwo).

 Liczba tekstów na portalu: 130  Pokaż inne teksty autora
 Najnowszy tekst autora: Słabość ateizmu
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl. Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie, bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
str. 9086 
   Chcesz mieć więcej? Załóż konto czytelnika
[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365