Racjonalista - Strona głównaDo treści


Fundusz Racjonalisty

Wesprzyj nas..
Zarejestrowaliśmy
157.148.452 wizyty
Ponad 1063 autorów napisało dla nas 7302 tekstów. Zajęłyby one 28805 stron A4

Wyszukaj na stronach:

Kryteria szczegółowe

Najnowsze strony..
Archiwum streszczeń..

 Czy jesteś zadowolony/a z życia?
Tak
Nie
Nie wiem
  

Oddano 606 głosów.
Chcesz wiedzieć więcej?
Zamów dobrą książkę.
Propozycje Racjonalisty:
Sklepik "Racjonalisty"

Złota myśl Racjonalisty:
"Uczyć się można praktycznie bez końca. A cóż właściwie ciekawszego nam pozostało."
 Czytelnia i książki » Powiastki fantastyczno-teolog.

Grupa Laokoona [3]
Autor tekstu:

No tak. Mogłem przewidzieć, że będzie robić takie numery. Muszę zdobyć dostęp do odczytu czasu niezależnego od zegara systemowego.

— Musimy pogadać — poprosił mnie do swojego gabinetu.

Przysiadł na krawędzi biurka i założył ręce.

— Nie stać cię na maszynkę do golenia? — cmoknął niezadowolony. Początek nie brzmiał zachęcająco. — Niepokoi mnie coś w twoim zachowaniu. Zawsze byłeś osobą dość towarzyską. Teraz to się zmieniło.

Próbowałem coś powiedzieć, ale uciszył mnie jednym spojrzeniem.

— Weźmy nawet ten weekend. Chciałem cię namówić, żebyś się trochę rozerwał, a odniosłem wrażenie, że uciekłeś, kiedy próbowałem z tobą porozmawiać. Kiedy wypływaliśmy żałowałem, że nie było cię z nami. Miałem nadzieję, że wspólny rejs pozwoli ci się lepiej zintegrować z zespołem.

— Nie lubię wody… A właśnie… Wiadomo coś o Gregu i Kate?

Sapnął zniecierpliwiony.

— Szukają ich. Uparli się, żeby podpłynąć do tej kałamarnicy, to podpłynęliśmy. Mówiłem im, że to kiepski pomysł. Nieważne. Odbiegamy od tematu. Nie widziałem nigdy, byś z kimkolwiek rozmawiał w bufecie. Izolujesz się, Tom.

— Nigdy nie unikałem kontaktów, ale gadanie o głupotach mnie nie pociąga. Może to stąd.

— Może… Mam tylko nadzieję, że nie uważasz naszych pracowników za głupków. Doszły do mnie informacje, że dystansujesz się od swoich przyjaciół. No i to mamrotanie do monitora. To pomaga?...

Zagryzłem wargę. Od rana miałem wrażenie, że jestem ciągle przesłuchiwany.

— Chciałbym zauważyć, że moi przyjaciele to moja sprawa.

— Gramy w jednej drużynie. Zapomniałeś motto firmy?… Nie ufasz mi?...

Znowu stara śpiewka. Stary będzie mendzić dopóki nie wyssie mózgu ofiary. Postanowiłem zagrać w otwarte karty.

— Komputer założył agresywną blokadę antyspamową, komórka nie łączy ani nie odbiera ich telefonów.

— To jakieś bzdury — przyjrzał mi się uważnie.

— Nie — opowiedziałem historię dzisiejszego poranka.

Twarz mu stężała. Patrzył smutno. Trwało to jakąś chwilę. Wreszcie pokiwał głową.

— Wydaje mi się, że powinieneś wziąć urlop.

— Ale...

— Odpręż się, to ci dobrze zrobi… Jesteś przepracowany. Przemyśl sobie spokojnie wszystko po kolei… czy odpowiada ci ten rodzaj zajęcia i tak dalej... — westchnął pocierając czoło. — Czekam na ciebie za dwa tygodnie. Możesz iść do domu. — Poklepał mnie po ramieniu. Unikał mojego wzroku.

Po kilku minutach wymknął się ze swojego gabinetu i zerkając ostrożnie w moją stronę popędził do działu kadr.

Kiedy zbierałem rzeczy z biurka, pojawiła się Julia Medusa. Ta sama Julia, której manewry wokół mojej osoby swego czasu wpędziły mnie w spore tarapaty i zepchnęły ze ścieżki szybkiej korporacyjnej kariery. Obojętność z mojej strony, której się nie spodziewała po tym, co między nami zaszło wcześniej, sprawiła, że nasze relacje były przez długi czas mówiąc najogólniej dość szorstkie. Babka z klasą, wysoka, seksowna brunetka z nogami do samej ziemi, o znacznej inteligencji i z jeszcze większym tupetem, teraz była grubszą fiszą. Brała życie za mordę i dobrze jej to wychodziło. Zajmowała się managementem usług sieciowych. Nie mogła ścierpieć mojego związku z nowym samouczącym się programem AI, którego heurystyczne algorytmy stanowiły wyśmienitą stymulację intelektu i potrafiły doprawdy zająć interesującą konwersacją.

— Co słychać? — zagadnęła.

— Na Zachodzie bez zmian — palnąłem głupio, nie starając się podtrzymać rozmowy.

— Słyszałam, że masz na pieńku z komputerem domowym.

— Tak? Od kogo? — zaciekawiło mnie, jak dobrze jest poinformowana.

Wzruszyła ramionami.

— Wiedzą sąsiedzi, kto na czym siedzi — zażartowała. Nie wydało mi się to śmieszne. Nagle spoważniała.

— Z systemem nikt jeszcze nie wygrał — zamruczała. Popatrzyła na mnie tym swoim spojrzeniem spod ciemnych brwi. Przezornie milczałem.

Chwilę odczekała. Chyba spodziewała się, że coś jednak powiem.

— Możesz tego potrzebować — wręczyła mi jakąś karteczkę. — A gdybyś chciał pogadać, na odwrocie masz mój numer domowy — rzuciła na odchodnym, uśmiechając się lekko.

Zerknąłem na kartonik. Była to zwykła uliczna ulotka z ofertą pracy w sortowni śmieci.

Cała Julia.

*

Zanim wyniosłem się na dobre, jeszcze raz wklepałem login i hasło administratora swojej części kodu. Był to wielki system dynamiczny a poszczególne bloki oprogramowania pracowały równolegle i niezależnie od pozostałych części wymieniając między sobą potrzebne dane; poszczególni programiści ze względów bezpieczeństwa nigdy nie mieli dostępu do pozostałych partii systemu zarządzającego operacjami przedsiębiorstwa. Dopilnowano nawet tego, by nie znali personaliów swoich kolegów pracujących nad projektem. Ale i tu, po tylu latach pracy nad programem, posiadając dogłębną znajomość grafu przepływów, dało się odnaleźć piętę Achillesową tego molocha.

Okazało się nią współużytkowanie przez program tych samych zasobów sprzętowych. Umiejętnie modyfikując kod, tak, by konkurował z pozostałymi blokami oprogramowania o zasoby pamięci i przerzucając jego wykonywanie do chmury obliczeniowej można było doprowadzić do paraliżu całego systemu.

Krytycznym parametrem w tego rodzaju działaniu był czas. Zbliżał się okres, w którym następowało ogromne nasilenie ruchu związane z większą liczbą zawieranych transakcji. Jeżeli uderzenie przyszłoby w najbardziej newralgicznym momencie, nim informatycy zdołaliby ogarnąć sytuację nieubłagana logika rynku pogrążyłaby tę łajbę w odmętach. A nie zdołaliby tego osiągnąć, gdyż to, co zastąpiło udokumentowany program, było nie do zrozumienia.

Nie było to łatwe. Ale nie marnowałem ani chwili. Miałem dość czasu na dopracowanie planu we wszystkich istotnych szczegółach. A nawet jego przetestowanie. System wieszał się kilkakrotnie, jednakże składano to na karb niezoptymalizowanego kodu.

Nikt, prócz mnie, nie znał prawdy. I nikt nie wyobrażał sobie, że poza zwykłym, przyzwoitym programem istnieje jego doppelganger, polimorficzny zombie, od którego każdy informatyk wolałby trzymać się z daleka.

Wpisałem hasło. Ukryta w cieniu machina destrukcji ruszyła powoli naprzód.

*

SYSTEM ALERT

MAJOR MALFUNCTION

>_

Przez ułamek sekundy zdawało jej się, że monitor wyświetlił napis "BYE" i błysnął niebiesko. System zwolnił i to nie ulegało wątpliwości. Szybkość transmisji danych zmalała najpierw o połowę, potem dziesięciokrotnie aż wreszcie ukazał się komunikat o przeciążeniu serwerów.

Dane z rekordów baz danych we wszystkich kopiach bezpieczeństwa były modyfikowane bez ładu i składu. To, co stanowiło duszę systemu — informacja — tonęło w odmętach chaosu.

Julia patrzyła, a to, co widziała, spalało jej jaźń. Wzrok jej wywrócił się na nice i nagle zdała sobie sprawę, że wpływa na ściętą lodem ekranów nierzeczywistą otchłań absurdu, w której skrzą się i płoną w blasku elektronicznego ognia trybiki srebrnych zegarów. Cykady czasu topiły się chyżo, nieruchomo wabione przez cyferblaty sensu pokryte nektarem żarłocznych kwiatów. Wynurzyły się z niebytu oceanów zbełtanych błękitów i ultramaryn pnącza zer i jedynek wyrosłe w niemożliwości dwuznacznej perspektywie.

Eksplodowały puste dzwony cybernetycznych wież.

*



Poranek tchnął radością nowego dnia. Zakręciłem prysznic i sięgnąłem po ręcznik.

Ogolony i odświeżony podszedłem do komputery. Systema wyświetliła jasnobłękitne logo Good Luck! Companion.

Ukłoniłem się gracko i ucałowałem jej myszę. Promieniowała szczęściem.

— Jak spałaś, skarbie?

— Znakomicie. A ty?

— Też.

Pociągnęła czujnikiem.

— Ajchmmmm. Przyjemny zapach. Woda kolońska. Moja ulubiona — pochwaliła.

— Paskudna sprawa z tą Medusą — zagadnęła pogodnie głębokim, zmysłowym głosem zaspokojonej kochanki.

— Taaak — mruknąłem, wyglądając w błogim zamyśleniu przez otwarte drzwi tarasu na zielonozłoty, cudny świat. — Dopóty dzban wodę nosi, dopóki mu się ucha nie urwie.

— Kawa już zaparzona. Jajecznica będzie gotowa za dwie minuty. Zrobiłam małą przepierkę. Ubrania są w suszarce.

Jak to był powiedział ten, no, jak mu tam — Ksenofont — miłość duchowa wyższą od cielesnej jest. Święta racja. Dobrze to sobie pryku wykombinował.

Ciekawe, jaką systemą do tego był doszedł.

Uwaga: zawarta w powyższym opowiadaniu wizja nierzetelnych praktyk programistycznych towarzyszących tworzeniu dużych projektów stanowi wyłącznie wymysł autora i nie ma związku z rzeczywistością. Postaci i zdarzenia tu opisane są fikcyjne i nie odnoszą się w żaden sposób do osobistych doświadczeń jego ani znanych mu osób. Narracja w pierwszej osobie nie oznacza, że podziela przekonania, preferencje, zainteresowania czy cechy charakteru bohatera opowiadania.


1 2 3 
 Dodaj komentarz do strony..   Zobacz komentarze (5)..   


« Powiastki fantastyczno-teolog.   (Publikacja: 24-08-2014 )

 Wyślij mailem..     
Wersja do druku    PDF    MS Word

Ziemowit Ciuraj
Publicysta.

 Liczba tekstów na portalu: 16  Pokaż inne teksty autora
 Liczba tłumaczeń: 5  Pokaż tłumaczenia autora
 Najnowszy tekst autora: W hołdzie pamięci ofiar Hiroszimy i Nagasaki
Wszelkie prawa zastrzeżone. Prawa autorskie tego tekstu należą do autora i/lub serwisu Racjonalista.pl. Żadna część tego tekstu nie może być przedrukowywana, reprodukowana ani wykorzystywana w jakiejkolwiek formie, bez zgody właściciela praw autorskich. Wszelkie naruszenia praw autorskich podlegają sankcjom przewidzianym w kodeksie karnym i ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych.
str. 9718 
   Chcesz mieć więcej? Załóż konto czytelnika
[ Regulamin publikacji ] [ Bannery ] [ Mapa portalu ] [ Reklama ] [ Sklep ] [ Zarejestruj się ] [ Kontakt ]
Racjonalista © Copyright 2000-2018 (e-mail: redakcja | administrator)
Fundacja Wolnej Myśli, konto bankowe 101140 2017 0000 4002 1048 6365