Racjonalista - Strona głównaDo treści


Fundusz Racjonalisty

Wesprzyj nas..
Zarejestrowaliśmy
168.738.578 wizyt
Ponad 1064 autorów napisało dla nas 7337 tekstów. Zajęłyby one 28957 stron A4

Wyszukaj na stronach:

Kryteria szczegółowe

Najnowsze strony..
Archiwum streszczeń..

 Kiedy będzie dostępna szczepionka na SARS-CoV-2 ?
Za miesiąc
Za pół roku
Za rok
Nie będzie możliwa
  

Oddano 967 głosów.
Chcesz wiedzieć więcej?
Zamów dobrą książkę.
Propozycje Racjonalisty:
Sklepik "Racjonalisty"

Złota myśl Racjonalisty:
(..) przecież żadnych świadectw o istnieniu Abrahama poza przekazem z Księgi Rodzaju nie ma. Nie ma powodu do odrzucenia poglądu, że cały cykl Abrahamowy (..) jest zbiorem mitów.
 Czytelnia i książki » Recenzje i krytyki

Bernard-Henri Lévy American Vertigo [2]
Autor tekstu:

W Memphis (Tennesee) uderza go żarliwość czarnych chodzących do kościołów we frakach, kontrastująca z handlowym podejściem i zacięciem megachurches Północy (s. 171). 

Floryda wywołuje u Lévy’ego refleksję o tym, że Amerykanie w porównaniu z Europejczykami, nie starają się całkowicie panować nad przyrodą, ani od niej zupełnie się oddzielać, co jego zdaniem wnika z pionierskiej kultury ryzyka (s. 183), jednak czytając ten fragment zastanawiałem się ile wynika po prostu z geografii, naszego euro-tłoku, i pustej przestrzeni w USA, tej połowie wielkiego kontynentu. 

Savannah zachwyca Lévy'go, który cieszy się, że w 1864 roku mieszkańcy woleli poddać się jankesom niż doprowadzić je do zniszczenia (s. 185), wyczuwa tu iście europejską dbałość o miasto tak kontrastującą z nonszalancją mieszkańców Buffalo. W Karolinie Płd. — wszystko wraca do „normy"; w Asheville nie pamięta o dandysie imieniem Scott Fitzgerald. 

Lévy zwiedzał Norfolk (Wirginia), a ściślej tamtejsza bazę floty, największą po tej w San Diego, i zastanawia się nad bardzo demokratycznym łatwym dostępem turystycznym do owych baz; tak jakby USA uwielbiały paradować ze swoimi zabawkami (atomowymi łodziami podwodnymi) przed sojusznikami (s. 195).

Potem następują opisy trzech wywiadów z neokonserwatywnymi jastrzębiami, których według Amerykanów, przecenia się w Europie (we Francji pisze się o „książętach ciemności" lub po prostu neo-cons — przy czym po francusku con znaczy dureń) co do siły oddziaływania na rząd. Pierwszy to Richard Perle, z którym Lévy czasem się zgadza, ale uważa np. że ma on zbyt frywolne podejście do prawdy o BMR w Iraku, czy zbyt łatwo żartuje z Kerry’ego i jego żony (s. 197). Billa Kristola uważa Lévy za urodzonego doradcę książąt, dla którego inwazja na Irak jest tak ważna, że sojusz z moralnymi religijnymi oszołomami wydaje mu się znośny (s. 200). U Fukuyamy, dziwi go demokratyczny mesjanizm, tego odwiecznego wroga inżynierii społecznej (s. 203). 

W Heinz Hall w NY widzi jak Hitchens pokrzykuje na Kissingera (który półgębkiem chwali pomysł wojny w Iraku, a w następnym zdaniu powołuje się na rozprawę Kanta o wiecznym pokoju) za Wietnam, a potem już w innym przybytku sam popiera wojnę w Iraku, ale to dlatego, że tyrania Saddama jest dlań dużo większa, zarzuca on bowiem rządowi i jego doradcom (takim jak Kissinger) niedocenianie skali zagrożenia ze strony fundamentalizmu religijnego (s. 207). Według Lévy’ego Hitchens widzi USA jako broń demokracji, a Kissinger akceptuje dyktatury łajdackich tyranów współpracujących z Waszyngtonem, więc jest to kłótnia wilsonisty z jacksonistą, gołębi w tym sporze nie ma.

W siedzibie AFL-CIO rozmawiał Lévy z Demokratami, których znalazł, podobnie jak Guy Sorman, w słabszym wigorze. Odnotował, że np. Michael Moorenie może się przebić do ogólnego ich nurtu z wezwaniem, by amerykańska „lewica" nie ulegała naciskowi rewolucji konserwatywnej, i nie tłumaczyła się przed konserwatystami przypominając np., że to w stanach rządzonych przez DP („niebieskich") jest mniej rozwodów i dzieci ze związków pozamałżeńskich, lecz poruszali się we własnej perspektywie. Lévy, inaczej niż Sorman, sprzyja demokratom więc martwi go to, że John Podesta zamiast bronić prywatności Clintona, czerwieni się jak chłopczyk i przyznaje, że Clinton zrobił głupstwo, jak również to, że jedyną ideą silną wśród DP jest „trzecia droga", ale w wersji niezmienionej od 20 lat, oraz, że Demokraci w swej masie umieją dogadać się tylko w sprawach finansowych, choć chcieliby pokonać GOP doktrynalnie, że w partii za dużo mają do powiedzenia związkowcy nie pierwszej już młodości itp. (s. 207-209). 

Warren Beatty, zdaniem Lévy’ego, wie o purytanizmie i nie chce zostać demokratycznym Schwarzeneggerem, bo wtedy brukowce zbrukają jego życie prywatne (s. 215). Potem rozmawia Lévy z Davidem Brockiem, który wymyślał kłamstwa, by oczernić Clintona, a potem przyszedł skruszony do Demokratów, którzy przyjęli go zamiast zniszczyć (s. 220). Stanowi to dowód na kryzys dziennikarstwa w USA, i z Woodym Allenem, który wyjawia mu, że nie angażuje się w politykę, bo uważa, że sam uosabia wszystko co ten kraj nienawidzi, więc raczej zaszkodziłby tym, których by poparł (s. 228). Lévy, choć lubi Allena, bierze to za pychę, ale w sumie faktycznie; racjonalizm, ateizm, żydowskość, intelektualizm, czyż Sorman nie pisał, że to wszystko podoba się raczej w Europie niż w USA...

W Bostonie rozmawia z Huntingtonem, pełen krytycyzmu wobec jego teorii, że dwujęzyczni a przy tym leniwi Latynosi odbierają Ameryce jej esencję. Z kolej wniosek Lévy’ego, że USA, Francja i Izrael powstały w oparciu nie o etniczność, ale o credo, napotyka krytykę Huntingtona (s. 237). Nie lubię Huntingtona i uważam jego teorię o nieprzekraczalnych barierach cywilizacji za szkodliwy rak intelektualnego multikulturalizmu i skretyniałego konserwatyzmu, lecz w tej materii ma on rację. Izrael to etniczność w najczystszym wydaniu, znacznie lepszym przykładem byłaby choćby Kanada, Brazylia, Singapur, albo Argentyna. Lévy uważa jednak USA za wyjątkowe (i tu można się tylko zgodzić), ponieważ tam nigdy państwo i naród nie przekładały się na siebie, stąd USA tak dobrze asymilują imigrantów (s. 251), stąd uważa obawy Huntintona za równie nieuzasadnione jak obawy z początku XX wieku przed „słowiano-latynosami" i „Żydami orientalnymi". Lévy uważa Amerykę głównie za uniwersalną ideę emancypacyjną o nieprzemijającym uroku.

Lévy broni przed atakami europejskich anty-amerykanistów, amerykańskiej political corectness, uważając, że francuscy intelektualiści mający język za „faszystowski", nie doceniają Amerykanów, którzy nie poprzestają na gadaniu, ale starają się coś z tym zrobić (s. 255). Przypomina to trochę zarzuty Sormana, o to, że Francuzi uważają Amerykanów za rasistów, ponieważ nie są oni ślepi na rasy i wdrożyli akcję afirmacyjną, właśnie dlatego, by podstawa rasizmu — wykluczenie i różnice majątkowe nieco zmniejszyć. Lévy zauważa pewną pułapkę myślową u Huntngtona i Fukuyamy, ale też u Roberta Nozicka i Michalea Walzera, że w pewnych okolicznościach cywilizowani przywódcy walcząc z terroryzmem, będą mogli i powinni móc sięgnąć po tortury. Lévy pisze, że rozumie ten intelektualny zwrot po 11.09.2011, ale uważa, że grozi on popadnięciem w kazuistykę, która osłabia humanistyczne przesłanie liberalnej demokracji (s. 279-280). Lévy kończy swą książkę podkreślając kilka różnic w jej historycznym rozwoju z Europą np. tą, że wolność i religia nie były tam skierowane przeciw sobie (tu można by zastrzec - „politycznie", bo społecznie religia zawsze tłamsi życie osobiste wyznawców), na co zwracał uwagę też Sorman. W amerykańskich warunkach, jak uważa Lévy, żarliwa religijność nie jest objawem politycznej skrajności, jak byłoby w Europie (s. 284). W ten sposób Lévy zapewne chce uspokoić nieco Europę przed amerykańską nieobliczalnością. W tą stronę też zmierzają jego zapewnienia, że laickość w USA ma się dobrze.

Neokonserwatystów podejrzewa o bycie skrytymi tradycyjnymi konserwatystami, tj. miłośnikami Realpolitik, chcącymi po prostu dokopać wrogom USA, ale z musu ubierającym to w piękne filozofie (s. 291), jak radzili zwolennicy Hamiltona w XVIII wieku (wojna w obronie handlu), czy Jacksona (wojna w obronie strategicznych interesów USA), wbrew izolacjonistom typu jeffersonowskiego (dziś np. Pat Buchanan, oskarżający Busha o wilsonowskie zboczenie i zdradę ideałów starej GOP — niedawno Buchanan ostrzegał USA, że nie mogą być jedynym policjantem świata). Neokonserwatysci są to więc, zdaniem Lévy’ego hamiltończycy (są dziś prawdziwi hamiltończycy; Condoleezza Rice czy Colin Powell) lub jacksończycy (dziś są takimi Rumsfeld i Cheney) udający wilsonowskich misjonarzy wolności i demokracji. 

Lévy uważa, że pod kątem tych czterech grup powinno się pojmować politykę zagraniczną USA, a niestety rzadko się to w Europie robi (s. 294). Ze swej strony mogę dodać, że pamiętam ustęp działa Fukuyamy, gdzie dzielił wszystkich strategów właśnie na te 4 grupy. Powinniśmy chyba używać podziałów uznanych lokalnie, wszak europejskie reguły nie aplikują się do USA, dlatego np. Angela Merkel skarży się na amerykańską nieprzewidywalność. Błędem Europy jest zdaniem Lévy’ego, branie tego wszystkiego za „prawicowość" (s. 296), zwłaszcza tej skłonności do grania roli policjanta świata, co wynika nie tylko z idei, a z historii i wyjątkowej pozycji USA w świecie. Lévy podpisuje się pod stwierdzeniem Raymonda Arona, które ten zapożyczył od Paula Moranda o USA jako „imperium mimowolnym", i uważa, że właśnie z powodu tej mimowolności USA są czasem tak niezgrabne, że np. utworzywszy ONZ same łamią jego zasady (s. 300-301), nie sądzi jednak by ta tendencja była trwała. Nie podzielam tego optymizmu, bardziej mnie przekonują słowa Obamy z „Odwagi nadziei", o fundamentalistach religijnych, którzy nie szanują nawet konstytucji USA, nie mówiąc już o ONZ. Cenne sa jednak uwagi Lévy’ego o innej dynamice sporów politycznych w USA (nie na „ekonomicznej" linii prawica-lewica jak w UE, lecz na linii anarchia Jeffersona- centralizm Hamiltona), i o tym, ze religia w USA przetrwała, bo nie stawała okoniem wolności w tym stopniu co w Europie czy Ameryce Południowej. Może faktycznie religia jest silna siłą uwielbienia wolności, jaką pożycza od narodu indywidualistów, ale czy Amerykanie są narodem indywidualistów? Tocqueville i Sorman uważają, że raczej nie, zważywszy na daleko posunięty egalitaryzm, który pewnie mógłby zbliżać USA bardziej do Australii niż elitarnej Europy.

Opisując USA Sorman więcej niż Lévy uwagi poświęcił temu amerykańskiemu egalitaryzmowi, i opisał niechęć, jaką arystokratyczne elity partyjne w UE budzą w USA. Może wynika to stąd, że Sorman, choć nie nawiązuje bezpośrednio do arystokratycznego liberalizmu Tocqueville’a, jest mu intelektualnie bliższy niż Lévy. Lévy wspiera w USA racjonalizm, Demokratów i to co zostało z opieki społecznej, Sorman zaś — liberatariańskie projekty M. Friedmanna i nowe teorie racjonalności, każące w USA zupełnie porzucić korelację między winą przestępcy, a niedociągnięciami społeczeństwa. Ciekawe, że Lévy nie porusza tego tematu, choć jako sojalliberałowi powinien mu być bliższy nawet niż Sormanowi. Sorman liczy, że USA wpłyną na Europę, Lévy raczej tłumaczy Europie, że USA nie są tak szalone jak się wydaje, ale nie ma u niego - poza sferą asymilacji imigrantów — chęci uczenia się od USA. Sorman uważa USA za kulturę orficką, a Lévy za typowo purytańską, obaj jednak zgadzają się, że religie w USA profitują ze swej demokratycznej bliskości do problemów zwykłych ludzi.

Polecam obie książki wszystkim amerykanofilom i — fobom.


1 2 
 Dodaj komentarz do strony..   


« Recenzje i krytyki   (Publikacja: 16-11-2013 )

 Wyślij mailem..     
Wersja do druku    PDF    MS Word

Piotr Napierała
Urodzony w 1982r. w Poznaniu - historyk; zajmuje się myślą polityczną oświecenia i jego przeciwników i dyplomacją Francji i Anglii XVIII wieku, a także kwestiami związanymi z ustrojem państw (Niemcy, Szwecja, W. Brytania, Francja) w tej epoce.
 Strona www autora

 Liczba tekstów na portalu: 74  Pokaż inne teksty autora
 Poprzedni tekst autora: Angela Merkel według Stefana Korneliusa
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl. Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie, bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
str. 9429 
   Chcesz mieć więcej? Załóż konto czytelnika
[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365